1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Hanna Samson: Supermenki są zmęczone

Hanna Samson: Supermenki są zmęczone

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy można w pełni angażować się w pracę zawodową i jednocześnie zajmować się dziećmi? I jeszcze świetnie przy tym wyglądać? Kobiety od lat próbują tego dokonać. A może lepiej przyjąć do wiadomości, że się nie da, i inaczej postawić problem?

Każde spotkanie grupy kobiet zaczyna się od rundki początkowej. Uczestniczki opowiadają o tym, co im się niedawno zdarzyło, co przeżywają, co zajmuje ich myśli i uwagę. Kiedy ostatnio kolejka doszła do Martyny, zaczęła od błahego z pozoru zdarzenia. Znów spóźniła się z dzieckiem do przedszkola, wychowawczyni była niezadowolona, wygłosiła pogadankę o tym, że przez te spóźnienia synkowi trudniej włączyć się do zajęć, jakby Martyna sama o tym nie wiedziała i nie starała się zdążyć. I nagle tama puściła. Martyna zaczęła płakać i przez łzy wykrzykiwać, że już nie daje rady spełniać tych wszystkich oczekiwań, które są wobec niej kierowane. Oczekiwania dzieci, nauczycieli, pracodawcy – chciałaby spełnić każde, ale nie jest w stanie.

– Tego wszystkiego nie da się pogodzić! – stwierdziła zrezygnowana, a kobiety z grupy przytaknęły. One też chciałyby perfekcyjnie wypełniać swoje obowiązki, chciałyby, żeby wszyscy byli z nich zadowoleni. Robią, co mogą, ale i tak mają poczucie winy, że coś zaniedbały.

Właśnie ukazała się książka Debory L. Spar „Supermenki”, której autorka – rektorka Barnard College przy Columbia University, matka trojga dzieci, mężatka z 25-letnim stażem – opowiada o doświadczeniach pokolenia kobiet, które uwierzyły, że mogą mieć wszystko, i codziennie dokonują rzeczy niemożliwych. Godzą karierę zawodową z byciem zaangażowaną matką, atrakcyjną kochanką, dobrą gospodynią. Rzecz dzieje się w Ameryce, ale ta książka jest także o nas oraz o naszych problemach i dylematach. My też jesteśmy supermenkami. Pełnimy role zawodowe i społeczne, a jednocześnie wciąż spełniamy odwieczne oczekiwania kierowane pod adresem kobiet. Płacimy za to zmęczeniem i poczuciem winy.

Feminizm miał wyzwolić kobiety ze sztywnego gorsetu oczekiwań odnoszących się do naszej płci. Paradoksalnie, „pół wieku później kobiety zmagają się z wciąż rosnącymi i coraz bardziej uciążliwymi oczekiwaniami” – stwierdza Spar.

I każda z nas na własną rękę próbuje im sprostać.

To jest możliwe! – przekonują media, prezentując sylwetki kobiet sukcesu, którym się to wszystko udało. Przekaz jest jasny: można mieć dzieci, karierę, seks, władzę, pieniądze i świetnie wyglądać. Mamione tym obrazem staramy się jeszcze bardziej i obwiniamy siebie za wszelkie niepowodzenia. Mamy wyrzuty sumienia, że nie realizujemy się zawodowo, albo poczucie winy, że zaniedbujemy rodzinę. W dodatku w wielu z nas tkwi perfekcyjna pani domu i nie odpuszcza. Niby prościej dziś prowadzić dom, bo technika przyszła nam z pomocą, ale niewiele z tego wynika. Na sprzątanie, opiekę nad dziećmi, zakupy kobiety poświęcają 40 godzin tygodniowo – tyle samo co poprzednie pokolenia! Po przyjściu z pracy zaczynamy „drugą zmianę”. No i jeszcze musimy zadbać o urodę, tu standardy też są coraz bardziej wyśrubowane.

– Dajcie spokój – mówi Debora L. Spar. – Tego wszystkiego się nie da pogodzić! „Supermenki” warto przeczytać, żeby zobaczyć, gdzie tkwi błąd, a właściwie błędy. Niektóre z nich możemy same naprawić.

W czasie studiów mieszkałam razem z małżeństwem, które miało małe dziecko. On skończył już studia i pracował, ona – nazwijmy ją Jolka – pisała pracę magisterską, dzieckiem zaś zajmowali się wspólnie. Pamiętam moje zdziwienie, gdy jemu coś wypadało w pracy, więc chętnie zostałby dłużej, ale ona nie zgadzała się na to.

– Dziś jest twój dyżur – mówiła i była w tym nieugięta.

– Ale egoistka – myślałam. Przecież on pracuje na nich wszystkich, robi ważne rzeczy, a ona twardo egzekwuje równy podział opieki nad dzieckiem. W końcu wyraziłam swoje zdziwienie podszyte dezaprobatą.

– Przecież to jest nasza córka, a nie tylko moja – powiedziała. – On chciał mieć dziecko tak samo jak ja, podjęliśmy wspólnie decyzję.

– No tak, ale on pracuje i zarabia na rodzinę – nie ustępowałam.

– A ja piszę pracę magisterską. Z powodu ciąży już straciłam rok i wystarczy. Jak się obronię, pójdę do pracy i wtedy co? Moja praca też będzie mniej ważna? Nie umawiałam się, że dziecko zmieni moje życie bardziej niż jego.

Zadziwiające, prawda? Ale jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że choć w ostatnich dekadach wiele się zmieniło, kobiety wkroczyły do sfery publicznej, prawa gwarantujące mężczyznom uprzywilejowaną pozycję zostały zniesione, to w relacjach kobiet i mężczyzn w małżeństwie nie zaszła istotna zmiana.

Debora L. Spar cytuje fragment artykułu z 1955 roku pod tytułem „Poradnik dobrej żony”:

1. „Gotuj obiad. Zaplanuj go wcześniej, nawet poprzedniego wieczora, by smaczny posiłek był gotowy, gdy on wróci do domu. Daj mu w ten sposób do zrozumienia, że myślisz o jego potrzebach”.

2. „Przygotuj się. Odpocznij 15 minut, aby wyglądać świeżo, gdy on się zjawi. Popraw makijaż, zawiąż wstążkę na włosach i wyglądaj schludnie”.

Zabawne? Byłoby zabawne, gdyby nie fakt, że echa takich poradników pobrzmiewają wciąż w naszych domach. Do czasu, aż nie padamy ze zmęczenia.

Kobiety pracują zawodowo, a wzorce podziału prac domowych ledwie drgnęły. Na całym świecie lekarki, prawniczki, urzędniczki, pielęgniarki po pracy robią zakupy, gotują, zdejmują pranie, segregują, prasują, umawiają wizyty lekarskie dla całej rodziny, zapędzają dzieci do lekcji. Mężczyźni po pracy odpoczywają.

Są mężczyźni, którzy deklarują gotowość do zajmowania się dziećmi. Są tacy, którzy już to robią. Ale niewielu jest chętnych do podjęcia obowiązków domowych. Do włączenia się w tę codzienną krzątaninę, która przecież jest domeną kobiet. W domach rodzinnych zajmowały się tym matki i niech tak zostanie!

– Nawet jeżeli mężczyźni niechętnie podejmują się domowych zadań, to problem tkwi też w tym, że i my w gruncie rzeczy niechętnie ograniczamy swój udział w tych pracach – stwierdza Spar. Uważamy je ciągle za swój obowiązek. A gdybyśmy w końcu, wzorem Jolki, potraktowały mężczyzn jak partnerów?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Co można wyczytać z chmur? Pytamy fizyka atmosfery prof. Szymona Malinowskiego

Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zatrzymaj się na chwilę i spójrz w górę. Co widzisz? Zapamiętaj ten widok dobrze, będziesz mieć co opowiadać wnukom. Każdego dnia nasza działalność na ziemi stopniowo zmienia wygląd nieba. O tym, jak wkraczamy w sfery niebieskie i jaki może być tego finał, mówi fizyk atmosfery, prof. Szymon Malinowski.

W filmie dokumentalnym o zmianach klimatu „Można panikować” mówi pan, że nasi przodkowie mieli nad sobą inne chmury, niż my mamy obecnie. Doskonale pamiętam tę scenę. To brzmi wręcz niewiarygodnie. Zmieniliśmy chmury? To prawda, choć te najważniejsze zmiany są tak subtelne, że trudno je dostrzec gołym okiem. Współczesne obłoki są nieco bielsze. Ta drobna różnica odcienia jest wynikiem istotnych zmian w budowie chmur. Wiadomo, że większość z nich składa się z malutkich kropelek wody, które powstały w wyniku kondensacji pary wodnej. Zmieniliśmy rozmiar tych kropelek. Obrazowo mówiąc, nasi przodkowie mieli nad sobą chmury wypełnione piłkami tenisowymi. W obecnych coraz częściej znajdują się piłeczki do ping-ponga. Większa liczba małych kropelek nieco inaczej odbija światło niż mniejsza większych kropel. W efekcie obłoki wydają się bielsze.

Jakim cudem tego dokonaliśmy? Zmieniając ziemię, uprawiając na masową skalę rolnictwo i tworząc przemysł emitujący mnóstwo aerozoli atmosferycznych, na których właśnie powstają owe maleńkie kropelki.

W praktyce oznacza to, że... Ze współczesnych chmur trochę trudniej pada deszcz. Dawniej, żeby spadła kropla deszczu, musiało się zderzyć ze sobą kilkadziesiąt tysięcy „piłek tenisowych”. Teraz potrzebny jest aż milion „piłeczek pingpongowych”. To ważna różnica, bo czas wyprodukowania kropli deszczu się wydłużył. Zmieniając budowę chmur na dużych obszarach globu, wpłynęliśmy więc także na proces powstawania opadów. To nie wszystko.

Przez wzrost zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze, m.in. dwutlenku węgla, zmieniają się cyrkulacje atmosferyczne, czyli system prądów powietrznych nad powierzchnią kuli ziemskiej, a razem z nimi przesuwają się miejsca, w których dochodzi do powstawania chmur. Odbija się to na cyklu hydrologicznym, czyli naturalnym obiegu wody na ziemi i wpływa na dalsze zmiany klimatyczne. Właśnie tak subtelne różnice, których nawet nie dostrzegamy, determinują cały cykl zdarzeń wokół nas.

Ale coraz częściej słyszymy też o nowych sensacyjnych odkryciach na niebie. Kilka lat temu głośno było o tzw. chmurach sądu ostatecznego, które pojawiły się nad Warszawą. Gęste, ciężkie, mroczne, przerażające, wyglądem przypominają wzburzone morze. Nazwano je undulatus asperatus, od łacińskiego słowa „wzburzony”. Ale rozczaruję panią. Widziałem je nad Warszawą już 30 lat temu, wtedy jednak nie było ani wszechobecnych aparatów cyfrowych, ani Internetu, prawdopodobnie dlatego ich obecność przeszła bez echa. Teraz dużo mówi się o nocnych obłokach świecących, które w Polsce coraz częściej widać latem. Nieco jaśniejsze i podświetlone słońcem, które jest tuż pod horyzontem, tworzą widowiskowe zjawisko atmosferyczne, wywołują poruszenie. Nie są jednak odkryciem, po prostu do niedawna nie były tak jasne i powszechne. Rzadko je widzieliśmy, bo powstają daleko, nad górami Skandynawii.

Ekscytujemy się spektakularnymi zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Nie dziwny wygląd obłoków, ale fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat.

W poszukiwaniu nieznanych mi chmur i odcieni nieba z przeszłości przeanalizowałam malarstwo religijne, dzieła polskiego realizmu i francuskich impresjonistów. Na moje oko uwiecznione na nich niebo przypomina to współczesne. Może jednak przegapiłam coś ważnego? Sztuka to dobry trop! Wielu badaczy chmur zwraca uwagę na niezwykłe żółte i rdzawe odcienie nieba oraz krwiste zachody słońca na obrazach Williama Turnera uważanego za prekursora impresjonizmu. Nie jest ono jedynie artystyczną wizją. Kilka lat temu czytałem ciekawą pracę, której autorzy na podstawie dzieł Turnera oceniali wpływ aerozoli wulkanicznych na wygląd nieba w tamtym czasie. To właśnie im zawdzięczamy te żółtordzawe widowiska, które aktualnie nie pojawiają się nad Europą. Ale być może w przyszłości niebo z obrazów Turnera będziemy mieć na co dzień za oknem. Jednym z pomysłów geoinżynierii przeciwdziałającym nagłym zmianom klimatu jest rozpylenie aerozolu siarkowego w górnych warstwach atmosfery. Po co? By odbijał promieniowanie słoneczne i chronił nas przed dalszym wzrostem temperatury na ziemi. Efektem ubocznym będzie zmiana wyglądu nieba. Ale to tylko jeden ze scenariuszy.

Czyli jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądało niebo przyszłości! Niezupełnie, bo to zależy tylko od nas i od ilości emitowanych przez nas gazów cieplarnianych do atmosfery. Od dawna wiemy, że człowiek jest najsilniejszym czynnikiem wpływającym na zmiany klimatu w skali globu. Ale wiadomo też, że ludzie bywają nieprzewidywalni. Bierzemy więc pod uwagę wiele scenariuszy.

Najbardziej nieprzyjemną wizją jest zanik nad sporą częścią odległych oceanów chmur, które można zobaczyć również nad Bałtykiem, czyli morskiego stratocumulusa. Obecnie jego płaty pokrywają niemal ćwierć globu, co skutecznie chłodzi klimat. Z najnowszych badań wynika, że jeśli temperatura wzrośnie, może on na dużych obszarach zniknąć, a wtedy na Ziemi szybko zrobi się cieplej o kolejne trzy, cztery stopnie. Zmiany będą nieodwracalne i wywołają lawinę następstw. Przykład? W epoce lodowcowej, 20 tys. lat temu, nie było Bałtyku i plaż. Dokładnie tam, gdzie teraz tak chętnie spędzamy wakacje, znajdowała się gruba, sięgająca aż do Skandynawii, trzykilometrowa warstwa lodu. Wtedy średnia temperatura Ziemi była o pięć stopni niższa niż teraz. Tymczasem według złych scenariuszy, do końca stulecia grozi nam zmiana temperatury nawet o pięć stopni. Można sobie wyobrazić, jak bardzo odmieni to świat, który znamy. Optymizmem nie napawa także fakt, że wszystkie wielkie wymierania były spowodowane nagłą zmianą klimatu.

Co możemy zrobić, by ta prognoza się nie sprawdziła? Przede wszystkim musimy jak najszybciej ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Możemy wyliczyć, przy jakiej koncentracji gazów cieplarnianych morski stratocumulus zacznie zanikać, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy nasze emisje doprowadzą do takiego stanu. Na razie zamiast szukać rozwiązań, próbujemy raczej zaczarować rzeczywistość, używając różnego rodzaju zaklęć. Jednym z nich są odnawialne źródła energii, do których zaliczamy na przykład odrastające setki lat lasy. To paradoks! Zielona energia brzmi dobrze, gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że dzięki niej pozbywamy się zieleni. Tymczasem wielu ludziom wciąż się wydaje, że palenie drewnem jest ekologiczne i zdrowe. Nie jest. Zapach ogniska, który tak lubimy, to, mówiąc wprost, trucizna.

Może gdyby te wszystkie zanieczyszczenia, które emitujemy, zgromadziły się w wiszące nad naszymi głowami czarne chmury, ludzie szybciej uświadomiliby sobie, że za moment mogą być w prawdziwych tarapatach? Bez wątpienia. Przyroda jednak działa inaczej, daje subtelniejsze sygnały ostrzegawcze. Ale przecież sami stworzyliśmy zaawansowane technologie, które szczegółowo pokazują, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy.

W Warszawie, świecąc w niebo laserem, jesteśmy w stanie zmierzyć cząsteczki sadzy, która pochodzi z pożarów leśnych w Kanadzie albo wypalania łąk na Ukrainie. Mamy dostęp do wielu informacji, w Internecie codziennie aktualizowane są dane z pomiarów prowadzonych na świecie. Mamy dane o gazach cieplarnianych, aerozolach i o stanie jakości powietrza. Ale o tym, że nie jest ona najlepsza, informują nas często zmysły wzroku i zapachu. Bardziej skomplikowanych obserwacji i pomiarów trzeba się jednak nauczyć.

W książce „Przewodnik wędrowca” Tristana Gooleya przeczytałam, że wystarczy przysłonić dłonią słońce i porównać kolory otaczającego je nieba z odcieniami błękitu w innych częściach sklepienia. Im bardziej niebieskie jest niebo bliżej słońca, tym czystsze jest powietrze. Faktycznie jasny odcień nieba to sygnał, że światło rozpraszane jest na przykład przez aerozole atmosferyczne, potocznie mówiąc: zanieczyszczenia. Ale taki sam efekt mogą dawać także kryształki lodu, z których składają się rzadkie wysoko położone chmury. Ta metoda nie zawsze więc się sprawdza.

Lepszym rozwiązaniem jest patrzenie na linię horyzontu i obserwowanie, jak zmienia się kolor nieba wraz z wysokością. Piękny, błękitny odcień na nieboskłonie może dawać poczucie, że powietrze jest przejrzyste i czyste. Kiedy jednak spojrzymy poziomo na linię horyzontu, często zobaczymy tam szarą kreskę. To znaczy, że blisko ziemi znajduje się dużo cząsteczek aerozolu atmosferycznego, najczęściej smogu.

Sztuka obserwacji, której teraz musimy się uczyć od nowa, dawniej była czymś oczywistym. Z wieczornego nieba odczytywano aurę na następny dzień. Jasnoróżowe świadczy o suchym powietrzu, a więc prawdopodobieństwo deszczu jest niewielkie. Czerwony kolor zapowiada pogodny dzień, ale już ciemnoczerwony to sygnał, że może popadać. Ludzie wierzą w to do dziś. „Gdy czerwono o zachodzie, wie marynarz o pogodzie” – tak się mówi, ale nie musi to być prawda. Kolor nieba to kwestia zróżnicowanego rozpraszania przez aerozole atmosferyczne i załamania światła białego, które jest mieszaniną barw, a każda odpowiada innej długości fali. Gdy słońce jest nisko położone nad horyzontem, oświetla chmury od spodu, a warstwa atmosfery, przez którą świeci, jest grubsza, dominuje więc światło czerwone, które ma najdłuższą falę. Dlatego te niezwykłe, barwne spektakle na niebie można obserwować najczęściej o świcie lub zmierzchu. Nie zawsze mają one jednak bezpośredni związek z pogodą. Następnego dnia będzie padać albo nie będzie.

Czyli: „Gdy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma”. Okazuje się, że dużo prawdy w tej ironicznej prognozie. Prognozowanie pogody to złożony proces. Nie każda ciemna chmura zapowiada nachodzącą ulewę lub burzę. Za to niewinna biała chmura może być związana z bardzo groźnym zjawiskiem atmosferycznym, tylko jest tak oświetlona przez słońce, że skutecznie usypia naszą czujność.

Dlatego co roku zdarzają się groźne wypadki spowodowane nagłym załamaniem pogody. Jak więc właściwie odczytywać sygnały ostrzegawcze na niebie? Problem w tym, że one są nie tylko na niebie. Powinniśmy zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Z której strony dzisiaj wieje wiatr? Kto rejestruje taki szczegół, idąc do pracy czy spacerując z psem? Nieliczni. A tymczasem to pierwsza istotna informacja, która pozwala nam przewidzieć najbliższe zmiany pogody. Z której strony świeci słońce? Ile widzisz warstw chmur? Dopiero łącząc wszystkie te dane, jesteśmy w stanie ustalić, czy zjawisko atmosferyczne w zasięgu wzroku jest groźne, czy też nie. Chodźmy z głową w chmurach i patrzmy na świat jak najczęściej, a wtedy łatwiej będzie nam go zrozumieć.

Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciel portalu Nauka o klimacie, główny bohater i narrator filmu dokumentalnego „Można panikować” w reżyserii Jonathana L. Ramseya.

  1. Styl Życia

Radość to nasze wewnętrzne paliwo. Rozmowa z Piotrem Bielskim -  instruktorem jogi śmiechu

Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Piotr Bielski: „Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, przestawić na bardziej pozytywne.”
Zobacz galerię 1 Zdjęć

Książka ma tytuł „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą!”. To właściwie zbiór przypowieści. Obrazków z codzienności, ukazujących sprawy wielkie, poważne, głębokie – i te zwykłe, prozaiczne. A z każdej wynika… radość. Piotr Bielski, który wprowadzał do Polski jogę śmiechu, pokazuje nam, jak z każdej sytuacji wyłuskać ziarenko pogody ducha. Jak znaleźć w sobie optymizm.

Czy dla pana szklanka była zawsze do połowy pełna? Nie wiem, czy znaleźlibyśmy takiego człowieka na Ziemi, dla którego szklanka zawsze jest tylko pełna, nigdy pusta. Ja na pewno nim nie jestem. Urodziłem się w Polsce, tu odebrałem normalną edukację ze wszystkimi jej „mądrościami”: że z motyką na słońce nie ma co, nie wychylaj się, siedź w kącie, a znajdą cię itd. Dostałem cały pakiet polskiego DNA, w którym szklanka jest raczej pusta. Ale coś we mnie mówiło, że to nie do końca tak, że dużo zależy ode mnie, że mamy moc decydowania, jak to nasze życie będzie wyglądać, czy będzie szczęśliwe czy nie – i że da się rozpocząć z nim radosny taniec, cieszyć się tym, co się pojawia, robić jak najlepszy użytek z tego, co nas spotka. A jak się trafi bezsenna noc, a mnie się takie trafiają, bo czasem jestem tak nakręcony pisaniem i moimi projektami, że nie idzie zasnąć, to robię coś fajnego, na przykład piszę tekst do nowej książki. Miałem w życiu taki okres, że robiłem z tego dramat. Nie mogę zasnąć, jej, co to będzie, jutro będę nieprzytomny. Ale nauczyłem się nie wchodzić w to koło natrętnych myśli, które tylko pogłębiają negatywny stan emocjonalny. Dziś mam świadomość, że jedyne, nad czym mamy kontrolę, to nasz stosunek emocjonalny do różnych spraw – i to jest bardzo dużo. Naprawdę się tym bawię. Staram się robić najlepszy użytek z tego, co przychodzi. Nawet jak się pojawi jakiś duży rachunek do zapłacenia, to znaczy, że zaraz na pewno pojawi się jakiś duży przelew, który to wyrówna. W mojej książce jest na przykład opowieść o tym, jak zepsuł mi się samochód. To nigdy nie jest specjalnie przyjemne. Ale zepsuł mi się w najlepszym możliwym miejscu, bo blisko warsztatu – o, i to już jest super!

Mówi pan, że miał pan zawsze poczucie, że można patrzeć na świat inaczej. A czy zdarzyło się coś, co zdecydowanie pchnęło pana na drogę jogi śmiechu? Myślę, że, paradoksalnie, przełomowe było odejście mojego ojca. Choroba nowotworowa, operacje przerzuty – nie było to łatwe. Ale kiedy tata odszedł, pojawił się we mnie spokój, poczucie, że jest ze mną, że mnie wspiera, że pojawia się jakaś nowa przestrzeń, nowy rodzaj myślenia i bycia. Niedługo potem spotkałem moją żonę Anetę – wtedy przyszła do mnie ogromna porcja optymizmu. I zaraz, na początku 2013 roku, była podróż do Indii – tam się oświadczyłem i zrobiłem kurs instruktorski jogi śmiechu, która jest dla mnie bardzo ważna w tym myśleniu pozytywnym, w śmianiu się z wyzwań, z którymi się na co dzień spotykamy, typu rachunki czy uliczne korki. A jednocześnie same Indie i joga śmiechu dały mi wielką przestrzeń spokoju i zaufania. Czasem wydaje się, że nie widać nadziei, że będzie ciężko, ale ja teraz wiem, że to tylko moja myśl, nie coś, co nieuchronnie mnie spotka. To, że w ciągu tych ośmiu lat spędziłem tysiące godzin śmiejąc się z ludźmi z całej Polski – od top menedżerów z korporacji, przez dzieciaki, seniorów, pacjentów onkologicznych, sprawiło, że zmieniła się nie tylko moja psychologia, ale i chemia mojego organizmu, więcej jest teraz tych pozytywnych hormonów, hormonów radości.

Samo to, że wybrał pan jogę śmiechu oznacza, że gdzieś głęboko był pan na to gotowy. Bo to chyba nie dla każdego… Myślę, że mój wybór był efektem umiejętności słuchania siebie, swoich wewnętrznych mikroradości. Przed wyprawą do Indii szukałem ciekawych inspiracji, co tam można zobaczyć, o czym zrobić reportaż (wtedy byłem jeszcze dziennikarzem). I znajomy powiedział mi o jodze śmiechu. Pamiętam, jaka radość się we mnie wtedy pojawiła, chciałem wstać od biurka, biegać, skakać, cieszyć się jak dziecko. I tego posłuchałem. Potem oczywiście pojawił się we mnie głosik dorosłego: kurczę, to jednak daleko, drogo, sama podróż kosztuje, a jeszcze koszt kursu, nie stać cię, zrobiłeś już sto kursów i zobacz, w jakim miejscu życia jesteś… Bo akurat musiałem pożegnać się z pracą. Ale szybko okazało się, że to wszystko było potrzebne, bo ta praca była niby w porządku, ale nie do końca, nie zachwycała, pojawiło się więc więcej czasu, mogłem zostać dłużej w Indiach, odwiedzić twórcę jogi śmiechu, dr Madana Katarię, zrobić z nim wywiad, kurs, odwiedzić liczne kluby jogi śmiechu.

