1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Do czego prowadzi praca ponad miarę?

Do czego prowadzi praca ponad miarę?

123rf.com
123rf.com
Połowa pracowników pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 często zabiera pracę do domu. Czy ma to wpływ na ich efektywność? Na pytanie odpowiada Małgorzata Czernecka, psycholog i autorka Raportu: „Praca, Moc, Energia w polskich firmach”.

Należymy do rekordzistów, jeśli chodzi o liczbę godzin spędzonych w pracy. Jednak pomimo tego, że pracujemy coraz więcej, nasza efektywność wcale się nie zwiększa. Nadmiar bodźców atakujących nas w ciągu dnia, zarówno w pracy, jak i poza nią powoduje, że nasz umysł pozostaje w ciągłym trybie stand-by. Przez to, że do późnych godzin jesteśmy dostępni pod służbowym telefonem bądź mailem, nasz odpoczynek jest tylko pozorny - ciągle czuwamy. Ponadto, coraz więcej osób zabiera pracę do domu. Badania przeprowadzone przez Human Power wskazują, że co trzeci badany pracuje również w domowym zaciszu. Taki tryb życia prowadzi aż 52% menedżerów oraz blisko 26% pracowników. Połowa kadry pracuje też dłużej niż 8 godzin dziennie, a 1/3 śpi mniej niż 6 godzin. Być może dlatego częściej niż co drugi badany budzi się rano zmęczony. Ponad 30% ankietowanych przyznaje również, że ma poczucie, iż jego wydajność odbiega od pożądanego poziomu i co trzeci odczuwa silny spadek energii w ciągu dnia, już po godzinie 14.

- Brak odpowiedniej dawki snu, który pełni funkcję regeneracyjną dla organizmu, powoduje spadek kondycji i efektywności o poranku. Aby być produktywnym musimy jednak pamiętać także o regeneracji w ciągu dnia. Potrzebujemy przeplatać okresy intensywnej pracy, okresami krótkiego odpoczynku – wyjaśnia Małgorzata Czernecka – Spanie poniżej zalecanych 7-9 godzin na dobę powoduje problemy z koncentracją uwagi i wpływa pamięć. Popełniamy też więcej błędów. Obniża się nasz nastrój i odporność na stres - stajemy się bardziej drażliwi – dodaje.

Badania wskazują, że maksymalny czas skupienia dorosłego człowieka wynosi 90 minut. Po tym czasie następuje fizjologiczny spadek energii, który objawia się mniejszą kreatywnością, dłuższym czasem reakcji oraz wydłużaniem się czasu wykonywania zadania.

- Warto zaplanować przerwy regeneracyjne w ciągu dnia pracy. Należy jednak pamiętać, że aby takie przerwy przynosiły odpowiednie efekty, muszą być prawdziwymi przerwami od pracy. Najlepiej robić w ich trakcie coś odmiennego od wykonywanych obowiązków zawodowych i nie myśleć o czekających nas za chwilę zadaniach – dodaje autorka raportu

Efektywność nie zależy wbrew pozorom wyłącznie od wkładanego w zadania wysiłku. Wręcz przeciwnie. Aby być produktywnym należy zadbać o odpowiednią dawkę snu, przerwy regeneracyjnych i niepracowanie po godzinach.

- Musimy pamiętać, że regeneracja bierna to element spłacania długu, jaki zaciągamy będąc aktywnym w ciągu dnia. Im dług jest wyższy, tym jego konsekwencje są bardziej odczuwalne dla naszej efektywności w pracy. Dlatego warto czasem po prostu „odpuścić” – przekonuje psycholog.

Małgorzata Czernecka – psycholog, ekspert ds. efektywności, prezes Human Power. źródło:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai
Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę
W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi
Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai
Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca
Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność
Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem
Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Styl Życia

Wypalenie zawodowe - jakie mogą być objawy?

Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Zmęczenie, brak energii, częste przeziębienia mogą być krzykiem organizmu o ochronę przed wypaleniem zawodowym. Trzeba tylko połączyć kilka faktów, by układanka złożyła się w całość.

