1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Co utraciliśmy, odchodząc od tradycji i obrzędów?

Tradycja powitania nowożeńców chlebem i solą ma zapewnić nowożeńcom dobrobyt, szczęście i wieczną miłość. (Fot. iStock)
Tradycja powitania nowożeńców chlebem i solą ma zapewnić nowożeńcom dobrobyt, szczęście i wieczną miłość. (Fot. iStock)
Jak ważne wartości możemy odzyskać dzięki tradycjom i obrzędom – mówi psychoterapeuta dr Tomasz Srebrnicki w rozmowie z Beatą Pawłowicz.

Czym są tradycje?
Tradycja odwołuje się do uświęconego wielopokoleniowym przekazem systemu zachowań, poglądów i wierzeń. Nie chodzi o to, żeby ślepo naśladować dawne rytuały, lecz odzyskać ich znacznie. Na przykład w dawnej Polsce zrękowiny poprzedzało spisywanie przedślubnej intercyzy. Gdy wszystko było już ustalone – i posag, i wiano – ręce narzeczonych związywano szarfą nad bochnem chleba i błogosławiono. Panna otrzymywała pierścionek, a kawaler sygnet. Zaręczyn nie można było zerwać bez ważnego powodu.

Czy do tego mamy wrócić? Do zrękowin i związywania szarfą rąk przyszłych małżonków?
Do implantowania wprost tego, co stare, służy Jarmark Dominikański. Jeśli mówimy o tradycji w ujęciu psychologicznym, to interesuje nas, co nam te zachowania dają, znaczenie, jakie im przypisywano. Po co przewiązywano ręce młodych nad bochnem chleba, błogosławiono, a potem wspólnie biesiadowano? Był to sygnał dla świata i dla pary: „teraz będziemy żyć razem”. Rytuał przejścia, wchodzenia do nowej rodziny, przekaz dla pary młodej: „Nie jesteście w życiu sami. Wyrażamy zgodę, byście razem z nami, w systemie naszych dwóch rodzin, dalej wspólnie żyli”. To naprawdę było pomocne i ważne. A dziś zamiast tych wszystkich znaczeń, on tylko wrzuca pierścionek do lodów, a ona jest zachwycona, bo ma być fajnie, a pierścionek w lodach jest fajny.

Ale żyjemy w innym świecie. Kobiety pracują, rodziny wielopokoleniowe zanikają!
A co mamy zamiast nich? Komunikujemy tylko rodzinie: „We wtorek o 11.15 biorę ślub. Nie spóźnijcie się, bo to potrwa 10 minut. Potem jedziemy do Maroka na miesiąc miodowy”. No i jak taki związek ma być trwały? Małżeństwo to instytucja, która wymaga nadania jej wyższej rangi. A pomagają w tym właśnie rytuały, ustalona kolejność zdarzeń. Mają wielką siłę, która zabezpiecza związek przed kryzysem. Dzięki nim wiadomo, do czego się odwołać, gdy zaczną się kłopoty. Do celu wyższego – bycia razem.

Ale bycie razem prowadziło przez wieki nade wszystko do nadużyć, zwłaszcza wobec kobiet.
Patologiczne rodziny zmuszają kobiety, by w imię źle pojętego dobra bliskich czy zasad religijnych pozwalały się krzywdzić. Ale to nie znaczy, że stawianie wysoko w swojej hierarchii wartości bycia razem jest złe. Myślę, że w idealnym modelu tradycyjnym, zakładającym miłość i dobrą wolę rodziców, wciąż warto się do niego odwoływać. Obecnie to siebie stawiamy na pierwszym miejscu. Wystarczy banalny kryzys i od razu widać, o co naprawdę obojgu małżonkom chodzi – żadne nie wykracza poza swój egoizm. Razem jest przecież czymś wyższym od „ja” i „ty”. Ale oni wolą myśleć, że sytuacja kryzysowa to sygnał, że ich uczucie się wypaliło. Więc mówią sobie „pa!” i przeskakują na inny kwiatek. To zaś nikomu, a już na pewno im samym, nie służy.

Tak? A monogamia seryjna? Ludzie żyją w dwu-, trzyletnich związkach i dobrze im z tym.
Naprawdę? Ile można mieć związków dwu-, trzyletnich? I czy na pewno obie strony się na to godzą? A może jedna z nich wychodzi z tej relacji poraniona? Każdy związek ma etapy i nie da się ich przeżyć w dwa lata. W związku uczymy się tolerancji, empatii, opieki nad dziećmi i partnerem, ale też nad sobą. A więc żyjąc w parze rozwijamy się społecznie, a to zupełnie inny typ rozwoju osobowości niż ten ukierunkowany wyłącznie na zaspokajanie swoich potrzeb. Ten ostatni jednak dominuje i dlatego co trzecia para rozwodzi się w ciągu pierwszych lat małżeństwa. Czy nie jest to efekt niefunkcjonalności tego, co zamiast tradycji proponuje związkom konsumpcyjna, narcystyczna kultura współczesna?

Czyli czego?
Choćby tego, by karierę zawodową, czyli pracę, traktować jak cel sam w sobie. No i mamy zastępy samotnych, rozwiedzionych pracoholików. W ujęciu tradycyjnym praca była tylko narzędziem, które miało służyć rodzinie i jej rozwojowi. Stawiając ją ponad bliskimi, zachowujemy się jak małpa z brzytwą. Nie mamy dzieci, bo mamy pracę. Nie mamy rodziny, bo mamy kontrakt na drugiej półkuli. Dzieci postrzegamy jako kolejny dowód sukcesu, są trochę jak duże lalki dla dorosłych, bo można im kupować superubranka i zabawki. Proszę mi wierzyć, ani razu nie słyszałem w swoim gabinecie: „po to wzięliśmy ślub, żeby mieć dzieci”. Słyszę tylko „ja” odmieniane przez różne przypadki: „ja chcę mieć syna” czy „mój zegar biologiczny tyka”. A z perspektywy dziecka to straszne mieć rodziców, którzy myślą tylko o sobie.

Czy powrót do tradycji ma polegać na rezygnacji z ambicji zawodowych?
Z tego, co dobre, nie musimy rezygnować. Wystarczy, byśmy zadali sobie proste pytanie: „po co to robię?”. Zbyt często działamy ślepo, bezrefleksyjnie, bo inni tak postępują. Przestańmy też być egoistyczni. Rzeczy, które służą tylko do zaspokajania swoich potrzeb, szybko tracą znaczenie. Mylimy narzędzie – wygodę, ładny wygląd... – z celem, poczuciem więzi ze światem, z innymi ludźmi, rozwojem wewnętrznym. Bo sensem życia nie może być wspinanie się po szczeblach kariery czy kupowanie, lecz poczucie pełni, bezpieczeństwa. Podobnie seks. Każda para, która żyje w długim związku, wie, że jest tylko dopełnieniem. Prześcieradło wywieszane po nocy poślubnej miało znacznie dlatego, że w większości kultur seks był początkiem małżeństwa. Zwieńczeniem jednego etapu i początkiem drugiego.

Zalecamy wstrzemięźliwość seksualną do ślubu?
Wystarczy, jeśli zastanowimy się, po co chcę się kochać z tą osobą? Czy widzę w niej kandydatkę na żonę? Czy tylko mnie podnieca? Jeśli myślę jedynie o przyjemności, to na niej się zapewne ta znajomość skończy. Jeżeli żyję z kimś tylko po to, żeby spełniać się seksualne albo zawodowo, to wtedy wspólnota nie istnieje. Nic mnie nie łączy z partnerem.

Może to wyraz ewolucji. Może wchodzimy nie w erę Wodnika, ale w erę singla?
Nie wierzę w singla, który nie szukałby drugiej osoby. Nie mamy wcale tak silnej potrzeby bycia autonomiczną jednostką, jak nam się wmawia. To sztuczna potrzeba, którą wykreowano, by służyła konsumpcji. Bo kupowanie to nic innego, jak próba zakorzenienia się w rzeczach zamiast w ludziach. Ma zastąpić poczucie bezpieczeństwa, jakie dawały więzi. A człowiek dla samorealizacji i rozwoju musi wchodzić w interakcje.

Czyli wybierzmy życie w stylu bohaterów Bollywood i błogosławieństwo całej rodziny, by z kimś zamieszkać?
Dziś mówi się: „Jeśli rodzina nie akceptuje twojego partnera, to olej rodzinę”. Ale tak naprawdę oszukujemy się, sądząc, że jesteśmy aż takimi indywidualistami. Taki model małżeństwa to bomba, która wcześniej czy później eksploduje. Znajdziemy się bowiem w nieustającym konflikcie pomiędzy lojalnością wobec rodziny i partnera. Utracimy poczucie bezpieczeństwa. Jeśli nie chcesz poznawać swojego partnera z rodzicami, zastanów się, dlaczego nie chcesz tego zrobić. Może nie widzisz siebie zakładającego rodzinę z tym mężczyzną czy z tą kobietą? Wyobrażasz sobie, że z nim czy z nią spędzisz starość, że cię nie opuści w chorobie?

Sami siebie nie podejrzewamy o zdolność do poświęceń, a więc może na innych też nie liczymy?
I oto kolejne źródło niepokoju i lęku współczesnego człowieka. Kiedyś mogliśmy liczyć na obie rodziny i to już po ceremonii zaręczyn. Zdarzało się, że jeśli narzeczony ginął, jego niedoszłą żonę traktowano jak wdowę po nim. Metodą zapobiegania ryzyku było dobieranie ludzi z rodzin o podobnym statusie, wykształceniu. Pomagało to zmniejszyć ilość konfliktów. Różnice w wykształceniu małżonków mogą pchać w górę, ale też stać się alibi dla porażek: „kłócimy się, bo pochodzę ze wsi!”. Są też sposobem na emocjonalny szantaż: „już mnie nie kochasz, bo nie mam dyplomu!”, albo skupienia na sobie uwagi partnera: „ja taka biedna”. Mają destrukcyjny wpływ, maskują realne problemy. Zresztą, nieraz nie dochodzi do ślubu, bo okazuje się, że jeden teść ma audi, a drugi nie ma wcale auta, że jedna teściowa to pani profesor, a druga gospodyni.

Przecież żyjemy w globalnej wiosce! Awans społeczny nie jest czymś codziennym?
Nie wierzę w mit Kopciuszka. Bohaterka tej bajki to ofiara przemocy w rodzinie. Książe nie jest jej wybrankiem, tylko kimś, kto ją uratował, a więc już zawsze będzie musiał się opiekować – zapominając o sobie. Ale ona i tak będzie wyczulona na to, że on za chwilę każe jej przebierać mak… Jestem przeciwnikiem mezaliansów, bo osoba, która wchodzi do rodziny, a ma gorsze karty, staje się albo jej maskotką, albo dzieckiem, które zaczyna się wychowywać. Bywa też jawnie odrzucona. Zauroczenie, fascynacja, zakochanie w końcu mijają i wtedy para musi znaleźć wspólną tożsamość, wspólne korzenie, a te tkwią zazwyczaj w środowisku, w którym wyrośliśmy.

Romeo i Julia to ofiary zakazanej miłości?
Nie chodzi o to, by czekać na pozwolenie rodziców. Ale pomyśleć, dlaczego kiedyś w tworzenie związku była zaangażowana większa ilość ludzi: swaci, świadkowie… Po to, by młodzi mogli skorzystać z doświadczenia starszych przy wyborze kogoś, kto będzie z nimi w zdrowiu i w chorobie. Teraz nie ma im nawet kto pomóc poradzić sobie z kryzysem. Para dwudziestolatków zamyka się w domu i próbuje sama to zrobić. Może warto zadać sobie pytanie: „Po co nam świadkowie i dlaczego wybraliśmy właśnie tych?”. Oni nie mają ładnie wyglądać na zdjęciu, tylko pomagać nam w sytuacjach kryzysowych, zamiast rodziców. Nam się wydaje, że po ślubie będzie zawsze fajnie. Ale czasem nie jest. Dla własnego dobra lepiej wcześniej zdać sobie z tego sprawę. Kiedyś sens wszystkiemu nadawała tradycja. Teraz jest trudniej. Musimy sami tego sensu poszukać i o niego zawalczyć.

  1. Psychologia

Chcesz rozwijać się zawodowo? Warto ćwiczyć empatię i umiejętność dopasowania

Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. (fot. iStock)
Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. (fot. iStock)
Możesz być świetnym ekspertem, obowiązkowym i terminowym pracownikiem, ale jeśli twoja praca wymaga bycia w kontakcie z dużą liczbą ludzi, kluczowa jest umiejętność zarządzania emocjami. Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, wyjaśnia, do czego może przydać ci się empatia.

W kręgach menedżerskich popularne jest twierdzenie, że o ile zatrudnia się pracownika z powodu jego kwalifikacji zawodowych, to zwalnia najczęściej z powodu niewystarczających umiejętności społecznych, niezbędnych do pracy w zespołach i grupach osób.
Dziś staje się powszechną praktyką, że na umiejętności społeczne zwraca się uwagę już podczas rekrutacji i procesu zatrudniania. Menedżerowie i osoby zarządzające firmami nauczyli się dobierać ludzi do swoich zespołów nie tylko z powodu ich wysokich kwalifikacji, ale przyglądają się ich zachowaniom, postawom, motywacjom – czyli właśnie tym umiejętnościom społecznym – z co najmniej dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że szukają kogoś do określonej pracy i określonego zespołu, a po drugie – wiedzą już, ile firmę może kosztować sytuacja, kiedy wybiorą, owszem, osobę bardzo dobrze przygotowaną merytorycznie do czekających ją zadań, która będzie odpowiednia, ale nie będzie dopasowana.

A na czym polega różnica między odpowiedniością a dopasowaniem?
O tym, czym jest odpowiedniość i dopasowanie, mówi m.in. Marcus Buckingham, autor książek i programów szkoleniowych pomagających firmom dążyć do identyfikacji i rozwijania talentów swoich pracowników. Odpowiedniość to kompetencje, które odpowiadają danemu stanowisku pracy, a dopasowanie oznacza, że czyjś sposób zachowania, sposób komunikowania i postawa współgrają z zespołem. Osoba odpowiednia dobrze pracuje, ale jeśli nie jest dopasowana, prędzej czy później pojawią się napięcia, konflikty i problemy, które przełożą się na efektywność pracy całego zespołu. Nie można jej zarzucić złej pracy, bo ma kwalifikacje, ale z powodu jej postawy kuleje efektywność całej organizacji.

Ale umiejętności społecznych można się nauczyć. Jeśli pracownik jest cenny dla firmy merytorycznie, to chyba jego przełożeni zrobią wszystko, by tę osobę zatrzymać, a jednocześnie wpłynąć na atmosferę w pracy.
Tak, umiejętności społeczne są nabywalne, choć każdy z nas już jakąś bazę wyjściową ma. Oczywiście, że osobie ekstrawertycznej łatwiej będzie nawiązywać kontakty niż introwertycznej, ale cechuje nas wszystkich pewna plastyczność w zachowaniach, co pozwala nam rozwijać umiejętności osobiste i społeczne. Możemy się zmieniać.

To chyba dobry moment, żeby zapytać, czym w ogóle są soft skills i dlaczego są dziś nie mniej cenne niż dyplomy?
Nie lubię sformułowania „soft skills”, nie posługuję się także terminem „umiejętności miękkie”, czyli nie dość szczęśliwym polskim tłumaczeniem. Na co dzień wolę zwrot „umiejętności społeczne”, ponieważ wydają się najlepiej opisywać zjawisko, o którym właśnie rozmawiamy. Dla mnie umiejętności społeczne to wszystkie umiejętności związane ze współdziałaniem z innymi ludźmi – bo przecież niemal wszystko, co tworzymy, nie tylko w pracy, tworzymy z innymi ludźmi. Nawet jeśli ktoś jest niezależnym przedsiębiorcą, to nie istnieje samodzielnie – jest zależny od innych, którzy współprodukują czy dystrybuują jego produkt albo usługę. Dlatego umiejętności współdziałania z innymi ludźmi są nam absolutnie niezbędne – i nie mam tu na myśli określonych technik, tylko dopasowanie rodzaju komunikatu do typu odbiorcy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób dotrzeć do drugiej osoby, by osiągnąć porozumienie. Królową umiejętności społecznych jest zdolność do empatii i w ogóle inteligencja emocjonalna. Ktoś może być zadaniowo doskonały, być superekspertem, ale jeśli miałby bardzo słabe umiejętności społeczne, a jego praca będzie wymagała współpracy z dużą liczbą ludzi, można przewidywać problemy i brak sukcesu.

Straty też będą po stronie osób, którymi on zarządza czy z którymi musi pracować.
Tak. Te umiejętności potrzebne są nie tylko menedżerom, ale każdemu z nas. Komunikacja, empatia, ale i samoświadomość, która jest niezbędna, gdy chcemy rozwiązywać konflikty, wychodzić z trudnych sytuacji społecznych.

Czyli przede wszystkim wiedza na temat samego siebie.
Gdy znamy siebie, gdy mamy realną wiedzę o tym, co szybko wyprowadza nas z równowagi, wówczas staje się możliwa samokontrola. Każdy z nas jest tylko człowiekiem, może się zirytować czy zdenerwować. Chodzi o to, by umieć odczytywać własne stany emocjonalne i jeśli są destrukcyjne, umieć je wygaszać, neutralizować albo zmieniać na emocję neutralną lub pozytywną. W empatii istotne jest nie tylko współodczuwanie, ale też konstruktywne działanie. Nie zawsze mamy zmieniać zdanie czy przyznawać komuś rację, ale powinniśmy kierować się chęcią zrozumienia powodów zachowania drugiej osoby. Mając jej i swoją perspektywę, łatwiej znaleźć rozwiązanie konfliktu, które będzie zadowalające dla obu stron.

Empatia jest piękną cechą i bardzo pożądaną, ale są sytuacje w życiu zawodowym, że źle rozumiana może się odbić na pracy całego zespołu. Załóżmy taką sytuację – wiemy, że koleżanka się rozwodzi, przeżywa trudne chwile, i zamiast jej dawać nowe zadania, przekazujemy je innym pracownikom. Ona ma naszą ochronę, a inni pracownicy więcej pracy – co na pewno zostanie przez nich dostrzeżone.
Empatia to nie tylko rozumienie swoich emocji i współodczuwanie stanów emocjonalnych innych ludzi, ale także działanie w związku z tym, co się w nas pojawia. Podejmujemy decyzje i nasza postawa powinna być racjonalna, choć punktem wyjścia były emocje. Działanie powinno być oparte na analizie sytuacji i przewidywaniach konsekwencji decyzji, jakie podejmiemy.

Kiedyś, podczas zajęć z psychoterapii, pewien profesor powiedział: „Co nam po tym, że empatyczny terapeuta będzie płakał razem z grupą terapeutyczną? Nikt nie skorzysta – ani grupa nie pójdzie dalej, ani terapeuta nie da grupie oglądu czy wsparcia”. Rozumiejąc odczucia pacjenta, terapeuta powinien szukać sposobu, jak mu pomóc, a nie płakać razem z nim. Nie jestem przekonana, że profesjonalne byłoby zabranie osobie będącej w jakiejś trudnej emocjonalnie sytuacji jej zadań i obarczenie nimi jej kolegów.

No właśnie, bo nasza zdolność empatii powinna obejmować też wszystkich innych współpracowników. Może ich najpierw zapytajmy, co oni na to.
To jest jeden z możliwych scenariuszy. A może właśnie dalsza praca będzie dla tej osoby najbardziej terapeutyczna? Osoba empatyczna, o wysokich umiejętnościach społecznych raczej nie postąpiłaby tak jak szefowa w powyższym przykładzie. Dlatego, że im większa inteligencja emocjonalna, tym więcej możliwości patrzenia szeroko, rozumienia organizacji systemowo – gdy zmieniamy jeden element w systemie, zmiana wpływa na wszystkie pozostałe. Spodziewałabym się od zwierzchnika w tej sytuacji zachowania, owszem opartego na empatii (dostrzega trudne emocje, współodczuwa), ale w rozmowie z zainteresowaną też na coś się z nią umawia – nie zaczyna jej traktować jak osoby pozbawionej woli i chęci samostanowienia o sobie, szuka najlepszych dla wszystkich rozwiązań. Szef empatyczny nie boi się rozmowy o emocjach – i choć też je przeżywa – to jednak potrafi myśleć racjonalnie, strategicznie, troszcząc się o wszystkie osoby w systemie. Emocje, które odczuwa, nie zalewają go, nie paraliżują jego myślenia i działania. Od szefa wymagana jest dojrzałość, która pozwala mu nie tylko dostrzegać emocje u siebie i innych, ale też nimi zarządzać.

