1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Marcin Kydryński - chłopiec ze zdjęcia

Marcin Kydryński - chłopiec ze zdjęcia

Fot. Bartek Syta/Polska Press/East News
Fot. Bartek Syta/Polska Press/East News
Radio, które miałem zaszczyt i szczęście współtworzyć, zmieniło swoją twarz. Dziś już jej nie poznaję – oświadczył, odchodząc z radiowej trójki po ponad 30 latach. Jak pamięta samego siebie sprzed tych trzech dekad? I jeszcze wcześniej, kiedy był dzieckiem? Jak został wychowany i skąd się wzięły jego pomysły na życie – opowiada Marcin Kydryński.

Urodziłem się w szpitalu na ulicy Książęcej, przy której mieściła się również szkoła nr 12, do której chodziłem. Niedaleko jest nasz dom rodzinny, czyli tzw. Reymontówka, radiowa Trójka, moja pracownia. Wszystko, co dla mnie ważne, zdarzyło się i nadal zdarza w odległości zaledwie kilku przecznic od siebie. Centrum Warszawy, a jednak dla małego chłopca to miejsce było jak Amazonia. Jeśli spojrzymy na mapę, to taka część miasta, że, gdyby się uprzeć, można kilometrami iść – i w kierunku północnym, i w południowym – wciąż parkiem. Wychowałem się więc wśród bajecznej przyrody. I chyba głównie to łączy mnie z tamtym kilkuletnim chłopcem, w którym na zdjęciach tak trudno mi rozpoznać siebie. Zachwyt nad przyrodą.

Telewizor

„Dziś Halina Kunicka nie wystąpi przed państwem, bo właśnie urodziła mi syna”. Tak 24 maja 1968 roku Lucjan Kydryński zwrócił się do publiczności na antenie programu telewizyjnego „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”.

Tego, oczywiście, nie mogę pamiętać, ale faktycznie opowiadano mi tę historię tak często, że czuję się trochę tak, jakbym sam był jej świadkiem. Czy to zostało nagrane? Nic mi o tym nie wiadomo. Nie sądzę. Mówimy o epoce telewizji granej na żywo.

Mieliśmy w domu telewizor, ale zupełnie nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem rodziców na ekranie. Nie mam wczesnych wspomnień związanych z ich karierą. Dla mnie, dziecka, było oczywiste, że zajmują się tym, czym się zajmują. Że właśnie to robią w życiu dorośli. I że skoro oni to robią, ja także będę to robił, nie ma dla mnie innej drogi. To prawdopodobnie rodzaj, w żadnym razie nie skazy, ale jednak naznaczenia. Bo potem już zawsze, czy chodziło o radio, czy pojawianie się na estradzie, dopadała mnie groza porównania. Czy mój tata byłby ze mnie zadowolony? Czy uważałby, że to, co robię, jest wystarczająco w porządku?

Być może powinienem był zostać zupełnie kimś innym. A jednak właśnie dlatego, że tak długo byłem przekonany, iż wszyscy na Ziemi zajmują się – jak rodzice i wszyscy ich znajomi bez wyjątku – jakąś formą sztuki, to i ja poszedłem w tym kierunku.

Listy

Jaki mam stosunek do przeszłości? Tkliwy, to pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy. Wątek buntu, niezgody wobec niepamięci jest dla mnie wiodący. Z tej niezgody wzięła się moja najnowsza książka „Dal. Listy z Afryki minionej”. Przez lata uzbierałem pokaźną kolekcję archiwalnych pocztówek, listów, fotografii. Sam nie wiem, ile ich jest: tysiąc, dwa? Część wisi u mnie na ścianach, część trzymam w klaserach. Ostatecznie do książki wybrałem dwieście. Piszę o Afryce, jej kolonialnej przeszłości, ale także o adresatach, nadawcach, fotografowanych i fotografach. Wierzę, że w ten sposób choć na chwilę przywracam ich wszystkich do życia.

Niewykluczone, że „Dal...” pośród wielu korzeni miała też i ten zapuszczony w kolekcji listów i pocztówek od moich rodziców. One także są dla mnie bardzo ważne, przechowuję je do dzisiaj. Moje dzieciństwo przypadało przede wszystkim na lata 70. To był czas, kiedy rodzice jeździli po całym świecie. Jakkolwiek próbowali utrzymać ten standard, że jeśli na dłużej, to wyjeżdża tylko jedno z nich, żeby to drugie zostało ze mną w domu, dość często zdarzało się, że wyjeżdżali jednak we dwoje. Wspólne trasy i koncerty dla Polonii amerykańskiej czy australijskiej – potrafili znikać na długie tygodnie. Kontakt był utrudniony: rozmowy telefoniczne zamawiało się z wyprzedzeniem, długo się na nie czekało i były kosztowne. Dostawałem więc listy i pocztówki. Zresztą nie tylko z krańców świata. Mój tata miał też piękny zwyczaj wysyłania mi pocztówek z tych miast w Polsce, które akurat odwiedzał. A żeby było dydaktycznie, na pocztówkach zawsze były pomniki osób, które jego zdaniem powinienem znać. Na tym dydaktyzm się kończył, bo tata słowem nie wspominał o bohaterze z pomnika. Za to dużo i w jego, i mamy słowach słanych do mnie było czułości. Być może dzięki temu – choć jak sądzę jednak głównie przez to, że od zawsze czułem się znakomicie we własnym towarzystwie – tęskniłem za rodzicami nieprzesadnie boleśnie. Przeciwnie, pamiętam się zaopiekowanym, dopieszczonym i kochanym. A przede wszystkim bardzo szczęśliwym, że mogę w ciszy i samotności czytać książki.