Warto słuchać siebie. Warto. Dziś na przykład ogłosiłem na Facebooku start mojego i mojego przyjaciela projektu „Męska przestrzeń braterska”. To też coś, co do mnie przyszło: że chciałbym wspierać mężczyzn, bo im jest trudniej mówić o emocjach, widzę to na moich warsztatach, tam 80 procent uczestników to kobiety. A dziś w nocy przyśnił mi się mój przyjaciel Robert Ruszkiewicz, również autor pięknych książek, uznałem to za znak, że nie ma co dłużej czekać, napisałem więc, że zaczynamy. Są ludzie, którzy pukają się w głowę, jak tak można, wszystko musi być dopięte, wpisane w kalendarz i Excel. A ja kiedy czuję, że jest energia, że uwaga mojej świadomej i nieświadomej części jest na coś skierowana, to za tym idę. I nigdy decyzji podjętych z zaufania sobie samemu nie żałowałem.

Medycyna dziś nie ma wątpliwości, że śmiech jest nam potrzebny. Że człowiek smutny czuje się gorzej, gorzej walczy z chorobami, z kolei ludzie nastawieni optymistycznie do życia są zdrowsi i odporniejsi. Ale czy wesołość wywołana „na rozkaz”, sztucznie, niepochodząca z naszego wnętrza, jest, mówiąc kolokwialnie, „tyle samo warta” jak ta, którą w sobie nosimy? Fajnie, że pani zapytała, bo mam szansę rozwiać pani i może czytelników wątpliwości. Żaden człowiek nie lubi sztuczności. Ja też nie – może z wyjątkiem sztucznych futer, bo oszczędzają cierpienia zwierzętom, choć sam ich nie noszę, jako mors nie muszę. W mojej książce pewnie też to widać – nie można mi zarzucić sztuczności, raczej może nadmierne obnażanie się, pokazywanie mojego intymnego świata. Faktycznie dr Madan Kataria rzuca hasło: fake it until you make it!, czyli wydobywaj z siebie śmiech, może nawet sztuczny, w pewnym momencie to zatrybi i zacznie działać. Ja osiem lat się zajmuję tą metodą i dużo rzeczy pozmieniałem. Dążę na moich zajęciach do tego, żeby ludzie poczuli się dobrze, bezpiecznie, robię, co mogę, żeby iść w stronę spontaniczności, naturalnej radości.  Sztuczności i wszelkiego rodzaju „fejków” mamy dość chyba wszyscy. Czasami myślimy, że nie widać w naszym życiu powodów do radości, ale spróbujmy, dajmy sobie szansę. Może nawet śmiech wywołany na zasadzie ćwiczenia będzie znakiem, że chcę walczyć o swoje życie. Korzystam z tego, co może dać terapia śmiechem, joga śmiechu, choć w tej chwili mam poczucie, że jestem w trakcie tworzenia nowej metody, która z tradycyjnej jogi śmiechu korzysta, ale jest w niej więcej spontaniczności i radości naturalnej.

Śmiech działa na mózg – ale kiedy zrobiono badania, okazało się, że obraz mózgu podczas śmiechu spontanicznego wygląda inaczej niż w trakcie tego wymuszonego, inne obszary są aktywne. Czy to ma znaczenie? Odpowiem porównaniem motoryzacyjnym. Teraz popularne są u nas samochody na gaz. Ale żeby samochód ruszył, potrzebny jest zapłon benzynowy, dopiero wtedy auto przechodzi na gaz. I ja dążę do tego, żeby ten śmiech sztuczny, wywoływany, był tylko zapłonem, żebyśmy zaraz przeskakiwali na ten naturalny, płynący ze środka. Radość, lekkość, naturalny śmiech to nasze wewnętrzne paliwo, ale faktycznie trzeba najpierw iskry, żeby wejść na te obroty. Tu pomaga praktyka, grupa, doświadczony instruktor, jest już nas trochę.

Czyli kiedy pracuje pan z ludźmi, dąży pan do tego, żeby czuli radość naprawdę, a nie jedynie wykonywali gesty, które o radości świadczą? Oczywiście! Chcę, żebyśmy byli sobą, byli naturalni. Niedawno prowadziłem warsztaty online dla dużej firmy. Ponad sto osób, ale ja ich nie widzę. Kamerki wyłączone. Pewnie, to z jednej strony fajne, możemy być w piżamach, bez makijażu, nie musimy się pokazywać kolegom i koleżankom z pracy, szefowie nas nie oglądają, online – wielka zdobycz ludzkości. Tak do tego podchodzę. Ale z drugiej strony –  jakby tak się wczuć w rolę prowadzącego, który chce nawiązać kontakt z grupą, to nie ma on lekko. Powiedziałem im: macie taki komfort, żeby się schować, ja jestem przygotowany, mogę robić teraz one man show, będę pokazywał ćwiczenia, gadał, rozbawiał was, ale będzie mi raźniej, jeśli choć część z was się otworzy, pokaże. I może innych to ośmieli – że nie tylko taki jeden pozytywny wariat się produkuje, ale że ludzie, których znają, też to robią. I faktycznie – najpierw kilka osób włączyło kamerki, potem dołączali inni, poczuli, że to bezpieczna przestrzeń, zaczęli zapraszać swoje dzieci, sadzać je sobie na kolanach. Ja też zawołałem moją córkę przedszkolaczkę, Rozalka pokazała parę ćwiczeń, atmosfera zrobiła się super, ludzie mówili, że po raz pierwszy od dawna mogą odetchnąć. Powiedziałem, że może to czas, żebyśmy docenili to, co mamy – jest poniedziałek, 11 rano, a tylu ojców i matek może trzymać swoje dzieciaki na kolanach i razem z nimi coś fajnego robić, będąc jednocześnie w pracy. Wcześniej nie było to możliwe. Oczywiście wszyscy wiemy, jakie są uciążliwości tych obostrzeń, ale to taki mój dar: pokazywanie pełnej szklanki.

Kiedyś pod hasłem „joga śmiechu” wyobrażałam sobie ludzi siedzących w kręgu i na rozkaz prowadzącego wybuchających śmiechem… No nie, to byłaby tortura!

Czyli nie o sam śmiech chodzi, ale i o odnajdywanie w codzienności powodów do zadowolenia, wewnętrznej akceptacji? Śmiech jest środkiem, a nie celem. Środkiem do tego, by się rozluźnić, poprawić zdrowie, poprawić myślenie o sobie, zmienić swoje zakorzenione przekonania, zaktualizować je, przestawić na bardziej pozytywne. Ale to metoda wielopoziomowa, chodzi o szeroko rozumiany rozwój osobisty, o lepsze samopoczucie i przez to większą skuteczność w życiu, kreatywność, radość. Mamy też ćwiczenia oddechowe, trochę ruchu, tańca, przyjaznego nawet dla tych, którzy nie mają wielkiego doświadczenia na parkiecie. To też przestrzeń na szukanie różnych dróg do śmiechu, radości, eksploracji siebie.