Kiedy nam empatia szczególnie pomaga?
W tej chwili we wszystkich branżach pracuje się projektowo. Tam, gdzie składy zespołów zmienia się często, przy poszczególnych projektach, te umiejętności są rzeczywiście konieczne. Nie tylko zresztą empatia, ale i inne umiejętności społeczne – bo nie pracujemy już w tym samym składzie całymi latami, jak to było w poprzednich modelach biznesowych, ale od projektu do projektu lub realizując kilka planów w jednym czasie w różnych zespołach. Nie mamy miesięcy, a nawet tygodni na wzajemne poznawanie i uczenie się siebie. Dlatego też bardzo przydaje się wspominana wyżej odpowiedniość i dopasowanie – czyli wykorzystanie podczas dobierania osób do zespołu naturalnych predyspozycji, zachowań i postaw adekwatnych do innych ludzi, z którymi będziemy pracowali. Jeśli z owym dopasowaniem będzie krucho, praca zespołu zostanie zaburzona już przy pierwszym nadarzającym się problemie. Ludzie pracujący w systemie projektowym są bardziej zależni od siebie niż w tradycyjnym modelu zarządzania – to, co zrobi jedna osoba lub czego nie zrobi, wpływa silnie na realizację zadań przez innych. Zespoły projektowe, co zauważają menedżerowie, rozbijają się zwykle o przeszkody nie merytoryczne, lecz emocjonalne, interpersonalne. To powoduje ogromne straty, drogo kosztuje – i zdrowia, i emocji, i czasu, i w końcu pieniędzy. Dlatego tzw. soft skills są takie ważne. Wielu zarządzających dostrzega to i po okresie niedoceniania „umiejętności miękkich” (bo takie „miękkie”) do szkolenia się w nich chętnie wróciło. Niskie umiejętności społeczne okazały się być zbyt kosztowne.

Czy empatii można się nauczyć?
Można się nauczyć uwrażliwienia na drugą osobę. Można się nauczyć naprawdę jej słuchać. Uważnie i z szacunkiem. Skupiać uwagę – bo rzeczy w firmach dzieją się szybko i często nasze reakcje są nawykowe, mechaniczne. Ludzie coś słyszą, ale nie słuchają. Myślą już o spotkaniu, które mają za 25 minut. Musimy się nauczyć z powrotem koncentracji – to jest pierwszy warunek empatii. Dzięki temu możemy dostroić się do drugiej osoby i zrealizować zadania szybciej i skuteczniej. Najpierw więc uważność, koncentracja, a potem już jedno wynika z drugiego – pojawia się samoświadomość, z nią większa możliwość samokontroli i w końcu dopasowanie.

Jest jeszcze jeden ważny element, na który zwracam uwagę menedżerom i zespołom – konstruktywne myślenie w sytuacjach trudnych. Kiedy goni nas czas, kiedy projekt zbliża się do końca, a my widzimy tylko to, co się nie udało, zamiast wzmagać u innych poczucie paniki, trzeba się zatrzymać. Warto zastosować metodę trenera piłki ręcznej mężczyzn Bogdana Wenty, czyli sławne: „Mamy 10 sekund, to bardzo dużo czasu”. Dzięki tej taktyce zdobył ze swoim zespołem mistrzostwo świata. Czy były tam emocje? Na 10 sekund przed końcem meczu? Na pewno były. Ale były też umiejętności społeczne, które pozwoliły podjąć dobre decyzje i zwyciężyć. Wenta rozpoznał swoje emocje, emocje w zespole, nazwał je i przetransformował na korzystne u siebie i konstruktywne dla zespołu. Był empatyczny i zaangażowany. I o to chodzi. To jest właśnie empatyczny lider. Po prostu mistrzostwo świata.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach, wykłada na SWPS i w ICAN Institute. Publikuje na stronach Blogosfery Liderów Harvard Business Review Polska. Współprowadzi firmę konsultingową Business Doctors.

  1. Psychologia

Dzieci wysoko wrażliwe – jak z nimi rozmawiać i nie dopuścić do rozwoju borderline?

Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. (fot. iStock)
Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. (fot. iStock)
Nauka rozmowy to podstawa dla rodziców, których dzieci się okaleczają, próbują zabić, biorą narkotyki czy mogą mieć w przyszłości zaburzenia osobowości, takie jak borderline. Dlaczego? Bo zdrowie emocjonalne dzieci w ogromnym stopniu zależy od tego, czy rodzice potrafią ich słuchać i jak do nich mówią. Taka jest opinia specjalistów. O tym, jak powinna wyglądać taka komunikacja, mówi psychoterapeutka Magda Augustyniak.

Prowadzi pani warsztaty dla rodziców, a przecież to dzieci wymagają terapii…
Prowadzę warsztaty dla rodziców, bo warto, żeby matki i ojcowie nauczyli się rozmawiać z dziećmi o ich przeżyciach. To ma kluczowe znaczenie dla zdrowia dzieci. Jeśli mamy do czynienia z wrażliwym dzieckiem, a najbliżsi bagatelizują, a nawet karzą je za komunikowanie swoich emocji, to może u takiego dziecka rozwinąć się zaburzenie osobowości z pogranicza (borderline). Jeśli najbliżsi zaprzeczają temu, co dziecko doświadczało, mówiąc, że jest beksą, że się maże, że jak się nie uspokoi, to dostanie lanie – mogą przyczynić się do wielu późniejszych problemów dziecka. A to dlatego, że takie podejście do emocji, które nazywamy „unieważnianiem”, nie pomaga dzieciom nauczyć się, jak radzić sobie w zdrowy sposób z tym, co czują i czego doświadczają. Ważne więc, żeby o tym mówić, bo w mojej ocenie rodzice robią to zupełnie nieświadomie, bo właśnie nie wiedzą, że popełniają błąd.

W wielu rodzinach „unieważnia się” to, co dzieci czują czy doświadczają, a jednak dzieci tam się nie tną, nie biorą narkotyków, nie objadają się?
„Unieważnianie” w jakimś stopniu zawsze zakłóca prawidłowy rozwój dziecka, ale jeśli dziewczynka czy chłopiec urodzi się z bardziej wrażliwym i reaktywnym układem nerwowym, który wolniej wraca do stanu uspokojenia, sytuacja staje się naprawdę dramatyczna. Zgodnie z teorią biospołeczną prof. Marshi M. Linehan spełnione są wówczas warunki do powstanie zaburzeń osobowości borderline.

Wrażliwy układ nerwowy dziecka nie jest jedyną przyczyną?
Nie, ogromne znaczenie ma środowisko, w jakim dziecko jest wychowywane. A więc to, czy jego rodzice nie cierpią na deficyt umiejętności regulowania emocji, czy sami nie zaprzeczają swoim przeżyciom, bo brak im wiedzy, jak sobie radzić z tym, co czują. Może nie dają sobie prawa np. do przeżywania smutku czy bezradności i dlatego odmawiają tego prawa także dziecku. Warto, by te umiejętności rodzice zdobyli, aby pomóc synowi czy córce, gdyż przy takim systemie nerwowym emocje dosłownie dziecko zalewają. Jeśli więc rodzice nie nauczą dziecka, jak radzić sobie z nimi w zdrowy sposób, ono zacznie szukać na oślep sposobu na ich rozładowanie, na poradzenie sobie z wewnętrznym bólem jakiego doświadcza. Dziecko może się wówczas zacząć samouszkadzać, bo ból fizyczny będzie mu dawać ulgę psychiczną. Może też zacząć objadać się i wymiotować, sięgnie być może także po narkotyki, alkohol, a potem niebezpieczną jazdę czy ryzykowne zachowania seksualne. Może też próbować odebrać sobie życie, co niestety udaje się 10 proc., dotkniętych borderline. Kiedy dorośnie, będzie gotowe na wszystko, aby jakoś poradzić sobie z tym ogromnym cierpieniem psychicznym, gotowe na wszystko, aby nie odczuwać emocji, tak jakby miało na nie fobię.

Mówienie o uczuciach powstrzyma dziecko przed samouszkadzaniem się?
Powodem samouszkodzeń, w co trudno rodzicom uwierzyć, jest właśnie chęć poradzenia sobie z tym wewnętrznym bólem, którego dziecko doświadcza, kiedy m.in. nie dostaje akceptacji emocjonalnej od bliskich. Czasem porównuje się wrażliwość takiej osoby do wrażliwości kogoś, kto ma poparzone 90 proc. powierzchni ciała. Aby ugasić ten wewnętrzny ogień, dziecko potrzebuje akceptacji tego, co czuje, a nie zaprzeczania. Potrzebuje „uprawomocnienia”, a nie „unieważnienia”. Jeśli go nie dostanie, może szukać sposobu regulacji emocji w narkotykach, alkoholu, samouszkodzeniach, próbach samobójczych.

Rodzice zazwyczaj nie unieważniają emocji dzieci po to, aby je skrzywdzić. Daleka jestem od tego, aby oskarżać rodziców. W zdecydowanej większości przypadków nie chcą źle dla swoich dzieci. Problem tkwi w tym, że albo nie umieją uprawomocniać, bo nie zostali tego nauczeni, albo nie czują tych emocji, co ich dzieci.

Czy osobowość borderline można zdiagnozować już u dzieci?
Trwa spór o to, czy można nastolatki diagnozować pod kątem borderline. Teoretycznie pacjent musi mieć skończone 18 lat. Jednak, im wcześniej zacznie się terapię dziecka i rodziców, tym lepiej. Dlatego coraz częściej to robimy, biorąc pod uwagę, że dzięki terapii dziecka (i pomocy terapeutycznej dla jego rodziców) możemy nauczyć je regulować swoje emocje i ochronić przed wielkim cierpieniem. Trzeba jednak być bardzo rozważnym, aby diagnoza przed 18. rokiem życia nie stygmatyzowała dziecka.

Skoro od tego, jak rozmawiamy z wrażliwym dzieckiem o jego przeżyciach, zależy, czy ono więcej nie będzie próbowało się zabić lub samookaleczać, to jak mamy to robić?
Najważniejsze w każdej rozmowie to uprawomocniać emocje dziecka, czyli dawać mu prawo do odczuwania tego, co czuje. Bez względu na to, czy nam się to, co dziecko czuje, podoba czy nie. Czy uważamy to za mądre czy głupie. Ważne czy nie. To są jego uczucia i ma do nich prawo. Nie wolno nam ich „unieważniać”. Przykład: dziecko przychodzi i mówi:

– Mamo, zobacz, co mi fryzjer zrobił z włosami?! Jak on mnie ostrzygł! Jak to beznadziejnie wygląda!

A my wtedy, myśląc, że robimy najlepiej, jak można, odpowiadamy:

– Nie przejmuj się, odrosną!

Taka reakcja nie jest najszczęśliwsza. Mówiąc do dziecka: „Nie przejmuj się!”, odbieramy mu prawo do jego sposobu przeżywania tego, co właśnie przed momentem stało się z jego wyglądem. Mówiąc: „Nic się nie stało”, zaprzeczamy temu, co ono czuje, a więc unieważniamy jego uczucia. A przecież dla dziecka, tu i teraz, bardzo dużo się stało. I mamy to uznać, czyli „uprawomocnić”, a więc powiedzieć:

– Rozumiem, że się sobie w tej fryzurze nie podobasz. Widzę, że chyba martwisz się tym, co jutro w szkole chłopaki i dziewczyny powiedzą.

Możemy też, kiedy dziecko opowie nam o tym, jak mu źle w tej fryzurze, dodać:

– Może mogę ci pomóc? Spróbujemy zmienić jakoś tę fryzurę.

Mamy „uprawomocniać” opinie i emocje dziecka, czyli akceptować to, co dziecko czuje i mówi, a także spróbować mu pomóc znaleźć rozwiązanie problemu?
Dokładnie tak, co wcale nie znaczy, że mamy się z dzieckiem zgadzać. Nam się może podobać w tej fryzurze. Mamy prawo do własnej oceny i dziecko ma także prawo do własnej.

Weźmy kolejny przykład. Córka staje przed lustrem i mówi:

– Ale ja jestem brzydka!

A my zazwyczaj wtedy chcemy zaprzeczyć: „Nieprawda! Śliczna jesteś!”. Jeśli nasze dziecko ma w sobie wewnętrzną pustkę, niskie poczucie wartości, to nawet gdyby wszyscy powiedzieli „jesteś śliczna”, to ona odpowie: „To nieprawda”, bo nie akceptuje siebie i nic to nie da. A nawet dodatkowo dziewczynce zaszkodzi, bo poczuje, że coś jest z nią nie tak, skoro myśli coś innego niż wszyscy inni. Powinniśmy więc powiedzieć:

Rozumiem, że się sobie nie podobasz, że znajdujesz w sobie rzeczy, z których nie jesteś zadowolona. Natomiast ja uważam inaczej, w moich oczach, jesteś bardzo ładna!

Taka odpowiedź daje dziecku prawo do posiadania własnej opinii. I nam także. Obie też na swój sposób mamy rację, bo z punktu widzenia córki jest tak, a matki – inaczej. Obie mamy prawo do swojej oceny sytuacji.

12-latka nie wyjdzie z domu bez użycia korektora. Z tego też powodu nie zgodziła się na terapię w ośrodku, ponieważ tam nie wolno tego robić… Co może w takiej sytuacji powiedzieć jej mama? Z jednej strony ma uprawomocniać, a z drugiej strony zaprowadzić córkę na terapię?

– Widzę, że ci trądzik przeszkadza. Widzę, że ci z tym trudno. Masz prawo się wstydzić trądziku, chociaż ja uważam, że jest go niewiele.