Ściana w pracowni Marcina Kydryńskiego z fotografiami z rodzinnego archiwum. Widać na nich małego Marcina, Halinę Kunicką i Lucjana Kydryńskiego. (Fot. Marcin Kydryński) Ściana w pracowni Marcina Kydryńskiego z fotografiami z rodzinnego archiwum. Widać na nich małego Marcina, Halinę Kunicką i Lucjana Kydryńskiego. (Fot. Marcin Kydryński)

Koncert

Jako mały chłopiec zostałem maniakalnym entuzjastą artysty nazwiskiem Afric Simone. Jego przebój „Ramaya” leciał w radiu non stop, a ja tak długo wierciłem tacie dziurę w brzuchu, żeby zabrał mnie do Sali Kongresowej na koncert Simone’a, aż tata w końcu się zgodził. Nie wiem, jak bawił się on, ja byłem olśniony. Afric, w wysokich do kolan „bamboszach” z lwiej sierści, szalał, biegał po scenie. Pamiętam nawet jego taniec z krzesłem w zębach. Z dzisiejszej perspektywy tamten koncert, którego świadkiem byłem jako pięcio-, góra sześcioletni chłopiec, był czymś w rodzaju zapalnika. Zaważył poniekąd na moim życiu. W Simonie zogniskowały się dwie moje późniejsze wielkie miłości. Po pierwsze, oczywiście, Afryka. Po drugie, kultura luzofońska, do której bezwzględną miłością zapałałem, mając lat 40, kiedy zamieszkałem w Lizbonie.

Ławka

Byłem zachwycony, że jestem jedynakiem. Myśl, że miałbym dzielić pokój z bratem lub siostrą, wydawała mi się nie do zniesienia. Miałem swój intymny mały świat, luksus własnego pokoju, tam czytałem i przeżywałem wielkie przygody.

Lubiłem samotność, a jednocześnie byłem towarzyski, w co dzisiaj trudno mi uwierzyć. Moim podwórkiem był wspomniany park, z naszej kamienicy wychodziło się prosto w zieleń lub biel, w zależności od pory roku. Przed burzą hormonów trzymaliśmy się z kolegami i koleżankami wszyscy razem, później sprawy, bywało, nieco się komplikowały.

Dorastałem i zaczęło mi zależeć na pewnej dziewczynie, która nie była z mojej klasy. Wcześniej tylko się w nią wpatrywałem w osłupieniu, ale w końcu – z pomocą przekazywanych z rąk do rąk liścików – udało mi się ją namówić na wspólny spacer z psami. Jej i moim, Budzikiem, jamnikiem szorstkowłosym. Zgodziła się, w nadziei, jak sądzę, że spotka w miarę normalnego chłopaka. Tyle że kiedy się w końcu spotkaliśmy i usiedliśmy obok siebie na ławce, nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa. Nie chodzi o to, że coś tam pod nosem mamrotałem. Nie, milczałem, jakbym złożył śluby. Ona, najwyraźniej tym zakłopotana, też nic do mnie nie mówiła. I tak posiedzieliśmy na tej ławce ze 20 minut, nie odzywając się do siebie ani razu, aż w końcu się rozeszliśmy, każde w swoją stronę. To była absolutnie największa moja klęska w kwestiach spotkań z płcią przeciwną. Nie wiem, musieliśmy się przecież potem czasem widywać choćby z daleka, ale chyba nigdy już nie wymieniliśmy ze sobą ani słowa. Za to ławka została, mijam ją do dzisiaj.

Lekcje muzyki

Najpierw chodziłem do ogniska muzycznego na fortepian. Nienawidziłem tego. Nie okazałem się Mozartem, więc szczęśliwie przestano się nade mną pastwić. Natomiast gitarą zainteresowałem się po tym, jak poszedłem do kina Polonia na film „Noc po ciężkim dniu” [komedia muzyczna „A Hard Day’s Night” w polskich kinach wyświetlana pod tytułem „The Beatles” – przyp. red.]. Zobaczyłem, co się tam wyprawia – tłumy dzieciarni śpiewającej z Beatlesami i skaczącej po sali kinowej – i pomyślałem sobie, że w tej muzyce coś jednak musi być. Poprosiłem tatę, żeby przegrał mi na kasety magnetofonowe kilka płyt Beatlesów, po czym sięgnąłem po siedmiostrunową rosyjską gitarę, stojącą w kącie u moich rodziców. Połamałem ją zresztą już po jakimś miesiącu, usiłując na niej grać.

Były też spotkania z tatą. Jeden na jeden. Chciałbym zobaczyć zeszyt, w którym zapisywałem pod jego dyktando różne mądrości na temat danych kompozytorów i utworów. W jego gabinecie poznałem fundamentalne dzieła muzyki klasycznej: Mozarta, Bacha, ale też na przykład Dvořáka czy Skriabina. Dzisiaj, kiedy za tatą tęsknię, za choćby chwilę w jego towarzystwie oddałbym kilka lat własnego życia, ale wtedy te spotkania wydawały mi się nieskończenie nudne. Oczywiście, w tym przypadku, jak w wielu innych, z opóźnieniem docierało do mnie, co takiego mi rodzice dają, proponują, że mają w jakiejś kwestii rację. Nie minęło pięć lat, a z własnej woli zacząłem chodzić na koncerty Warszawskiej Jesieni, razem z moim przyjacielem. Inna rzecz, że wtedy chodziliśmy na nie głównie dla pięknych wiolonczelistek z tureckiej orkiestry.

