Dorota Kozieradzka jest artystką, która prowadzi grę z dwoma żywiołami. Obydwa są potężne i niebezpieczne. Jednym jest banał i monotonia codzienności, od której nie ma ucieczki. Drugim — dążenie do doskonałości.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.
Z materii codzienności i marzeń o jej przekroczeniu Dorota Kozieradzka buduje opowieść, której bohaterką jest kobieta o wielu twarzach. Raz widzimy ją jako mistrzynię jazdy figurowej na lodzie – legendę sportu, uśmiechającą się z okładek kolorowych pism. Raz w roli matki Polki, która tańczy wśród porozrzucanych zabawek swoich dzieci i czyta literaturę feministyczną, nie zważając na brudne naczynia w zlewie i kipiące gary. Podobieństwo do samej Doroty Kozieradzkiej jest zamierzone i nieprzypadkowe. Bo artystka jest jednocześnie łyżwiarką, matką, żoną, gospodynią domową, a także wykładowczynią, filmowczynią i teoretyczką. Stworzyła więc swoją bohaterkę z własnych przeżyć i doświadczeń, choć przecież ta postać jest jednocześnie podobna do wielu innych współczesnych kobiet, które muszą mieć wiele twarzy, grać parę ról na raz, mając tylko jedno życie.
Oglądam „Wyżej, dalej, mocniej” [wystawa trwała od 19 grudnia do 19 stycznia – przyp. red.] w warszawskiej galerii Fundacji Promocji Sztuki Współczesnej. Prezentowane tu czarno-białe fotografie łatwo wziąć za prace historyczne. Przedstawiają sportsmenkę ukazaną w heroicznych pozach – lecącą w śmiałym skoku, wznoszącą nad głową olimpijskie koło, patrzącą śmiało w dal. Rozpoznaję w tej postaci Dorotę Kozieradzką, choć na zdjęciach wydaje się inną osobą niż artystka, którą znam. Ubrana w obcisły błyszczący kostium wygląda, jakby była odlana z metalu. Niczym ludzka, a właściwie nadludzka maszyna do bicia rekordów. I choć wiem, kim jest modelka, historyczne skojarzenia pozostają. W tego rodzaju heroicznych ujęciach sportu, pełnych patosu i dynamiki, lubowały się kiedyś totalitarne reżimy. Patrząc na te fotografie, trudno nie pomyśleć o niesławnej berlińskiej olimpiadzie z 1936 roku, którą uwieczniła w filmach Leni Riefenstahl — ulubiona reżyserka Hitlera. Historia sztuki ma z Riefenstahl kłopot. Z politycznego punktu widzenia jej biografia i postawa są nie do obrony: artystka stanęła po ciemnej stronie mocy, zaprzęgając talent w służbę nazistowskiej propagandy. A przecież jej twórczości nie da się wymazać z dziejów obrazu, filmu i estetyki. „Triumf woli” z 1934 roku – zapis partyjnego wiecu hitlerowców w Norymberdze – uchodzi za jeden z najwybitniejszych dokumentów propagandowych w historii kina.
Jeszcze bardziej nowatorska jest „Olimpia”, film o wspomnianych igrzyskach w Berlinie. Dziedzictwo Riefenstahl jest więc niczym zakazana substancja: toksyczna, a zarazem kusząca. Ślady tej pięknej trucizny odnajdujemy do dziś w fotografii reklamowej, w kinie, w tym, jak pokazuje się i heroizuje sport. Sięga po nią także Kozieradzka, ale po to, by zmienić ją w narzędzie krytyczne, używane do budowy (auto)portretu współczesnej kobiety.
Dorota Kozieradzka, „Wyżej, dalej, mocniej nr 2” z cyklu „I wont’t jump any higher” (2025).
Kolejny fragment tego wizerunku kreślony jest na lodzie za pomocą łyżew figurowych. Na wystawie „Wyżej, dalej, mocniej” znaleźć można informację, że integralną częścią projektu jest performance w Hali Torwar. 23 grudnia, w przededniu świąt, udałem się więc do tej świątyni stołecznych łyżwiarzy. W wybranych godzinach na lód wpuszcza się tu amatorów, żeby pojeździli sobie dla zabawy, ale przez większość czasu taflę okupują sportowcy różnych dyscyplin. W drodze na trybuny mijam dwie drużyny małych hokeistów juniorów w pełnym rynsztunku. Samo lodowisko jest już puste – przez godzinę będzie należało do Doroty Kozieradzkiej. Na lód wyjeżdża samotna łyżwiarka w czarnym stroju. Objeżdża całą taflę, wykonując ewolucje, skoki i piruety. A potem wyjmuje wielki marker i rysuje na lodzie czarny ślad swojego przejazdu, który wcześniej wycięła w tafli ostrzami łyżew. Dołącza do niej druga zawodniczka, potem następne. Na zawodach tłem dla występów łyżwiarek figurowych jest muzyka, ale ten pokaz ma inną ścieżkę dźwiękową. Łyżwy tną lód i każde takie cięcie niesie się po hali niesamowitym echem.
Dorota wyjaśni mi potem, że do ostrzy zamontowano specjalne mikrofony, transmitujące odgłosy jazdy do potężnych głośników. Tymczasem rysunek na lodzie zagęszcza się. Po tafli Dorota sunie z kamerą, śledzi obiektywem bieg czarnych linii, przyłącza się do rysowania. Akcja jest spektakularna i jednocześnie hipnotyczna, a powstające w jej trakcie dzieło ma efemeryczny charakter. Kiedy performance się skończy, na scenę wjedzie maszyna, która wymaże rysunek, przygotowując lodowisko dla kolejnych łyżwiarzy. Po całym zdarzeniu zostanie film – „Lekcja rysunku” rejestrowana była z licznych kamer, w tym z krążącego nad lodową taflą drona.
Dorota Kozieradzka,„Lekcja rysunku na lodzie w Warszawie” (2025)
Wideo z Torwaru to kolejny rozdział w łyżwiarskiej serii prac, którą Kozieradzka rozwija od kilkunastu lat. Inny epizod można oglądać na zbiorowej wystawie „Światło. Praktyki odporności” w prowadzonej przez Fundację Rodziny Staraków galerii Spectra Art Space. Film pochodzi z 2018 roku. Artystka wychodzi na lód i rozpoczyna program jazdy figurowej. Słabo się na tej lubianej przeze mnie dyscyplinie znam, ale na moje laickie oko Kozieradzka jeździ jak profesjonalna zawodniczka. Kiedy oglądamy w Spectrze to wideo razem, autorka śmieje się i mówi, że jej przejazd składa się praktycznie z samych błędów. I dodaje, że o ile w sporcie błąd jest przeszkodą, którą trzeba przezwyciężyć w drodze do zwycięstwa, w sztuce bywa nie tylko potrzebny, często jest wręcz esencją dzieła. Kluczową kwestią jest wybór odpowiedniego medium i jego głęboka świadomość: niezależnie od tego, czy jest nim olej na płótnie, czy wyczynowa jazda na łyżwach.
Dorota Kozieradzka (która obroniła dyplom z malarstwa na warszawskiej ASP w 2007 roku) weszła na scenę artystyczną razem z nieformalną, ale dającą się zauważyć grupą młodych, obiecujących absolwentów kultowej pracowni Jarosława Modzelewskiego. Byli w niej m.in. Aleksander Ryszka, Janek i Ola Dziaczkowscy, a także partner artystki Michał Szuszkiewicz. Chłodne, konceptualne figuratywne obrazy Doroty szybko znalazły uznanie. Jeszcze w roku dyplomowym została finalistką Biennale Malarstwa „Bielska Jesień”. Wystawiała w CSW Zamku Ujazdowskim i w Galerii Studio, jej nazwisko pojawiało się w przeglądach nowej sztuki i konkursach dla młodych artystów.