Praca z nawykami jest trudna. A sposób myślenia o życiu jest też przecież pewnego rodzaju nawykiem. Kiedy patrzę rano przez okno i widzę, że pada deszcz, myślę: o nie, to będzie okropny dzień. A pan pewnie raczej: dobrze, że pada, bo ziemia potrzebuje deszczu, a poza tym może po południu wyjrzy słońce? Zdecydowanie! Nawet idę dalej. Teraz mieszkam sobie w pięknej miejscowości w lesie sosnowym – i kiedy pada deszcz, a nawet leje, zdarza mi się wyjść z dzieciakami, chłonąć go, cieszyć się nim, dać się całemu zmoczyć, mieć radość z mokrych włosów, mokrych ubrań, potem w domu wrzucić te ubrania do pralki i czuć cudowne odświeżenie.

Takie nawykowe myślenie o życiu można zmienić, wypracować? Tak, a najlepsze jest doświadczenie. Nie tylko książki i nawet nie tylko warsztaty. Bo jest duża różnica między myśleniem o deszczu a odczuciem tego deszczu na własnej, dosłownie, skórze. I doświadczeniem płynącej z tego radości.

Kiedy zaczęłam czytać pana książkę, przyznam, że po paru rozdziałach byłam zirytowana tym optymizmem. Ale czytałam dalej i w końcu zaczęłam żałować, że się skończyło. Bo jest w tym coś, co się udziela. Fajnie, że dała mi pani szansę. Wiele osób by się zniechęciło, bo pierwsze wrażenie często decyduje. Ja jestem daleki od bycia kaznodzieją, który mówi ludziom, jak mają żyć. Opowiadam tylko o swoich doświadczeniach, o tym, co mi pomogło, czasem tylko na końcu stawiam pytanie: a jak u ciebie? Mam głęboki szacunek do świata, do drugiego człowieka, wiadomo, że pewne rzeczy nie są dla wszystkich, każdy musi znaleźć swoją drogę. Ale mam poczucie, że jeśli pokażę, co mi pomogło, to będzie wspierające, pokaże innym, jak sięgać po radość.

Prowadzi pan warsztaty, spotykacie się, na żywo albo online, potem kolejna grupa, i następna. Czy dostaje pan informację zwrotną? Odzywają się ludzie: wtedy mi pan pomógł, coś się zmieniło, jest inaczej, lepiej? Oczywiście. Nawet dziś rano rozmawiałem online z dziewczynami, które skończyły mój kurs, są ze sobą w kontakcie, ze mną też. Widzę, że u nich to „pracuje”, rozwijają się, idą dalej.

Chciałbym też rozbić mit, że joga śmiechu jest tylko dla „smutasów”, dla ludzi w ekstremalnym stresie itd. Mój typowy klient, a właściwie klientka, to kobieta około czterdziestki lub trochę starsza, która uśmiecha się częściej niż średnia krajowa, próbowała już różnych rzeczy, często pracy w korporacji, wie, czego nie chce, szuka nowego pomysłu na siebie. Joga śmiechu to często doskonałe uzupełnienie, można w ten sposób pracować z ludźmi, prowadzić kursy i warsztaty i na tym zarabiać. Ale można też po prostu ładować swoje akumulatory, mieć ciekawość dziecka w odkrywaniu świata. Teraz, kiedy z panią rozmawiam, siedzę sobie nad rzeką i zastanawiam się, co jest za zakrętem. Kiedy skończymy, pójdę sprawdzić. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się bezrefleksyjnie ze wszystkiego cieszyć, nie zawsze też jest idealnie, zdarzają się kryzysy, mnie raz na jakiś czas też, ale te kryzysy już mnie nie przewracają, szybko z nich wychodzę – wzmocniony.

W rodzinie też praktykujecie jogę śmiechu? Jasne. Moja żona tak jak ja zapaliła się do tego pomysłu. Ma też dar naturalnego śmiechu i wielką charyzmę. Pojechała ze mną do Indii, ma międzynarodowe instruktorskie uprawnienia. I dzieciaki to łapią, widzą, że rodzice się tym zajmują, więc automatycznie uznały, że to ciekawe i fajne. Rozalka, moja pięcioletnia córeczka, po raz pierwszy była na warsztatach jeszcze w brzuchu mamy, potem znowu, kiedy miała ledwie parę miesięcy, w nosidełku, aż zaczęła bywać na własnych nogach. Dla niej słowo „praca” znaczyło „śmiech”. Jak tata idzie do pracy, to znaczy, że będzie się śmiał. Mówiła: „czas na pracę” i pokazywała ćwiczenia jogi śmiechu. Tak w naturalny sposób buduje się w dziecku pozytywne skojarzenia.

Piotr Bielski www.joginsmiechu.pl, Facebook: Jogin Śmiechu,

Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus Książka „Życie na lekko. O tym, jak radośnie być sobą”, Wyd. Sensus

 

  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Styl Życia

Siła spokoju - joga na odbudowanie wewnętrznej równowagi

Joga i medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia. (Fot. iStock)
Joga i medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Gdy jesteśmy niespokojni i brakuje nam cierpliwości, aby zrozumieć to, co dzieje się wewnątrz i wokół nas, trudniej nam podejmować decyzje i dogadać się z innymi. Dlatego tak ważne jest odbudowanie wewnętrznej równowagi. 

Według filozofii jogi istnieje pięć podstawowych zasad, które pomogą nam zatroszczyć się o ciało i umysł tak, aby osiągnąć wewnętrzną równowagę.

Pierwszą zasadą jest prawidłowe odżywianie, czyli lekka dieta, która dostarcza niezbędnych składników odżywczych.

Druga zasada to odpoczynek pozwalający na zregenerowanie się całego organizmu i utrzymanie silnego systemu nerwowego.

Trzecia – ćwiczenia fizyczne. Dzięki nim utrzymujemy w dobrym stanie mięśnie, krążenie krwi i dostarczamy ciału energii. Gdy zestroimy ruch z oddechem oraz skoncentrujemy na nich całą uwagę, możemy doświadczyć jedności ciała i umysłu, a tym samym – spokoju, który jest naszą wewnętrzną siłą.

Czwartą zasadą jest używanie oddechu jako narzędzia, które pozwala zmieniać stan umysłu i emocji: uspokaja, ułatwia koncentrację, a nawet regenerację całego organizmu.