No i jazz. Właściwie tata nie pokazał mi jazzu. Choć może pokazał, tylko w sposób dość przewrotny. Miałem 14 lat, a on chciał się pozbyć kilku jazzowych winyli. Nie miał na nie miejsca, odłożył je na podłogę do oddania. I ja jedną z tych płyt wziąłem, puściłem ją sobie i ona zmieniła moje życie. Wkrótce zrozumiałem, czego pragnę w muzyce.

Aparat

Skąd się wzięła fotografia? To prawda, że jeszcze w szkole podstawowej swoim plastikowym aparatem Ami robiłem zdjęcia wronom i wiewiórkom, ale szybko to porzuciłem i długo nie wracałem do tematu. Tak naprawdę rozstrzygający był dopiero mój wyjazd do Nowego Jorku. Miałem 24 lata, nigdy wcześniej nie byłem w Stanach, a jako korespondent pewnego krótko ukazującego się dziennika zamieszkałem w wieżowcu na Times Square w jednym pokoju z fotografami. Tym samym spędziłem kilka miesięcy z facetami, którzy mówili wyłącznie o fotografii. Doprawdy trudno było wówczas tym nie przesiąknąć i jestem im za to do dzisiaj wdzięczny.

Piosenka za jeden rządek

Pamiętam znakomicie, jak jedziemy z tatą na moją maturę. Zapach czarnych skajowych obić w naszym maluchu w kolorze bahama yellow. Jak chrzęścił silnik, jak ciężko wchodziły biegi. Tata nie był, delikatnie mówiąc, światowej sławy kierowcą. Zaczął prowadzić późno, zrobił prawo jazdy koło pięćdziesiątki. Wtedy, podwożąc mnie, maskował swoje zdenerwowanie, nucąc coś czy gwiżdżąc, co nijak nie było w stanie moich lęków przedmaturalnych rozproszyć, wręcz przeciwnie, tylko je potęgowało.

Jakoś zaraz po tym pojechałem do Niemiec na saksy. Rozpierała mnie energia do działania, a poza tym potrzebowałem pieniędzy na płyty. Już nie winyle. Odkąd trzy lata wcześniej u przyjaciela rodziców, kompozytora Jerzego Derfla, zobaczyłem odtwarzacz kompaktowy (jeden z pierwszych w Warszawie), liczyły się już tylko kompakty. Musiałem sobie tylko na nie zarobić.

O dziwo, całkiem nieźle mówiłem wtedy po niemiecku – zdawałem z niemieckiego maturę, a wcześniej nawet wygrałem olimpiadę. I pewnie także dzięki temu różni ludzie chętnie wynajmowali mnie do różnych robót. Co zrujnowało mi w rezultacie kręgosłup, ale też wiele mnie nauczyło o życiu. Jednym z moich mocodawców był wówczas facet, który miał pole chmielu. Z dzisiejszej perspektywy zarabiałem grosze, ale wtedy miałem wszystko dokładnie wyliczone. Ścięcie jednego rzędu chmielu to był jeden utwór na płycie. Dziesięć rządków – jedna płyta. W ciągu dnia byłem w stanie zarobić na dwie, trzy.

I tu ciekawostka: pierwszym albumem, jaki kupiłem sobie za przepracowane w pocie czoła godziny, była płyta „Travels” Pata Metheny’ego. I proszę mi wierzyć – myśl, że któregoś dnia będziemy z Patem kolegami, że ja coś dla niego skomponuję, a potem to jeszcze będziemy wykonywać w duecie w trójkowym studiu, nie pomieściłaby mi się wówczas w głowie.

Na tamto pole chmielu wracałem jeszcze kilka razy. Ostatni raz pojechałem tam – dosłownie – prosto z festiwalu w Sopocie, gdzie byłem jednym z prowadzących. Przebierałem się w drodze ze sceny do samochodu.

Efekt domina

Sopotu nie byłoby, gdyby wcześniej nie wydarzyło się Opole. A Opole nie wydarzyłoby się, gdyby naszym sąsiadem nie był Grzegorz Ciechowski. Rok 1988, Grzegorz był u szczytu sławy, jakiś czas po rozwiązaniu zespołu Republika, a chwilę przed premierowym koncertem Obywatela GC. Siedzieliśmy u niego w salonie, on właśnie prezentował mi swoją nową muzykę. I pewnie wtedy zaproponował mi, jako szef artystyczny opolskich „Debiutów”, czy z okazji 25-lecia festiwalu nie poprowadziłbym tego właśnie koncertu. Oczywiście, jego propozycja była podyktowana tylko i wyłącznie tym, że mój tata był silnie z Opolem związany. Grzegorz chciał zainscenizować coś w rodzaju przekazania pałeczki, uważał, że to będzie zabawne. Na podobnej zasadzie zaproponowano mi, żebym pojawił się w Sopocie. Zadziałał efekt domina, który doprowadził mnie w finale do radiowej Trójki. Ta propozycja też najpewniej wzięła się z prostego skojarzenia, że skoro mój tata przez dziesięciolecia miał swoją szalenie popularną audycję radiową, może i ja bym się sprawdził przed mikrofonem. Wszystkie te prace dostałem po znajomości. Nie mam problemu z tym, żeby to przyznać. Przeciwnie, jestem wdzięczny losowi, ale też wiem, że gdybym dostał tę szansę, ale zawiódł, mógłbym być synem i samego papieża, a i tak nic by mi to nie pomogło. Od tamtego czasu minęło 31 lat, najwyraźniej się więc jednak sprawdziłem.

Ważniejsza miłość

W Trójce zacząłem pracować nieomal w dniu przełomu ustrojowego w Polsce. To znaczy pierwszą audycję nagrałem pod koniec maja, a pierwsze wolne wybory odbyły się 4 czerwca. Obawiam się jednak, że Polska była mi wtedy doskonale obojętna. Zakochałem się. Pierwszy raz w życiu aż tak.

Oczywiście, cieszyłem się z przełomu, ale naprawdę szczęśliwy byłem, kiedy w te czerwcowe dni mogłem chodzić z moją dziewczyną po parku Ujazdowskim, który był w połowie drogi między naszymi domami.

Przed chwilą

W którym momencie życia przestałem być dzieckiem? Myślę, że nie przestałem. Wciąż mam w sobie dużo dziecięcego zdziwienia światem. Nie mija mi zachwyt. To złudzenie, jakby świat właśnie przed chwilą powstał dla moich oczu.

Marcin Kydryński, rocznik 1968. Dziennikarz muzyczny, kompozytor, autor tekstów, podróżnik, fotograf. Prywatnie mąż Anny Marii Jopek, ojciec Franciszka i Stanisława. W latach 1989–2007 w radiowej Trójce prowadził nocne audycje jazzowe, a od roku 2001 także audycję „Siesta”, z którą rozstał się 17 maja. Od 2011 roku prowadzi w Gdańsku Siesta Festival, a także serię koncertów Siesta w Drodze. Ostatnio na rynku ukazała się jego najnowsza książka „Dal. Listy z Afryki minionej”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.

  1. Styl Życia

Archetyp Raka – w obronie świętego spokoju

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalny Rak czerpie siłę z poczucia bezpieczeństwa i dopóki nie jest ono zagrożone, poddaje się życiu bez rozpychania się łokciami. Jednak w odpowiedzi na atak – ten nieborak z wierszyka dla dzieci robi użytek ze swoich szczypiec. Co go do tego skłania i czy w najbliższych miesiącach będzie zmuszony tak się zachować? Podpowiada Aleksandra Nowakowska wspierana przez astrologa Piotra Gibaszewskiego.

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z najwyższym poświęceniem. Kojarzy się z bezpiecznymi i ciepłymi wodami płodowymi. Rak symbolizuje też płodność, a z perspektywy kobiecej zapłodnienie oznacza przyjęcie, poddanie się. Osoby spod tego znaku doskonale potrafią zaopiekować się kimś, okazać empatię. Bezbłędnie rozpoznają emocje innych i same bez problemu wyrażają uczucia, jednak zdarza się, że nie potrafią sobie poradzić z ich nadmiarem. Rak uchodzi za dziecko zodiaku, dostrzeżemy w nim niedojrzałość, a nawet infantylizm, niechęć do tego, żeby dorosnąć. Tę rozkapryszoną, roszczeniową twarz poznamy, kiedy zawładnie nim strach przed tym, że nie przetrwa. Na coś więcej poza silnym instynktem samozachowawczym Rakowi brakuje sił i ambicji.

Rak należy do żywiołu wody, a włada nim Księżyc, który, choć pozornie bierny i uzależniony od światła Słońca, to jednak – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – wpływa na cykle natury, przypływy i odpływy oceanów, nasze nastroje, a nawet zachowania. – Dzisiaj na Księżyc patrzymy romantycznie, ale nie zawsze tak było – przypomina ekspert. – Długo był uważany za złowróżbną planetę. Gnostycy sądzili, że na nim przebywają potępione dusze, zmarli, demony. Grozę budziły zwłaszcza zaćmienia Księżyca. To właśnie on odpowiada za zaburzenia emocjonalne, na które Rak jest podatny. Ten znak często ulega wahaniom nastroju i jest specjalistą w strzelaniu focha.

Niedzielny rosół

Siłę czerpie z korzeni. Przeszłość jest dla niego bazą, na której niestrudzenie, często z pomocą silniejszych, buduje swój dom. Z natury chwiejny, dąży do tego, żeby żyć na pewnym gruncie – w ten sposób się zabezpiecza.

Ten znak rządzi czwartym domem astrologicznym – domem rodziny, ziemi, nieruchomości. Znajduje się on na samym dole nieba, w najniższym punkcie, czyli immum coeli. Piotr Gibaszewski podkreśla, że to miejsce reprezentuje wszystko to, co było i co nas ukształtowało. Każdy ma je w swoim horoskopie i od przeszłości nie sposób się odciąć. – Trudno wyobrazić sobie psychoterapię bez analizy historii rodzinnych. Takie nurty, jak ustawienia hellingerowskie czy totalna biologia bazują na polu energetycznym przodków czy rodu, a Rak jest mistrzem świata w zagłębianiu się w nie – wyjaśnia.

Tak ważny w archetypie Raka dom obejmuje także ojczyznę, Matkę Ziemię. Osoby urodzone w tym okresie są patriotyczne, romantycznie rozkochane w polnych kwiatach, Mickiewiczu i Słowackim. Zbierają rodzinne pamiątki, czują swoje korzenie. Drzewo genealogiczne jest dla nich na tyle ważnym punktem odniesienia, że wcale nie mają ochoty wyjrzeć poza jego listowie. A to niesie ryzyko popadnięcia w iluzję, że kiedyś było lepiej…

Jak to możliwe, że pozornie słaby i neurotyczny Rak, w rzeczywistości plasuje się wysoko na liście znaków zodiaku ludzi żywotnych i długowiecznych? Odpowiedzi należy szukać w jego silnym poczuciu przynależności, przywiązaniu do miejsc i osób. Outsiderzy, ryzykanci i indywidualiści podążający własną ścieżką narażają się na stres; nadmiar kortyzolu wykańcza im nadnercza, więc żyją krócej. Dla Raka to niepotrzebna głupota, on woli wieść wygodne życie w domowym gnieździe, cieszyć się miękkim kocem i gorącą herbatą, podaną przez ukochaną osobę. Rodzinna atmosfera to jego środowisko naturalne, uwielbia, gdy na stół trafia rosół, a wokół gromadzą się krewni. W dodatku Rak lubi mieć pełny brzuch, szczególnie gustuje w smakach dzieciństwa. To dlatego, że ceni sobie ciągłość, powtarzalność i zwyczajne życie. Z tym wiąże się jego misja. – Wiele osób cierpi z tego powodu, że miało dysfunkcyjne rodziny. Ciężko coś osiągnąć, kiedy nosimy w sobie zranienia z przeszłości. Bezpieczna rodzina koi, spaja, daje siłę do życia. Opieka rodziców buduje więź. Cała ta hołubiona rodzinka Raka ma więc swój sens! – mówi Piotr Gibaszewski. I przypomina, że Stany Zjednoczone „urodziły się” 4 lipca, gdy ogłoszono Deklarację niepodległości, czyli właśnie pod wpływem tego znaku. Stąd m.in. taka popularność amerykańskich filmów familijnych, zwłaszcza na temat Bożego Narodzenia. Wszyscy potrzebujemy opowieści o tym, że nawet zwaśnione rodziny spotykają się w te święta i godzą.

Jak uszczypnie, będzie znak

Rak nie pragnie aplauzu i bycia na szczycie. Trudno mu przyjąć, że życie wymaga aktywności, często inicjatywy, a czasem śmiałej konfrontacji. Z lęku przed brutalnością życia, ze strachu przed brakiem szacunku dla jego uczuć, bo boi się, że ktoś je podepcze, woli bezpieczną norkę i życie w zgodzie z rodziną.

Astrolog przestrzega jednak, by nie ulegać pozorom, bo Rak to nie samo dobro ani tym bardziej tzw. ciepłe kluchy. Jak każdy znak kardynalny jest zasadniczy i bezwzględny w swoich przekonaniach. Kiedy broni swojego bezpieczeństwa, robi się zaborczy, podejrzliwy, nieufny, kontrolujący. Niczym aktor z opery mydlanej wpada w histerię bez wyraźnego powodu i urządza sceny. Najgorszym koszmarem dla Raka jest samotność i odcięcie się od przeszłości. Przestraszony, zaczyna się zamartwiać o bliskich, o siebie. Rozpamiętuje sprawy, które przestały już mieć jakiekolwiek znaczenie. Swoją żywą wyobraźnię wykorzystuje wtedy do tworzenia najczarniejszych scenariuszy, które podsycają jego niepokój. Domaga się wsparcia emocjonalnego, a jeśli go nie otrzyma, będzie dąsać się, płakać ze złości, szantażować bliskich emocjonalnie lub atakować złośliwościami. Całą tę sytuację może też przypłacić chorobą żołądka. Piotr Gibaszewski łączy to z niekontrolowalnym lękiem, który staje się destrukcyjny. Tylko poczucie bezpieczeństwa zamienia Raka z powrotem w miłego człowieka. – On przede wszystkim chce mieć święty spokój – podsumowuje ekspert.

Rak (22 czerwca – 22 lipca)

  • żywioł: woda
  • jakość: kardynalny
  • rodzaj: żeński
  • prajakość: zimny i wilgotny
  • pora roku: wiosna – czas zawiązywania się owoców
  • archetyp: matka, poeta
  • cień: kwoka, wieczne dziecko
  • pułapka: ucieczka w myślenie życzeniowe, strach przed dorośnięciem
  • ideał: romantyczny trubadur
  • dewiza: „Czuję”
  • korespondencje w organizmie: żołądek, piersi, gruczoły

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Markizy Fakro do okien pionowych – aby cieszyć się latem

Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Każdej zimy tęsknimy za latem i upalnymi dniami, ale kiedy takowe nadchodzą, często mamy ich dosyć. Powodem są palące promienie słoneczne, które wszystkim zamkniętym czy to w domach, czy też w biurach zaczynają mocno doskwierać. Kiedy przebywanie w pomieszczeniach z dużymi przeszkleniami staje się uciążliwe, trudno cieszyć się długo wyczekiwaną upalną, słoneczną pogodą. Wówczas warto pomyśleć o zamontowaniu zewnętrznych osłon, które skutecznie zatrzymają ciepło już przed oknem i nie dopuszczą do nadmiernego nagrzewania wnętrz.

Jakie osłony wybrać?

Popularne rolety materiałowe montowane od wewnątrz pomagają ograniczyć dopływ intensywnego światła w słoneczne dni, ale nie zapobiegną wzrostowi temperatury w pomieszczeniu, gdyż same będą się nagrzewać, emitując ciepło do środka. Stosując rolety zewnętrzne co prawda zatrzymamy ciepło na zewnątrz, ale jednocześnie zaciemnimy pomieszczenie, bo wraz z ciepłem zablokujemy również światło i nawet w dzień zapadnie półmrok. Markizy zewnętrzne Fakro do okien pionowych, skutecznie zatrzymają upał za oknem, a jednocześnie zapewnią mieszkańcom dopływ naturalnego światła.

Z przeprowadzonych przez firmę Fakro badań wynika, że markizy chronią przed przegrzaniem do ośmiu razy skuteczniej niż powszechnie stosowane rolety wewnętrzne. W praktyce daje to spadek temperatury w pomieszczeniu nawet o 10°C. Dzieje się tak dlatego, że markizy absorbują promienie słoneczne już przed szybą i emitują ciepło na zewnątrz, w ten sposób chroniąc wnętrze przed przegrzaniem.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Energooszczędność zimą czy latem?

Wybierając markizy, nie generujemy dodatkowych kosztów za energię elektryczną, jak się dzieje w przypadku energochłonnej klimatyzacji. Możemy zdecydowanie ograniczyć działanie klimatyzacji lub całkowicie z niej zrezygnować. Zresztą nie każdy dobrze znosi jej działanie. Markiza to produkt całoroczny – w lecie chroni nasze wnętrza przed nadmiernym nagrzewaniem, w czasie chłodnych dni zapobiega stratom ciepła, poprawiając współczynnik przenikania ciepła okna aż do 16 proc.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jak zbudowana jest markiza?

Markiza wykonana jest z wytrzymałej, odpornej na czynniki zewnętrzne tkaniny z włókien szklanych powlekanych PVC, której siatka rozprasza światło wpadające do środka. Dzięki temu jest ono równomiernie rozłożone, bez męczących oczy refleksów, które przeszkadzają przy oglądaniu telewizji czy w pracy na komputerze. Markiza chroni przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów w ciągu dnia, jednocześnie zapewniając dobrą widoczność otoczenia wokół domu. Do wyboru mamy kilkanaście rodzajów materiałów, w różnych kolorach i z różnym stopniem prześwitu. Profile markizy dostępne są w czterech kolorach: czarnym, białym, szarym i brązowym, a na życzenie klienta – w dowolnym kolorze z palety RAL.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

W jaki sposób się ją obsługuje?

Do wyboru mamy markizy obsługiwane ręcznie (VMZ, VMZ ZIP) oraz zasilane elektrycznie: sterowane za pomocą pilota lub przełącznika naściennego (VMZ Z-Wave) czy sterowane z aplikacji na smartfonie (VMZ WiFi). FAKRO oferuje też markizy zasilane energią słoneczną, wyposażone w inteligentny system automatycznej obsługi (VMZ Solar). Te ostatnie mają panel fotowoltaiczny, który w połączeniu ze specjalnym układem elektroniki reaguje na stopień nasłonecznienia: jeśli jest ono duże, markizy same się rozwiną, jeśli zaś jest pochmurno – samoczynnie się zwiną. Podczas chłodnych dni markiza działa odwrotnie: w dzień zwinięta pozwala pasywnie nagrzewać pomieszczenie, nocą rozwinięta chroni przed stratami ciepła.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jakie dodatkowe korzyści oferuje markiza?

Wszystkie markizy w wersji elektrycznej i VMZ ZIP (te, w których siatka porusza się na profilach) oprócz ochrony przed nagrzewaniem pełnią funkcję moskitiery, chroniąc przed owadami, które są tak samo uciążliwe, jak palące w lecie słońce. Markizy zapewniają komfort mieszkania zarówno w upalne letnie dni, jak i podczas chłodniejszej aury. Są doskonałym rozwiązaniem do domów jedno- i wielorodzinnych, biur, a także do obiektów użyteczności publicznej. Elektryczne markizy można zintegrować w systemie inteligentnego domu smartHome i cieszyć się zawsze odpowiednią temperaturą.

Więcej na www.fakro.pl.

  1. Styl Życia

Janusz L. Wiśniewski i Ewelina Wojdyło w podróży przedślubnej do Nowej Zelandii

Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Przysłowie mówi, że człowieka najlepiej poznaje się w drodze. Może zatem zamiast po ślubie lepiej byłoby wyjeżdżać przed złożeniem przysięgi „na dobre i na złe”. Tak jak Ewelina Wojdyło i Janusz L. Wiśniewski, których wyprawa do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. Co szczególnego im dała?

Państwa książka o wyprawie do Nowej Zelandii nosi podtytuł „Podróż przedślubna”. To nie pierwszy wspólny wyjazd, zatem skąd ten pomysł?
Janusz L. Wiśniewski:
Spodziewałem się tego pytania! Gdyby patrzeć na to ściśle geograficznie, to ważne podróże muszą odbywać się gdzieś daleko. Wyjeżdżaliśmy już na Galapagos, na Bahamy czy Wyspy Zielonego Przylądka, ale Nowa Zelandia znajduje się geograficznie najdalej od naszego Gdańska, więc wszystko się zgadza. A na poważnie to ten podtytuł nie został omówiony z Eweliną. Pierwotnie książka miała mieć tytuł „Australia i Nowa Zelandia”, ale skróciliśmy go do Nowej Zelandii, bo napisanie o tych dwóch krajach w jednej książce dałoby objętość pewnie „Wojny i pokoju”. A po cichu zaproponowałem, żeby dodać „Podróż przedślubna”, bo zamierzałem się oświadczyć. Ewelina nie zauważyła zmiany na okładce, ale na szczęście, po fakcie, tytuł jej się spodobał (śmiech).

Ewelina Wojdyło: To mi rzeczywiście umknęło, ale przynajmniej dla wszystkich stało się faktem, że Janusz smali cholewki i teraz to już widać (śmiech).

Więcej podróży przedślubnych nie będzie?
J.L.W.: Poprosiłem o rękę, więc nie. Ale tym podtytułem chciałem też zwrócić uwagę na pewien kontekst podróżowania – jest się wtedy z dala od znajomych, tylko z jedną osobą przez całą dobę, w zupełnie obcym miejscu. Bywałem wcześniej w Australii, za to Nowa Zelandia była dla nas obojga zupełnie nieznanym krajem. I wydawało mi się, że taka podroż w dzikość i nieoczekiwaność, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie.

Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)

Dla mnie podróż to taki czas karnawału. Zostawiamy za sobą pracę, rachunki za prąd i rutynę, i jedziemy na wakacje, które są celebracją życia. Jak się państwo przygotowują do podróży?
E.W.: Podróże planujemy spontanicznie. Wiemy, w jakie miejsca chcemy polecieć, choć czasem po prostu Internet podpowiada kierunek, bo trafimy na promocję. Kupujemy bilety i na dzień przed wrzucamy do walizki, co popadnie, ku zdziwieniu rodziny. Chwilę przed podróżą sprawdzamy najpotrzebniejsze elementy – albo i nie – i czasem zdarza się, że zapomnimy o wizie, ale i z tym sobie radzimy.

J.L.W.: W fizyce takie zachowanie nazywa się rezonansem, a my świetnie rezonujemy w naszym podejściu do podróżowania. Znam pary, które muszą być przygotowane przed wyjazdem w stu procentach: wiedzą nawet, jakiej marki jest samochód, który wypożyczą, i jak wyglądają pokoje w hotelu, w którym spędzą jedną noc. My tak nie mamy, jesteśmy ciekawi świata i tego, co nam los podaruje. Poprzednie eskapady nauczyły nas, że spontaniczność jest pewnym napięciem, którego oczekujemy od bycia ze sobą w podróży. I myślę, że dla wielu ludzi przebywanie ze sobą non stop jest trudnym egzaminem. Znam takich, którzy pojechali razem na pierwszy trzytygodniowy urlop i skończyło się to rozwodem, bo odkryli, że nie mają sobie nic do powiedzenia albo że to, co mówi druga osoba, w ogóle ich nie interesuje.

E.W.: Jedno lubi opalać się przy basenie, a drugie zwiedzać, tak też bywa.

J.L.W.: A my rozmawiamy ze sobą cały czas. Każde z nas ogląda świat swoimi oczami i sobie go opowiada. Choć niby widzimy to samo, to przecież zauważamy zupełnie inne rzeczy. W tym sensie dobraliśmy się jak dwie połówki jabłka, otwarci na wszystkie przygody, złe i dobre, z nastawieniem na rozwiązywanie problemów, a nie szukaniem winnego. Jak w przypadku opisanej w książce historii z niezałatwioną wizą.

Wspomniał pan o tym, że można podróżować razem i widzieć rzeczy z innej perspektywy. Tak też skonstruowana jest wasza książka, każdy etap podróży opowiedziany jest z punktu widzenia jednej i drugiej strony.
E.W.: Uznaliśmy, że nie będziemy konsultować tego, co każde z nas pisze. Pisałam jako pierwsza, Janusz to czytał, a potem próbował napisać coś innego, żeby czytelnik nie czytał tego samego dwa razy. On ma też większy bagaż doświadczeń, więc jego fragmenty to także retrospekcje z podróży, które kiedyś odbył. Sama mam spory problem z mówieniem o sobie i dobrze czułam się z tym, że mogłam przedstawić świat widziany moimi oczami, a nie pisać o mnie samej w tym świecie.

J.L.W.: Ponieważ pisałem jako drugi, miałem trudniej, proszę to docenić (śmiech). Ale też proszę zwrócić uwagę, że chociaż w moich fragmentach sporo jest odwołań do przeszłości, to nie przestaje to być książka podróżnicza, bo te retrospekcje także dotyczą podróży, wyjazdów choćby do Londynu z Torunia stopem w głębokim PRL-u, co wtedy było wyczynem niemal heroicznym. Porównuję Nową Zelandię do innych miejsc, które widziałem, by umiejscowić ją w pewnym kontekście, położyć na mojej mapie.

