1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Motyle w brzuchu zabijają wszelki rozsądek... Nawet przy wyborze roweru

Motyle w brzuchu zabijają wszelki rozsądek... Nawet przy wyborze roweru

Fot. Materiały partnera
Fot. Materiały partnera

Nie wierz Michałowi

Wybieranie roweru drugiej połówce jest jak misja saperska, wiem z autopsji. Dlatego wolę doradzać w tych sprawach bliższym i dalszym znajomym. Bo z wyborem roweru jest jak ze swataniem. Trzeba znać tych dwoje i wiedzieć gdzie ich ten związek zaprowadzi. Zakochani nie mają o tym zielonego pojęcia. Motyle w brzuchu zabijają wszelki rozsądek.

Kiedy przyszła ta wiadomość nie widziałem jeszcze treści tylko sygnaturkę Paulina G. co mnie nieco zaintrygowało, bo o tej porze? Do mnie? Odłożyłem książkę i powiedziałem żonie „Twoja Paulina się chyba pomyliła i napisała do mnie.” „No to przeczytaj” zripostowała. Przesadnym tonem odczytałem: „Miłosz, rozmawiamy z Michałem o rowerze dla mnie…” zanim dojechałem do „mnie” telefon wpadł w dreszcz raz jeszcze i pokazało się zdjęcie. Uuu, niezły! Pomyślałem i poprawiłem poduszkę podciągając się wyżej. „Paula chyba chce zostać rowerową instagramerką” powiedziałem, a moja bystra ukochana sarkastycznie odbiła „No to chyba Michał by chciał”. Fakt, ale sam rower obejrzałem z igłą w zazdrości w sercu. Rasowa gravelówka z kierownicą przy samej ziemi, na tłustych kołach i absolutnie genialnym malowaniu, no i jeszcze ta owijka kierownicy z efektem kameleona. „Red 13 i Zippy 32 na 54 mm” powiedziałem w zasadzie do siebie, bo niektóre kobiety tego nie rozumieją. Kasia zmarszczyła nosek z nieukrywaną dezaprobatą, osteeentacyjnie przełożyła stronę w swojej Cherezińskiej, więc pobudzony i już nieśpiący postanowiłem przenieść się do kompa i obejrzeć detale na większym ekranie.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

Jedwabisty, ale przecież ona na nim nie będzie jeździć

Postanowiłem ostrzec moją przyjaciółkę, że jej mąż planuje kupić sobie nowy rower, pod przykrywką „kochanie zasługujesz na najlepsze”. Stwierdziłem, że w czterech, pięciu zdaniach się zmieszczę, a potem jeszcze raz obejrzę sobie skróty z Paris Roubaix. To taki wyścig po brukach z czasów I wojny światowej. W tym roku zawodowcy zaliczyli średnią 50 km/h. Nie wiem czy to byli Ziemianie.

Lubię Michała i wiem, że on chce dla swojej drugiej połówki jak najlepiej i w sumie faktycznie wybrał najlepszą opcję… dla siebie, bo Misiek - jak wielu facetów - nie kupuje roweru do życia, tylko do pewnej wizji siebie, w której wszystko się zgadza: pogoda, strój, forma i czas, a świat współpracuje jak dobrze zaprojektowany interfejs. I tu pojawił się we mnie pierwszy konflikt, bo Paulina to kobieta z krwi i kości. Żyje pełna piersią i choć czerpie z życia ile w wlezie, to nie żyje wyłącznie dla siebie. Elastycznie dopasowuje się do sytuacji i kontekstu. Jak jest zabawa, jest wodzirejem. Jak trzeba coś zrobić, bierze na siebie lwią część. Jak towarzystwo chce uprawiać sport, pierwsza jest przynajmniej na starcie. A jak jest wyjście do opery, to robi się na bóstwo, wkłada szokujące kreacje i libretto zna na pamięć. W oryginale oczywiście. Dlatego Paulina na gravelówce... pasuje tylko do jednego z tych scenariuszy.

