1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Bezdomność to zawsze dramatyczna historia człowieka. Rozmawiamy z Adrianą Porowską, szefową Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Bezdomność to zawsze dramatyczna historia człowieka. Rozmawiamy z Adrianą Porowską, szefową Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Adriana Porowska (Fot. Weronika Ławniczak)
Adriana Porowska (Fot. Weronika Ławniczak)
Najtrudniejsza jest niemoc. Ten moment, kiedy widzę, że ktoś stoi na skraju przepaści. Czasami chce mi się płakać i krzyczeć. Nikt nie jest bezdomny z wyboru. Nikt nie chce mieszkać na ulicy. Jeśli tak mówi – nie wierzcie mu. Bezdomność to zawsze dramatyczna historia człowieka – mówi Adriana Porowska, szefowa Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Najtrudniejsza jest niemoc. Ten moment, kiedy widzę, że ktoś stoi na skraju przepaści. Czasami chce mi się płakać i krzyczeć. Nikt nie jest bezdomny z wyboru. Nikt nie chce mieszkać na ulicy. Jeśli tak mówi – nie wierzcie mu, mówi Adriana Porowska, szefowa Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej.

Miała pani zostać policjantką – tak słyszałem.
Tak jest.

Bo urodziła się pani i wychowała pod Szczytnem, na Mazurach.
Tak jest.

Pani wieś nazywa się…
Świętajno.

A w Szczytnie jest policyjna szkoła oficerska.
Tak jest.

No i?
Nie zostałam policjantką, choć kiedy byłam dzieckiem, wszyscy na to stawiali. Chyba dlatego, że miałam charakter trochę policyjny i takie usposobienie, zawsze chciałam być liderem, w dodatku bawiłam się przede wszystkim z chłopakami, a to wymagało czasem dość zdecydowanych zachowań. Nie byłam nieśmiałym dzieckiem, które myśli, że jak ktoś coś głupiego robi, to trzeba stać z boku i klaskać, potrafiłam mówić konkretnie: „Nie, nie tak! Tak jest źle!”. Wszystkim mówiłam wprost, co myślę, nawet tym dzieciakom, z którymi się przyjaźniłam i na których przyjaźni mi zależało.

Skąd się to w pani wzięło?
Być może stąd, że mam o trzy lata młodszego brata, który urodził się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Dużą część dzieciństwa spędziłam w szpitalach, wręcz zwiedzałam Polskę, jeżdżąc z rodzicami i bratem. Byłam świadkiem wielu rozmów dorosłych na temat zdrowia i życia mojego brata, rozmów o operacjach – że albo się uda i będzie lepiej, albo się nie uda i wtedy może być gorzej, że na przykład brat już nie będzie „zaciągał” nogą albo całkiem przestanie chodzić. Skądinąd był obiektem okrutnych żartów dzieci: kuternoga i tak dalej. I ja, starsza siostra, jakoś z tym musiałam sobie radzić. Walcząc z niesprawiedliwością.

Przyzwyczajała się pani do bycia w opozycji i pomagania słabszym.
Tak. W opozycji również do ludzi, których bardzo lubię i szanuję. Oczywiście, wówczas nieszczególnie się nad tym zastanawiałam. Ale tak było. Łaziłam też po drzewach i biegałam z chłopakami, jakoś trochę w zastępstwie brata. Jemu to, że go bronię, wcale się tak do końca nie podobało, był wychowywany w środowisku, w którym to facet ma być obrońcą. Te jego uczucia – zrozumiałam to później – nauczyły mnie z kolei jakiejś delikatności, że trzeba umieć pomagać, zachowując godność drugiej osoby. Bo naprawdę jesteśmy równi, tylko różnym osobom różne rzeczy się przytrafiają. Rodzice traktowali nas równo, jak dostawaliśmy opierdziel, to po równo. To, że mój brat jest niepełnosprawny, właściwie zrozumiałam dopiero, gdy skończył 18 lat i dostał książeczkę ZUS-owską. Skądinąd świetnie sobie poradził w życiu, mogę powiedzieć, że wygrał z niepełnosprawnością: ma żonę, dzieci. Dużo mu zawdzięczam – był moim trenerem wrażliwości i odwagi sprzeciwu wobec krzywdy: widziałam jego cierpienie, wysiłek.

I przyjeżdża pani ze Świętajna do Warszawy. Jak to jest – żeby zajmować się bezdomnymi w wielkim mieście, musi przyjechać ktoś ze wsi za lasami i jeziorami? To nic złego, ale chodzi mi o taką symboliczną słabość Warszawy i siłę Świętajna…
Cóż, migracja zarobkowa jest bardzo pożądana i w skali Europy, i w skali kraju. Nasza misja ma siedzibę na terenie po wielkich zakładach Ursus, przyjeżdżali do nich ludzie z całej Polski. I tyrali. Kiedy zakłady padły… Albo kiedy takiemu pracownikowi z daleka noga się pośliźnie – dostaje kopa. Mam takich ludzi w pensjonacie, takich, co dziesięciolecia pracowali, uczestniczyli w strajkach Solidarności, są nawet odznaczeni… Jeden człowiek – jego nazwisko widniało na ścianie domu kultury w Ursusie – pięć lat mieszkał w śmietnikach. Użeram się teraz z urzędnikami, bo nie ma decyzji administracyjnej na pobyt u nas. Ale wiem, o co panu chodzi w pytaniu o Warszawę… Tempo życia, ten bieg, niezwracanie uwagi na innych – to cecha aglomeracji. Zła cecha. Oczywiście, ja do miasta nie przyjechałam pomagać osobom w kryzysie bezdomności. Przyjechałam, bo nie miałam za bardzo pomysłu na siebie, nie wiedziałam, co robić, wpadłam na pomysł studiowania. Po Technikum Ochrony Środowiska w Zespole Szkół Leśnych w Rucianem-Nidzie przyjechałam na studia. I właściwie wtedy zainteresowałam się pracą socjalną.

Przełom.
Ogromny, najważniejszy w życiu. Choć, oczywiście, na początku koszmar, wielkie przytłaczające miasto. Na szczęście studia – praca socjalna – to było coś fenomenalnego: ja, która wcześniej nie przywiązywałam wagi do stopni, do nauki, szybko dostałam stypendium naukowe, nie dlatego, że byłam kujonem, ale naprawdę się w to wkręciłam. Pierwszą moją „specjalizacją” – dzięki wykładowcy psychologii – była pomoc osobom z zaburzeniami psychicznymi. Studia w dużej mierze sponsorowała mi kochana babcia Czesia, bo było ciężko. Kiedy zadzwoniłam do taty z budki telefonicznej, że dostałam się na studia, to euforii nie było – rodzice zastanawiali się przez parę tygodni, co teraz. Pracowałam, żeby się utrzymać – byłam hostessą w sklepach, opiekowałam się dziećmi, byłam kelnerką, barmanką, pracowałam po szkole i w weekendy. Codziennie, przez wiele lat. Właściwie dopiero wtedy zrozumiałam, co to są Mazury, wcześniej nie mogłam pojąć: co jest fajnego w lesie, ciszy, jeziorze… A jak długo nie przyjeżdżałam do domu, bo daleko i nie miałam pieniędzy na bilet, to zrozumiałam, jaki oddech dają przyroda i cisza.

Jak pani trafiła do Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej?
Przypadek. Szukałam pracy jako pracownik socjalny, jednocześnie byłam opiekunką dziecka dziewczyny, która pracowała tutaj w schronisku. Kiedy zaszła w ciążę – wskoczyłam na jej miejsce. Na zastępstwo przez kilka miesięcy. Teraz ta dziewczyna jest pracownikiem w Misji, skądinąd w międzyczasie urodziła cztery córki. A ja jedno dziecko – syna. Czasem żałuję, że nie mam więcej dzieci, ale szybko mi przechodzi. Praca jest dla mnie ważna.

Ale praca niełatwa. Ludzie bezdomni to ludzie trudni, poranieni wewnętrznie, a z zewnątrz zaniedbani, często chorzy, nieuznający niektórych wspólnotowych zasad – to nie jest „wymarzone miejsce na Ziemi”.
To jest supermiejsce! Rewelacyjne, bo tutaj czuję, że robię coś sensownego, konkretnego. Tutaj jest potrzebna mrówcza praca – przyznaję, że ja się do niej średnio nadaję: te formalności, zbieranie dokumentów, papiery – na szczęście stworzyłam fenomenalny zespół pracowników, którzy to świetnie robią, ale ciągle zdarzają się także sytuacje, kiedy można zadziałać tu i teraz, sytuacje nietuzinkowe, wyjątkowe. Za każdym razem trzeba wykazać się naprawdę nieszablonowym podejściem. I to mnie nakręca. Po prostu każdy człowiek jest inny, ma inną chorobę, inaczej trzeba do niego podchodzić. Myślę, że w tych stresujących sytuacjach wymagających pewnej elastyczności się sprawdzam.

Każdy z tych ludzi to inna historia, często bardzo dramatyczna. Kiedy się je poznaje, trudno zachować dystans. Jak od tego nie oszaleć i mimo wszystko zachować chłód pozwalający skutecznie zarządzać ośrodkiem?
Jak można nie zwariować? Nie można. Ja właściwie wariuję co chwila. Zdarza mi się, że chcę stąd odejść, bo miewam dość, mam stany od płaczu do krzyku. Nie stałam się zdystansowanym menedżerem, absolutnie nie. Nie potrafiłabym. Czy to zmniejsza moją skuteczność? Mam nadzieję, że nie. Poza tym mamy tutaj naprawdę wspaniały zespół pracowników, to jest prawdziwy team. Ojciec Bogusław Paleczny, który przyjmował mnie tu do pracy, zmarł w wieku 50 lat na rozległy zawał serca. Zabił go stres, nieliczenie się ze zdrowiem, pracowałam z nim trzy lata i dopiero po jego śmierci, z czasem, przez te dziesięć lat, zrozumiałam, co ten człowiek przeżywał, i właściwie, że starał się mnie przygotować na przyszłość. Sprzeczaliśmy się, czasem trzaskał drzwiami w biurze, szedł na papierosa, wracał, znowu mi coś tłumaczył, potem odprowadzał mnie na przystanek autobusowy, wciąż przekonując do jakiegoś rozwiązania, a potem jeszcze wieczorem dzwonił i dwie godziny klarował… Mógł decydować, ale zależało mu, żeby mnie przekonać, żebym wiedziała, dlaczego należy przyjąć takie, a nie inne rozwiązanie. Najczęściej miał rację. Dzisiaj to wiem.

Wrażliwość i takie indywidualne podejście do ludzi, również nadmiar refleksji – to wcale nie musi pomagać w skuteczności.
W korporacji wrażliwość może nie byłaby potrzebna, tutaj jest niezbędna.

Co to jest bezdomność? Nie chodzi mi o brak meldunku…
Bezdomność to pan Zdzisio, nasz były podopieczny. Rocznik ’51, wyglądał, jakby miał lat 90. Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł w Domu Pomocy Społecznej w Strzelcach Opolskich – trafił tam rok temu. Dzwonił do nas na początku kilka razy dziennie, czasem było to męczące, bo mamy 80 podopiecznych, zimą 140, ale pan Zdzisio musiał koniecznie opowiedzieć nam, o której wstał, co jadł, co będzie robił, czy jest fajnie, czy nie, jak się czuje. Z czasem dzwonił rzadziej, parę razy w tygodniu, ale zawsze wiedziałam, co u niego. Dzisiaj zadzwoniła pani z domu pomocy zapytać o rodzinę, bo przecież trzeba zawiadomić o pogrzebie. Wiem, że miał siostrę, siostrzenicę, ale całe życie właściwie był wyganiany, odpychany, żadnych relacji z tą rodziną nie utrzymywał. Nigdy nie było nikogo, kto by przez sekundę się o niego troszczył. Pracował w sadach, miał powykręcane dłonie. Spotkałam go na Dworcu Zachodnim, był straszny mróz, odprowadzałam chyba kogoś na pociąg, zobaczyłam pana Zdzisia, wsadziłam w samochód i przywiozłam tutaj. Mężczyzna na początku zdystansowany, oporny, potem okazał się przesympatyczny, mądry, pomocny. A nie miał nikogo. To jest bezdomność – nie tylko brak dachu, ale jakaś okropna, zamykająca się nad człowiekiem wbrew jego woli samotność. Pan Zdzisio był bezdomnością.

Co jest dla pani, jako dyrektora Misji, najtrudniejsze?
Niemoc. Moment, kiedy widzę, że któryś z podopiecznych stoi na skraju przepaści i wszystko to, co robiliśmy, zdało się na niewiele, i kiedy czuję, że ten człowiek do nas wróci, bo nie kontynuuje terapii, nie chce brać leków, czasem znika i pije. Niemoc wobec nieskuteczności rozwiązań systemowych, które, niestety, nie działają albo działają przeciw ludziom, którym mają pomagać. Decyzje urzędowe, to, że teoretycznie powinnam kogoś z ośrodka wyrzucić, bo właśnie nie ma decyzji administracyjnej o pobycie. W kontaktach z urzędnikami trudno jest zachować się profesjonalnie, po prostu chce mi się płakać i krzyczeć z bezsilności. Słyszę w urzędzie, że „mam usunąć nieprawidłowości”. Jak, do cholery?! Mam dwa wyjścia: zmienić ustawę albo wykopać człowieka na ulicę? „Pani podopieczny nie podjął pracy, a miał podjąć”. A ja wiem, że człowiek ma depresję, że do pracy się nie nadaje, że jak go wyrzucę, pójdzie i będzie siedział na krawężniku, czekając na zimę, żeby zamarznąć. Ja nie widzę „sprawy” do załatwienia, ale widzę pana Stasia, Zdzisia czy Karola. No i jest problem, bo przecież pieniądze na ośrodek nie są moje, to dotacje. I kiedy jest groźba, że mi  je odbiorą, to co mam robić, jak wyjść z tej matni? W dodatku jestem odpowiedzialna również za pracowników Misji. Muszę im płacić, żeby mogli żyć.

I jak pani sobie radzi?
Balansuję. Tańczę na linie. Rocznie usamodzielniamy około 50 osób. Pokazujemy im, jak żyć, poza pokojami tutaj, w Misji, mamy tzw. mieszkania treningowe, gdzie uczą się „mieć dom” i go utrzymywać, potem załatwiamy mieszkania socjalne i robimy wszystko,  by ludzie wychodzili na prostą, by mogli zakotwiczyć się w pracy i w domu, a nie na ulicy.

Może powinna pani zająć się  „zmienianiem ustaw”, czyli próbować zmienić system? Współpracuje pani z Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Może trzeba iść krok dalej – iść do polityki?
Jestem w Radzie Społecznej RPO.  Spotykam się często z urzędnikami,  samorządowcami czy pracownikami ministerstw. To są ludzie pełni dobrej woli, tylko nic nie jest proste, wszystko jest tak jakoś skonstruowane, że bez woli politycznej…

No właśnie!
Często słucham rad, jak powinnam coś zrobić, jak coś rozwiązać. Tylko że ja mam w głowie tysiące historii, rocznie przez Misję przechodzi 400 osób, i wiem, że – powtórzę – każdy przypadek jest inny. I te proponowane rozwiązania wiążą nam ręce. Im większa biurokratyzacja, tym większe wykluczenie.

Projekty ustaw, lobbing, sejmowe komisje… Do dzieła.
Aha. Nie wiem, czybym się do tego nadawała, za bardzo siedzą we mnie te  historie. Może patrząc na problem bezdomności z daleka, umarłabym z frustracji? Istotna jest dla mnie nie statystyka, ale ten konkretny pan Krzyś, który buduje szopkę na święta. Jest stolarzem. Szopka ma już trzy piętra, oświetlenie, meble, schody. Powiedział, że to nie jest jakieś Betlejem, gdzie nie znalazło się miejsca dla Boga. U nas szopka to będzie dom! Święta to jest, oczywiście, smutny czas dla podopiecznych, ale oni za wszelką cenę chcą wprowadzać nastrój jakiejś dziecięcej radości. I teraz ta szopka, która ewoluowała od kartonowego pudełka kiedyś do apartamentowca – domku dla lalek dopracowanego w każdym szczególe. Dom. Symboliczne, prawda?

Jak godzi pani pracę z życiem rodzinnym? Pani biuro wygląda tak domowo…
Mój syn przez lata się tutaj kręcił, brałam go do biura. Podczas pracy często prosiłam podopiecznych, żeby go przypilnowali. I poznawał tych ludzi, grał z nimi w piłkę, odrabiał lekcje. Jakoś z opóźnieniem pomyślałam, że może to nie jest do końca normalne. Ale ja jako dziecko ciągle siedziałam u mamy w sklepie, wracałam ze szkoły i byłam z nią, więc wydawało mi się to naturalne. Ktoś mi zwrócił uwagę, że ludzie mogą inaczej to postrzegać niż ja, bo przecież zdarzają się u nas byli więźniowie i tak dalej… Wiem, że niektórzy z nich nie są aniołami. Byłam ostatnio  w Monachium i ktoś powiedział: „Wiesz, w Niemczech to odebraliby ci prawa rodzicielskie, bo narażasz dziecko, którym zajmują się osoby bez przygotowania pedagogicznego…”. Cóż, mój Nikodem ma już 13 lat, wyrósł na mądrego i wrażliwego chłopca. Teraz przychodzi tu rzadziej, ma swoje sprawy. Bywa nadal ze mną na ślubach i pogrzebach podopiecznych, ludzi, których znał. Razem z moim mężem są tu co roku w święta. Wigilię spędzamy z setką osób. Uważam, że to całkiem naturalne.

A mąż?
To mój przyjaciel. Znamy się 27 lat. Wspieramy się wzajemnie. Przez długi czas słowo „wolontariat” pojawiało się regularnie w naszych rozmowach, to on finansowo odpowiada za rodzinę. To pracowity i przedsiębiorczy człowiek, tak jak jego rodzice. Kiedyś  go obciążałam opowieściami o tym, co się tu dzieje, tymi wszystkimi historiami ludzi w kryzysie bezdomności, teraz staram się tego nie robić. Staram się wracać do domu z czystą głową. Wiem, że oboje potrzebujemy wytchnienia i skupienia się na naszym synu.

Gdybym powiedział pani, że od miesiąca niemal codziennie widzę przy wejściu do metra pewnego mężczyznę, siedzi tam, zbierając pieniądze... Ten człowiek źle pachnie, jest pochylony, w jakimś stuporze. Widzę, że nikt się nie zatrzymuje, ja też, wszyscy przechodzimy obojętnie. Co powinienem zrobić?
Zatrzymać się, zadzwonić do straży miejskiej, do nas… To jest problem Warszawy i dużych miast. W małych miejscowościach wszyscy lepiej lub gorzej się znają, tam człowiek leżący zimą na ulicy nigdy nie byłby czymś normalnym. A tutaj – anonimowość i pośpiech… Ten pochylony człowiek na chodniku może nie chcieć pomocy, nie jestem naiwna, ale to, że jest na ulicy, naprawdę nigdy nie jest jego dobrowolną decyzją. Ludzie w mieście nie widzą w innych osób podobnych do siebie, z historią, z kłopotami, z przeżyciami. Pierwszą rzeczą, którą robię, gdy zatrzymuję się przy kimś takim na ulicy, to pytam o imię. Bo każdy ma imię. Zastanawiał się pan, jak ten pochylony człowiek żebrzący na ulicy może mieć na imię?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” odbędzie się 22 kwietnia. (Autorem plakatu jest Andrzej Pągowski)
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.

  1. Styl Życia

Dziwny czas, czyli rok w pandemii

Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Karolina Korwin Piotrowska, Natalia de Barbaro, Michał Rusinek (Ilustracje Agata Nowicka)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Mija dokładnie rok od wybuchu globalnej pandemii. Zdarzenia, które w takiej skali i postaci nie miało jeszcze miejsca w historii. Czego nas pozbawiło, a co nam dało? Co w nas zmieniło, w czym utwierdziło? Do czego zainspirowało? Pytamy naszych rozmówców, ale i siebie…

Jest Pani gotowa?

Karolina Korwin Piotrowska, dziennikarka, krytyczka filmowa. W Antyradiu prowadzi program „Najgorsze państwo świata” (razem z Michałem Figurskim) i „Kino na podsłuchu”, a na antenie Canal+ –„Aktualności filmowe+”. Jej najnowsza książka, „Reset. Świat na nowo” to 16 rozmów na temat pandemii.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Dokładnie w środę, na dwa dni przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu, moja terapeutka spytała: „I jak, pani Karolino? Jest pani gotowa?”. Uniosłam brwi, zdziwiona, o co mnie właściwie pyta. „Bo ja jestem o panią spokojna. Pani jest na wojnie przez całe życie, więc będzie to dla pani sytuacja absolutnie naturalna. Świetnie sobie pani poradzi” – usłyszałam. Rzeczywiście, sytuacja kryzysowa to u mnie, z różnych względów i na różnych poziomach, sytuacja stała, czym się zwykle nie chwalę. A że jestem chora na serce od dziecka, to też nie mam specjalnego problemu ze słuchaniem lekarzy. Ja dzięki nim żyję, więc jeśli mówią mi: „rób to i to”, to ja tego nie kwestionuję.

Lista zakupów

Już jakiś czas temu postanowiłam, że będę kupować mniej ciuchów, więc jedyne, w co się obkupiłam, to rośliny. Mój balkon przerodził się w ogród botaniczny. Zrobiłam to z myślą o tym, że będę miała o co dbać, ale też że będę miała naturę blisko siebie, jeśli nie będę mogła wychodzić. Postanowiłam, że ta moja nora czy jaskinia, jaką stał się dom, będzie od teraz jak najbardziej funkcjonalna. Kupiłam sobie wreszcie porządny laptop – w końcu to moje podstawowe narzędzie pracy – i solidny telewizor, żeby oglądać na nim dobre filmy. A parę filmów i książek bardzo mi w tym czasie pomogło. Plus praca. I kilka ważnych osób. No i psy. Pamiętam, jak po raz pierwszy nagrywaliśmy w reżimie sanitarnym „Aktualności filmowe+”, wszędzie unosił się zapach środków do dezynfekcji, a my, zamaskowani i zestresowani, po raz pierwszy stawialiśmy stopę na niepewnym gruncie. Ale i tego się nauczyłam. Podobnie jak robić wywiady przez Skype’a, który musiałam w tym celu na nowo aktywować. Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że całą książkę tak napiszę, tobym się w głowę puknęła. Przed marcem nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak Zoom. Trochę gorzej było przy drugim lockdownie, bo praca weszła mi do domu. W tej chwili na moim stole jest konsola radiowa i mikrofon, bo nadaję z kuchni. Ostatni raz w radiu byłam, w sensie fizycznym, w październiku. Naszej porannej audycji słucha ponad milion ludzi, nie możemy sobie pozwolić na chorowanie, tym bardziej że i ja, i Michał Figurski jesteśmy w grupie ryzyka.

Ludzie i psy

Był moment kilkudniowej słabości, zaczęłam bardzo tęsknić za ludźmi, za tym, żeby się do nich przytulić. Ja nie jestem specjalnie dotykalska, ale okazało się, że lubiłam ścisnąć komuś dłoń, dotknąć, a nie strzelać „żółwika”. „Czy wszystko masz? Czy czegoś potrzebujesz?” – już pierwszego dnia dostałam kilka takich SMS-ów i kilka też sama wysłałam. Na szczęście zawsze w lutym robię duże zakupy do domu, miałam więc zapas papieru toaletowego i herbaty, no i trzy kilo kawy. Jedyne, co w tym czasie zamówiłam w ilościach hurtowych, o czym zresztą piszę w książce, to 30 kilo karmy. Musi być specjalistyczna – dla psa z chorą trzustką, a to nie jest artykuł podstawowej potrzeby. Kurier, który mi ją przyniósł, dziwił się: „Pani, co się tu dzieje? Wszyscy po 30 kilo karmy kupują!”. Zaskoczył mnie ogrom dobroci, empatii i wyczulenia na innych. Przekonałam się po raz kolejny, że ludzie, nawet w najbardziej haniebnych okolicznościach, potrafią być fajni, bezinteresowni. I dowcipni. Polska specyfika, czyli szukanie dowcipu nawet na dnie piekła, znów mnie rozczuliła, obyśmy tego nigdy nie zatracili. Kto by przypuszczał, że będę mojego Lolka wypożyczała na spacery, bo ktoś mi napisze na Facebooku: „Pani Karolino, jesteśmy sąsiadami, widuję panią pod blokiem. Dałaby mi pani jednego ze swoich psów, bardzo bym chciał iść do parku. Rodzina daleko, sam w domu siedzę”. Lolek wrócił zadowolony i wybiegany, pan – jak sądzę – też. Psy okazały się paszportem na wolność. W Hiszpanii założono stronę ułatwiającą wypożyczanie czworonogów, była tam nawet charakterystyka „kandydatów”: „Pedro, osiem kilo, lubi biegać”. W Nowym Jorku zabrakło zwierząt w schroniskach, bo się okazało, że ludzie mają wreszcie czas, przestrzeń i ogromną potrzebę, by się nimi zająć. Bardzo sobie ceniłam, że z „psią obstawą” mogłam chodzić po mojej dzielnicy bezkarnie. Wyrabiałam z nimi co najmniej 10 tysięcy kroków dziennie.

Wirtualne siostrzeństwo

Okazało się też, że mam ludzi, na których naprawdę mogę liczyć, jest ich może z pięciu, ale są. Nie chcę mówić, że kwestie bytowe są drugorzędne, ale nawet moi znajomi, którzy po 20 latach prowadzenia restauracji musieli zwinąć interes, przyznali, że w tym czasie najbardziej liczyło się to, kogo miałeś przy sobie. Twoja „ludzka baza”. Ja na przykład po raz pierwszy poznałam, co to siostrzeństwo. Jedna z moich koleżanek założyła babską grupę samopomocową na Fejsie, nie chcę mówić o niej zbyt dużo, bo jest fajna i tajna. Dziewczyny codziennie rano pisały w niej posty, robiły głupie zdjęcia i opowiadały, co się u nich w życiu dzieje. Zobaczyłam wtedy po raz pierwszy, jak bardzo można nie dawać sobie rady z odosobnieniem, lękiem czy tęsknotą. Zrozumiałam, że dla wielu osób to, co się dzieje, jest początkiem końca świata, i nie ma się z czego śmiać. Oni tak to przeżywają i trzeba im pomóc przez to przejść. Czasem dobrym słowem, a czasem głupim memem. To było miejsce, w którym każda z nas mogła napisać: „Jest mi fatalnie”, i wtedy inne się zbiegały, by jej wysłuchać, pocieszyć. Nie wiedziałam, że potrafię tak bardzo wyjść do ludzi. I że kiedy się na to zdobędę, zostanie to bardzo dobrze przyjęte. Grupa nadal działa.

Co dalej?

Mam dużo młodych fanów, którzy studiują w Azji. Dwoje z nich na początku lutego wysłało mi filmiki, one potem pojawiły się w dokumencie o Wuhan, który pokazała w TVN24 Ewa Ewart – mówię o filmikach ukazujących wymarłe miasto, ciała leżące na ulicy i ludzi siłą wciąganych do karetek. Inna fanka, która jest studentką medycyny we Włoszech, wysłała filmik, który zrobiła pielęgniarka na oddziale covidowym w Lombardii. To była jedna z najbardziej wstrząsających rzeczy, jakie widziałam w życiu. Po raz pierwszy zrozumiałam, co to jest za choroba. Nie wyobrażałam sobie, że tak może wyglądać OIOM. Wtedy zaczęłam sobie dawkować newsy ze świata, bo wiedziałam, że to mnie dobije. Szukałam jednak autorytetów: filozofów, socjologów, pisarzy czy specjalistów takich jak profesor Krzysztof Simon, którego uwielbiam za to, że nigdy nie ściemnia. Szukałam ludzi, którzy pomogliby nam to wszystko ogarnąć, bo miałam przeczucie, że kiedy nauczymy się już żyć w zamknięciu, to będziemy potrzebować odpowiedzi na pytania ogólne: Co dalej? Jak to teraz będzie wyglądało? Co to zmieni w moim życiu? My już weszliśmy w ten zakręt, przed którym ostrzegano nas od kilku dobrych lat, i za chwilę, za rogiem ukaże się nam nowa rzeczywistość. Trzeba mieć piękne wspomnienia o świecie, który był. Kolekcjonować zdjęcia, filmy i emocje. Bo on już nie wróci. Mam na myśli świat nadmiernej konsumpcji, kultu przyjemności, bezrefleksyjnych podróży. Nadeszło to wielkie zapowiadane bum. Musimy przestać mówić o zbliżającej się katastrofie ekologicznej, ona już trwa. Pomyślmy lepiej o tym, co zrobić, by pokolenie dzieci, które teraz znów poszło do szkoły, za kilkadziesiąt lat miało wodę w kranach. Wreszcie do mainstreamu przedostało się pojęcie „emigracja klimatyczna”, podczas gdy emigrujących „za wodą” są już tysiące. Idą trudne czasy, wymagające od nas solidarności, empatii, poświęceń i wysiłku. Bardzo bym chciała, by też przeformatowały nasze myślenie. Wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę i bez Ziemi sobie nie poradzimy, za to ona bez nas da sobie znakomicie radę.

ŻYCIE W KILKU SŁOWACH

Michał Rusinek, literaturoznawca (wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim), tłumacz (z języka angielskiego), pisarz (dla dzieci i dla dorosłych), prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej. W ostatniej książce „Zero zahamowań” analizuje teksty piosenek disco polo.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Przede wszystkim zorientowałem się, że do tej pory prowadziłem bardzo podróżniczy tryb życia: spotkania autorskie, wywiady – nagle wszystko to przeniosło się do Internetu. Starałem się zawsze wykorzystywać każdy dłuższy weekend i kilka tygodni wakacji na wyjazdy – tym razem nic z tego. Początki były trudne, jak po odstawieniu jakiejś używki. Ale udało mi się zrobić porządek w szufladzie ze skarpetkami oraz – a to już niebagatelny sukces – w książkach. No i napisałem i przetłumaczyłem dzięki temu więcej niż zwykle. Lockdown to raj dla grafomanów. Jestem gadżeciarzem, więc z początku wirtualne spotkania bardzo mi się podobały (teraz mam już ich dość; człowiek, który za dużo czasu spędza na Zoomie, zmienia się w zoombie). Kupiłem sobie porządny mikrofon, lampę diodową, dodatkowy router, gdyby zerwało mi połączenie internetowe (bo Internet jest teraz na wagę prądu). Całą rodziną staraliśmy się (i staramy nadal) wspierać lokalne zaprzyjaźnione restauracje. Kłopot w tym, że jedzenie zamawiane do domu zwykle przyjeżdża chłodnawe, więc przez ten czas, by tak rzec, nie jemy potraw gorących (co jest ponoć zdrowsze). Nieszczególnie lubię fizyczny kontakt z innymi, ale brakuje mi zajęć ze studentami w trybie stacjonarnym. Okropnie brakuje mi też kawiarni i restauracji, bo rozmowy przy kawie czy lunchu zupełnie inaczej przebiegają niż na Zoomach czy Teamsach. Obawiam się, że kiedy minie pandemia, będziemy się obcałowywać i ściskać na ulicach bez opamiętania.

Widzimy się? Słyszymy się?

Pandemia zmieniła zupełnie nasz sposób codziennego funkcjonowania. Pracę i szkołę trzeba było przestawić na tryb zdalny. Funkcjonującą w języku „telekonferencję” zastąpiono krótszym i bardziej precyzyjnym słowem „online”, które nie doczekało się polskiej wersji. Ba, stało się nawet rzeczownikiem: „Oddzwonię za chwilę, mam online” – mówimy przecież. Zamiast prośby, byśmy się spotkali w rzeczywistości (choć teraz nie wiadomo, gdzie by to miało być, skoro kawiarnie zamknięte), nie mówimy już o „realu”, ale o „offlinie”, jakby to był stan odmienny od życia normalnego, czyli online’owego. Zresztą owe online’owe spotkania rozpoczynamy nie od „dzień dobry”, lecz od pytania: „Widzimy się? Słyszymy się?” – które pełni funkcję toposu otwierającego wypowiedź. Na pożegnanie machamy do siebie infantylnie rękami, nawet po obronach doktoratów (wiem, co mówię). Kilka tygodni temu miałem spotkanie autorskie – oczywiście online – z dziećmi. W pewnej chwili coś niebacznie nacisnąłem i jedno z dzieci wykrzyknęło: „Proszę pana! Jest pan zmutowany!”. Zamarłem, bo wprawdzie jestem tak zwanym ozdrowieńcem – to także jedno ze słów minionego roku – ale wizja zakażenia się ponownie mutacją wirusa lekko mnie niepokoi, podobnie jak wizja siebie jako mutanta. Tymczasem chodziło o to, że wcisnąłem klawisz „mute” i wyłączyłem sobie mikrofon.

Quarantini i covidiota

Zwykle wydarzenia historyczne, nawet jeśli są dookreślane przymiotnikiem „światowy”, mają ograniczony zasięg. Tymczasem pandemia dotknęła nieomal wszystkie kraje (oficjalnie tylko 12, między innymi: Korea Północna, Turkmenistan, Samoa czy Wyspy Salomona, nie odnotowało żadnych przypadków zakażenia koronawirusem, ze względu na ich izolację wynikającą z polityki czy położenia geograficznego). Zatem nie ma się co dziwić, że we wszystkich językach pojawiły się nowe wyrazy związane z pandemią, pozwalające nam wszystkim nazwać to, co się wokół nas (i z nami samymi) dzieje. Nazwanie jest zarazem oswojeniem, to znaczy sprowadzeniem nieznanego, nie do końca zrozumiałego zagrożenia do czegoś znanego. Ale z czym porównać pandemię, jakiej jeszcze nie było? Język pandemii podszyty jest metaforyką i leksyką militarną: z wirusem się „walczy”, służby medyczne są „na pierwszym froncie”, o szpitalach jednoimiennych mówiono „lazarety”, szczepionki nazywane są „jedyną skuteczną bronią” w tej walce, a obronę przed ekonomicznymi skutkami pandemii ma zapewnić „tarcza antykryzysowa”. „Przyłbice” są wprawdzie o wiele mniej skuteczne niż maseczki, ale brzmią – zwłaszcza w uszach Polaka wychowywanego w kulcie oręża – dumnie i militarnie. Przestaliśmy się dzielić na społeczeństwa czy narody, a zaczęliśmy być „stadami”, kiedy zaczęło się mówić o „odporności stadnej”. Do dyskursu publicznego weszło sporo terminologii medycznej. Oprócz wspomnianych – i brzmiących dość tajemniczo – szpitali jednoimiennych pojawiły się „wymazy” oraz dwuznaczny przymiotnik „wymazany”; dwuznaczny, bo „wymazani górnicy” mogli się poczuć nieswojo. Z języka matematyki (i statystyki) weszło – jakże przez nas pożądane – „wypłaszczanie”. Profesor Jerzy Bralczyk, usłyszawszy je, lekko się skrzywił i stwierdził, że on się na razie zaokrągla. To zresztą dotyczy wszystkich nas, bo znacznie mniej się ruszamy. Z językowego lamusa powróciła „kwarantanna”. Nie udało nam się spolszczyć słowa „lockdown”, bo w polskiej „izolacji” brakuje elementu zamknięcia. Paradoksal­nie stwierdzenie „jestem pozytywny” zaczęło oznaczać coś negatywnego, bo pozytywny wynik testu na COVID-19. Niefortunne pod względem językowym było, moim zdaniem, wzywanie do zachowania „dystansu społecznego”. W dobie pandemii powinniśmy zachowywać dystans fizyczny, natomiast pielęgnować relacje społeczne za pośrednictwem dostępnych nam mediów. Choćby po to, by – jak to wymyślili Anglicy – wypić razem (każdy przed swoim ekranem) „quarantini”, czyli aperitif w stanie kwarantanny, a jeśli ktoś wzbraniał się przed alkoholem, to mógł się poddać „kawantannie”, czyli wspólnemu piciu kawy. Pojawiło się też – i to w wielu językach – określenie „covidiota”. Z założenia wykluczające, okazało się jednak paradoksalnie jednoczące. „Covidiotami” nazywa się bowiem „koronasceptyków” i „antymaseczkowców”, czyli tych, którzy uważali, że pandemia jest faktem wyłącznie medialnym. Oni natomiast stosują to określenie wobec tych, którzy w pandemię wierzą i starają się przed nią zabezpieczyć. Innymi słowy, wszyscy w jakimś sensie jesteśmy „covidiotami”.

Memy i dziadersi

Na język w Polsce w ubiegłym roku wpłynęły też oczywiście protesty po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Dodajemy, że były to prawdopodobnie najliczniejsze protesty w całej historii Polski. Ich język był zupełnie inny niż język jakichkolwiek dotychczasowych manifestacji. Po pierwsze dlatego, że uczestniczki protestów, doprowadzone do furii, dały tej furii wyraz, przekraczając granice tego, co w patriarchalnym społeczeństwie kobiecie językowo uchodzi. Głównym hasłem było: „Wypierdalać”, a jeśli ktoś z oburzeniem pytał, czemu jest tak mocne (ja uważam, że mocniejsze było: „Obyś, chuju, wdepnął w lego”), to mógł przeczytać napis na innym transparencie: „Zaniepokojona to ja byłam w 2016”. Większość haseł miało charakter rewolucyjny, na przykład: „Kobiety zniosą wszystko. Najpierw was z piedestału” albo „Wody odeszły, rodzimy rewolucję”. Wiele zawierało odniesienia literackie, na przykład: „Annuszka już rozlała olej”, czy wręcz biblijne: „Zło bobrem zwyciężaj”. Po drugie, język tych protestów był inny dlatego, że ich uczestnicy byli głównie bardzo młodzi. To był ich pierwszy protest. Protest nie tylko przeciwko orzeczeniu TK, lecz także przeciwko meblującym im świat dziadersom („Jedyni starsi panowie, których mam ochotę słuchać, to Przybora i Wasowski”). Protest wyrażony ich językiem, zawierającym aluzje do ich świata: do memów, gier komputerowych, seriali, ale i do lektur szkolnych, nad którymi jeszcze niedawno przysypiali: „Słuchaj, dzieweczko! Ona NIE słucha” czy „Za dużo zdrowasiek szkodzi zdrowiu i życiu. Rozalka”. Zdarzały się też odwołania do tekstów piosenek – na przykład Maanamu (czyli zespołu słuchanego zapewne przez ich dziadków): „To jest ten wiatr, co rozgoni”. Kreatywność językowa tych protestów była niebywała (absolutnie fenomenalnym hasłem było: „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”) i mam nadzieję, że hasła, które w czasie nich niesiono na zwykłych kartonach, doczekają się naukowych analiz. Ważniejsze jest jednak, że na tych transparentach doszło do swego rodzaju językowej rewolucji. A rewolucje – te niejęzykowe – zawsze zaczynają się od języka.

CO MAM W SPIŻARNI?

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie”.

Ilustracja Agata Nowicka Ilustracja Agata Nowicka

Kiedy słyszę pytanie: „Czego nauczył mnie ten rok pandemii?”, pierwsze, co się we mnie pojawia, to opór. Przeciwko czemuś, co może przesadnie, ale jednak nazwałabym terrorem rozwojowym. Wciąż mamy poczucie, że trzeba się nieustannie uczyć, rozwijać, ulepszać. Czasem przybiera to wręcz postać kompulsji. Dlatego wydaje mi się ważne, by dać sobie także zgodę na to, żeby ten rok niczego nas nie nauczył. Już samo to, że mamy go za sobą, że przez niego przeszliśmy, jest wystarczające, by czuć coś w rodzaju zadowolenia, satysfakcji, a nawet dumy. I dać sobie też prawo do zmęczenia. Bo przecież pandemia nadal trwa, wciąż jest elementem naszego doświadczenia.

Za czym nie tęskniłam

Jak już pokonam w sobie ten pierwszy opór, to myślę, że, chcąc nie chcąc, rzeczywiście dużo się podczas tego roku nauczyłam. Pandemia dla wielu z nas miała spory rys inwentaryzacyjny. Na zasadzie: co mam w spiżarni? I nie mam tu na myśli tylko zapasów żywnościowych. Patrzysz, z czym zostajesz, kiedy nie masz zapełnionego kalendarza, perspektyw rozrywek, wyjść czy podróży. Ja przekonałam się, że mam bardzo dużo. Po pierwsze, mam właściwie napisaną, tylko jeszcze nie „wypisaną” książkę. Gdyby nie lockdown, przypuszczam, że nawet by to do mnie nie dotarło, bo byłabym zbyt zajęta bieżącymi zadaniami. Jak już siadłam, skończyłam ją w dwa miesiące. Po drugie, zobaczyłam, że parę rzeczy mam w życiu fajnie ustawionych. Mieszkam w domu, który lubię, mam fajny związek i dobrą relację z synem. Poczułam też jeszcze mocniej, jak bardzo kocham swoich rodziców. Zobaczyłam też, że im wokół jest ciężej, tym jest mi trudniej sięgnąć po to, co jest dla mnie zdrowe. Najchętniej siedziałabym tylko na Netflixie albo scrollowała Fejsa. Przełamuję się, żeby wyprowadzać się na spacer, w miarę zdrowo jeść i raz na jakiś czas wejść na matę do jogi. Zrozumiałam, czego już nie chcę robić. Jako osoba zajmująca się szkoleniami i warsztatami rozwojowymi ciągle byłam w drodze. Podczas pandemii przekonałam się, że w ogóle nie tęsknię za podróżami służbowymi. Zdecydowałam, że będę mniej jeździć i znacznie mniej latać, także ze względu na ślad węglowy. Za to bardzo tęskniłam za podróżami dla przyjemności, za zwykłym uściśnięciem rodziców – mam nadzieję, że dzięki szczepieniom wkrótce to się uda. No i bardzo mi brakowało twarzy innych ludzi: pani ze sklepu, taksówkarza czy pasażera w tramwaju. Nawet nie sądziłam, że to tak bardzo składa się na moją codzienność.

Życie jest życiem

Był taki moment, w którym poczułam, że jestem oto w środku tej sławetnej „czarnej godziny”, na którą tyle odkładałam pieniędzy, i… przekonałam się, że nie jest ona tak czarna, jak zwykłam o niej myśleć. Gdyby ktoś rok temu opisał w jednym okrutnym akapicie to, co się wydarzy w 2020 roku – że z powodu śmiercionośnego wirusa będziemy zamknięci w domach, nie będziemy mogli się spotykać z przyjaciółmi, odwiedzać starszych członków rodziny, a praca przeniesie się do Internetu, jeśli w ogóle będziemy mieli pracę – to pewnie pomyślałabym, że tego nie wytrzymamy. Tymczasem dałam radę. Przypomina mi to pewne badania z udziałem osób lękowych. Proszono ich, by opisali to, czego boją się najbardziej i jak się spodziewają, że sobie wtedy poradzą. Następnie prowadzono obserwację, która przyniosła dwa bardzo ciekawe wnioski. To, czego badani się spodziewali, urzeczywistniało się bardzo rzadko. A jeśli już się wydarzało, to się okazywało, że radzili sobie dużo lepiej, niż obstawiali. Ja też mam wrażenie, że poradziłam sobie lepiej, niż mogłabym się spodziewać. Nie lubię mówić: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, ale przyznaję, jest w tym zdaniu jakiś kawałek prawdy. To, co się zdarzyło, jakoś mnie zbudowało. Podczas tego roku często nachodziły mnie myśli o poprzednich pokoleniach i momentach kryzysowych, które były ich doświadczeniem. Zaczęłam sobie przypominać opowieści mojej ciotki i babci o wojnie. Pokazywały mi dróżkę i mówiły: „Tędy chodziłyśmy do szkoły, potem szkołę zamknęli, a potem znów otworzyli”. I naszła mnie refleksja, że życie jest zawsze życiem.

Lęk i przemoc

Z kolei buddyści mówią, że życie nie jest bezpieczne i nigdy nie było. W tym roku sobie o tym przypomnieliśmy. Jak zauważył mój przyjaciel, jest tak, jakby ludzie nagle się ocknęli i zaczęli biegać po swoich mieszkaniach, krzycząc: „Jestem śmiertelny”. Strach przed COVID-19 był i jest uzasadniony, ale mam poczucie, że równocześnie kanalizował inne lęki. Sprejując preparatem dezynfekującym kilka razy dziennie ręce czy klamki, w jakimś sensie daję sobie poczucie, że zapewniam sobie bezpieczeństwo w ogóle. A przecież jednocześnie codziennie wsiadam do samochodu czy wychodzę na ulicę, czyli robię rzeczy potencjalnie niebezpieczne. Inne zagrożenia nie zniknęły i nie znikną. Moim największym rozczarowaniem tego czasu są media newsowe. Straszenie stało się naczelną zasadą wielu serwisów informacyjnych, gazet i portali. Ktoś uznał, że ważniejsze jest, by ludzie klikali, niż by się mniej bali. Od marca robię zdjęcia najbardziej bulwersujących nagłówków, przygotowuję o tym duży tekst. To zaledwie fragment: „Profesor Flisiak: Epidemia wygaśnie latem. Delikatna stabilizacja w każdej chwili może się jednak załamać”. „Sanepid pyta o miejsca na zbiorowe pochówki na cmentarzach. Chce pilnej odpowiedzi”. „W epidemicznych prognozach trudno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne”. Nie przypadkiem ludzie mówią o potrzebie odłączenia się od newsów, o detoksykacji, bo to jest toksyna. I przemoc psychiczna. Ludzi łatwo jest przestraszyć. Mamy złudzenie, że „banie się” jest czynnością zapobiegawczą. Tak ma działać to słynne: „Zadzwoń, jak dojedziesz”. A dopóki nie zadzwonisz, ja będę w czujności, która chroni ciebie na drodze. To nie logika, ale myślenie magiczne. W wersji łagodnej jest nim trzymanie kciuków za sportowca. Dziś coraz częściej pozwalamy sobie nie wiedzieć, jaka jest aktualna liczba zakażonych i zgonów, pomijamy ten nieodłączny refren naszej pandemicznej codzienności. I ta postawa, to odcięcie od informacji – staje się przestrzenią naszej osobistej wolności.

Tworzy się historia

Wielokrotnie podczas tego roku mówiłam sobie: „O tym będą kiedyś pisać w podręcznikach”. Niezwykłe jest w tym doświadczeniu, jak ono naraz separuje i łączy. Jest w nim też element triumfu ludzkiego umysłu: w ciągu roku do obiegu trafiła skuteczna szczepionka. Mam ogromny podziw dla ludzi, którym udało się tego dokonać: wszystkich, którzy dołożyli do tego choć jedną cegiełkę. Oczywiście jest to owoc pracy pokoleń naukowców i naukowczyń. Widziałam niedawno zdjęcia osób czekających na pierwszą dawkę i przyznam, że się wzruszyłam, bo była to dla mnie naprawdę doniosła chwila. Wiele było takich momentów: widok pustej bazyliki Świętego Piotra i papieża samotnie odprawiającego mszę wielkanocną, czysta woda w kanałach weneckich, ale też strajki kobiet w Polsce. Dla mnie to, co działo się u nas jesienią, było najbardziej poruszającym doświadczeniem społecznym od 1989 roku. Miałam poczucie, że poprzez nasze zbiorowe „grzeczne już byłyśmy” zmieniło się powietrze i nastąpiły nieodwracalne zmiany. Czuję, że po tym już nic nie będzie takie samo. Policzyłyśmy się. Przy naszym boku stanęli też mężczyźni. Rośniemy w siłę i nic tego nie zatrzyma. Jestem przywiązana do tego, co nazywa się niekiedy elementem energii kobiecej, czyli by patrzeć na świat w skali mikro. Uważam, że do tej pory żyliśmy – i nadal żyjemy – w przerośnięciu energii makro, czyli mówimy o zmieniającym się społeczeństwie, pytamy o nadchodzące trendy. Ja wolałabym takie dywagacje zamieniać na pytania osobiste. Czy ty coś zmienisz? Czy ja coś zmienię? Ale też niekoniecznie musimy coś zmieniać. Może lepiej: Co od teraz będzie inaczej? I to pytanie chciałabym skierować do każdej osoby, która nas teraz czyta.

Więcej przemyśleń na temat pandemii znajdziecie w książce Karoliny Korwin Piotrowskiej „Reset. Świat na nowo”, Wydawnictwo Mando.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

  1. Styl Życia

Sewing Together - projekt, który wspiera kobiety w Kenii

Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Maja Kotala z jedną ze swoich studentek z Sewing Together (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Dla kenijskich dziewcząt dzień zaczyna się zwykle od prac domowych i rodzinnych obowiązków. Jednak coraz więcej z nich docenia możliwość nauki. Każda nowa umiejętność, jak szycie czy projektowanie ubrań, może dać im szansę na zarobienie własnych pieniędzy i większą niezależność. – Cały kurs jest za darmo. W tej chwili uczę 5 dziewczyn. Szyjemy letnią kolekcję. Za 3 tygodnie robię zmianę i zaczynam naukę z nowymi osobami – mówi Maja Kotala, pomysłodawczyni programu Sewing Together.

Większość uczennic w szkole jest między 19 a 25 rokiem życia. Chociaż pochodzą z różnych plemion (Luhia, Masajowie) dobrze się dogadują i są dla siebie nawzajem wsparciem. – Mam 15 lat doświadczenia w branży modowej i chciałam się z tym doświadczeniem podzielić z innymi. – podkreśla Maja Kotala – Pierwszy projekt edukacyjny uruchomiłam za swoje oszczędności oraz pieniądze zebrane od rodziny i przyjaciół. Wyjechałam do Ugandy, żeby przetestować program Sewing Together i dołączyłam wówczas do marki Kimuli Fashionability. Zajmowałam się produkcją płaszczy przeciwdeszczowych, szytych z worków po cukrze. Wyszkoliłam wtedy pierwsze 4 studentki, które bazując na moich metodach, wyszkoliły kolejne 5 osób.

Projekt Sewing Together powstał w 2018 roku. Jego idea polega m.in. na tym, że wyedukowane kobiety szkolą kolejne. Maja jednak nie tylko uczy szycia. – Uczę je jak tworzyć kolekcje. Uczę podstaw biznesu, marketingu, sprzedaży, umiejętności targowania się i tego jak zachować się wobec klienta. Zapraszam też ich rodziców, żeby mogli zobaczyć prace swoich córek.

Maja Kotala ze światem mody zetknęła się w wieku 18 lat. Przez 5 lat mieszkała w Sydney, gdzie ukończyła studia projektowania mody. Kolejne 6 lat spędziła w Paryżu, pracując dla branży modowej (reprezentowała marki modowe na rynku światowym).

Dlaczego Afryka? – Kontynent afrykański od zawsze był w moim sercu. Od dziecka byłam podróżnikiem. Cztery lata temu zaczęłam szukać swojego miejsca w życiu. Zrozumiałam jakie życie przyniosło mi szczęście i postanowiłam dzielić się tym, co otrzymałam. Po Australii i Paryżu odnalazłam swoje miejsce w Afryce. Afryka jest pełna piękna, kolorowa, otwarta. Nigdy nie spotkałam się z tak dobrym nastawieniem. Tu poczułam się naprawdę wolna – mówi Maja – Pomimo ogromnej biedy i problemów nie widać tego na twarzach ludzi, zawsze pogodnych i uśmiechniętych. Ci ludzie są pełni radości i determinacji. Nabrałam więc siły, żeby walczyć o te utalentowane dziewczyny.

Dzień Kobiet Dzień Kobiet

Swoją przygodę z Afryką i z działalnością na rzecz innych ludzi Maja zaczynała od Ugandy i Nairobi. W 2019 r. w Nairobi przyłączyła się do Armii Zbawienia, która miała pod opieką dziewczęta z Girls Training Center (szkoła dla młodych kobiet, które ze względów ekonomicznych nie dokończyły edukacji). Jak wspomina: - Podczas tego wyjazdu wyszkoliłam 20 kobiet, dając im umiejętność projektowania, szycia, umiejętności prowadzenia biznesu i coś, czego nie uczą w żadnych szkołach - „women empowerment”. Każdego dnia inspirowałam je do walki o siebie, wiary w swoje siły, pokazywałam jak pielęgnować kobiecość, czego zwieńczeniem był zorganizowany wspólnie pokaz mody. Dziewczyny prezentowały stworzoną wspólnie kolekcję, a same wcieliły się w role modelek. Skupiłam się bardziej na tym, żeby je zmotywować do działania. Dzięki temu one nabrały chęci do nauki, za co były bardzo wdzięczne. Nie inspiruje się tutaj kobiet do tego, żeby się uczyły. Nie budują one wiary w siebie. Mężczyźni zwykle podchodzą do nich „z góry”, jak do niższych rangą.

Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne) Kolekcja spodni uszytych z kikoy - jednego z ostatnich materiałów, który jest ręcznie tkany w Kenii (fot. archiwum prywatne)

Dla większości dziewczyn w Kenii (ale też w innych afrykańskich państwach) poranek zaczyna się od prac związanych z domem (gotowanie, sprzątanie). Starsi z rodzeństwa odpowiedzialni są za młodszych, więc tutaj też trzeba wywiązać się z przydzielonych obowiązków. Pozycja kobiet w Kenii jest wciąż dosyć trudna. Pomocne jest jednak to, że niemal wszystkie młode kobiety mówią po angielsku, który jest podstawowym językiem w szkole (dzieci uczą się w języku angielskim już od szkoły podstawowej). Znają też suahili oraz swoje języki plemienne.

Dziewczynom w szkole Sewing Together ta nauka daje możliwość odcięcia się od silnego stereotypu, według którego kobieta ma przede wszystkim siedzieć w domu i zajmować się z dziećmi. – Jedna z moich uczennic pochodzi z rodziny muzułmańskiej i nie wolno jej iść na studia. W szkole radzi sobie najlepiej. Jest bardzo zdolna. Inna z kolei jest młodą matką, która walczy o swoją niezależność. Mam też uczennicę, która z przymusu studiuje coś w rodzaju hotelarstwa, ale jej pasją jest moda – wymienia Maja.

Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne) Sewing Together, wraz z marką Nago, angażuje się w walkę z ubóstwem menstruacyjnym (fot. archiwum prywatne)

Program Sewing Together współdziała z lokalnymi organizacjami, które również niosą pomoc (m.in. z polską Fundacją Mogę Się Uczyć, także działającą na miejscu). Dziewczyny, które zaczynają naukę szyją torebki i podpaski wielorazowego użytku. Razem z Fundacją wspomagają akcję związaną z ubóstwem menstruacyjnym. – Miałam możliwość podróżować po Kenii, więc tutaj problem ubóstwa menstruacyjnego jest bardzo widoczny. Niektóre dziewczynki, nie mając żadnych środków na czas menstruacji, ze wstydu nie przychodzą do szkoły. W niektórych odległych wioskach dzieciom brakuje ubrań. Brakuje więc materiałów, które można by użyć jako popaski – podkreśla Maja Kotala. – Uszyłyśmy właśnie 100 podpasek wielorazowego użytku, które zostaną za chwilę dostarczone do wioski Masajów. U Masajów nie mówi się o takich rzeczach jak menstruacja czy seksualność. Nawet bieliznę suszy się pod innymi ubraniami. Uszyłyśmy więc dodatkowo woreczki, w których dziewczęta będą mogły suszyć swoje podpaski.

Oprócz charytatywnie działającej szkoły, założeniem programu Sewing Together jest też ekologiczne i zrównoważone podejście do mody. Większość kolekcji bazuje na upcyklingu. Ubrania szyte są najczęściej z bawełnianych prześcieradeł i pościeli. Szkoła zakupiła też dobrej jakości żagle od miejscowych żeglarzy, z których dziewczyny uszyły kurtki.

– Mam takie podejście, że nie chcę prosić o pieniądze. Wolę, żeby ktoś coś kupił i w ten właśnie sposób wsparł nasz projekt. Dlatego też założyłam internetowy Charity Shop z naszymi produktami (T-shirtami, biżuterią), wszystko po to, aby utrzymać szkołę i móc szkolić kolejne osoby. Coraz szerzej współpracujemy też z polskimi markami, które dedykują nam swoje produkty (Moja Butelka, Feba, Many Mornings), a część dochodu ze sprzedaży wspiera działania Sewing Together – podkreśla założycielka. – Moim celem jest, żeby ten projekt coraz bardziej się rozwijał. Zależy mi, żeby niebawem stworzyć dla tych uczennic miejsca pracy…

www.mkotala.com

  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu?
Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo?
Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania?
Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno?
W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność?
Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji.
Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz?
Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy?
To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie.
Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca?
Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem?
Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują?
Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu?
To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.

  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność.
Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc.
Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch.
Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna.
Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski.
Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji.
To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego.
Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu.
Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik.
Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham"
- słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.