Każde wyjście z domu może okazać się podróżą, daje inną perspektywę na związek i na świat, na siebie. Jak to było w przypadku Nowej Zelandii?
E.W.: Dla mnie każda podróż to nie tylko peregrynacja po świecie i oglądanie tego, co za oknem, ale też spojrzenie w głąb siebie, okazja do postawienia sobie pytań o to, co widzę za oknem, jak odbieram świat, na ile go chłonę, co afirmuję, a co odrzucam. I nie ma znaczenia, czy podróż jest daleka, czy bliska. W przypadku Nowej Zelandii to było pytanie o naszą relację. I to nawet nie chodzi o to, czy potrafimy wytrzymać bezkolizyjnie 24 godziny na dobę, a o to, że trudne sytuacje definiują związek, to, jak sobie para radzi z tymi trudnościami. My się na szczęście nie kłócimy, zwłaszcza że dla mnie podróż jest czasem przyjemności, celebracji i uważam, że to od nas zależy, czy sobie ją popsujemy, czy nie.

Teraz pandemia definiuje to, jak spędzamy czas. Z tej perspektywy Nowa Zelandia wydaje się rajem?
J.L.W.:
Jadąc tam, wiedzieliśmy, że znajdziemy się w niemal nieskażonej działalnością ludzką przyrodzie, że zobaczymy przestrzenie zupełnie inne niż w Europie, że to bardzo tolerancyjny kraj, gdzie prawa mniejszości seksualnych są oczywiste, gdzie nie ma nierówności ze względu na płeć, w dodatku premierką jest bardzo mądra kobieta. Zachwyciło nas, że choć to wciąż młode państwo, które buduje swoją tożsamość narodową, to potrafiło zachować się przyzwoicie wobec ludności rdzennej – maoryski jest obok angielskiego językiem urzędowym. Podoba mi się, że choć to kraj, którego społeczeństwo żyje w mocnej geograficznej izolacji, to Nowozelandczycy nie mają kompleksów, są dumnym narodem. Ale jest tam także wiele zaskoczeń. Jednym z nich było miasto Napier, w całości zbudowane w stylu art déco, przez co czuliśmy się jak w latach 30. XX wieku.

Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)

Do czego najbardziej wracacie we wspomnieniach z podróży?
E.W.:
Ja tęsknię za spokojem Wyspy Południowej, którą miejscowi nazywają stałym lądem; podobało mi się, że jest tam bardzo sennie w sensie życiowym, nie ma pośpiechu, który charakteryzuje Europejczyków, a małe miasteczka otacza wszechogarniająca przyroda.

Wellington to bardzo kameralna stolica. Może to kwestia mentalności miejscowych, że nie muszą się spieszyć, a może przez swoją wyspiarskość mają spokojne podejście do życia, wynikające z ich filozofii. Lubię takie obcowanie z przyrodą zdecydowanie bardziej niż z ludźmi, mogłabym tam żyć. Ale Nowa Zelandia także nie jest w stanie uniknąć problemów cywilizacyjnych. Z jednej strony to kwestie związane z napływającymi imigrantami, a z drugiej – zmiany klimatyczne, które objawiają się suszami ogarniającymi cały kraj. Mimo to jest tam nadal zachwycająco.

J.L.W.: Przede wszystkim Nowa Zelandia jest pusta. Jeśli ktoś pragnie ciszy i pustki, to jest to idealne miejsce.

Na Wyspie Południowej mieszka połowa ludności Warszawy. Dostaliśmy piękną przyrodę do podziwiania, ale Nowozelandczycy są też narodem z ciekawą kulturą, dla którego wykształcenie jest istotnym szczeblem do awansu społecznego.

To musi być wyzwalające znaleźć się w miejscu, gdzie jest inna mentalność, która pozwala po prostu żyć i być w swoim tempie, cieszyć się z tego, kim się jest.
E.W.: Ta radość jest widoczna na każdym kroku. Do tej pory pamiętam festiwal latarni, na który akurat trafiliśmy w Wellington. To było niesamowite doznanie. Miasto położone jest w zatoce i wszystkie jego najważniejsze miejsca koncentrują się właśnie wokół zatoki. Spacerowaliśmy promenadą pełną straganów z egzotyczną kuchnią, już wtedy świat był w pandemii, ale jeszcze nie tam, jeszcze nikt nie nosił maseczek.

Lubię obserwować i fotografować ludzi i wtedy uderzyła mnie ta różnorodność koloru skóry, kształtu oczu, twarzy – nigdy wcześniej w jednym miejscu nie widziałam takiego przekroju ludzi.

To były dla mnie ostatnie momenty radości i wolności, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. I za tym tęsknię. Dziś, gdy myślę o Nowej Zelandii, mam przed oczami tę scenę z promenady.

J.L.W.: Trzeba było zostać w Nowej Zelandii, przeżylibyśmy pandemię w zupełnie innym kraju. Dziesięć dni na Nową Zelandię, bo tylko tyle tam spędziliśmy, to zdecydowanie za krótko. Natomiast wszystko to, co znalazło się w książce, to przepis na dobrą podróż właśnie dla tych, którzy mają mało czasu. Ale to miejsce na zdecydowanie dłuższą podróż i mam nadzieję, że niedługo ją powtórzymy.

Polecamy książkę: 'Nowa Zelandia. Podróż przedślubna', wyd. Wielka LiteraPolecamy książkę: "Nowa Zelandia. Podróż przedślubna", wyd. Wielka Litera

Janusz L. Wiśniewski, naukowiec i pisarz; jest dr. informatyki i dr. hab. chemii. Autor wielu popularnych książek, które zostały przetłumaczone na kilkanaście języków.

Ewelina Wojdyło, polonistka, kreatorka kultury. Pracuje w V LO im. Stefana Żeromskiego w Gdańsku, twórczyni projektu trójmiejskiego „#Kultura200mOdMorza”.