fbpx

Miasto snu według Krystiana Lupy

Krystian Lupa ćwiczy cierpliwość swoich widzów. Wywozi ich kawał drogi za Warszawę, do wielkiej hali zdjęciowej, zasadza na z górą sześć godzin do śledzenia grupy ekscentryków w ich niespiesznych poczynaniach.
Będących trochę psychodramą, trochę przewlekłą próbą w teatrze, trochę spowiedziami z Bigbrotherowego pokoju zwierzeń. Wielki reżyser, jeden z gigantów współczesnego teatru, drugi raz z rzędu (po wrocławskiej „Poczekalni. 0”) wpada w tę samą pułapkę: sądzi, że wystarczy stworzyć dramatyczny punkt wyjścia, by z improwizacji aktorów wyrosło zajmujące przedstawienie. Mamy więc wyizolowaną enklawę (utopijną Perłę z powieści Kubina), gdzie skupiło się grono wrażliwców w ucieczce przed trywialnością świata. Ich marzenia mocno sparciały jednak, oglądamy głównie festiwal małości, pretensji i rozpaczy, zaś prawodawca i stwórca Perły ukrywa się gdzieś załamany. Pewnie byłby to temat na ważną wypowiedź, ale przy najlepszej woli nie da się jej wypłukać z potoków marnych mądrości i banałów, które Lupa z namaszczeniem godnym lepszej sprawy podnosi do rangi objawień. Przebłyski fascynującego teatru, choćby w zachwycającej scenie objawieniu (gdy Sandra Korzeniak dostrzega całe morze w kuble na śmieci), tu są i budzą zachwyt wiernych wielbicieli. Inni widzowie mogą tylko tęsknić za pięknem dawnych dzieł mistrza, tak autodestrukcyjnie topionym w głębinach gadaniny.

„Miasto snu” (na motywach „Po tamtej stronie” alfreda kubina) reż. Krystian Lupa, TR Warszawa