Robert tłumaczy żonie, że wieczorne drinki i okazjonalne „resetowanie się” alkoholem w trakcie większych imprez to konieczność w jego pełnej napięcia pracy. Joanna ma w kuchni półkę zastawioną suplementami diety podnoszącymi odporność, ale każda zima przynosi coraz więcej przewlekłych przeziębień. Krzysztof zasięgał niedawno porady prawnika, by sprawdzić, czy sposób, w jaki potraktował pracownika w chwili irytacji, może być uznany za mobbing. Nie zmniejszyło to jego problemów ze snem, które trapią go – jak sobie uświadomił – już rok.

O wypaleniu zawodowym każdy kiedyś słyszał. Ale przecież to problem innych. Głównie Japończyków. To oni swój pracoholizm przypłacają karoshi – śmiercią z przepracowania lub karojisatsu – samobójstwem z powodu nadmiaru pracy. Ale czy na pewno nam ten problem jest obcy?

Symptomy wypalenia zawodowego

Robert, Joanna i Krzysztof nie zwracają uwagi na symptomy wypalenia zawodowego, bo nie rozpoznają ich jako części procesu. Każdy czasem miewa katar, każdy czasem wypije za dużo, każdemu zdarza się zdenerwować. Zresztą, kto w dzisiejszych czasach nie bywa trochę przepracowany? Jeśli uda się rozpoznać iluzyjność takiego podejścia, zanim brutalnie pozbawią nas złudzeń poważne kłopoty zdrowotne, mamy szansę uniknąć trudnych do odwrócenia stanów, takich jak poważne kłopoty z sercem, krążeniem, układem pokarmowym czy depresja. Co ważne, symptomy wypalenia występują nie pojedynczo, ale w pewnym charakterystycznym zestawie. I właśnie ten zestaw powinien wzbudzić czujność.

Po pierwsze: przewlekłe zmęczenie

Joanna nie przypomina sobie, kiedy ostatni raz czuła przypływ energii i radość działania. Zaczyna podejrzewać nawet, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i filmach. Choćby nie wiem jak długo spała, ciągle jest niewyspana. A właściwie trudno mówić o spaniu, kiedy budzisz się o czwartej i przypominasz sobie wszystkie problemy, którym będziesz musiała stawić czoła w dzień. A kiedy w weekendy starasz się pospać dłużej, żeby wstać wypoczęta, i tak budzisz się z bólem pleców i poczuciem zmęczenia i rozbicia. Może dobrze byłoby pójść na masaż, na basen albo poćwiczyć na świeżym powietrzu? Tylko kiedy i jak? Najpierw trzeba to wszystko jakoś poogarniać, a to nie jest proste, kiedy lecisz na jednym silniku. Mąż żartuje, że ma w łóżku śpiącą królewnę, ale coraz bardziej irytuje go, że zawsze wieczorem boli ją głowa. Joanna powtarza wszystkim, że jest zmęczona, ale do nikogo to nie dociera. Ma poczucie, że ciągle ktoś czegoś od niej chce – w pracy współpracownicy i szefowa, w domu mąż i dzieci, nie wspominając już o mamie, zadręczającej pomysłami wspólnych zakupów – i że te „chcenia” zdecydowanie przekraczają jej możliwości. Ktoś mógłby to wreszcie zauważyć. Tak jak fakt, że od dwóch miesięcy nie może się skutecznie pozbyć nawracającego kataru. Na chwilę poprawia jej nastrój miętowa czekolada, ale słodycze plus obfitsze kolacje powodują, że ubrania przestają dopinać się w pasie, co również nie czyni ją szczęśliwszą.

Joanna próbuje coś zmienić, oddzielnie skupiając się na każdym z przejawów dyskomfortu. Tymczasem uświadomione i połączone w całość problemy dają obraz stanu, który można określić jako właśnie psychiczne i fizyczne wyczerpanie.

