Urszula Dudziak: Dopiero się rozkręcam

Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal)

Zawsze aktywna, pełna siły i optymizmu. 22 października Urszula Dudziak kończy 76 lat. Przypominamy wywiad z wokalistką i jazzową kompozytorką z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

„Zobaczcie, mam 73 lata i pierścionek zaręczynowy” – mówi na scenie. A ludzie chłoną te słowa równie łapczywie jak „Papayę”. Po koncertach, które stały się już dawno workshopami, kobiety przychodzą za kulisy i powtarzają: „Ula, ja też chcę wyglądać jak ty i czuć się tak młodo. Jak to się robi?”. Urszula Dudziak chętnie dzieli się przepisem na życie i zaszczepia dobrą energię. Jest fenomenem nie tylko muzycznym, dostrzeżonym ostatnio również przez UNESCO.

Gratuluję, jako pierwsza kobieta i pierwszy twórca z Europy Wschodniej zostałaś właśnie Artystką dla Pokoju.
Dziękuję. Jestem wzruszona i bardzo podekscytowana, bo uważam, że się świetnie nadaję do tego, co ten tytuł ze sobą niesie.

Czyli?
W uzasadnieniu dla decyzji UNESCO znalazło się stwierdzenie, że moja twórczość, moje śpiewanie i w ogóle jazz to język transcendentalny, który dociera do wszystkich i łączy ludzi na całym świecie. Jest też symbolem wolności, swobody wypowiedzi, tolerancji. Ta muzyka niesie pokój. Ponieważ śpiewając jazz, docieram do tak wielu, mogę nieść im nie tylko dźwięki, ale także różne idee i przesłania. A chciałabym bardzo zarażać inne kobiety pasją, chęcią rozwijania talentów, potencjału i marzeń. Razem z UNESCO będziemy docierać z taką misją i środkami do krajów biednych, gdzie kobiety są zdolne, ale nie mają pieniędzy, żeby studiować i się spełniać. Jeszcze nie wiem, dokąd ruszymy, czy to będzie Kenia, czy Tanzania. W każdym razie nie mogę się doczekać.

Od dawna zarażasz optymizmem na swoich koncertach. Młode dziewczyny mówią, że Urszulę Dudziak powinno się ludziom starszym albo zgnuśniałym rozdawać w pastylkach na receptę. Działasz jak antydepresant.
Czuję, że mam w sobie coś takiego, co muszę podać dalej. Ktoś powie, że zwariowałam, ale chyba znam receptę na szczęście, pogodę ducha i długowieczność. Mam konkretne porady, jak to osiągnąć. Wystarczy uświadomić sobie, że wszystko zależy od nas samych, bo rozgrywa się w głowie. W dobrym stanie umysłu. Dlatego warto go trzymać w ryzach, co wcale nie musi być trudne. Mózg jest bardzo skomplikowany – z jednej strony, a z drugiej – to taki rodzaj tumaństwa, któremu można wszystko wmówić.

Jako temu kalafiorowi, który mamy w sobie?
Temu kalafiorowi! Rozumiem ten sceptycyzm. Była taka sytuacja: miałam koncert dla m.in. kilkuset lekarzy. Śpiewam, opowiadam, wszyscy: „Ha, ha, hi, hi” itd. Aż nagle mówię: „Lekarze, ja uważam, że siłą umysłu można zmienić swoje geny”, a oni (to było z rok temu) – cisza. Myślą: „Dudziak zwariowała już do reszty”. Słuchaj, mija jakiś czas i czytam, że siłą umysłu można uaktywnić geny ekspresowe, które rozbijają te, które nam szkodzą, a inspirują te, które są dobre. Można. Można zdziałać cuda, jeżeli chcemy, mamy więc wybór. Tylko ludzie wolą mówić: „Mam takie geny, moja mama taka była i mój tatuś taki był”. I wiesz, to jest albo głupota, albo lenistwo.