Ostatnia, piąta zasada to medytacja. Naukowcy od wielu lat prowadzą badania korzyści płynących z jej praktykowania. Ich wyniki potwierdzają to, czego jogini uczą od tysięcy lat: medytacja oddziałuje na pracę mózgu i wpływa na poprawę zdrowia i samopoczucia.

Wprowadzenie tych pięciu zasad w codzienne życie może wydać się trudne. Róbmy to więc stopniowo, zaczynając od świadomego wybierania tego, co i kiedy jemy, jak odpoczywamy, jak oddychamy. Ciało i umysł zaczną szybko wynagradzać nasze wybory. Po czym to poznamy? Odzyskamy spokój, który przejawiać się będzie nie tylko opanowaniem i wyciszeniem, ale też większą radością życia, głębszą świadomością własnej mądrości, intuicji i kreatywności.

Ćwiczenie

Podczas wykonywania ćwiczenia cały czas oddychamy głęboko i spokojnie przez nos, świadomie wydłużając każdy wdech i wydech. Stoimy w lekkim rozkroku, stopy są ustawione równolegle do siebie. Wyciągamy ramiona przed siebie na wysokości barków, łokcie są wyprostowane, ramiona równoległe do podłogi, wnętrze dłoni kierujemy do dołu. Powoli podnosimy ramiona, nie zginając łokci. Głowa jest lekko przechylona do tyłu, biodra lekko wysunięte do przodu. Pozostajemy w tej pozycji od 30 sekund do 2 minut. Płynnym ruchem robimy skłon do przodu, nie zginając łokci.

Zatrzymujemy się w momencie, gdy dłonie dotkną podłogi. Pozostajemy w tej pozycji od 30 sekund do 2 minut, pamiętając o oddechu. Następnie prostujemy powoli kręgosłup, ramiona są cały czas wyprostowane przed nami. Dochodzimy do pozycji wyjściowej i pozostajemy w niej ok. 30 sekund.

To proste ćwiczenie zmniejsza intensywność emocji wywołanych zmianami hormonalnymi przed miesiączką i menopauzą, więc każda kobieta powinna włączyć je do regularnej praktyki jogi.

  1. Styl Życia

Staffing w pracy - co to jest? Kiedy mamy do czynienia z tym rodzajem mobbingu?

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy zapewne wiedzą, czym jest mobbing w pracy. Choć mam nadzieję, że nie poznali go na własnej skórze – zastrzega psycholożka Hanna Samson. Jej doświadczenie wskazuje jednak, że i pracownicy mogą nękać szefa czy szefową. Wtedy mamy do czynienia ze staffingiem.

Pamiętam z dzieciństwa dowcip o Jasiu, który bardzo nie chciał iść do szkoły. Skarżył się mamie, że nikt go tam nie lubi i wszyscy mu dokuczają, ale mama była nieugięta i kazała mu iść, na koniec pytając: – No pomyśl, Jasiu, jak wyglądałaby szkoła bez dyrektora?

A więc to tak? Szefowie też mogą się czuć nieakceptowani w swoim miejscu pracy? Mogą. I niekoniecznie dlatego, że nie nadają się na to stanowisko. Czasem splot okoliczności sprawia, że szczególnie na początku pracy zderzają się z niechęcią zespołu.

Jak do ściany

Elwira ma 47 lat, za sobą drogę pełną sukcesów, wszyscy mogliśmy ją podziwiać na ekranie, ale teraz wygląda, jakby była ciężko chora. – Nie jem, nie śpię, chyba powinnam rzucić tę pracę, ale się boję, bo w telewizji są na mnie obrażeni, że odeszłam, więc pewnie nie pozwolą mi wrócić. I co ja zrobię? – płacze.

A jeszcze dwa miesiące temu było zachwycona nowym wyzwaniem. Zaproponowano jest stanowisko redaktorki naczelnej w magazynie dla kobiet, który zawsze bardzo lubiła. Nie myślała o zmianie pracy, ale takich propozycji się nie odrzuca. Elwira jest ambitna, umie współpracować z ludźmi, przed telewizją pracowała w gazetach, merytorycznie czuła się przygotowana. Umówiono ją na spotkanie z prezesem wydawnictwa, byli sobą nawzajem zachwyceni, wszystko układało się świetnie.

– Prezes przedstawił mnie zespołowi, wygłosiłam entuzjastyczną przemowę, na którą zespół w żaden sposób nie zareagował, trochę to było dziwne, ale jeszcze nic nie przeczuwałam – opowiada. – Prezes wyszedł, zostałam z nimi sama, kilkanaście osób, kobiety i trzech mężczyzn. Chciałam z nimi nawiązać kontakt, pytałam, kto jest kim, co lubią w swojej pracy, a co chcą zmienić – odpowiadali półsłówkami, nikt nie odzywał się spontanicznie. Czułam ich niechęć, chciałam rozładować atmosferę, więc zapytałam, czy zawsze są tak wygadani, ale nadal nic. Zwróciłam się więc bezpośrednio do mojej zastępczyni, która została po poprzedniej naczelnej. W końcu zapytałam, czy zebrania zawsze tak wyglądają. Usłyszałam, że zebrania z Kasią były fantastyczne. A teraz nie ma Kasi... Kiedy zareagowałam, że przecież są oni i nie zamierzam sprowadzać swoich ludzi, chcę robić ten magazyn z nimi, czułam się, jakbym mówiła do ściany.

Persona non grata

Elwira musiała zrobić swój pierwszy numer, a czasu było mniej niż zwykle. Zaczęła współpracować z poszczególnymi osobami, każdy z nich wiedział, co ma robić, byli w tym dobrzy. Jednak kiedy coś proponowała, nikt nie wyrażał swojej opinii. Na kolejnym spotkaniu była bliska rozpaczy. – Znów zwróciłam się do mojej zastępczyni – opowiada dalej Elwira. – I usłyszałam, że skoro uważam, że to dobry pomysł, to OK. Bo przecież jestem naczelną... Czuję się odrzucona, wykluczona, wyobcowana. Mam iść do prezesa i powiedzieć, że zespół nie współpracuje? To znaczy, że nie umiem kierować ludźmi, on we mnie wierzy, nie chcę zawieść jego zaufania.

Pytam, jak długo już tam jest i okazuje się, że dwa miesiące.  I właściwie nic się nie zmienia. No poza tym, że sama Elwira czuje się coraz gorzej. Przed wyjściem do pracy wymiotuje, a wieczorem nie może zasnąć.