Po drugie: brak empatii

Krzysztof zdaje sobie sprawę, że ostatnio stał się bardziej szorstki i wymagający dla swoich pracowników. Bo ile czasu można „ojcować” dorosłym ludziom? Tyle lat już u niego pracują, mogliby się czegoś nauczyć, a nie przybiegać z każdym „bzdetem”. No i te ich ciągłe problemy rodzinne: ojciec w szpitalu onkologicznym, córka miała wypadek i potrzebuje protezy, kredyt na kupno mieszkania. A co go to w końcu obchodzi, szczególnie teraz, gdy sprawy firmy nie idą najlepiej. Ale jak mogą iść dobrze, skoro wszyscy pracują na pół gwizdka, bo ciągle mają te swoje ważne sprawy. Czy jego ktoś pyta o problemy osobiste? Tak dłużej nie może być – dość cackania się z niezorganizowanymi pracownikami. Tak, dał ogłoszenia o naborze nowych ludzi. Tak, weźmie takich, którzy przystaną na gorsze warunki zatrudnienia. I nic nikomu do tego. A już najmniej jego siostrze, której się wydaje, że jak jest psychologiem, to pozjadała wszystkie rozumy. Wymyśliła ostatnio, że niby Krzysztof jest mało empatyczny dla innych, bo jest przepracowany, wypalony i nie radzi sobie sam ze sobą.

Krzysztof broni się przed uwagami bliskich, atakując. Trudno mu uwierzyć i zaakceptować fakt, że depersonalizacja, czyli „odczłowieczanie” relacji z innymi, może być spowodowana przeciążeniem i nieudanymi próbami radzenia sobie z własnym stanem psychicznym.

Po trzecie: samoocena leci w dół

Robert doszedł do wniosku, że czas się wyzbyć złudzeń co do swoich możliwości. Jeszcze niedawno wierzył, że jest niezastąpiony w pracy. Teraz przybyło nowych ludzi, lepiej wykształconych, sprawniej posługujących się angielskim. Dawniej lubił napięcie towarzyszące negocjacjom i uczucie triumfu, gdy sprawy szły po jego myśli – czuł się niezbędny dla firmy. Teraz sukcesy rozkładają się na więcej osób. Robert ma wrażenie, że lada moment podziękują mu za dotychczasową współpracę – już nie jest niezastąpiony, a na nowicjuszy wydają mniej pieniędzy. Takie myśli kołaczą mu się po głowie nieustannie. Wieczorne drinki pozwalają na chwilę się wyluzować, ale rano znowu rzeczywistość skrzeczy.

Na ostatniej firmowej imprezie „zresetował się” kompletnie i wdał w kłótnię z prezesem, o czym plotkowano później przez tydzień. Robert poszedł wtedy na zwolnienie lekarskie. Po raz kolejny, bo ostatnio coraz częściej mu się to zdarza. Żeby jeszcze można było wziąć zwolnienie lekarskie od żony, która ciągle marudzi, że on za mało wierzy w siebie, że niby ma zaniżoną samoocenę i niepotrzebnie deprecjonuje własne dokonania.

Zanim będzie za późno

Christina Maslach – twórczyni najbardziej znanej koncepcji wypalenia – podkreśla trójskładnikowość tego zjawiska: obok poczucia ogólnego psychicznego i fizycznego wyczerpania, pojawiają się dodatkowo: depersonalizacja jako reakcja na innych oraz obniżone poczucie własnych dokonań jako reakcja na siebie.

Jeżeli te symptomy zostaną rozpoznane w porę, można skutecznie pracować nad poprawą stanu zdrowia i powrotem do równowagi psychicznej – ważne jest wtedy równoległe działanie na kilku płaszczyznach jednocześnie: zadbanie o zdrowie fizyczne, ruch, dietę oraz praca nad zmianą szkodliwych nawyków i przekonań dotyczących pracy. W przypadku niewielkiego nasilenia objawów można poradzić sobie z problemem przy wsparciu rodziny lub przyjaciół. W bardziej zaawansowanym stanie przydadzą się porady lekarza rodzinnego (z takiej pomocy skorzystała Joanna), coachingu (praca nad zmianą nawyków pomogła Krzysztofowi) czy terapii (co okazało się skutecznym rozwiązaniem dla Roberta). Ważne, by uznać fakt, że potrzebujemy pomocy, i z niej skorzystać. W przeciwnym razie proces autodestrukcji może nasilać się do stanów, w których niezbędna będzie nawet hospitalizacja.

