1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Maciej Nabrdalik – fotograf z duszą

Maciej Nabrdalik – fotograf z duszą

Maciej Nabrdalik (Fot. Wojciech Grzędziński)
Po studiach informatycznych mógł mieć pracę z przyszłością, a robienie zdjęć traktować jako dziecięcą pasję. A jednak został członkiem prestiżowej agencji fotograficznej i ma na swoim koncie wiele nagród za fotografie prasowe. Jak to jest, kiedy zajmujesz się zawodowo czymś, co cię naprawdę cieszy – pytamy Maćka Nabrdalika.

Studiowałeś informatykę, pracowałeś jako ratownik – jak to się stało, że w końcu wybrałeś fotografię?
Praca ratownika z założenia była zajęciem tymczasowym, pracą wakacyjną; a informatyka – wyborem pragmatycznym, wydawała się oferować atrakcyjną przyszłość. Zresztą pewnie wielu ludzi faktycznie tych atrakcji doświadczyło. Internet pojawił się w Polsce, gdy byłem w liceum. Wciągnął mnie świat, który otwierały komputery. Dzięki nim nawiązałem pierwsze międzynarodowe kontakty, zaczynałem podróżować. Fotografia towarzyszyła mi jako pasja i, jak to w życiu bywa, spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy pozwolili mi uwierzyć, że ta pasja i dziecięca fascynacja może stać się również moją rzeczywistością. Do teraz zdarza mi się zastanawiać, jak to możliwe, że zajmuję się zawodowo czymś, co tak bardzo mnie cieszy.

Które z setek wykonanych zdjęć jest dla ciebie najważniejsze?
Ciągle wracam myślami do jednego. To fotografia rodziny uchodźców na brzegu wyspy Lesbos. Sfotografowałem ich tuż po wyjściu z pontonu, w którym ściśnięci z kilkudziesięcioma innymi ludźmi przemierzyli fragment Morza Egejskiego między Turcją a Grecją. Wtedy trudno było uzyskać nawet podstawowe informacje od uchodźców, większość chętnie dawała się fotografować, ale nie chcieli się przedstawiać. Często po wyjściu na brzeg darli swoje paszporty, obawiając się, że prawdziwa tożsamość może im zaszkodzić. Tę rodzinę widziałem dzień później w okolicach portu. Chciałem ponownie nawiązać z nimi kontakt, ale zanim udało mi się zaparkować, zniknęli mi z oczu. Ich obraz niejako prześladuje mnie od tego czasu. Ciekaw jestem, jak potoczyły się ich losy, wyglądali na silnych, w pewien sposób dumnych, i wraz ze znajomym dziennikarzem zastanawiamy się, jak można by ich odszukać, nie narażając ich. Nie chcemy robić tego przez media społecznościowe, bo być może tam, dokąd trafili, nie wszyscy znają ich przeszłość.

Kilka lat temu powiedziałeś, że od zawsze towarzyszył ci mit podróżującego fotoreportera. Czy to Ryszard Kapuściński zaszczepił w tobie takie myślenie?
Ryszard Kapuściński pojawił się na mojej drodze na tyle wcześnie, że zawód reportera funkcjonował w mojej świadomości od najmłodszych lat, bo dzięki mojemu wujkowi dziennikarzowi Kapuściński był w moim rodzinnym domu w dniu, kiedy się urodziłem, i na pamiątkę tego spotkania podpisał tomik swoich opowiadań „Busz po polsku”. Dzisiaj moje podróże nie służą już poznawaniu odległych zakątków świata, choć i to lubię, ale uważam, że reporter czy fotoreporter musi podróżować, bo w innym przypadku łatwo utknąć w bezpiecznej bańce.

Jesteś członkiem prestiżowej amerykańskiej agencji fotograficznej Photo VII, jednym z jej założycieli jest urodzony w Czechach Antonin Kratochvil. To ważna dla ciebie osoba, czego się od niego nauczyłeś?
Antonina chętniej niż nauczycielem nazywam mentorem. Wielu nauczycieli próbuje rzeźbić swoich wychowanków na postawie sztywnych założeń i swoich przekonań. Prowadząc ich za rękę w wyznaczonym przez siebie kierunku, Antonin pozwolił mi odkryć własną drogę. Asekurował, ale na długiej elastycznej linie. Pomógł mi zrozumieć, że każde bez wyjątku doświadczenie, które spotkało mnie w życiu – dobre i złe, może stać się moją siłą.

