Małgorzata Rejmer: Piekło tanio sprzedam

materiały prasowe

W piekle muzycy schowani za maskami pierrotów przygrywają na akordeonie i pianinie, do piekła nie dociera światło, dym zalega ciężki jak grzech, a wszędzie walają się serpentyna i konfetti. W najsłynniejszej scenie filmu „Nocny portier” oświęcimska więźniarka, erotyczna jak kościotrup, wije się dookoła nazistowskich żołnierzy, a jej wychudłe ciało i drobne piersi mają anemicznie sinawy odcień.
Charlotte Rampling fascynująco gra postać okrutną, niewinną i nieludzką jednocześnie, młodą więźniarkę, którą perwersyjna relacja z esesmanem chroni przed śmiercią. Historia toczy się na dwóch planach czasowych: w okresie wojny i dwanaście lat po jej zakończeniu, gdy w jednym z wiedeńskich hoteli przypadkowo spotykają się bohaterowie piekielnych czasów: kat, ofiara i gwardia nazistowskich generałów, którzy snują intrygi, żeby wywinąć przed międzynarodowym wymiarem sprawiedliwości.

Filmweb.pl

Reżyserka Liliana Cavani nakręciła film nużąco – manieryczny: oglądamy sado – masochistyczną relację między esesmanem a więźniarką, opartą na teatralnych rytuałach erotycznych upokorzeń, nieustanny balet nad krawędzią z pośladkami wypiętymi w stronę pejcza, a w tle najstraszliwszą zbrodnię ludzkości: obóz koncentracyjny, fabrykę śmierci, taśmociągi trupów, piece do utylizacji ludzi. Nie pisałabym jednak o tym filmie, gdyby nie to, że obejrzałam go niedawno, niemal czterdzieści lat po premierze, i uderzyła mnie jego dziwna siła, moralna ambiwalencja. Nadal jest ona dotkliwa i niewygodna dla widza, mimo dekoracji rodem z prowincjonalnego teatru, anturażu zblazowanego Wiednia i przesadzonej gry aktorskiej, która osobliwie pasuje do tego estetycznie zramolałego filmu. Nie bardzo wiadomo, kto w tej relacji jest katem, a kto ofiarą, do żadnego z nich nie pasuje proste rozróżnienie, jakie zwykło się stosować do opisywania Holokaustu.

Dziewczyna dostaje immunitet, chroniący ją przed śmiercią, ale za cenę wymazania osobowości – gdy zostaje ocalona przed komorą gazową, umiera jako niewinna istota, stając się marionetką podporządkowaną wybawcy, przedmiotem w jego rękach, który z czasem zyskuje własną, zwyrodniałą tożsamość i, mimo prób, po latach nie będzie w stanie wrócić do normalnego życia.

„Nocny portier” to jeden z najbardziej wysmakowanych filmów z nurtu nazi exploitation. Zaraz po drugiej wojnie światowej ludzka natura znalazła przedziwny sposób, żeby odreagować wojenną traumę, zalewając księgarnie i kioski bocznonurtowym strumykiem pornograficznych opowiastek i komiksów o obozach koncentracyjnych i perwersyjnych relacjach między więźniarkami-ofiarami a nazistami-katami. Owo zjawisko objawiło się także w europejskiej filmografii pod koniec lat 60. i na początku lat 70., największe natężenie uzyskując we Włoszech.