Warto przeczytać: „Wypalenie zawodowe: przyczyny i zapobieganie”, Helena Sęk, Wydawnictwo Naukowe PWN;„Panowanie nad stresem”, Mirella Kamińska, Bogdan Siewierski, Aleksandra Skwara, Andrzej Szóstak, wyd. One Press.

  1. Seks

Ochota na seks - co wpływa na nasze libido?

Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Apetyt na seks – choć ze wszech miar wskazany – nie jest wartością stałą. Ma na niego wpływ wiele czynników, jak zdrowie, odpowiednia ilość snu czy poczucie atrakcyjności. Ale gdy słabnie z miesiąca na miesiąc – trzeba podjąć szybką akcję reanimacyjną.

Marzenie wielu par: zachować temperaturę w sypialni równą tej z pierwszych miesięcy po poznaniu. Czy jest do spełnienia? W pewnym sensie tak. – Nie jesteśmy wprawdzie w stanie utrzymać niezmiennego poziomu pożądania, zresztą, gdyby to się udało, przebywanie na niekończącym się erotycznym haju byłoby nie do wytrzymania, ale jest możliwe i wskazane, by dbać o związek pod kątem podtrzymywania namiętności – mówi seksuolog prof. Zbigniew Izdebski, autor badań „Seksualność Polaków 2011”. – Trzeba troszczyć się, by poziom pożądania nie spadał za nisko.

Seks służy nie tylko miłosnej relacji, ale też zdrowiu. Zdaniem prof. Izdebskiego sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. I są sposoby na to, by utrzymać jego poziom w normie.

Kwestia atrakcyjności i… snu

– Libido to biologiczna siła, która pcha ludzi do szukania dróg zaspokajania napięcia seksualnego, osiągnięcia satysfakcji seksualnej, doznania przyjemności i bliskości z drugą osobą – mówi Małgorzata Zaryczna, psycholog, seksuolog i terapeutka. – Popęd seksualny jest jednym z motorów ludzkiej aktywności i życiowej energii.

Jest to bardzo pierwotna i jednocześnie jedna z bardziej skomplikowanych funkcji życiowych, bo składają się na nią dwa komponenty: czysto biologiczny, pozostający poza naszą kontrolą, i psychiczny, zależny od stanu uczuć. Kobiece libido ma tendencję do falowania w rytm cyklu miesięcznego, męskie – jest często wyższe i ma związek z męskim hormonem płciowym, testosteronem, który jest jednym ze „sterowników” libido.

Jak twierdzi ginekolog, prof. Krzysztof Tomasz Niemiec, popęd płciowy jest też efektem uwarunkowań społecznych oraz stylu życia. – Zadbać o niego to zadbać o zdrowie, ale też o swoją seksualność i jakość życia w związku i na co dzień – mówi.

Ciekawe, że biologiczna energia, jaką jest libido, zależy m.in. od tak społecznej funkcji, jaką jest wykształcenie! Badania prof. Izdebskiego potwierdzają ten fenomen: problem niskiego libido częściej dotyczy kobiet z wykształceniem podstawowym i zawodowym niż tych z wyższym. Dlaczego? Bo kobiety bardziej świadome są zazwyczaj także bardziej otwarte na siebie i swoją seksualność. Libido jest zresztą wypadkową wielu zjawisk: dotychczasowych doświadczeń seksualnych, poczucia kompetencji w sferze seksu (i nie tylko), klimatu wokół seksu w domu rodzinnym, a także sposobu myślenia o erotyce. W przypadku kobiet libido w ogromnym stopniu zależy od tego, jak w ogóle postrzegają same siebie.

Cindy Meston, seksuolożka z bostońskiego uniwersytetu, przepytała kilkaset kobiet i stwierdziła, że te, które były mniej zadowolone ze swego wyglądu, gorzej oceniały swoje życie seksualne. I to niezależnie od spraw uważanych za kluczowe: atrakcyjności czy umiejętności kochanka oraz długości gry wstępnej!

Prof. Niemiec dodaje, że libido jest fizjologicznie mniejsze podczas ciąży, po porodzie oraz po menopauzie. Spada także, kiedy kobieta jest zwyczajnie zmęczona. Zgadza się z tym Małgorzata Zaryczna: – To zwykła biologia – kiedy lecimy z nóg, jedynym naszym pragnieniem jest sen, a nie seks, choćby nie wiadomo jak wspaniały. I radzi: – Wiele chronicznie przemęczonych osób może odkryć, że osiem godzin snu kilka nocy z rzędu zdziała cuda w kwestii pożądania.

Sposoby na spadek zainteresowania seksem

Co zrobić, gdy nagle bardziej atrakcyjny niż tête à tête w sypialni wydaje się wypoczynek na kanapie przed TV czy sycący posiłek w kuchni?

– Ponieważ zaburzenia libido są z reguły uwarunkowane wieloczynnikowo, niemożliwe jest wynalezienie jednego preparatu, który rozprawi się z problemem – uważa prof. Niemiec. – Najlepsze efekty przynosi stosowanie terapii interdyscyplinarnych, łączących farmakologię z medycyną naturalną, zażywaniem suplementów diety, terapią par czy terapią zaburzeń emocjonalnych. Zapytany o afrodyzjaki, odpowiada: – Wiele z tych środków ma za zadanie nie tyle wywrzeć określony efekt chemiczny, co skupić uwagę ludzi na sferze seksualnej, skierować na nią wiązkę świadomości. Często ich działanie polega na efekcie placebo: niby nic się nie dzieje, ale nasze myśli jednak krążą wokół seksu.

I dodaje: – Farmakologia lepiej sobie radzi z mężczyznami. Nie ma niestety odpowiednika viagry dla kobiet. Są jednak substancje, które – przyjmowane regularnie przez dłuższy czas – mogą wspomóc libido. Jedną z nich jest wyciąg z buzdyganka ziemnego. Ta znana już w medycynie ludowej roślina, zażywana regularnie, ma zdolność łagodnego podnoszenia poziomu testosteronu we krwi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. A testosteron pobudza pożądanie seksualne.

– Nasze libido ma sprawnie funkcjonować? Musimy być przede wszystkim zdrowi – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Jeśli cokolwiek szwankuje w organizmie, to libido ucierpi. Jego spadek towarzyszy wielu chorobom: zaburzeniom hormonalnym, nadciśnieniu, cukrzycy, miażdżycy. Zabójczy wpływ na libido mają wszelkie problemy z tarczycą, zwłaszcza niedoczynność. Dlatego, jeśli obserwujemy spadek zainteresowania seksem, powinniśmy odwiedzić lekarza (ginekologa, endokrynologa itp.), bo może zamiast szukać problemów w relacji i obwiniać się – trzeba po prostu zadbać o nadwątlone zdrowie.

Są jeszcze bodźce wewnętrzne. Te, które możemy sami wyprodukować. A dokładnie chodzi tu o fantazje erotyczne. Kobieca wyobraźnia jest pod tym względem niesłychanie bogata i produktywna, najczęściej o wiele bardziej rozbudowana od męskiej. I dobrze, bo nasze libido karmi się tymi wewnętrznymi obrazami, marzeniami i pragnieniami. Nimi oraz ich realizacją.

– Wyobrażamy sobie wiele rzeczy, ale jest ogromna rozbieżność pomiędzy myśleniem o jakiejś formie seksu, a jej wypróbowaniem – mówi Małgorzata Zaryczna. – Boimy się porozmawiać z partnerem, zasugerować, co sprawiłoby nam największą przyjemność, odkrywać siebie nawzajem. A przecież, jeśli nie będziemy robić w łóżku tego, co nas kręci, samo libido nie wystarczy...

