fbpx

Kawior i karoce

Kawior i karoce
teatr Dramatyczny

Strzępka i Demirski – bezkompromisowy duet z Wałbrzycha, który w trakcie ostatnich Warszawskich Spotkań Teatralnych podbijał serca widzów i podgrzewał atmosferę festiwalu – tym razem w stołecznej wersji, czyli w Teatrze Dramatycznym i w pracy z jego zespołem, nie spuszcza z tonu.
Jakub Szela, w imię którego przywoływane są zmory polskiej wyobraźni, pamięci i tradycji pojawia się nieproszony, a zarazem nie do odpędzenia. Postać, którą przez lata wielu najchętniej wymazałoby z kart historii, okazuje się prawdziwie niewygodnym patronem współczesności.
Przynosi ze sobą pytania, które choć kluczowe, nie doczekają się chyba nigdy odpowiedzi innej niż gorzka diagnoza. Kim jest klasa średnia? Co warunkuje jej pamięć oraz horyzont oczekiwań i wartości? Jaką historię opowiada sama o sobie, a co najchętniej schowałaby do lodówki?

Laboratorium tych kwestii stają się dla twórców spektaklu sceny z życia młodych, współczesnych, nie wiadomo czy zdolnych, za to na pewno mocno przytłoczonych swoją codziennością, bohaterów. Widmo Jakuba Szeli to dręczące ich pamięć pochodzenie – nie szlacheckie, ziemiańskie lecz chłopskie, chamskie – przypomina się i daje o sobie znać w momentach krytycznych: w rodzinnej kłótni, w kredytowym oddziale banku, na egipskiej plaży z oferty last minute.

Wstydliwa gwara, która wdziera się niespodziewanie w gładką polszczyznę bohaterów jest jak przejęzyczenie w psychoanalizie – staje się symptomem przeszłości, którą chciałoby się wyrugować, a wspomnienie o niej ostatecznie stłumić. Pejzaż kurortu, wymarzony po pięćdziesięciotygodniowym kieracie pracy w korporacji, zakłócony zostaje odorem świeżego mięsa na kotlety, przywiezionego przez Polaków wycieczkowym autokarem. Z goryczą i łzawym chichotem celebrowana jest ta polskość, która, choć nie chce, wciąż musi potwierdzać swoje korzenie. Współczesną pańszczyzną okazuje się uwikłanie w zależności żarłocznego kapitalizmu wraz z koniecznością spłacania haraczu systemowi bankowemu. Tym razem zresztą już wprost na scenę autorzy wprowadzają znaki samych siebie: dres Strzępki i sławna historia dwójki artystów, którzy nie mogą pozwolić sobie na luksus własnego mieszkania, bo bank nie widzi w nich stabilnych partnerów interesu.

Jakub Szela pojawia się w tym pejzażu gorzko-kwaśnym jak widmo ojca, od którego uwolnić się nie sposób, którego gesty i zachowania natrętnie się powiela a jednocześnie jako heroiczny, ponadczasowy patron zmiany. Przynosi nie tylko widły i kawał mięsa, ale i prowokacyjne pytanie „ co zrobisz, gdy będziesz mieć dwadzieścia cztery godziny, żeby zmienić co tylko chcesz?”, na które tylko on chciałby odpowiedzieć – wszyscy inni na samą propozycję reagują paniczną ucieczką, zakopując się po uszy w plażowym, egipskim piasku.
Jak zwykle u Strzępki i Demirskiego nie ma tu prostych odpowiedzi ani prostej narracji. Ostrze krytyki i kpiny wymierzone jest we wszystkich: zarówno w tych, którzy wierzą w kawior i karoce, jak i tych, którzy zazdroszcząc posiadaczom ikeowych mebli deklarują swoją głęboką do nich pogardę. Historia reinterpretowana i aplikowana eksperymentalnie we współczesność (utkaną z niejednoznaczności i fragmentaryczności dyskursów) okazuje się filtrem, który przepuszcza nowe światło. W jego blasku wszystko nabiera tragikomicznego, absurdalnego wyglądu, który wreszcie pozwala na śmiech. Z samych siebie oczywiście.

„W imię Jakuba S.”, reż. Monika Strzępka, Teatr Dramatyczny.