Może raczej brak wyobraźni takiej jak twoja. Proponujesz, żeby potraktować mózg jak instrument muzyczny, żeby grał, jak chcemy. Ty wierzysz, że to możliwe, bo w taki sposób „nastroiłaś” swój głos.
Tak, potrafiłam naśladować ustami wszystkie instrumenty. Ale ja podaję ludziom narzędzia do tej pracy, do tej higieny wnętrza głowy. Często posługuję się przykładem litery „u”. Tłumaczę, że litera „u” potraktowana jako linia życia pokazuje pewien schemat, któremu podlegamy. U góry jest początek. Rodzi się mały geniusz. Jego fenomen nie wynika z nabytej wiedzy, lecz pierwotnej otwartości na świat. Zobacz, jak małe dzieci spontanicznie i żywo reagują na wszystko, co nowe, jakie pytania zadają – to czysta, wspaniała, genialna energia, która jest łapczywa. Dzieci wszystko widzą, wszystko czują, choć przecież nic nie wiedzą. Ale z czasem otoczenie zaczyna sobie formować tego człowieczka. Gdy pójdzie on do przedszkola, do szkoły i usłyszy: „Ty tumanie”, a jeszcze nie daj Boże w domu ktoś dołoży: „Z ciebie nic nie będzie”, i ksiądz przeklnie: „Pójdziesz do piekła”, cudów nie ma – ten pierwotny entuzjazm dla świata zostanie wygaszony. Przez całe życie jesteśmy oblepiani błotem ograniczeń i uwarunkowań. To narasta. Aż osiągamy dno tej litery „u”, co przypada mniej więcej na środek naszego życia. Każdy ma taki moment kryzysu i zarazem olśnienia. „Co ja tu robię? Co ten facet robi koło mnie od 20 lat? A dlaczego ja wtedy podjęłam taką decyzję? A ten zawód – czy on mnie w ogóle spełnia? Czy ja wykorzystuję swój potencjał?”. Rozumiesz?

Przestajemy trwonić czas, stajemy się uważniejsi wobec siebie.
Jeśli wtedy zdołamy nawiązać kontakt ze swoim dziecięcym, świeżym, niezmąconym odczuwaniem, to możemy się urodzić na nowo, czyli połączyć się z tym pięcioletnim dzieckiem, które wszystko czuje, będąc jednocześnie osobą doświadczoną, która bardzo dużo wie. To najpiękniejsza kulminacja, kiedy zyskujemy do siebie zaufanie, bo widzimy nagle, że wcześniejsze złe decyzje podjęliśmy nie my, to znaczy nie my prawdziwi, lecz zewnętrzne wpływy nam je podyktowały. Jeśli wyciągniemy z tego wnioski, może być tylko coraz lepiej i ta nóżka litery „u” idzie do góry.

Urszula Dudziak (fot. Marta Wojtal)

Twoje nietuzinkowe, barwne życie trudno porównać z przeciętnym. Już na starcie miałaś wielki talent i ogromne szczęście.
Na starcie miałam przechlapane. Urodziłam się w Straconce i już za samą tę nazwę obrywałam w szkole. Co do talentu, każdy człowiek ma jakiś talent, jednak większość go zaprzepaszcza. A szczęściu warto pomagać. Od rana. Mój dzień zaczyna się od mantry, w której powtarzam, że teraz będzie tylko lepiej. Odganiam zły nastrój, nawet gdy coś jest nie po mojej myśli, bo jako osoba bardzo praktyczna wychodzę z założenia, że w niczym mi nie pomoże biadolenie. To strata bezcennej energii. Nie można dać się wkręcać złym myślom. Miałam taką sytuację, parę miesięcy temu mówiło się o wojnie, a ja, niestety, miewam myśli katastroficzne. Któregoś razu akurat biorę prysznic i napada mnie myśl: „Stanie się coś złego, jakiś kataklizm, morza wyleją, nie wiem… koniec świata, apokalipsa”. Skąd mi to przychodzi do głowy akurat w tej sekundzie? Żeby za bardzo nie analizować, bo z tego zrobiłaby się piramida niepotrzebnych myśli, uznałam, że to nie jest moja myśl, że ona dociera do mnie skądś i zaczyna mi przeszkadzać. Więc teraz, jak tylko do mnie wraca, mówię: „spadaj”. Behawiorystki zalecają taką metodę: jak przychodzi niepotrzebna myśl, to mówisz: „stop it”. Pierwszego dnia mówisz „stop it” 500 razy, po miesiącu mówisz tylko dziesięć. Pozostałe 490 razy mózg sam sobie z tym radzi, bezszelestnie, automatycznie. Dał się wytrenować.