Popęd seksualny według Polaków

Choć to brzmi jak doniesienia z czasów feudalnych, według badań prof. Izdebskiego, zamieszczonych w raporcie „Seksualność Polaków 2011”, aż 30 proc. Polek wciąż uważa, że zaspokojenie partnera to obowiązek kobiety – bez względu na to, czy same mają apetyt na seks, czy nie. Kolejne 34 proc. nie wie, czy nazwać seks obowiązkiem, czy nie.

6 proc. kobiet uważa, że ich libido jest za niskie, a 7 proc. – że jest za niskie w porównaniu z potrzebami partnera. Skargi słychać w każdej grupie wiekowej: małe, bardzo małe lub praktycznie nieistniejące potrzeby seksualne zgłasza 43 proc. kobiet po pięćdziesiątce, 18 proc. respondentek między 40. a 49. rokiem życia i aż 13 proc. tych, które nie dobiły jeszcze trzydziestki.

Z czasem, niestety, jest jeszcze gorzej: po pięćdziesiątce aż 43 proc. badanych uważa, że seks jest kompletnie nieistotną częścią ich życia, a 46 proc. kobiet po 41. roku życia stwierdza, że znacznie zmalało ich zainteresowanie erotyką.

Aż 87 proc. kobiet dotkniętych problemem obniżonego libido nie szuka i nie szukało nigdy pomocy. – Spory odsetek Polaków obu płci deklaruje, że są ze swojego życia seksualnego zadowoleni – mówi prof. Zbigniew Izdebski. – Jednak wypływa to z faktu, że nie mają względem niego żadnych oczekiwań. Podchodzą do niskiego libido z rezygnacją: „OK, jest to dolegliwość, ale skoro nie da się jej zniwelować, trzeba z nią żyć”. Pytani o zadowolenie, wypierają problem, odpowiadają: „tak, tak, jesteśmy zadowoleni”, żeby nie musieć się temu przyglądać.

Kobiety o małych lub bardzo małych potrzebach seksualnych czerpią mniejsze zadowolenie z życia seksualnego (deklaruje je tylko 32 proc., podczas gdy dla reszty odsetek ten wynosi 64 proc.). I nie tylko dlatego, że rzadziej mają orgazmy. Częściej wskazują na poczucie osamotnienia w związku (24 proc.) czy brak potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach partnera i własnych.

Kobiety o niskim libido rzadziej się przytulają i są przytulane, zaznają w związkach mniej czułości. Kiedy partner próbuje je objąć czy pocałować, one odtrącają go w obawie, że przyzwalając na czułość, zachęcają jednocześnie do gry wstępnej, która prowadzi do zbliżenia. W ten sposób bliskość fizyczna zanika także poza sypialnią, a kontakt staje się mniej ciepły i serdeczny. I choć związek nie musi się rozpaść, to daje mniej szczęścia.

Artykuł archiwalny. Prof. Krzysztof Tomasz Niemiec zmarł pod koniec 2012 r. (przyp. red.)

  1. Zdrowie

Kinezjologia - leczenie bez leków

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Leczenie bez skutków ubocznych, bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarz medycyny, pediatra i specjalista rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei. Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów.

Leczenie bez skutków ubocznych? Bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarka medycyny, pediatra i specjalistka rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei.

Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów. Twórcy kinezjologii połączyli następnie zachodnią medycynę (anatomię, fizjologię, punkty neurolimfatyczne z naczyniowymi) z medycyną chińską (przepływ energii życiowej chi, meridiany, oddziaływania punktów akupunkturowych). Udowodnili, że oddziałując pozytywnie na stan energetyczny mięśni, a poprzez nie na pracę organów wewnętrznych, wpływamy na emocje i na duchowość.

Niemożliwe? A jednak: stres, lęk, zmęczenie - zmieniają naszą sylwetkę, bo powodują napięcie lub osłabienie mięśni. To widać. Gdy nagle otrzymujesz złą wiadomość – czujesz jak nogi się pod tobą uginają. Wspaniałą wiadomość – skaczesz  z radości. Czujesz skrzydła u ramion. Kinezjologia pokazuje jak poznać i wykorzystać dla naszego zdrowia połączenie myśli, emocji, ciała z otaczającym nas światem. Zmiany w mięśniach spowodowane stresem widać, ale są też inne, te niewidoczne, związane z zablokowaniem przepływu krwi, limfy, energii życiowej. Przywrócić prawidłowa sylwetkę, to też przywrócić prawidłowe krążenie oraz przepływ limfy i chi. A więc także poprawić nastrój, wzmocnić siły i chęć życia.

