1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pan na Czworakach

Pan na Czworakach

Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Dla Doroty Kędzierzawskiej to dowód na to, że można zrobić coś z niczego. Coś, co przez lata cieszy, wzrusza i przypomina ważne osoby.

Glinianą niepozorną figurkę, około 30-centymetrową, bardzo dawno temu przywiozła moja mama [reżyserka Jadwiga Kędzierzawska – przyp. red.] z okolic Nowego Sącza. Robiła tam film dokumentalny o zespole ludowym. I przy okazji zdjęć poznała na wsi młodą dziewczynę, która otworzyła w swojej chałupie garncarski warsztat dla dzieci. Wiem tylko, że miała na imię Małgosia. Za głębokiej komuny to było naprawdę wyjątkowe działanie, bo miało miejsce na wsi, dotyczyło dzieci, którymi wtedy nikt za bardzo się nie przejmował. A pani Małgosia uczyła je robienia przeróżnych rzeczy z gliny, które dzieci potem malowały i razem z nią wypalały w piecu. Mama tam była i na własne oczy to wszystko widziała. Była pod ogromnym wrażeniem pomysłu, miejsca i tego, co spod rąk dzieci wychodziło. Pamiętam ten jej zachwyt do dzisiaj. No i dostała w prezencie od dzieci Pana na Czworakach – ja go nazywam chłopczykiem w bereciku z antenką. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie, że ulepiony jest przez chłopca, możliwe jednak, że tylko mi się tak wydaje. Chłopczyk przyjechał do nas do Łodzi i długo mieszkał u moich rodziców. A potem im go ukradłam i zamieszkał ze mną. Zawsze, kiedy jest mi markotno, patrzę na niego i od razu robi mi się lepiej. Bo jest w nim coś wzruszającego, i rzewnego, i śmiesznego zarazem. I kiedy tak na niego patrzę, to sobie myślę, że zawsze można zrobić coś z niczego. Myślę też o pani Małgosi, której nigdy nie poznałam, choć całe życie mama powtarzała, że ją odwiedzimy. To musiała być fantastyczna dziewczyna. Wtedy nie było mody na robienie czegoś fajnego dla dzieci na wsi. A ona, pełna pasji, talentu, trochę zapewne szalona, robiła w wiejskiej chałupie coś, co te dzieci na pewno ukształtowało nie tylko artystycznie, lecz także ludzko. Zastanawiam się, co teraz robi pani Małgosia, jak potoczyło się jej życie. Nie znam jej nazwiska ani adresu. Może gdybym zaczęła szperać w listach mamy, jakiś trop bym znalazła, ale nie jestem tego pewna, bo ona podpisywała się tylko imieniem. Może teraz pani Małgosia zobaczy w „Zwierciadle” chłopczyka i się odezwie? A może odezwie się jego autor? Jest to więc opowieść i o pani Małgosi, i o tym dziecku, które go ulepiło. No i o mamie, która zakochała się w chłopczyku w bereciku z antenką. Niestety, dawno temu, jeszcze w domu rodziców, antenka się ułamała. Ale mam znajomą, która lepi z gliny, poproszę, żeby ją dorobiła. Chłopczyk – na razie bez antenki – stoi na kredensie, tuż przed lustrem, więc tak naprawdę mam dwóch chłopczyków. I podwójną radość z ich oglądania. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Stowarzyszenie Traffic Design - murale i szyldy w Gdyni i innych miastach

Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Zamiast narzekać na wygląd przesyconych nieestetycznymi reklamami i pastelowymi elewacjami polskich miast, wzięli się do pracy. Neonami, malowanymi szyldami, metaloplastyką i muralami odmieniają oblicza naszych ulic i osiedli.

 

Głównym celem Stowarzyszenia „Traffic Design” było połączenie sztuki zamkniętej w pracowniach artystów z estetyzacją przestrzeni miejskiej. Właśnie mija dziesięć lat od momentu stworzenia przez nich pierwszych artystycznych murali na trasie Szybkiej Kolei Miejskiej w Trójmieście i można powiedzieć, że dopięli swego. Dziś przykłady ich prac znaleźć można nie tylko w Gdyni czy Gdańsku, lecz także w Warszawie, Elblągu, Wrocławiu, Gostyniu czy prowansalskim Saint-Étienne.

Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Ze sztuką na ulice

Traffic Design powstało w 2011 roku. Skupiło wokół siebie ludzi z różnym wykształceniem, ale przede wszystkim o spójnym spojrzeniu na sztukę i design oraz na to, jak można je wykorzystywać w przestrzeni publicznej. Jak przyznaje Monika Domańska, jedna z założycielek grupy, sama idea zrodziła się znacznie wcześniej.

Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Z Jackiem Wielebskim i Michałem Lechem, członkami zarządu, znamy się od 2000 roku. Jeszcze jako uczniowie interesowaliśmy się sztuką uliczną, bliższą ludziom niż ta dostępna w galeriach. Na czas studiów rozjechaliśmy się w różne strony świata. Gdy spotkaliśmy się ponownie w industrialnej przestrzeni gdyńskiego Dalmoru [najstarszego przedsiębiorstwa połowowego w Polsce – przyp. red.], okazało się, że mamy podobną wizję. Chcieliśmy, aby talenty artystów mogły wybrzmieć w przestrzeni miejskiej, aby ze swoimi pracami wyszli do zwykłych odbiorców. Ale chodziło też o poczucie sprawczości: woleliśmy działać niż narzekać – tłumaczy.

Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Wraz z Natalią Kaczor założyli więc w Gdyni multidyscyplinarny zespół, który zaczął upiększać swoje bliskie sąsiedztwo. A z upływem lat – ulice innych miast.

Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic ) Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )

Zmieniać zastane

Początkowo działalność Traffic Designu obejmowała głównie murale. – W latach 2011-2014 w ramach Festiwalu Sztuki Miejskiej [od 2018 roku działa jako Biennale Dizajnu i Sztuki Miejskiej – przyp. red.] ozdabialiśmy trójmiejskie budynki rysunkami artystów najpierw lokalnych, potem krajowych i zagranicznych. Przekonaliśmy się wtedy, że krok po kroku naprawdę możemy zmieniać przestrzeń wokół siebie – mówi Monika. Energii dodał im pozytywny odbiór mieszkańców.

Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Postanowili działać z większym rozmachem, ale też z rozsądkiem. – Stwierdziliśmy, że jesteśmy już wystarczająco przebodźcowani nadmiarem reklam i innych komunikatów wizualnych: znaków drogowych, szyldów. Lepiej więc zmieniać elementy już zastane, a nie dokładać kolejne. Wszystko zostało już zaprojektowane, tylko często pod kątem wyłącznie funkcji. A przecież wiele przedmiotów może być zarówno użytecznych, jak i estetycznych – dodaje. Inspiracji szukali w polskiej szkole projektowania neonów i szyldów.

Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Tak rozpoczął się trwający do dziś projekt Re:design, w ramach którego przekształcane są takie niepozorne elementy miejskiej przestrzeni, jak: kratki wentylacyjne i ściekowe, płoty, kraty czy numeracje domów. Artystyczną metamorfozę przeszło też ponad 50 szyldów zakładów rzemieślniczych. Wielu z nich, jak lodziarni Kwaśniak z Gdyni czy szewcowi z gdańskiej Żabianki, zmiana i związany z nią rozgłos medialny pozwoliły na utrzymanie się na rynku.

Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Białe bloki są piękne

Inny projekt stowarzyszenia – Białe Bloki – przywraca estetykę budynkom mieszkalnym z wielkiej płyty. Zamiast pastelowych kolorów, tak popularnych na osiedlach w całej Polsce, projektanci wprowadzają na elewacje klasyczną biel. – PRL-owskie osiedla często wyglądają jak wielokolorowe konfetti – zauważa Monika. Bo nawet jeśli konkretne budynki powstały w podobnym okresie i stanowiły spójną zabudowę, to po termomodernizacji, czyli ich ociepleniu, są malowane na nowo i zazwyczaj każdy na inny kolor. Miało być wesoło, a jest chaotycznie.

Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Wierzymy, że dobry przykład, jak nasze Białe Bloki, ma szansę wywołać efekt kuli śniegowej. Już teraz wiemy, że kolejne dwa budynki przy ulicy Lelewela w Gdyni będą w przyszłości korzystać z naszego projektu – cieszy się Monika.

Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Nasze działania demokratyzują design. Wprowadzając do przestrzeni miejskiej wartościowe dzieła, upiększamy ją, ale też sprawiamy, że mieszkańcy o każdej porze mogą oglądać, fotografować czy kontemplować sztukę -  mówi Monika, I dodaje - Chcemy, aby design i wysoka wartość projektowa były łatwo dostępne i sprawiały, że wymagania ludzi co do wyglądu naszych ulic będą rosnąć. W końcu przestrzeń, w której żyjemy, wpływa na jakość naszego życia – na nasze samopoczucie, kreatywność czy to, jak radzimy sobie z emocjami. Oraz – co też ważne – na kształtowanie się naszego poczucia estetyki.