Trzeba zacząć od tego, aby nazwać to, co dziecko czuje i dać mu prawo do swoich uczuć. Ale też ruszyć z pracą nad tym, aby córka zrozumiała, że nie wyleczy trądziku, zakrywając go korektorem. Warto pokazać przyczynę i skutek: trądzik, który jest przykrywany korektorem, będzie się rozwijał. No i poszukać innego niż korektor rozwiązania:

– Zastanówmy się, czy nie można się trądziku pozbyć? Może warto iść do dermatologa i zacząć go leczyć?

Uprawomocnienie emocji czy opinii dziecka jest trudne, bo rodzice się boją, że wtedy dziecko wpadnie w histerię albo że oni nie będą w stanie pomóc mu rozwiązać jego problem?
Warto zawsze poszukać rozwiązania, choć jako dorośli wiemy, że czasem takiego rozwiązania nie ma. Jeżeli więc na przykład dziecko uważa, że ma brzydką fryzurę i się sobie w niej nie podoba, to nie ma sensu temu zaprzeczać. Łatwiej nam będzie powstrzymać się, jeśli przypomnimy sobie, ile razy nam się nie podobało to, co zrobił nam fryzjer. I czy wtedy, gdy mówiono nam, że ładnie wyglądamy, to wiele zmieniało? I tak wiedziałyśmy swoje! „Mam beznadziejną fryzurę, nawet jeśli innym się podoba”.

Dlatego lepiej przyznać dziecku prawo do własnej oceny i powiedzieć:

– Spróbujmy coś z tą fryzurą zrobić. Możemy włosy przeczesać albo chodźmy do innego fryzjera.

A jeśli wizyta u drugiego fryzjera nie naprawi sytuacji? Dziecko dalej będzie w rozpaczy?
Mamy na to sposób, który nazywamy radykalną akceptacją. To jedna z czterech metod rozwiązywania problemu, jakie stosujemy w DBT (terapii dialektyczno-behawioralnej, terapii z wyboru dla osób z zaburzeniem borderline).

A więc jeśli pierwszy sposób, czyli rozwiąż problem (idź do innego fryzjera i popraw fryzurę, idź do dermatologa i wylecz trądzik) nie zadziała, możemy sięgnąć właśnie po radykalną akceptację.

Kiedy więc nic nie możemy poradzić na fryzurę, trądzik i inne problemy dziecka, nie jesteśmy bezsilni. Na czym polega metoda, po którą wówczas warto sięgnąć, czyli radykalna akceptacja?
Pomagamy dziecku (i sobie) zaakceptować sytuację i związane z nią emocje, uprawomocniając je. Akceptujemy wstyd, złość czy smutek, jaki w tej sytuacji czuje nasza córka czy syn.

Akceptujemy złość:

– Masz prawo być zła, że cię tak ostrzyżono, ja na twoim miejscu też bym była zła.

Akceptujemy wstyd:

– Możesz wstydzić się trądziku.

Akceptujemy smutek:

– Może ci być smutno z tego powodu, że masz nie taką fryzurę, jak chciałaś.

A teraz bardzo ważna uwaga: nasze uczucia, niezależnie od tego, czy jesteśmy dziećmi czy dorosłymi, wygasają powoli dopiero wtedy, gdy pozwalamy sobie na doświadczanie tego, co właśnie odczuwamy, kiedy przestajemy z tym walczyć. Dlatego właśnie akceptacja uczuć, jakie w tej sytuacji towarzyszą dziecku, jest kluczowa.

Tymczasem moi pacjenci oczekują ode mnie tego, czego nauczyli się w domu – żebym pomogła im nie czuć tego, co czują! Na przykład: „Jestem smutna, bo się pokłóciłam z najlepszą przyjaciółką, czy może mi pani pomóc tak, żebym się tym już nie martwiła?”.

Mówię wtedy: – Nie ma w tym nic dziwnego, że czujesz smutek i się martwisz, skoro pokłóciłaś się z przyjaciółką! Przeżyj ten smutek, skontaktuj się z nim, a potem z niego wyjdź.

„Skontaktuj się z tym, co czujesz, pobądź w tym uczuciu”!? Radzi pani coś całkiem innego niż typowa mama czy tata, którzy powiedzą: „A daj spokój, jakie to ma znaczenie!? Fryzura? Trądzik? Przyjaciółka? Lekcje odrobione?”.
No właśnie: unieważnianie, unieważnianie i unieważnianie! Nie polecam, zwłaszcza jeśli nasze dziecko jest bardzo wrażliwe.

Mamy też trzeci sposób na problem, nawet taki, który jest nie do rozwiązania od ręki, albo nawet wcale. Może wydawać się podobny do unieważnienia, ale jest czymś zupełnie innym. Nazywamy go zmień nastawienie emocjonalne, wyreguluj emocje i dostrzeż plusy sytuacji.

Ale teraz to nie rozumiem: mam akceptować emocje dziecka czy je zmieniać?
Zawsze najpierw uprawomocniamy emocje dziecka, tak jak mówiłam, a jeśli nie możemy pomóc córce czy synowi w rozwiązaniu problemu, staramy się pomóc zmienić nastawienie emocjonalne. Dziecko nie jest zadowolone z fryzury? Źle się w niej czuje? Nie pomogło przeczesanie itd.? Zróbcie razem coś, co odwróci jego uwagę od tej sytuacji i pomoże mu poczuć się lepiej, na przykład idźcie pobiegać albo na spacer do lasu, zróbcie ćwiczenia oddechowe.

Zapytaj też dziecko, czy nie widzi jednak jakichś plusów tej nowej, złej fryzury? Może wtedy powie: „mam źle ścięte włosy, ale może to będzie temat do rozmowy w szkole? No i wszyscy na mnie zwrócą uwagę, będę gwiazdą dnia!”

Są rodziny, w których wrażliwość, przeżywanie emocji nie są całkiem akceptowane. Dzieci, które płaczą czy skarżą się na jakąś krzywdę, słyszą: „Nie histeryzuj, nie dramatyzuj!”. No i wiem, że rodzice są przekonani, że w ten sposób uczą dzieci panować nad emocjami, czyli nad sobą!
Kiedy mówię do mojego dziecka „nie histeryzuj”, to… może być sygnał, że nie mam w sobie zgody na różnorodność jego przeżyć, na inność, na to, że moje dziecko jest takie, jakie jest. Inne niż ja! Byłoby więc lepiej, gdybym – kiedy następnym razem przyjdzie mi do głowy coś takiego powiedzieć – zatrzymała się i powiedziała do dziecka:

– Masz prawo do swoich emocji. Zobaczmy, czy z tym problemem, który tak cię zdenerwował, da się coś zrobić?

Dobrym przykładem jest sytuacja, kiedy dziecko przychodzi przestraszone i mówi:

– Mamo, pod moim łóżkiem są potwory! Ja się boję!

a mama:

– Chodź, pójdziemy tam razem i zobaczymy te potwory.