Ludzie to „kupują”?
Ludzie na to czekają, wiesz? Chcą wiedzieć, że coś zależy od nich, że nie wszystko stracone, że można wiele zmienić. Czasem rwą się do tego zbyt raptownie. „Pani Urszulo, ja wyrzucam męża! Od jutra nie ma wstępu do mojego domu. Zrozumiałam tę literę »u« i ja się z nim męczę już 30 lat!” – mówi mi kobieta. Wtedy myślę: „Kurczę, to jest jednak odpowiedzialność”. Dlatego tym bardziej nikomu nie dyktuję konkretnie, co zrobić, tylko opowiadam ogólnie, jak to funkcjonuje według mnie. Nawet jeśli coś się nam przydarzy, trzeba wykombinować własną drogę, jak sobie poradzić. Najważniejsze to nie uwierzyć, że jesteśmy zdani na bezradność, że już tak mamy, stało się – trudno. Czasem przyjdzie do mnie ktoś i mówi: „Tak, ale pani ma to, to i to, a ja mam takie trudne życie”. Rozumiem, bardzo to szanuję. Ale z moim podejściem o wiele łatwiej i lżej znieść trudności czy przeszkody. Wiem to, bo przecież też miałam doły straszne… Rozwód, śmierć Jerzego Kosińskiego i moja choroba. To były momenty, kiedy naprawdę musiałam odnaleźć swoją siłę. Więc przekonałam się, że można. Po rozstaniu z Urbaniakiem pracowałam w fabryce. Wcześniej wszystkim zajmował się Michał: był menedżerem, kompozytorem, aranżerem, kierowcą, załatwiał setki telefonów dziennie. Ja wychodziłam tylko na scenę i śpiewałam. A jak się urodziły dzieci, to się zajmowałam dziećmi, domem i śpiewałam. Nie decydowałam o niczym. I nagle zostałam bez wsparcia, a chciałam zatrzymać mieszkanie, wychowywać dzieci na jakimś poziomie. Wtedy zatrudnił mnie znajomy Mike, a miał taki biznes, że sprowadzał ze Związku Radzieckiego wzmacniacze do gitar, nazywały się Sovtek. Nic nie dało się na nich grać, ale były tanie. Przychodzę do tej jego firmy, a tam 20–30 stanowisk obsługiwanych przez handlowców i tylko ja jedna Europejka. Każdy miał komputer, ja musiałam się nauczyć go obsługiwać, żeby wydzwaniać do sklepów muzycznych po całych Stanach, polecać to badziewie i zapisywać te przyjęte zamówienia w komputerze. Aż raz przez nieuwagę wszystko się skasowało. Mike grzmiał: „What are you doing?”, a ci wszyscy ludzie na mnie oczy: „Co ona wyprawia, ta durna idiotka”. Myślałam, że mnie wyrzucą, wtedy wstałam, naprężyłam się i zaczęłam mówić po angielsku: „Wy nawet nie wiecie, kim ja jestem! Ja jestem Urszula Dudziak. Nagrałam 20 płyt, »Los Angeles Times« wybrał mnie na Kobietę Roku”. A wtedy ten najbliżej mnie mówi: „Ty, jakby to była prawda, to nie siedziałabyś tu z nami. Idź się lecz, kobieto”. Fajnie? Ale nawet wtedy, gdy jechałam do tej pracy metrem w skrajnym tłoku, myślałam: „Może to dobrze poznać życie z takiej strony?”.

Poznać – tak. Ale w przeciwieństwie do większości w tym tłoku miałaś inną perspektywę, wiedziałaś, że ten hardcore jest przejściowy.
Wiedziałam, że to nie koniec. Bo nigdy nie stawiam kropek. Dla mnie kropki nie istnieją, tylko przecinki. Przecinek oznacza: idę dalej.

Ula, przeszłaś też groźną chorobę i można powiedzieć – znokautowałaś raka.
Tak jest. Nie zadawałam sobie niepotrzebnych pytań typu: dlaczego ja? Zmieniłam totalnie swój tryb życia z rabunkowego na zdrowy, ze stresowego na mądry, praktyczny i pogodny. I przegoniłam gada. Potraktowałam to jako ostrzeżenie, że jeszcze się przydam na tej planecie, ale muszę pomóc mojemu organizmowi, i wierzyłam przez cały czas w wygraną.

Keep smiling i do przodu. To takie amerykańskie podejście.
Masz rację, ta moja misja uczenia ludzi dbania o pogodę ducha jest efektem szczęśliwego dzieciństwa, ale też amerykańskiego stylu życia. Nasiąkałam nim powoli. Na początku przychodził recenzent w Nowym Jorku i mówił: „You are incredible”, a ja: „Ja?! Ja dopiero zaczynam, ja nic nie umiem”. Patrzył na mnie jak na idiotkę. Mnie na początku ciągnęli i wypychali na tę scenę, a ja miałam syndrom: chciałabym, ale się boję. Dopiero kiedy odkryłam, że ustami i elektroniką potrafię wyczarować orkiestrę, nastąpił przełom. Wtedy właśnie poszłam za swoją pierwotną wrażliwością i dzięki niej zrobiłam coś, czego wcześniej nikt nie wymyślił. Ale stało się tak, bo odważyłam się odrzucić kanony, kompleksy, nieśmiałość, niewiarę w siebie… Przeskoczyłam próg tych naleciałości, zewnętrznych hamulców i ograniczeń.