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Erwin Sówka - poznaj obrazy, z których słynie malarz ze Śląska

Erwin Sówka „Moja lauba” (2009). (Fot. Muzeum Śląskie w Katowicach)
Erwin Sówka „Moja lauba” (2009). (Fot. Muzeum Śląskie w Katowicach)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Kiedy w styczniu zmarł Erwin Sówka, media informowały, że żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich malarzy naiwnych. Wybitność śląskiego artysty nie podlega dyskusji. Z jego naiwnością sprawa jest bardziej problematyczna.

Nikiszowiec i Giszowiec – modelowe osiedla robotnicze z początku XX wieku, położone w dawnej podmiejskiej gminie Janów, która dziś jest częścią Katowic. To w te okolice trafi spragniony wizualnych wrażeń turysta, szukając na Górnym Śląsku obrazu tradycyjnego górniczego życia, jak z filmów Kazimierza Kutza. To właśnie w Giszowcu urodził się w 1936 roku Erwin Sówka. Syn i wnuk górników, w wieku 16 lat sam pracował już w kopalni. A ponieważ od małego ciągnęło go do malowania, po pracy zaczął uczęszczać do koła plastycznego działającego przy Domu Kultury KWK „Wieczorek”.

Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News) Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)

Realny socjalizm był wtedy w Polsce młody i, mimo reżimu stalinowskiego, nie wyzbył się jeszcze utopijnych ambicji, a już na pewno retoryki. W idealnym komunistycznym świecie człowiek pracy miał być nie tylko siłą roboczą, lecz także kreatorem nowej kultury. Władze popierały więc amatorską twórczość. Przyzakładowych robotniczych kółek artystycznych było w PRL wiele, jednak to, do którego trafił Sówka, okazało się pod wieloma względami wyjątkowe. Młody górnik spotkał w nim Teofila Ociepkę – jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska.

Element podejrzany

Ociepka (rocznik 1891) pochodził z kolei z Nikiszowca i jak wszyscy mieszkańcy osiedla pracował w kopalni Giesche, która w przyszłości miała stać się „Wieczorkiem”. Punktem zwrotnym w jego życiu była pierwsza wojna światowa, na którą trafił jako cesarski rekrut. To właśnie na jej frontach zetknął się z naukami tajemnymi. Z wojny wrócił z zasobem okultystycznych książek i siecią kontaktów. Jego mistrzem został niejaki Philip Hohmann, dość tajemnicza postać związana z tradycją różokrzyżowców. Za radą Hohmanna w latach międzywojennych Ociepka rozpoczął organizowanie w Nikiszowcu gminy okultystycznej, a także zajął się malarstwem. Mistrz zalecał mu bowiem, aby tajemne prawdy przedstawiać za pośrednictwem alegorii i symboli.

Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News)

Ociepka nie miał żadnego przygotowania plastycznego, ale okazało się, że oprócz ezoterycznej misji ma nieprzeciętny malarski talent. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w działającym przy „Wieczorku” kole plastycznym, zarażając jego członków nie tylko wiarą w to, że prosty górnik może zostać wybitnym malarzem, lecz także przekonaniem, że malarstwo jest formą doskonalenia duchowego. O ile górnicy malujący obrazy wpisywali się w politykę kulturalną władzy, o tyle górnicy okultyści byli z ideologicznego punktu widzenia elementem, delikatnie mówiąc, podejrzanym. Nie wiadomo, czy malarze z Janowa nie napytaliby sobie biedy swoimi ezoterycznymi poszukiwaniami, gdyby w latach najgorszego stalinowskiego terroru nie rozpostarła nad nimi ochronnego parasola Izabela Czajka-Stachowicz.