Krzyzys uchodźczy, 24 września 2015, Skala Sikamineas, Lesbos, Grecja. Rodzina uchodźców z Syrii odpoczywa na wybrzeżu greckiej wyspy Lesbos. (Fot. Maciej Nabrdalik)

Masz też za sobą rok na Harvardzie w ramach stypendium Nieman Foundation, najstarszego i najbardziej renomowanego programu kształcenia dziennikarzy z całego świata. Czego się tam nauczyłeś?
Ha! To będzie długa lista. Oczywiście w sensie dosłownym nauczyłem się wielu rzeczy, studiując u boku wybitnych profesorów, wśród ambitnych i zdolnych młodych ludzi, ale chyba najwięcej dowiedziałem się o sobie samym. Wiele rzeczy tam uporządkowałem, odświeżyłem, ułożyłem na nowo. Celem tego stypendium jest umacnianie dziennikarzy poprzez stworzenie im warunków do rozwoju zawodowego. Myślę, że jednym z ważniejszych elementów tego procesu jest odseparowanie całej grupy od wszelkich bieżących zadań zawodowych. W niemal terapeutycznej atmosferze mogliśmy zastanowić się także, dlaczego robimy to, co robimy. Nauczyłem się patrzeć na sprawy z wielu perspektyw, bo każda wypowiedziana myśl wracała do mnie po chwili w zupełnie nowym kontekście, przefiltrowana przez doświadczenia współstudiujących z różnych zakątków świata. Poza tym nauczyłem się, że zniknięcie z dotychczasowego krajobrazu na cały rok nie powoduje żadnej katastrofy. To doświadczenie pozwoliło mi zwolnić, spędzam mniej czasu w tzw. środowisku, łatwo przychodzi mi wyłączenie się z mediów społecznościowych.

W pewien sposób wszyscy mamy za sobą taki rok „zniknięcia” z krajobrazu… Przez ten czas nasze życie stanęło na głowie. Jak to wpłynęło na fotografię? Czy także tak mocno się zmieniła?
Diametralnie. Z jednej strony łatwiej fotografować ludzi w publicznych miejscach, bo czują się bezpieczniej za maseczkami, z drugiej strony – dużo trudniej o kameralne spotkania i intymne sytuacje, trudniej zostać zaproszonym do czyjegoś domu.

Odwiedzałeś z aparatem oddziały zakaźne, gdzie leżą chorzy na COVID-19.
Realizowałem zlecenie dla „The Wall Street Journal”. Zwykle nie zadaję sobie pytania „po co?”, bo na tym polega moja praca, ale tym razem musiałem sobie na nie odpowiedzieć, ponieważ kilkakrotnie pytano mnie, czy na pewno jestem gotów ponieść ryzyko, które z tym zleceniem się wiąże. Jednak podejmowanie takich decyzji przychodzi mi dość łatwo, bo wierzę w zdobywanie informacji, w uczenie się o świecie z pierwszej ręki. Epidemia wyniosła falę samozwańczych ekspertów, a robiąc zdjęcia na oddziałach, rozmawiając z chorymi, obserwując lekarzy i personel medyczny, rozumiem znacznie więcej niż wcześniej.

Masz na swoim koncie kilka książek, a ostatnia – „OUT” opowiada historie polskich osób LGBTQIA. Dlaczego wybrałeś ten temat?
To temat wybrał mnie. „OUT” należy do całej serii publikacji o społeczności LGBTQIA w różnych miejscach świata, powstałej z inicjatywy amerykańskiego wydawnictwa „The New Press” przy wsparciu fundacji Arcus. Do projektu zaprosił mnie zaangażowany w niego Jurek Wajdowicz, który prowadzi w Nowym Jorku studio graficzne EWS. W odróżnieniu od dwóch poprzednich „OUT” nie jest dla mnie książką fotograficzną – choć zlecono mi ją jako fotografowi i są w niej też oczywiście zdjęcia – a cyklem spotkań z ludźmi, którzy otwierali się przede mną, dzieląc się często najtrudniejszymi doświadczeniami. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie potrafię pewnie zrozumieć w pełni tego, jak przeżywają swoje traumy, ale dzięki kilkumiesięcznej pracy wiem, z czym się mierzą, czego się boją i jak bardzo ich życie jest trudniejsze od mojego.

A czego ty się teraz boisz?
Mam wrażenie, że ostatnio pewniej stąpam po ziemi. Nauczyłem się odróżniać lęk, który odziedziczyłem w procesie wychowawczym, od tego, który jest mój, czyli rodzi się z mojej wrażliwości, wiedzy, uczuć. Ten pierwszy konfrontuję do momentu, kiedy spotka się z tym moim. Respektuję granice własnych lęków, bo ufam swojej intuicji, rzadko mnie zawodzi, a aparat i zdjęcia zwykle są świetnym pretekstem do badania tych granic. Ostatnio wiele dotychczasowych doświadczeń nabrało zresztą nowych znaczeń, nawet to zdjęcie, o którym powiedziałem na początku, inaczej mnie dręczy, odkąd jestem tatą. Kwestie relacji, rodziny, pokoleń, poznawania świata nowymi oczami, ale też kruchości życia – zaczynają się jakoś bardziej ze sobą łączyć.

Maciek Nabrdalik, fotograf wielokrotnie nagradzany w polskich i międzynarodowych konkursach fotografii prasowej, w tym World Press Photo, Pictures of the Year International, The Best of Photojournalism. Laureat nagrody za Zdjęcie Roku Grand Press Photo 2007 i nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze