1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Świadoma obecność – dlaczego to takie trudne? – tłumaczy Pema Chödrön

Świadoma obecność – dlaczego to takie trudne? – tłumaczy Pema Chödrön

Ta ucieczka od wszystkiego, co nieprzyjemne, ten nieustający cykl unikania teraźniejszości określany jest właśnie jako egocentryzm. Medytacja jest jednym z podstawowych sposobów ćwiczenia obecności. (fot. iStock)
Podstawowe zagadnienie, na którym skupia się droga mądrego wyboru, cała nauka redukcji agresji, to nauka bycia obecnym – pisze buddyjska mniszka w książce „Rusz z miejsca”.

Prawie niewymagającym wysiłku sposobem osiągnięcia tego jest zatrzymywanie się na chwilę, jak najczęściej w ciągu dnia. Przez kilka sekund możemy być właśnie tu. Inny sposób ćwiczenia obecności lub, jak to trafniej ujął jeden z uczniów, ćwiczenia powracania do bycia obecnym to medytacja. Prawdą jest, że każdy, kto kiedykolwiek próbował medytacji, błyskawicznie pojmuje, że właściwie nigdy nie jesteśmy w pełni obecni. Pamiętam, jak po raz pierwszy otrzymałam wskazówki do medytacji. Brzmiały prosto: Po prostu usiądź wygodnie i delikatnie bądź świadoma swego oddechu. Jeśli umysł będzie gdzieś wędrował, delikatnie przywróć go do świadomości oddechu. Pomyślałam: „To będzie łatwe”. A potem ktoś uderzył w gong, oznajmiając rozpoczęcie praktyki, i zaczęłam próbować. Okazało się, że przez całą sesję, aż do momentu, gdy rozległ się końcowy gong, nie byłam obecna nawet przez jeden oddech. Cały ten czas spędziłam zagubiona w myślach.

Wtedy wierzyłam, że dzieje się tak, bo coś robię źle i jeśli będę uparcie medytować, wkrótce będę w tym doskonała, będę obecna w każdym oddechu. Może czasem coś mnie rozproszy, ale głównie będę obecna. Minęło prawie trzydzieści lat. Czasem mój umysł jest zajęty. Czasem pozostaje nieruchomy. Czasem pojawia się pobudzenie, a czasem spokój. Kiedy medytujemy, zdarza nam się wszystko – poczynając od gonitwy myśli, braku oddechu aż do wizji, od dyskomfortu fizycznego czy psychicznej udręki aż po ekstazę. To wszystko się zdarza, a podstawową postawą wobec tych rzeczy jest: „To nic wielkiego”. Kluczowy jest fakt, że przeżywając to wszystko, ćwiczymy się w otwartości i wrażliwości na wszystko, co się pojawia.

U ludzi, których uważam za przebudzonych, zauważyłam, że są oni w pełni świadomi, cokolwiek się wydarza. Ich umysły nigdy nie dryfują. Po prostu są tu i teraz, w chaosie, w ciszy, w karnawale, w izbie przyjęć, na zboczu góry: odbierają i są otwarte na wszystko, co się dzieje. To jednocześnie najprostsza i najgłębsza rzecz – coś jak jedna wielka przerwa. Oczywiście potrzeba nam ogromnego wsparcie i garści praktycznych rad, abyśmy nauczyli się, jak być tu i teraz i otworzyć się na nasze życie. To zdecydowanie nie jest to, do czego przywykliśmy. Obaj moi buddyjscy nauczyciele, Chögyam Trungpa i Dzigar Kongtrul Rinpocze, posługiwali się bardzo pomocną analogią, aby opisać wyzwanie, jakim jest bycie obecnym wobec niewygody życia. Mówili, że my, ludzie, jesteśmy jak małe dzieci, które poparzyły się trującym bluszczem. Chcemy się pozbyć dyskomfortu, więc natychmiast zaczynamy się drapać, co wydaje się całkiem rozsądne. Stając wobec czegoś, co nam się nie podoba, natychmiast próbujemy uciec. Innymi słowy, drapanie się jest naszym wyuczonym sposobem na ucieczkę, ucieczkę przed naszym podstawowym dyskomfortem, fundamentalnym swędzeniem niepokoju i braku bezpieczeństwa, albo przed tym bardzo nieprzyjemnym przeczuciem, że zaraz wydarzy się coś złego. Jeszcze nie wiemy, że drapiąc się, rozprzestrzeniamy truciznę. Bardzo szybko zaczynamy drapać całe ciało i zamiast poczuć ulgę, doświadczamy coraz większego dyskomfortu.