– Z nikim nie masz kontaktu? – upewniam się. – Z dziewczynami z fotoedycji udaje mi się normalnie pogadać, czasem się nawet śmiejemy. Ale na zebraniach one też milczą, pewnie wszyscy się namówili, że nie będą ze mną rozmawiać. – Dlaczego? Jak rozumiesz tę sytuację? – Wiem, że wszyscy bardzo lubili Kasię, poprzednią naczelną, razem z nią tworzyli tę gazetę od początku. Zwolnili ją, bo wyniki sprzedaży były coraz gorsze, i zatrudnili mnie. – Panią z telewizji, która spadła na nich jak z kosmosu i myśli, że zna się na gazecie, którą oni stworzyli – mówię, bo chcę, żeby to wyszło ode mnie. – No właśnie. Oni nie wierzą w moje kompetencje. Ten pierwszy numer wyszedł całkiem nieźle, ale to ich nie przekonało. Chyba najgorsza jest moja zastępczyni. Czuję, że patrzy na mnie z góry i czeka, aż mi się powinie noga. Nigdy nie mówi swojego zdania, tylko pozornie akceptuje moje. – Może warto z nią porozmawiać o waszej relacji? – Próbowałam, ale ona się wyślizguje – mówi Elwira. – Chciałam ją zaprosić na kolację, ale stwierdziła, że po pracy lubi wracać do domu. Powiedziałam, że jest mi trudno pracować w takiej atmosferze, a ona na to, że przecież sama chciałam być naczelną, a to niełatwy kawałek chleba. Zapytałam, czy chciała być naczelną po odejściu Kasi, odpowiedziała, że woli być druga, ale po osobie, którą ceni. Dotąd zawsze dogadywałam się z ludźmi, a teraz boję się chodzić do pracy, jeszcze chwila i wpadnę w depresję.

Próba sił?

Staffing tak samo jak mobbing może prowadzić do depresji. Wszyscy potrzebujemy akceptacji w swoim środowisku i szefowie nie są tu wyjątkiem, ale mają większe możliwości działania. Staffingu nie ma jeszcze w prawie pracy, więc nie mogą odwołać się do sądu, ale też nie są bezradni.

– Elwira, przecież to ty jesteś szefową, ty masz władzę. Upomnienia, nagany, premie lub ich brak, nawet zwolnienia pracowników zależą od ciebie. Czy jesteś tego świadoma? – pytam. – Ale ja nie chcę z tego korzystać! Chcę się z nimi dogadać! – Do tej pory próbowałaś się im podlizywać i nic z tego nie wyszło. Spróbuj się z nimi dogadać z pozycji mocy. Warto, żebyście wszyscy wiedzieli, że ją masz! Na przykład powiedz zastępczyni, żeby przygotowała 20 propozycji tematów do następnego numeru, zamiast oceniać twoje pomysły. Powiedz, że jeśli ktoś nie chce z tobą współpracować, to niech odejdzie za porozumieniem stron, bo inaczej ty wkrótce go zwolnisz. Niech zostaną tylko ci, którzy chcą. Zresztą ty pewnie lepiej wiesz, co im powiedzieć, bo to ty jesteś szefową!

Elwira przyszła do mnie po miesiącu. Wyglądała znów jak pani z telewizji, zadowolona kobieta sukcesu. – Nadal tam pracujesz? – zapytałam z niedowierzaniem. – O tak! Cudowne miejsce i wspaniali ludzie! Naprawdę mam świetny zespół! – śmieje się Elwira. – Jak tego dokonałaś? – Zaraz po naszym spotkaniu zwołałam zebranie na 9.00 rano, choć większość lubi przychodzić o 10.00. Powiedziałam, żeby ci, którzy nie chcą ze mną współpracować, odeszli za porozumieniem stron, bo inaczej ich zwolnię. Dodałam, że nie muszą od razu podejmować decyzji, bo od jutra z każdym będę rozmawiać indywidualnie i wtedy się dowiem. Mieli przychodzić do mojego gabinetu zgodnie z planem, który wysłałam mailem, a zastępczyni i szefom działów powiedziałam, żeby przynieśli propozycje tematów do następnych numerów. Podziękowałam za spotkanie i wyszłam – śmieje się Elwira. – Dużo mnie to kosztowało, ale było warto, dogadałam się ze wszystkimi! – Z zastępczynią też?

– I to jak! Chyba nawet już się lubimy. Powiedziała, że chce być moją zastępczynią, bo w końcu pokazałam, że nadaję się na naczelną!

Ta historia skończyła się dobrze, kiedy Elwira pokazała swoją moc. Jednak nie każdy szef ma takie możliwości, co nie oznacza, że ma się godzić na staffing.

Kiedy milczenie nie jest złotem

Agata ma 26 lat, po powrocie ze stażu w Holandii podjęła pracę w ośrodku wychowawczym, prowadzi grupę chłopców w wieku od 15 do 18 lat. Odkąd z nimi pracuje, chłopcy zaczęli się zmieniać. Chętniej współpracują ze sobą, rozwiązują konflikty bez użycia siły, oczywiście nie zawsze, ale tę zmianę dobrze widać, co zauważył również dyrektor. Wezwał Agatę, wypytał o metody pracy, których uczyła się w Holandii, docenił jej zapał i energię, i rzucił na głęboką wodę. Agata została szefową wychowawców, czym pozostali nie byli zachwyceni. Wszyscy byli od niej starsi, pracowali w ośrodku od lat i nie widzieli powodu, żeby uczyć się od Agaty.

„Ty masz pewnie jakąś misję, może chcesz zrobić doktorat, ale nie naszym kosztem! My chcemy spokojnie pracować, a nie chodzić na jakieś zebrania i słuchać nowinek” – taki mniej więcej przekaz płynął od kolegów, którzy ignorowali jej zaproszenia na spotkania i robili sobie z niej żarty. Tylko wychowawczyni grupy dziewcząt była zainteresowana jej metodami pracy, więc Agata współpracowała z nią i jej grupą. Dyrektorowi powiedziała, że będzie wprowadzać zmiany stopniowo w poszczególnych grupach, nie chciała skarżyć się na kolegów. Po kilku miesiącach dzieci z innych grup zaczęły pytać swoich wychowawców, dlaczego u nich nie ma takich fajnych zajęć jak u dziewczyn i starszych chłopaków. W końcu inni zainteresowali się tym, co robi Agata. Przyszli do niej i poprosili, żeby opowiedziała im o zajęciach, które robi z dziećmi, to może zaczną z nią współpracować. I naprawdę zaczęli.

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może się z niego wyłamać. Stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. Gdybyśmy potrafili ująć się za nimi, nie byłoby nie tylko staffingu, ale też mobbingu, na który zwykle pozwala milcząca większość.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak "Dom wzajemnych rozkoszy" i "Sensownik". 

[newsletterbox]