To mentalnie i zawodowo. A uczuciowo? Jak podnieść się po traumie takiej jak śmierć partnera? Skąd brałaś siłę po odejściu Jerzego Kosińskiego?
Chyba byłam na to przygotowana. Jurek zawsze dużo mówił o śmierci, a tym bardziej pod koniec życia, po tym jak dopadł go wylew. Zaczęły się kłopoty z pamięcią, zapominał kody do walizek, nie poznawał ludzi. Czuł, że powoli się wyprowadza. Byłam tego świadkiem. I w jakimś sensie, może nieświadomie, ale podświadomie, oswajałam się z tym, że go zabraknie. Choć oczywiście długo bolało.

Dziś jesteś szczęśliwie zakochana.
I na pewno również temu zawdzięczam swoją formę i samopoczucie. Jesteśmy czwarty rok razem, a ja cały czas odkrywam na nowo Bogdana.

Każda miłość jest pierwsza?
Tak. A na pewno ten związek jest dla mnie wyjątkowy. Bo w moich wcześniejszych relacjach z mężczyznami na ogół było piekło, niebo, piekło, niebo, huśtawki emocjonalne, dopasowywanie się, cały czas jakieś napięcie. A Boguś jest moim alter ego, moim odbiciem. On mnie doskonale wyczuwa i rozumie, a esencją naszego związku jest dowcip i radość. My się cały czas śmiejemy, od rana żartujemy. To jest życiodajna energia. Nie szarpiemy się. Tydzień temu na spacerze w lesie znaleźliśmy pieska. Szczeniak, trzy-, czteromiesięczny, siedział na niewielkim pagórku. I patrzył. Więc my do niego podchodzimy, a on schodzi z tej górki, wita się. Wracamy do domu, on za nami. Poszliśmy do wsi, do wójta, pytaliśmy, czyj to jest pies, ale nie wiedział. Wzięliśmy psiaka na naszą działkę. Ja go głaszczę i patrzę, 20 kleszczy! Jedziemy z nim do weterynarza. Okazało się, że pies ma babeszjozę. Zaraz dostał zastrzyk, zaczęliśmy go leczyć i uratowaliśmy go. Został z nami. Słuchaj, on wszystko nam je. Pożarł nam buty, ale niech żre, ja mu wystawiłam te stare na zniszczenie… A Boguś oszalał na punkcie szczeniaka. Kapitan żeglugi wielkiej niańczy psie dziecko od 5 rano. To jest rozczulające. I tak sobie myślę, że inny by powiedział: „Po co nam pies? Daj spokój”. Są sytuacje, kiedy zastanawiam się, jak by zareagował Jerzy czy Michał.

Afirmując życie, przyciągnęłaś do siebie tę miłość?
Kto wie. Mówiłam otwarcie w wywiadach, że serce mi siwieje. Ale chyba trzeba szukać młodszego Romea, jeśli ma nie mieć zadyszki. Aż któregoś razu koleżanka pokazuje mi zdjęcie w telefonie: na ośnieżonym podwórzu stoi facet w samych majtkach i wylewa na siebie wiadro wody. „On jest mój!!! – wykrzyknęłam. – Daj mi jego telefon, proszę”. Zadzwoniłam. A on zamarł. Co się okazało? Dwa tygodnie wcześniej był na moim koncercie w Gdańsku, miał moją płytę do podpisu, ale nie dostał się za kulisy. A tu nagle sama dzwonię i proponuję spotkanie.

Jak dziecko, które gdy czegoś chce i jest ciekawe, to po to sięga?
Właśnie. Widzisz, jak to działa. A przecież większość moich rówieśnic ma ten temat zamknięty. Zatrzaśnięty! Tymczasem my od tamtej pory jesteśmy z Bogusiem nierozłączni. Chodzimy, trzymając się za ręce. Za, a nie pod ręce. Gramy w tenisa, spacerujemy, za chwilę jedziemy do Kapsztadu. Wiesz, ja tam nigdy nie byłam, a on, kapitan żeglugi, zwiedził cały świat… Bardzo mi imponuje. I… nie, no jesteśmy bez wieku!

Dobry moment na zakończenie. Ale bez kropki?
Kropkę w pewnym momencie postawi życie, nie ja. Ja się dopiero rozkręcam.

Urszula Dudziak rocznik 1943; wybitna wokalistka jazzowa i kompozytorka. „Magic Lady”, jak mawiał Gil Evans. Współpracowała także m.in. z Krzysztofem Komedą, Michałem Urbaniakiem (eksmąż), Bobbym McFerrinem, grupą Walk Away.