- Co mnie w tej metodzie zainteresowało? – mówi dr Dorota Kalwajt. – Test mięśniowy, chciałam się go nauczyć, gdyż widziałam, jak niemieccy lekarze dzięki niemu nie tylko zdiagnozowali chorobę i jej przyczyny, ale też sprawdzali, który z możliwych, czasem koniecznych, leków będzie dla tego chorego najodpowiedniejszy? A to istotny element pracy lekarza, gdyż każdy organizm jest inny, choćby z powodu nietolerancji pokarmowych itp.

Odblokuj punkty energetyczne

Codziennie rano, zanim jeszcze wstaniesz, możesz wykonać masaż punktów na twarzy i ciele oraz parę ruchów gałkami ocznymi, by poczuć przypływ energii życiowej. Łatwiej ci będzie wstać, a wówczas warto jeszcze postymulować punkty nazywane neurolimfatycznymi. To wystarczy, by energia, dobrze znana medycynie chińskiej, oraz krew i limfa zaczęły lepiej krążyć, a więc by ci nie zabrakło sił przez cały dzień.

Jeśli nauczymy się znajdować i pobudzać te miejsca, gdzie nasza energia na skutek stresu została zablokowana, co odczuwamy jako brak sił czy możliwości skupienia się przy pracy, a nawet jako ból, będziemy mogli sami sobie pomóc. Sens kinezjologii opiera się na tym, że zablokowanie energii w jakimś miejscu, zazwyczaj związane z długotrwałym stresem, staje się powodem choroby. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od zaburzeń pracy żołądka.

Kinezjologia, czyli ratunek dla żołądka

Jeśli żołądek boli i nie pracuje tak jak trzeba, to dokładanie mu chemicznych substancji, jakimi są leki, nie zawsze pomoże. Może nawet zaszkodzić, bo to co dzieje się z przewodem pokarmowym ma zazwyczaj źródło w emocjach – przecież obok żołądka mamy splot słoneczny, czyli ich siedlisko. Jeśli więc nie chcemy, żeby brzuch nas bolał, potrzebujemy metody, która pomoże nam pokonać stres, a więc ukoi emocje.

Jakie to są emocje? Możemy poznać je dzięki badaniu mięśni, gdyż w nich są one zapisane. Tam też możemy je „rozładować”, a dzięki temu wzmocnić organizm. Jeśli mamy problemy żołądkowe – jest to często efekt wyłączenia pracy całego systemu trawiennego. A to bywa efektem stresu, bo po co organizm ma tracić siły na trawienie, kiedy jest zagrożone jego istnienie? To mechanizm pierwotny – kształtował się, gdy stres był sygnałem realnego zagrożenia, bo oto na naszej ścieżce pojawił się tygrys. A więc cała energia kierowana jest do mięśni, by przed nim uciec, albo go pokonać. Problem polega na tym, że ten mechanizm działa nadal, choć stres ma inne źródło. Niestety, stał się też permanentny co niszczy pracę układu pokarmowego. Popatrz na swój dzień: stres za stresem. Nie masz chwili wypoczynku, czyli też czasu, by móc strawić pokarm.

Potrzebne ci sposoby, który pomogą ograniczyć niszczące skutki stresu na dany organ, sposoby, które naturalnie wzmocnią twój organizm, czyli poprawią przepływ krwi i odblokują przepływ limfy oraz energii. Dzięki medycynie chińskiej (teoria meridianów, czyli kanałów którymi płynie energia życiowa) i fizjoterapii zachodniej (połączenia między mięśniami a organami wewnętrznymi) wiemy, że  w tym celu warto wzmacniać i stymulować mięśnie.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.