No bo co dziecko ma zrobić z takim komunikatem jak „nie histeryzuj”? Nie umie nazywać swoich emocji, nie umie sobie z nimi radzić np. ćwiczeniami oddechowymi, nie umie regulować ich mocy. Może wtedy tylko jedno – sięgnąć po to, co ma pod ręką i zacząć się objadać, może się pociąć, może wziąć narkotyki, jakieś leki? Może spróbuje się zabić? Bo ten komunikat „nie histeryzuj” tak naprawdę znaczy: „Nie akceptuję ciebie”, „Zmień się! Zmień swoją wrażliwość”.

Mam dużo takich pacjentów, którzy mówią: „Bo ja jestem taki refleksyjny” albo „taki wrażliwy”. „No i co?” – pytam. „Muszę się zmienić”. Nieprawda. Na świecie są potrzebni ludzie refleksyjni i ludzie działający szybko. Są potrzebni ludzie wrażliwi i ludzie twardo stąpający po ziemi. Warto wykorzystać to, jacy jesteśmy, żeby znaleźć swoje miejsce w życiu. Jeśli jesteś refleksyjna, długo się zastanawiasz nad wszystkim, to może będziesz dobrym filozofem albo lekarzem radiologiem. Wrażliwa? Artystom czy psychoterapeutom taka cecha tylko pomaga.

Ale rodzice chcą, żeby dziecko było prawnikiem, a ono jest „histeryczne”, więc…
Próbują je przyciąć do tego wzoru. Bywam czasem okrutna dla rodziców, bo kiedy słyszę matkę dziewczyny po próbie samobójczej, która rozpacza:

– Córka pewnie nie zda do następnej klasy.

Potwierdzam:

– Pewnie nie zda.
– Boże, co to będzie?

Odpowiadam:

– Możemy mieć pani córkę zdrową, żywą i w tej samej klasie. A możemy sprawić, że zda do następnej klasy, ale już do niej nie pójdzie, bo nie będzie żyła.

Wtedy dopiero następuje otrzeźwienie. Bo co jest ważniejsze?

Fragment wywiadu pochodzi z książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Magda Augustyniak: absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, psycholog oraz terapeutka pracująca metodą dialektyczno- -behawioralną (DBT). Szczególne miejsce w jej pracy zajmują nastolatki, które z powodów formalnych nie mają postawionej diagnozy zaburzeń osobowości, ale zmagają się z poczuciem pustki, osamotnienia, bólu psychicznego, samouszkadzają się czy podejmują próby samobójcze.

  1. Psychologia

Jedynak w dorosłym życiu – obalamy mity

Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
W związku boją się bliskości, w rodzicielstwie – obowiązków, a w pracy – zależności. Prawda to? O nakreślenie psychologicznego wizerunku jedynaków Aleksandra Malinowska poprosiła psycholożkę Agnieszkę Wróblewską

Najstarsza siostra jest osobą odpowiedzialną, pracowitą i opiekuńczą, średnie dziecko to sprytny człowiek kompromisu, natomiast najmłodszy, rozpieszczony brat przez całe życie buja w obłokach. Oto popularne mniemania o wpływie układów rodzinnych na dalsze losy człowieka, konsekwentnie potwierdzane przez rozmaite poradniki.

Jedynakom przypisuje się bowiem pewną wyjątkowość. Podobno są egoistami, przodownikami w nauce oraz perfekcjonistami. Potrafią prosić o pomoc, ale nie umieją przepraszać. Brak im spontaniczności i ducha rywalizacji. Stronią od imprez towarzyskich, przyjaźnią się z książkami. Dominują nad ludźmi i nimi manipulują. Są wygodniccy, szukają autorytetów…

– To stereotypy – mówi psycholożka Agnieszka Wróblewska, zresztą mama jedynaka. – Czasami bycie młodszym bratem, starszą siostrą czy jedynaczką jest ważnym elementem dzieciństwa i buduje tożsamość, a czasami nie odgrywa specjalnie dużej roli w porównaniu z innymi życiowymi doświadczeniami. Dlatego uważam, że nie ma jakiegoś jednorodnego szablonu układów rodzinnych.

Stereotypy są nam wprawdzie potrzebne, żeby łatwiej odnajdywać się w świecie, niektóre mają swoje racje, jednak traktowanie ich jako jedynej prawdy prowadzi do uproszczeń. Jeśli zatem: jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą, a co nią na pewno nie jest.

1. Jedynacy są egoistyczni

Ten stereotyp bierze się z powszechnego przekonania, że jeśli w rodzinie jest dużo dzieci, to uczą się dzielić swoimi rzeczami i nawzajem sobą opiekować. Niby tak – w niektórych stadłach rzeczywiście tak się zdarza, ale bywa też, że rodzice faworyzują jedno z dzieci, bo... mądre, najmłodsze lub przyszło na świat w wyniku trudnego porodu. W ten sposób ma podobne jak jedynak szanse, by wyrosnąć na egoistę.

Dla odmiany jedynak, którego rodzice mają problemy ze sobą, są zajęci karierą i na dziecko pozostaje im niewiele czasu, nie tylko egoistą nie będzie, ale zazna poczucia samotności i odrzucenia

Skupiać na sobie uwagę może też najstarsze w rodzinie, które długo było jedynakiem i nigdy nie poradziło sobie z nowym „rywalem”. Albo dziecko średnie wychowywane przez babcię, obdarzone przez nią ciepłem i bezwarunkową akceptacją.

Bo „bycie jedynakiem” jest pewną rolą w polu rodziny. Przypisuje się ją z reguły jedynemu dziecku, ale może też być przyjmowana w rodzinach wielodzietnych przez jedno z rodzeństwa, a nawet z rodziców. Jeśli taką rolę określimy jako bycie kimś najważniejszym, kim trzeba się zajmować, kto dostaje bez dyskusji najlepsze kąski, to może się okazać, że każdy na swój sposób walczy w rodzinie o takie miejsce, a czasami po prostu je dostaje „w prezencie”. W małżeństwach wielodzietnych zdarza się, że gdy jedno dziecko zaczyna chorować i skupiać na sobie uwagę rodziców, inne także niedomaga lub staje się niegrzeczne po to tylko, żeby poczuć się równie ważne.

2. Jedynacy to samotnicy

Dziecko dzięki rodzeństwu uczy się, jak to jest przebywać ze sobą przez cały czas, kłócąc się, godząc, przekomarzając, rywalizując i opiekując sobą, czyli doświadczając wielu różnych interakcji i emocji. Wówczas jego obraz świata, także siebie, staje się bogatszy, bo ma dostęp do innych wzorców zachowania. Jedynak nie ma na co dzień obok siebie osoby w podobnym wieku, a zatem nie ma się z kim porównywać, kogo obserwować – to prawda. Nie może się przekonać, z czym sobie nie radzi, a w czym jest świetny. Odkrywa, kim jest, tylko poza rodziną. Rodzice czy dziadkowie nie stanowią dla niego takiego punktu odniesienia, gdyż dzieli ich zbyt duża różnica wieku. Sferę równoległych relacji może jednak wypełnić grupa rówieśnicza spoza najbliższej rodziny. Czasem rodzice robią to świadomie, zapraszając do domu znajome dzieci lub dbając o bliskie kontakty z kuzynami w podobnym wieku. Jedynacy często sami wypełniają tę lukę, zabiegając o kontakty z kolegami, przyjaźniąc się z rówieśnikami i bywając bardzo towarzyskimi.