Kapitan Czajka na tropie

Historia górników uprawiających okultystyczne malarstwo to temat na barwną legendę, ale i Czajka była postacią jakby żywcem wziętą z awanturniczego romansu. Zresztą na kartach takiej powieści naprawdę możemy ją spotkać. To ona jest pierwowzorem Belli Hertz, demonicznej żydowskiej femme fatale z „Pożegnania jesieni” Witkacego. Historyczka sztuki, pisarka i reporterka, w latach międzywojennych była muzą literatów i artystów, socjalistką, podróżniczką i sprawczynią obyczajowych skandali. W czasie okupacji znalazła się w getcie, z którego uciekła, i wstąpiła do komunistycznej partyzantki. A po wojnie w randze kapitana milicji szukała na Ziemiach Odzyskanych zrabowanych przez Niemców dzieł sztuki (to właśnie ona odnalazła zaginione obrazy Matejki, w tym „Rejtana” i „Unię lubelską”). Podczas tych peregrynacji kapitan Czajka trafiła na malarzy z Nikiszowca. Pomogła śląskim artystom podwójnie. Swoje kontakty w bezpiece wykorzystała, by nie oskarżono ich o propagowanie „antysocjalistycznych zabobonów”. Oficjalna wersja głosiła, że to przedstawienia ludowych, a więc ideologicznie słusznych śląskich tradycji i bajek. Znajomości w środowisku artystycznym i naukowym Czajka użyła z kolei do promocji śląskich twórców, zwłaszcza Ociepki, który po odwilży 1956 roku stał się prawdziwą gwiazdą tak zwanej sztuki nieprofesjonalnej.

Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News)

Do jednego worka

Wypada tu zapytać: kim właściwie jest artysta nieprofesjonalny? Na fali zainteresowania Ociepką „odkryta” została cała Grupa Janowska. Najpierw w kraju, potem również za granicą. Ociepka pod koniec życia wraz z nowo poślubioną żoną przeprowadził się do Bydgoszczy i bardzo skomercjalizował swoją twórczość. Rozsmakował się w zagranicznych podróżach, żył ze swojej sztuki. Mało tego, żyła z niej cała jego rodzina. W tym sensie – a także biorąc pod uwagę ilościową skalę i jakość dorobku – trudno upierać się przy nazywaniu go amatorem. Ta sama wątpliwość dotyczy Sówki. Ociepka widział w nim swojego duchowego następcę, cenił zarówno zaangażowanie młodego adepta w zagadnienia ezoteryczne, jak i jego malarski talent.

Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News)

A jednak w najświeższych wspomnieniach, które ukazały się po śmierci Sówki, artysta wciąż bywa określany jako „malarz prymitywista”. Czy był nim w istocie? Odkrycie Grupy Janowskiej zbiegło się w czasie z falą zainteresowania twórcami tak zwanej art brut. Pojęcie spopularyzowane przez charyzmatycznego francuskiego artystę Jeana Dubuffeta odnosiło się do sztuki „surowej”, powstającej poza zinstytucjonalizowanym systemem artystycznym. Dubuffet utożsamiał ową surowość z autentycznością, poszukiwał jej w twórczości amatorów, samouków, artystów ludowych, dzieci, osób chorych umysłowo. W krytyce anglosaskiej odpowiednikiem art brut jest termin outsider art, w Polsce używano długo określenia „sztuka naiwna”. Wszystkie te pojęcia są jak worek, do którego wrzuca się przypadki twórczości uznanej za nietypową, choć z bardzo różnych i często dyskusyjnych powodów. To także worek, z którego niełatwo się wydostać, kiedy raz zostanie się do niego wrzuconym.

Krytycy i akademicy automatycznie zakładali, że górnicy z Grupy Janowskiej, z których większość formalną edukację zakończyła na podstawówce, nie mogą być nikim innym, jak tylko artystami „naiwnymi”. Pokazywano ich chętnie, ale raczej w muzeach etnograficznych niż w galeriach, w których prezentuje się „normalnych” artystów. Czy jednak można „naiwnym” nazwać takiego malarza jak Erwin Sówka, który przez blisko 70 lat tworzył konsekwentnie i z pełną świadomością tego, co i dlaczego maluje? I podobnie jak Ociepka rozumiał malarstwo jako ścieżkę duchowych poszukiwań? Jego ulubionym motywem były przedstawienia ezoterycznych bogiń, w których widział uosobienie sił rządzących zarówno ciałem człowieka, jak i jego duszą oraz kosmosem. Wykorzystywał elementy zaczerpnięte z symboliki chrześcijańskiej, ezoterycznej, z alchemii, a także mitologii indyjskiej. Mistyczne spekulacje malarza mogą się wydać ekstrawaganckie, ale nie czynią Sówki ani innych członków Grupy Janowskiej outsiderami. Śląscy artyści dzielili przecież ezoteryczne inklinacje z wieloma ikonicznymi postaciami sztuki nowoczesnej. Twórcami tej miary co Piet Mondrian, Kazimierz Malewicz czy pionierka abstrakcji Hilma af Klint, nie mówiąc o surrealistach. Sam Marcel Duchamp, podobnie jak Ociepka, posługiwał się różokrzyżową symboliką.

Najprawdziwszy ­­

„Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce […] brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia – mówił Erwin Sówka w wywiadzie, którego w 2007 roku udzielił kuratorce i krytyczce Marcie Lisok. – Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność. Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych”.

Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News) Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News)

W 2000 roku Lech Majewski nakręcił poświęcony Grupie Janowskiej film „Angelus”. To fabularyzowana, niemal baśniowa wersja dziejów śląskich malarzy okultystów. Fakty ulegają w tej opowieści mitologizacji, ale paradoksalnie magiczny realizm „Angelusa” sprzyja zbliżeniu się do prawdy zaszyfrowanej w twórczości artystów z Janowa. Na wielu obrazach Erwina Sówki oglądamy miejskie pejzaże Nikiszowca. Artysta przedstawia je szczegółowo, a jednak żadnego z tych miejsc nie odnajdziemy w katowickiej dzielnicy. Nikiszowiec z prac malarza zbudowany jest z fragmentów rzeczywistości. To realizm, ale magiczny, obraz mitu. Zaś malarz, który go stworzył, w żadnym razie nie był artystą nieprofesjonalnym ani tym bardziej naiwnym. Był po prostu i aż artystą prawdziwym. Ba! Najprawdziwszym, jakiego można sobie wyobrazić, bo tylko taki twórca zdolny jest do wykreowania mitu. 

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

Mariusz Wilczyński i kadry z filmu
Mariusz Wilczyński i kadry z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". Film dostępny jest na platformie Nowe Horyzonty VOD. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta; materiały prasowe Gutek Film)
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej? Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż? Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku? Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało? Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej. Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo. Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała? Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec? Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu? Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art. Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami. Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem. Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać? I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych. Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski! Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce. Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne. Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić. Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś. Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat? Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film? Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Styl Życia

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Niepozorny mebel, łącznik między dawnymi a nowymi czasy. Dla Antoniego Komasy-Łazarkiewicza to przede wszystkim nośnik wielu wspomnień.

W ciągu życia dość intensywnie się przeprowadzałem, zmieniałem kraje i po drodze zdążyłem zgubić większość rodzinnych pamiątek. Na szczęście ta, bardzo dla mnie cenna, ocalała. Uświadomiłem sobie teraz, że towarzyszy mi dzielnie od urodzenia. To niepozorny mebelek, tak zwany stolik palacza, z cynowym blatem. Cynowym właśnie po to, żeby można było bezkarnie strzepywać nań popiół. Okrągły, z charakterystyczną odciśniętą na blasze szachownicą. Jeden z naszych rodzinnych mebli. Najpierw pamiętam go u babci, mamy taty, w Szklarskiej Porębie. Wydaje mi się, że nie mogło go zabraknąć w takim porządnym drobnomieszczańskim domu, z jakiego babcia się wywodziła. Ale jego historia jest dłuższa. Około 100 lat temu trafił, jako część wyprawki, do domu mojej prababci w okolicy Tarnowskich Gór. Stamtąd przewędrował do Rozdroża Izerskiego, gdzie moja babcia prowadziła prewentorium gruźlicze dla dzieci. Potem znalazł się u moich rodziców w Warszawie. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo był moim ulubionym stolikiem do jedzenia śniadania, gry w szachy i warcaby. Potem przeprowadził się razem ze mną do mojego pierwszego warszawskiego mieszkania, skąd zabrałem go ze sobą do Berlina. Pewnego razu zobaczyłem tutaj podobny egzemplarz na targu staroci i zapytałem handlarza o jego pochodzenie. Okazało się, że takie stoliki produkowane były przed wojną wyłącznie w jednym miejscu, i to była fabryka w Berlinie. Tak więc dzięki mnie ten stolik wrócił do swojej ojczyzny. Stoi teraz w dużym pokoju i nie służy do strzepywania popiołu, tylko do odstawiania filiżanek. Jest dla mnie nośnikiem wielu wspomnień, takim artefaktem. Przebył przez ostatnie 100 lat wiele kilometrów, drogę w kształcie zamkniętego koła na mapie, która w tym czasie uległa radykalnym transformacjom. Kawał drogi i potężna karta historii. Ciekawe, czy ta podróż dobiegła końca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza) Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)