Ciągnąc tę analogię dalej, dziecko zostaje zabrane do lekarza, który daje receptę. To odpowiednik spotkania z przewodnikiem duchowym, pobierania nauk i rozpoczęcia praktyki medytacyjnej. Medytację można opisać jako naukę pozostawania obecnym ze swędzeniem i potrzebą drapania, ale bez drapania. Medytując, uczymy się, jak osiąść we wszystkim, co czujemy, łącznie z odruchem podrapania się, nawykową potrzebą uniknięcia dyskomfortu za każdą cenę. Trenujemy pozostawanie obecnymi, otwartymi i przebudzonymi, niezależnie od tego, co się dzieje.

Zostawieni samym sobie, drapiemy się nieustannie, szukając ulgi, której nigdy nie zaznamy. Lekarz jednak mówi: „Jesteś ciężko poparzony trującym bluszczem. To całkowicie uleczalne, ale musisz postępować zgodnie z zaleceniami. Jeśli będziesz się drapać, swędzenie się nasili, to pewne. Zastosuj zatem ten lek. To pomoże. Dzięki temu twój problem się zmniejszy, a w końcu w ogóle zniknie”. Jeśli dziecko ma w sobie wystarczająco dużo miłości dla samego siebie i chce wyzdrowieć, to zastosuje się do zaleceń lekarza. Ujrzy oczywistą logikę słów lekarza i przetrzyma krótki okres niewygody swędzenia bez drapania. Potem, stopniowo, zacznie zbierać plon. To nie doktor czy też ktoś inny zostanie nagrodzony: to ty sam odbierzesz nagrodę, kiedy przekonasz się, że wysypka się zmniejsza, a potrzeba podrapania się stopniowo zanika.

Jak wielu z nas już wie, szczególnie ci, którzy mają silne uzależnienia, zanim nauczymy się trwać ze swędzeniem, może minąć szmat czasu. Ale to jedyna droga. Jeśli będziemy się drapać, to nie tylko swędzenie stanie się silniejsze, ale my sami będziemy czuć się coraz bardziej jak w piekielnej otchłani. Nasze życie jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli i stanie się jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne. Trzy klasyczne sposoby na poszukiwanie ulgi w niewłaściwych miejscach to pogoń za przyjemnością, odrętwienie i agresja: albo się od czegoś odcinamy, albo czegoś chwytamy. Bywa, iż rozwijamy taki styl drapania, w którym inni stają się naszą obsesją i przedmiotem wściekłości, lub pławimy się w nienawiści do samych siebie.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Buddyzm wskazuje na zaabsorbowanie samym sobą i lęk przed byciem obecnym jako na korzeń naszego niezadowolenia. Łatwo przeskakujemy od otwartości i wrażliwości – od żywego, przebudzonego odczuwania – do wycofania. Ciągle uciekamy od dyskomfortu i chwytamy się rozwiązań tymczasowych, nigdy niedotykających korzenia problemu. Jesteśmy jak struś próbujący znaleźć ulgę w chowaniu głowy w piasek. Ta ucieczka od wszystkiego, co nieprzyjemne, ten nieustający cykl unikania teraźniejszości określany jest właśnie jako egocentryzm, lgnięcie do siebie lub ego.

Fragment z książki „Rusz z miejsca” Pemy Chödrön, Wydawnictwo Zwierciadło.

Rusz z miejsca Pema Chödrön Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze