Najwyższa góra świata to dla bogaczy z Zachodu szczyt marzeń albo kaprys jednorazowej przygody z górami. Dla Szerpów to świętość, miejsce, za które czują się odpowiedzialni.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” /2026.
Na Mount Everest dociera co roku około 800 osób. Liczba chętnych stale rośnie. Żeby wejść na najwyższy szczyt świata, trzeba mieć bardzo dobrą kondycję, odporność psychiczną, doświadczenie wysokogórskie i… zasobny portfel. Koszt takiej wyprawy dla jednej osoby to w wersji niskobudżetowej, bez przewodnika i tragarzy, około 30 tysięcy dolarów, a wersji „full serwis” nawet 100 tysięcy dolarów, czyli około 400 tysięcy złotych (równowartość kawalerki w dużym polskim mieście).
Komercyjne wyprawy na Everest zaczęły się na początku lat 90. XX wieku. Powstały wtedy agencje, które zajmują się kompleksową organizacją wypraw i zapewniają wszystko: formalności, zezwolenia, transport, logistykę karawany, opiekę przewodników, tlen, sprzęt i funkcjonowanie obozów. Z ich usług każdego roku korzysta kilkaset osób, które spełniają marzenie o zdobyciu najwyższej góry świata. Wcześniej Everest dostępny był jedynie dla zawodowych himalaistów, którzy brali udział w pojedynczych elitarnych wyprawach wspieranych przez narodowe rządy.
Na wąskiej grani szczytowej sznurek ludzi. Kolorowe puchówki jedna przy drugiej drgają na wietrze. Każdy człowiek to osobna historia, inny poziom strachu i ambicji. Łączy ich ten sam cel, jedna lina poręczowa i to samo tempo marszu. Zdjęcie kolejki na Everest co roku obiega media i wzbudza emocje. Wąskie okno pogodowe sprawia, że wiele wypraw atakuje szczyt w tym samym czasie. Tworzy się korek, który jest jednocześnie absurdalny, przerażający i symboliczny. Nie da się z niego wyjść, wyprzedzić ani zawrócić. A powyżej 8000 metrów, w strefie śmierci, każda minuta trwa dłużej niż zwykłe 60 sekund – przestój oznacza zużycie tlenu, spadek temperatury ciała, ryzyko błędu. Stanie w tej kolejce jest po prostu realnym zagrożeniem życia. Everest zdaniem ekspertów nie jest najtrudniejszą technicznie górą – problemem jest wysokość i niewiadoma, jak na nią zareaguje organizm. Na obrzęki mózgu i płuc, zawały, udary czy zakrzepicę umierają nawet doświadczeni himalaiści.
Historycznie najwyższa góra świata zabiera rocznie cztery, pięć osób, choć bywają też bardziej tragiczne lata. W 2023 roku zginęło aż 18 osób z różnych przyczyn, w tym upadków, wyczerpania i choroby wysokościowej. Do tragedii prowadzą także zdarzenia losowe, jak trzęsienie ziemi czy lawina, która w 2015 roku spustoszyła bazę pod Everestem, zabierając 22 osoby. Dane są wstrząsające, ale dla chcących zdobyć najwyższy szczyt świata to tylko statystyki. Chętnych mimo ryzyka wciąż przybywa.
Czytaj także: Wyżej tylko niebo. „Ostatnia wyprawa”, poruszający film o Wandzie Rutkiewicz
W maju zeszłego roku czterech byłych brytyjskich żołnierzy wyruszyło z Londynu i w niecałe pięć dni dotarło na szczyt Mount Everestu – znacznie szybciej niż standardowa wyprawa, która zwykle trwa sześć do ośmiu tygodni. Zamiast tradycyjnej aklimatyzacji w górach uczestnicy stosowali przygotowanie z użyciem ksenonu – gazu, który był używany kiedyś jako środek znieczulający i jest zakazany w sporcie przez Światową Agencję Antydopingową. Substancja ta poprawia tolerancję wysiłku na dużej wysokości i zmniejsza objawy choroby wysokościowej. Pobudza produkcję erytropoetyny – hormonu, który zwiększa liczbę czerwonych krwinek. Dzięki temu krew lepiej transportuje tlen, co jest kluczowe w warunkach niedotlenienia. Ekspedycja Brytyjczyków była rekordem prędkości, ale w środowisku wysokogórskim wzbudziła kontrowersje. Dla części to był przełom naukowy, dla innych ryzykowny skrót, który podważa tradycje i wartości wspinaczkowe. Nepalskie władze mają wątpliwości, czy takie wejście powinno być oficjalnie uznane. A premier Nepalu skrytykował metodę jako „nieuczciwą wobec Mount Everestu”. Ekspedycja ta pokazała coś jeszcze: zupełnie inne podejście ludzi Wschodu i Zachodu do najwyższej góry świata.
Czytaj także: Filmy o górach – o przetrwaniu i wyprawach górskich
W języku nepalskim na Mount Everest mówi się Czomolungma, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: Bogini Matka Świata. Dla Szerpów góra nie jest „czymś do zdobycia”, lecz żywym bytem, któremu należy okazywać pokorę i szacunek.
Nepalscy przewodnicy nie zaczynają wspinaczki, dopóki góra nie zostanie poproszona o zgodę w ceremonii Pudża. Ten zakorzeniony w buddyzmie tybetańskim rytuał nie jest legendą, ale rzeczywistą praktyką stosowaną przez Szerpów podczas każdej wyprawy. Przed namiotami budują z kamieni niski ołtarz, układają na nim ofiary (ryż, herbatę) i flagi modlitewne. W ciszy gromadzą wokół liny, czekany, buty – wszystko, co podczas wyprawy będzie decydować o życiu. Lama albo Szerpa recytuje mantry, a dym z kadzideł unosi się nisko nad lodem. Dopiero gdy sprzęt zostaje pobłogosławiony, a flagi modlitewne zaczynają trzepotać na wietrze, można ruszać w drogę.
– Podczas Pudży nie prosimy o szczęście ani o odwagę. Chcemy oddać górze cześć, uznać jej siłę i okazać szacunek. Wielu wspinających się na Everest zupełnie tego nie rozumie. To dla nich miejsce jak inne, nie widzą problemu, żeby zabić w bazie jaki dla świeżego mięsa albo pozostawiają po sobie śmieci – mówi Apa Sherpa, nepalski wpinacz i przewodnik, który jako pierwszy w historii zdobył Mount Everest 21 razy i długo był rekordzistą w liczbie wejść na najwyższą górę świata. Apa i inni Szerpowie wierzą, że arogancja oraz brak szacunku wobec gór i natury w ogóle mogą sprowadzić nieszczęście. Kiedy w listopadzie 2014 roku w lawinie zginęło 16 Szerpów, Apa wypowiedział się krytycznie o nadmiernej komercjalizacji i wzroście liczby wypraw, wzywając do ograniczeń i większego szacunku dla góry. Apelował, żeby zostawić Everest w spokoju. Mówił, że za dużo osób się wspina w tym samym czasie i że miejsce to potrzebuje odpoczynku. Szacunek dla gór (nie tylko Everestu) to zdaniem Apy podstawa każdej wspinaczki. Dopiero na drugim miejscu ważne są silne ciało i psychika.
Apa Sherpa, jeden z najsłynniejszych ludzi gór na świecie. Ambasador marki THULE. (Fot. Adventure Production)
Duchowy wymiar relacji miejscowej ludności z Czomolungmą świetnie pokazano w filmie „Ciemna strona Everestu”, który można oglądać w kinie albo od 21 marca na platformie mdag.pl. Dokument w reżyserii Jamesa Watta był jednym z najchętniej oglądanych filmów podczas zeszłorocznego MDAG i znalazł się w sekcji „Ulubione filmy publiczności edycji online 22. MDAG – top 15”. Opowiada o wyprawie Szerpów, którzy postawili sobie wyjątkowo trudne zadanie: odnalezienie i transport ciał zmarłych himalaistów – według szacunków na zboczach góry nadal znajduje się ich około 200. Są przysypane grubą warstwą śniegu, pokryte lodem albo znajdują się w lodowych szczelinach. To sprawia, że ich sprowadzenie jest niezwykle trudne, kosztowne, a często wręcz niemożliwe. Jednak dla Szerpów, dla których góra ma charakter święty, pozostawienie na niej zmarłych to naruszenie jej sacrum. Zwłoki na zboczu góry przerywają buddyjski cykl życia – ciała powinny zostać zwrócone rodzinom, aby mogła nastąpić reinkarnacja. Niestety, wiele ciał pozostanie na zboczach Everestu, stając się ponurym elementem krajobrazu dla innych zdobywców, a dla Szerpów wyrzutem sumienia i skazą na świętości góry.
Potocznie szerpą nazywamy każdego tragarza oraz przewodnika wysokogórskiego. W rzeczywistości to nazwa ludu, bo Szerpowie to grupa etniczna zamieszkująca głównie region Khumbu w Nepalu na wysokościach często przekraczających 3500 metrów. Znani są z wyjątkowej wydolności na dużych wysokościach, która jest ich naturalną cechą powstałą w wyniku wieloletniej adaptacji biologicznej do życia w warunkach niskiej zawartości tlenu. Potrafią wnieść 40 kilogramów na wysokość powyżej 7000 metrów, gdzie większość ludzi ledwo jest w stanie nawet iść bez tlenu. – Szerpowie robią w górach wszystko: mocują liny, wnoszą zapasy, rozbijają namioty i obozy. W tym czasie klienci z Zachodu aklimatyzują się. Nawet po zejściu ze szczytu praca Szerpów się nie kończy: wracają do baz, żeby posprzątać – tłumaczy Apa.
To właśnie dzięki nim tysiące osób z całego świata może spełniać marzenia o zdobyciu Mount Everestu. Choć czy ostatecznie staną na szczycie, zależy głównie od szczęścia, kondycji organizmu i pakietu obsługi, jaki wykupili. Jeśli jest to „full serwis”, to Szerpowie zapewnią im wniesienie całego ekwipunku (nawet aparatu fotograficznego), wsparcie przy wejściu i odpowiednią opiekę podczas aklimatyzacji, w tym dobre posiłki podane pod nos i czas na regenerację. Dają też komfort psychiczny, poczucie, że można na kogoś liczyć, a to w górach jest bardzo ważne. Na tym właśnie polega praca Szerpów, którzy dzięki komercyjnym wyprawom mogą utrzymywać rodziny. To zawód obarczony ogromnym ryzykiem, ale dla wielu jedyna możliwość zarabiania. Każda ekspedycja to realne narażenie życia, a dla rodziny ogromny stres i godziny modlitw o szczęśliwy powrót do domu.
– Kiedy dostałem możliwość, żeby na stałe przenieść się do USA, najbardziej ucieszyła się z tego moja rodzina. Gdyby nie ta propozycja, pewnie wciąż bym się wspinał, a oni umieraliby ze strachu podczas każdej wyprawy – mówi Apa Sherpa. Miał 12 lat, gdy po raz pierwszy ruszył w góry jako tragarz. Nie dlatego, że chciał – musiał. Jego ojciec zmarł, gdy Apa był dzieckiem. Dla matki i rodzeństwa praca małego Apy była jedyną szansą na zdobycie pieniędzy i przeżycie. Poruszony wspomina, jak pierwszy raz poszedł jako przewodnik na Annapurnę.
– Śmierć zajrzała mi w oczy, bo zaskoczyła nas lawina. Myślałam wtedy, że to będzie moja pierwsza i już ostatnia wyprawa. Ale kiedy wróciłem do domu, zdałem sobie sprawę, że nie mam wyboru – muszę się wspinać dalej.
Apa Tenzing Sherpa, nepalski himalaista i Szerpa, ambasador marki THULE. (Fot. Adventure Production)
Podczas wypraw nie myślał o pięknie gór, tylko o tym, żeby wrócić do domu z zapłatą. Z czasem stał się Szerpą wysokościowym, a potem jednym z najlepszych i najbardziej doświadczonych ludzi Himalajów. Miał uznanie i bardzo dobre zlecenia. Najwyższą cenę za wspinanie zapłacił jednak poza górą. Gdy był na jednej z wypraw na Everest, jego mała córka zmarła w Nepalu. Pieniądze miały zapewnić rodzinie lepsze życie, ale nie było go wtedy, gdy potrzebowała go najbardziej. Ten moment zmienił jego sposób myślenia o sensie wspinania i odpowiedzialności, jaką ponoszą Szerpowie. Właśnie z tej refleksji narodziła się Apa Sherpa Foundation, założona przez niego w 2010 roku. Fundacja pomaga dzieciom z ubogich rodzin w Nepalu w edukacji, umożliwia im chodzenie do szkoły, płaci nauczycielom, kupuje wyposażenie, sponsoruje posiłki. Rodzice większości tych dzieci są tragarzami i należą do najbiedniejszych mieszkańców regionu.
Apa podkreśla, że bez wykształcenia ludzie są skazani na trudne fizyczne prace i nie mają innych możliwości w życiu. – Bez edukacji nie mamy wyboru – mówi. Ma jeden cel: żeby dzieci Szerpów nie musiały iść w góry z przymusu, tak jak on. Chce, żeby miały wybór. Bo choć Everest dał mu wszystko, również wiele zabrał.
Edit: W lutym 2026 roku, już po opublikowaniu tego artykułu, parlament Nepalu ogłosił projekt ustawy, która ma ograniczyć wstęp na Mount Everest. Aby otrzymać pozwolenie na wejście na najwyższy szczy świata wspinacze będą musieli udokumentować zdobycie innego nepalskiego szczytu o wysokości co najmniej 7000 metrów. Przepis ten ma ograniczyć wejścia niedoświadczonym, nieprzygotowanym turystom a tym samym zmniejszyć liczbę wypadków. Wzrośnie również opłata (do 15 000 USD), między innymi w celu pozyskania środków na sprzątanie śmieci na górze. Ekspedycje będą mogły być prowadzone wyłącznie przez Sherpów. I całkowicie zmniejszy się liczba wydawanych pozwoleń, aby zmniejszyć kolejki.