3. Jedynacy są mało empatyczni

Przekonanie, że jeśli ktoś wychowywał się sam, to nie potrafi wczuwać się w stany emocjonalne innych – jest myśleniem błędnym. Wszyscy tęsknimy do dużej uważności w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza w związkach. To zwykle kobiety oczekują od mężczyzn, by je rozumieli bez słowa i siódmym zmysłem odbierali ich potrzeby.

Jeżeli jednak dziecko pozostaje w silnej zależności emocjonalnej od rodziców, to świetnie się ćwiczy w rozpoznawaniu nastroju, w jakim jest tata czy mama. Wtedy ma szansę lepiej i łatwiej odbierać emocje swojego partnera i stać się empatycznym.

4. Jedynacy w sposób szczególny opiekują się starszymi rodzicami

Na pewno są bardziej „obarczeni” odpowiedzialnością za opiekę nad rodzicami, co nie znaczy, że zawsze się jej podejmują. Ten sam mechanizm może występować w przypadku starszego lub młodszego rodzeństwa: zwykle jedno nie chce się opiekować chorym rodzicem, a drugie – czasami nawet to, które wydawało się mniej z nim związane – podejmuje się tego. Jedynacy, na których rodzice wywierali dużą presję, pragnęli poprzez dziecko urzeczywistnić swoje niespełnione marzenia – mogą chcieć od nich uciec, odciąć się od ich oczekiwań i żyć według własnego scenariusza. Zbytnia zależność nie bierze się bowiem z częstego przebywania ze sobą czy bliskości fizycznej, to kwestia psychiki. Można pojechać na koniec świata i dalej ją odczuwać. I odwrotnie – codziennie robić ojcu zakupy, nie mając z nim głębokiej więzi. Dotyczy to każdego dziecka.

5. Jedynaczki są emocjonalnie zależne od mężczyzny

Mówi się, że wiążą się często ze starszym mężczyzną, są kapryśne i skłonne do testowania uczuć swojego partnera. Że albo są perfekcyjnymi żonami i matkami, albo w ogóle się tym nie interesują. A jaka jest prawda o jedynaczkach?

Testowanie partnera to bardzo popularne zjawisko. Robią to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Sięgamy po tego typu techniki, gdy czujemy, że nie jesteśmy wystarczająco atrakcyjni lub gdy druga strona nie daje nam dowodów swojego zaangażowania. I chociaż posiadanie rodzeństwa nie chroni przed niepewnością w związku, to – owszem – poczucie osamotnienia, jakie często towarzyszy jedynaczkom, może prowadzić do poszukiwania wsparcia i zależności emocjonalnej. Z drugiej strony dążą niekiedy do niezależności, bo nie są przyzwyczajone do przebywania z kimś od rana do wieczora. Partnera–rodzica poszukują zwykle kobiety, które w dzieciństwie miały silną więź z ojcem, niezależnie od tego, czy są jedynaczkami czy nie. Podobnie jest z lękiem przed opuszczeniem.

6. Jedynacy nie potrafią pracować w zespole

I podobno dlatego wolą być szefami lub wolnymi strzelcami. Mówi się też, że są tacy, którzy szukają mentora i źle znoszą rywalizację. A co z tymi jedynakami, którzy tak bardzo mają dość samotności, że zawsze podejmują pracę w zespole?

Niezależnie od układu rodzinnego, w którym wyrośliśmy, możemy być albo bardziej nastawieni na zdobywanie osiągnięć, albo na bycie z innymi. Dla jedynaków, na których spoczywała presja rodziców, by odnieśli sukces, potrzeba kontaktu z ludźmi może być drugorzędna, ale mogą też próbować to połączyć i robić karierę w większym zespole. Z kolei chęć do rywalizowania pojawia się zarówno u osób z rodzin wielodzietnych, bo są do tego przyzwyczajone, jak i u jedynaków, którzy na przykład lubili błyszczeć w szkole, bo w domu nie mieli do tego okazji.

7. Jedynacy są nudni, perfekcyjni, mało spontaniczni i radośni

W domu, w którym jest więcej dzieci, więcej też zabawek, ochoty i pomysłów do rozrabiania. Jeśli jedynak był wychowywany w atmosferze rygoru, może mieć problemy z ekspresyjnością czy pobłażaniem sobie. Jego perfekcjonizm z kolei może wynikać z wygórowanych wymagań, jakie stawiali mu rodzice. Za taką postawą kryje się często lęk przed krytyką. Źle ocenieni jedynacy nie chcą czasem robić czegoś po raz drugi, ponieważ rzadko widzieli, jak inne dzieci wykonywały coś wielokrotnie, zanim się tego nauczyły. Pamiętajmy jednak, że równie dobrze żelazna dyscyplina może panować w rodzinie wielodzietnej, a towarzyskie i artystyczne życie na luzie – w domu jedynaka. No i jak się wtedy ma do tego nasz stereotyp?

8. Jedynacy oczekują od innych pomocy

Owszem, niektórzy z nich potrafią o nią prosić i przyjmować, a także radzić sobie z jej odmową lepiej niż inni. Chyba że zostali wychowani w przekonaniu, że – bez względu na sytuację – mają radzić sobie sami. Lubimy myśleć schematycznie. Są dwa modele rodziny: jedna, w której mamusia i tatuś cały swój czas poświęcają jedynemu dziecku, druga, w której rodzice nie mają czasu dla czeredy dzieciaków. Tymczasem to, czy ktoś umie prosić o pomoc, wynika z „dostępności” jego opiekunów i tego, jakie ma prawa w rodzinie. Nie powinno się jednak stawiać znaku równości między byciem jedynakiem a posiadaniem rodzica w permanentnej gotowości do obsługi.

9. Jedynacy są ambitni i inteligentni. To prymusi

To rzeczywiście może być prawdą i zależeć od oczekiwań rodziców, którym wydaje się, że jeśli mają jedno dziecko, to ma ono być najlepsze na świecie. Z takim problemem zmaga się chyba większość jedynaków. Z wysokimi wymaganiami może się jednak równie dobrze spotkać jedno z dzieci w większej rodzinie, na które padł wybór, że ma być wyjątkowe. Najważniejsze to pamiętać, że z pewnymi oczekiwaniami wolno, a nawet czasem trzeba, się nie zgadzać.

Jedyne stwierdzenie, pod którym można by się podpisać, to takie, że każda rodzina jest inna, a wszelka generalizacja – nieprawdziwa.

Agnieszka Wróblewska dyplomowana psychoterapeutka, trenerka i superwizorka. Pracuje terapeutycznie z szerokim spektrum ludzkich doświadczeń od prawie 20 lat.