Cieszyły się one sporą popularnością; oglądane po latach wydają się filmowymi cudakami tak niegramotnymi i bezgustnymi, że trudno traktować je inaczej, niż jako ciekawostkę, eksperyment, wyraz chorobliwych odreagowań wspieranych przez modę. To co w nich najciekawszego, to tytuły, popis nieskrępowanej, zwyrodniałej wyobraźni, jak „Elza – Wilczyca z SS”, „Elza – nikczemna strażniczka”, „Ostatnia orgia III Rzeszy”, „Bestia w płomieniach”. Ale nawet walory komediowe, które zawsze wzbogacają produkcje jawnie złe, w tym wypadku ustępują znużonemu absmakowi.
Właśnie owe porno-powiastki przypomniały mi się, gdy w atmosferze dobrego samopoczucia wychodziłam z kina po filmie „Wszystkie odloty Cheynney’a”. Ta historia to już nawet nie jest postmodernizm, kolaż czy jaką tam kategorię podsunęłaby życzliwie antopologia współczesności, to jest po prostu zupa, do której wrzuciło się wszystko, co było pod ręką, i jakimś cudem przedziwnym ta zupa nam smakuje. Składnik pierwszy: podstarzały rockman, z wyglądu podobny do Roberta Smitha z „The Cure”, a z zachowania do Ozzy’ego Osbourne’a, czyli ktoś, kto dawno temu umarł, ale z powodu totalnej apatii jeszcze tego nie odnotował. Składnik drugi: tata, który nigdy nie zaakceptował syna rockmana, na dodatek były więzień obozu koncentracyjnego. Składnik trzeci: podróż rockmana przez Stany Zjednoczonego w poszukiwaniu oprawcy ojca z obozu, i tutaj mamy wszystkie cechy kojącego, budującego kina drogi w amerykańskim wydaniu, pejzaż pustynny, nieba niebieskość, sympatyczni bohaterowie po drodze i oczywiście przemiana bohatera, bo jakże by inaczej: bohater na naszych oczach dojrzewa jak ulena w słońcu, co zaowocuje głównie tym, że wreszcie zetnie te swoje czarne, rockmeńskie kudły, w których szczury uwiły sobie gniazdo.

Finałowa konfrontacja ze ściganym diabłem okaże się pretekstem do wypowiedzenia paru mądrości, dla widza będzie mieć jednak charakter moralnie bezbolesny, tym bardziej że diabeł to już tylko łamiące się kości obleczone skórą. Nie zdarzy się tu nic, co naprawdę mogłoby nas zaniepokoić albo poruszyć. Nie wykolei się ten pociąg, nadal będzie sunął gładko do stacji w szczerym polu. Obejrzałam fajny film, o rockmanie w depresji, o zbrodniarzu wojennym, o zemście i dojrzewaniu, nie stało się nic.

Myślę sobie, że jest w tym jakaś niezręczna ambiwalencja, wątek holokaustowy można już dofastrygować do wszystkiego, do komedii romantycznej, do kina drogi, można to przerobić na wszelkie możliwe sposoby i nie stanie się nic, poza tym że zobaczę lekkostrawny film, który poprawi mi samopoczucie. Jak w klockach lego (Zbigniewa Libery), szary klocek holokaustowy może posłużyć do budowy zoo duplo, a kościotrup kupi lego-bilet w lego kiosku i zabawa będzie trwała w najlepsze. Kojarzy mi się to ze zjawiskiem, o którym pisała Lidia Ostałowska w książce „Farby wodne” – jak się okazuje, największe bestsellery-relacje z koszmaru okołoobozowego były falsyfikatami, barwnymi zmyśleniami kogoś, kto miał dość wyobraźni i tupetu, żeby zrobić na tej epickiej, jak by nie było, historii, dobry biznes. Oczywiście, to pewna akrobatyka, porównywać fałszywe dzienniki obozowe z komedią „Wszystkie odloty Cheynney’a”, ale jedno bezsprzecznie je łączy: wykorzystywanie niemożliwej do wymyślenia tragedii, która zdarzyła się naprawdę, do quasi-artystycznych celów. U źródeł jednego zabiegu jest oszustwo, u źródeł drugiego – oszukańcza sztuka. Jest to jakiś rodzaj nazi exploitation, popkulturowa, bezlędźwiowa pornografia.

Recenzja „Wszystkie odloty Chenney’a” do przeczytania TUTAJ.