W 2009 roku wybrała się ze znajomymi na łyżwy. Nie jeździła od dawna, z dziecięcych wypadów na ślizgawkę próbowała przypomnieć sobie podstawowe kroki. I wtedy z pomocą przyszła starsza pani, proponując kilka dobrych rad. Przedstawiła się jako Danuta Straszyńska. W latach 60. i 70. kibice lekkoatletyki dobrze znali to nazwisko. Straszyńska startowała w biegach przez płotki, była rekordzistką i mistrzynią Polski. Po zakończeniu kariery w sporcie wyczynowym zafascynowała się jazdą figurową na łyżwach i została trenerką tej dyscypliny. Na jej zajęcia zaczęła przychodzić także Dorota, która dobiegała trzydziestki, więc jako kandydatka na profesjonalną zawodniczkę przyszła na trening o dobre kilkanaście lat za późno. Za to jej kariera artystki wizualnej dopiero się zaczynała. I tak, w 2019 roku, po blisko dekadzie jazdy na łyżwach i sukcesach w tej dyscyplinie (w zawodach amatorskich) świat sztuki ujrzał projekt „Olympic Charmer”. Ma on formę archiwum kariery charyzmatycznej łyżwiarki figurowej: olimpijki, obwieszonej medalami wielokrotnej mistrzyni, która prosto z lodowiska trafia na okładki kolorowych pism. Kiedy przyjrzeć się uważniej fotografiom i wycinkom prasowym z tego cyklu, pojawia się wątpliwość, kiedy właściwie miał miejsce zenit sukcesów tej nieznającej porażki gwiazdy. Na przełomie lat 80. i 90., gdy jej rywalką mogła być legendarna Katarina Witt? Współcześnie? Patrząc na stroje łyżwiarek z niektórych zdjęć, można odnieść wrażenie, że Olympic Charmer mknęła po lodzie jeszcze przed II wojną światową. Nie ma natomiast wątpliwości, że zawsze ma twarz Doroty Kozieradzkiej. Na tym polega magia sztuki – w sztuce spełniają się marzenia i każda osoba może zostać kim tylko zechce. Choć czy na pewno?
Dorota Kozieradzka, praca z cyklu „Olympic Charmer” (2019).
Jeszcze przed „Olympic Charmer”, na przełomie 2015 i 2016 roku, Dorota zrealizowała projekt „40 tygodni”. Tytuł odnosi się do czasu, który musiała spędzić w domu podczas swojej drugiej, zagrożonej ciąży. Została wówczas odcięta od życia towarzyskiego, a także (a właściwie przede wszystkim) od możliwości pracy. Zaczęła tworzyć fantasmagoryczne, niepokojące kolaże: średnio jeden na każdy tydzień leżenia w łóżku. Materiałem były przede wszystkim zdjęcia z różnych etapów i epizodów jej własnego życia. Jakby przerabiała własną biografię na coś zupełnie nowego.
Wkrótce po realizacji „40 tygodni” nastąpił zwrot w twórczości Doroty. Dyplomowana malarka interesowała się również innymi mediami, zwłaszcza fotografią, umożliwiającą z jednej strony dokumentowanie własnego życia, a z drugiej strony kreowanie i inscenizowanie jego obrazu, odgrywanie ról, tworzenie fikcji opartej na rzeczywistości. Od 2012 rozwijała kontynuowany do dziś projekt „Album rodzinny”, serię zdjęć przedstawiających konstelację bliskich sobie osób, ukazujących relacje rodzinne wrażliwie, ale bez sentymentalizmu, jako wielowymiarową sieć, która wspiera i jednocześnie oplata osobę ludzką. W 2018 roku porzuciła malarstwo i podjęła studia fotograficzne w łódzkiej Szkole Filmowej. Pytam, czy nie żal jej było malarstwa, które – nie bez powodzenia przecież – uprawiała przez ponad dekadę. Artystka przypomina mi jednak, że w sztuce wybór medium ma znaczenie kluczowe, a historie, które teraz chciała opowiadać, nie były przeznaczone do tego, by je malować.
Z kolei w 2019 roku Dorota rozpoczęła pracę w swojej Alma Mater, Akademii Sztuk Pięknych. W ten sposób stała się jednocześnie wykładowczynią jednej uczelni i studentką drugiej (w Łodzi), a także doktorantką, matką dwojga dzieci, kobietą prowadzącą wraz z mężem dom oraz, last but not least, artystką, od której świat sztuki oczekuje coraz to nowych prac i pomysłów (nie zapominajmy przy tym o łyżwiarstwie). Artystka nazywa wielość ról, które odgrywa, „wielobojem nowoczesnym”. Za tym ironicznym terminem kryje się morderczy multitasking współczesnej kobiety.
Dorota wzięła sobie do serca myśl Władysława Strzemińskiego, który w „Teorii widzenia” pisał, że powinnością artysty jest być medium swojego czasu. Dla kobiety zajmującej się dziś sztuką oznacza to łączenie wielu ról naraz i presję, by odnosić sukcesy na kilku frontach jednocześnie: od zmywania naczyń i triumfu nad chaosem zakradającym się do kuchni, poprzez wychowanie dzieci, po osiągnięcia zawodowe, samorealizację i nienaganny wygląd. Nie mogąc uciec przed tą presją, Kozieradzka uczyniła ją jednocześnie tworzywem i tematem swojej sztuki. Zgodnie z zaleceniem Strzemińskiego stała się medium opowieści o kondycji kobiety w epoce, w której współczesny kapitalizm na sterydach zawłaszcza wszystko, nie wyłączając feministycznych postulatów emancypacyjnych.
Ironia, którą wydobywa artystka, polega na tym, że o ile w tradycyjnym patriarchacie kobieta była wyzyskiwana przez mężczyzn, o tyle w obecnym systemie dyscyplinuje i eksploatuje się sama. Sport, w którym stawką jest stałe przekraczanie własnych ograniczeń, okazał się doskonałą metaforą, a zarazem narzędziem artystycznym do budowy tej opowieści. W łyżwiarstwie figurowym dzięki morderczej pracy zawodniczki sprawiają wrażenie, jakby jazda nie wiązała się z żadnym wysiłkiem, a podczas występu nigdy nie przestają się uśmiechać. To żelazna reguła dyscypliny.
Nieprzypadkowo w Spectra Art Space Kozieradzka obok wideo, w którym – lekka jak piórko – kreśli łyżwami na lodzie wielki abstrakcyjny rysunek, prezentuje jeszcze jedną pracę. To oprawiona w elegancką ramę szmata do podłogi, ozdobiona kryształkami Swarovskiego — mieniącymi się jak cekiny, którymi obszywa się stroje łyżwiarek figurowych na występy.
Gdzie leży granica kobiecej wytrzymałości? W 2024 roku Dorota pokazała w warszawskiej galerii Przeciąg wystawę „Pochwała chaosu”. Wykorzystała w niej prace ze swojego projektu doktorskiego na ASP, zatytułowanego „Porządek nie musi być”. Z lodowisk i stadionów, na których spotykaliśmy sportowe wcielenia artystki, przenosimy się tu do jej mieszkania – areny prac domowych i codziennych obowiązków. W Przeciągu artystka zaprezentowała zbiór rzeźb: kwiatów wykonanych z kolorowych mopów, obrazy ze ścierek do naczyń i szmat do podłogi, a także fotograficzne autoportrety. Ukazują one Kozieradzką w kuchni, w której piętrzą się niepozmywane naczynia, w pokoju pełnym porozrzucanych dziecięcych zabawek, na tle zmiętych ubrań domagających się prania i prasowania. Chaos codzienności bierze górę, a pani domu nie robi nic, by mu się przeciwstawić. Obojętnie patrzy w obiektyw. Odpoczywa. Czyta. Błądzi wzrokiem i myśli o niebieskich migdałach. Pokazuje kamerze – i systemowi – gest powszechnie uznawany za obraźliwy. W ramach projektu „Porządek nie musi być” powstały też filmy wideo. W jednym z nich, ubrana w seksowną, błyszczącą sukienkę z cekinów, artystka znajduje się we własnej, nieposprzątanej kuchni i tańczy do klubowej muzyki, jakby nie było jutra. W innym filmie z pozostawionego na gazie garnka coś wściekle kipi. Bohaterka nie reaguje. Leży na dywanie zatopiona w lekturze feministycznej książki Silvii Federici, która pisze o ciele jako narzędziu kobiecego oporu i tańcu jako jego manifestacji. W porządku zmieniającym życie kobiety w rodzaj olimpiady – w której jedna zawodniczka musi wystartować we wszystkich konkurencjach, a publiczność oczekuje, że w każdej z nich pobije rekord świata – odpoczynek, bezczynność i zaniedbanie obowiązków stają się aktem wywrotowym, gestem rewolucyjnym. Paradoks polega na tym, że kiedy Dorota, bohaterka tych prac, odmawia działania, inna
Dorota, w roli artystki, pracuje w pocie czoła. Każda fotografia, film i obiekt wykonane są bowiem z najwyższą, zmierzającą ku perfekcji dbałością o formę. Artystka nigdy nie obiecywała, że za pomocą sztuki przezwycięży sprzeczności wpisane w nasz szalony świat. Rolą sztuki jest – tylko i aż – owe sprzeczności ujawniać. Kiedy Kozieradzka polemizuje z systemem, nie czyni tego z bezpiecznego, wygodnego dystansu, lecz od środka. Perfekcjonistka zarówno na lodzie, jak i w sztuce używa sama siebie jako studium przypadku w analizie kultury, której jest jednocześnie produktem, ofiarą i krytyczką.
Zbiorowa wystawa „Światło. Praktyki Odporności” w Spectra Art Space w Warszawie potrwa do 31 maja.