Ty chcesz na rower jak Cię nosi!

Strzeliłem palcami w klawisze i poszło łatwo: „Paulinko! Nie wierz Michałowi” i już miałem wstawić kropkę, ale zreflektowałem się, bo to fajny gość. Kurczę, muszę to dokładniej wytłumaczyć.

Paulinko! Nie wierz Michałowi... że to jest najlepsza opcja. I dalej cisnąłem w klawisze:

Po pierwsze gratuluję podwyżki, nie szukacie tam u was kogoś kto się zna na rowerach? Ten rower ze zdjęcia to faktycznie zajefajna maszyna i jeśli planujesz trzy, cztery gravelove ultra starty w tym sezonie to bierz w ciemno. Tylko błagam nie mów mi potem, że nie możesz nim codziennie do pracy. Ten ze zdjęcia się do tego nie nadaje. Ja już nie mówię nawet, że wymiana części eksploatacyjnych, opony, łańcuch itp. to potem grube wydatki. To jest tak, jakbyś chciała ujeżdżać rajdówkę jako daily. Takie auta wozi się na start lawetą. Roweru teoretycznie nie trzeba wozić na lawecie i rzeczywiście jak się człowiek uprze to można, nawet do pracy. Ja sobie robię „rowerowe czwartki” i jadę moją flagową gravelówą do roboty. Tylko wiesz, wszyscy w biurze patrzą na mnie jak na kosmitę, obcisłe stroje, kask jak ze Star Wars. Jak skończę, wsiadam i wracam do domu przez... Oświęcim. W sumie ponad 100 km. Na co dzień jeżdzę starym gruzem, bo mi szkoda tej wymuskanej maszyny. Ok, może masz rację. Jestem Krakus, więc pewnie bardziej chodzi o tego węża w kieszeni niż wstyd przez współpracownikami. Jak dwa razy w tygodniu, prosto po pracy zrobisz Gassy, albo Górę Kawiarnię, no to ten bolid ze zdjęcia będzie dobrą inwestycją.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

Tylko z tego co cię znam, to ty chcesz wsiąść na rower wtedy, kiedy cię nosi. Albo kiedy wolisz rower od metra czy samochodu. Kiedy trzeba gdzieś być, a nie wtedy, kiedy warunki są optymalne. To oznacza jazdę w sukience, w płaszczu, między jednym spotkaniem a drugim, czasem w deszczu, czasem pod wiatr. Czasem bez żadnej ideologii poza prostym „chcę się gdzieś dostać i nie wyglądać na miejscu jak aktorka z planu Dunkierki” z ufloganą nogawką spodni za miliony monet i ciągle spadającą z ramienia torebką.

Wysoka kierownica zamiast szpilek

Bo sportowy rower jest jak… O! Wiem! Buty na wysokich obcasach. Chcesz ich, ale cierpisz. I wracasz z imprezy boso. Ja ci proponuję wysoką... kierownicę, bo to przeciwieństwo szpilek. Nie jest szykowna, ale pokochasz ją jak baleriny. Nie uświadczysz takich na zdjęciach tych wymuskanych rowerowych instagramerek. Nie budzi pożądania, ale w praktyce decyduje o tym, że będziesz chciała pojechać i dalej i częściej.

Podobną sprawą są błotniki. Najmniej seksowny element roweru. Ale nie kawałek kartonika pod siodełkiem, tylko takie głębokie, uczciwe, dobrze dopasowane. Opinające koło i mocowane grubymi, solidnymi drutami montażowymi. Takie nie będą dzwonić nawet na dziurach. Tu nie są Kanary, czasami leje przez tydzień. A takie błotniki pozwalają jechać szybko po mokrym i przez kałuże bez abstrakcyjnego rzuciku błotem w miejscu gdzie plecy tracą swe szlachetne miano. Zresztą w miejscu gdzie plecy to wciąż jeszcze plecy, też jest suchutko. I czysto. Dlatego popatrz na tego Krossa.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

Inkluzywny Myk myk, czyli sztyca opuszczana bez tajemnic

Paula, jeszcze jedno: „sztyca opuszczana”! Podejrzewam, że ty wiesz, że to „dropper” czy „myk myk”, bo Michał z chłopakami tyle o tym gadali jak wrócili z wypadu enduro do bikeparku w Srebrnej Górze. Ale tak na wszelki wypadek o tym piszę, bo niektóre moje koleżanki twierdzą, że to pojęcie jest za trudne, wręcz wykluczające. Ale uwierz mi, w rowerze na miasto kiedy, co chwilę stajesz na światłach, przed zatrzymaniem naciskasz dźwigienkę i „myk” - siodełko się obniża, a ty czekasz na zmianę siedząc na siodełku! Jak mistrzyni. Na zielonym, wracasz na pedały, dźwigienka, siodełko znów robi „myk” - się podnosi. Wtedy kręcisz z godnością królowej, a nie jak pokurczony dostawca z lodówką na plecach. Wiesz dlaczego? Bo masz wysoką… tak jest, bystrzaku, wysoką kierownicę masz. Siedzisz bardziej pionowo, głowa jest wyżej i łatwiej rozglądać się na boki, więc bezpieczeństwo level master. A nie ledwie łypiesz spod kasku wyginając szyję do granic możliwości. Jazda takim rowerem pozwala zachować godną pozycję i nie trzeba potem umawiać zabiegów fizjoterapii kręgosłupa szyjnego. Ani domagać się polisy OC od nieostrożnego kierowcy. Bezpieczeństwo level master.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

Rower ale nie motorower

Na klasyczny argument Michała, że mieszczuchem siedząc pionowo pracujesz głównie żeby pokonać opory aerodynamiczne jest antidotum. Silnik wspomagający! Wiem, wiem. Kiedyś o tym rozmawialiśmy, więc nie przypominaj mi przestępców na elektrycznych skuterach roztrącających pieszych na chodniku. Też ich nie cierpię. Spokojnie, ja ci proponuję Rower. Przez duże „R”. Legalny, aprobowany przez policję i przepisy Kodeksu Ruchu Drogowego. Dający takie same prawa jak wszystkie inne rowery. Franio ma 9 lat, prawda? Więc jeszcze przez rok możesz z nim legalnie, jako opieka jechać chodnikiem! Zawsze! I jak nie będzie świrował, to nikt ci nie ma prawa złego słowa powiedzieć - takie są przepisy. Kropka. Właśnie dlatego polecam ci rower ze wspomaganiem bardzo znanej firmy Bosch, a konkretnie model CX koniecze piątej generacji - zapisz sobie - bo z tym się łączy jeszcze kilka ważnych spraw i nie myśl, że to jest jakaś reklama. Koledzy Michała mówią o nim gamechanger, słyszałem na własne uszy.

I pamiętaj o najważniejszym to wciąż jest rower, jak się chcesz zmęczyć jak na rowerze, wyłączasz elektrykę. Jedziesz jak na zwykłym rowerze. Dopiero kiedy podjazd robi się stromy większy cieżar takiego roweru wymaga więcej siły. Dlatego nawet jak ci się całkiem bateria rozładuje, trudno w to uwierzyć bo jest naprawdę ogromna, 800 Wh, jak pół magazynu energii od dużego dostawcy, zawsze możesz do dom wrócić o własnych siłach. Bo to nie działa jak jak auto elektryczne, tylko taka hybryda.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

Jasne, „elektryk” jest cięższy, bo ma silnik i akumulator, ale dopóki nie będziesz go musiała nosić, to się nie połapiesz. Silnik nie tylko rekompensuje ten zwiększony ciężar, pomaga pokonać opór powietrza i wichurę i podjazdy. Ale czekaj, czekaj... Może dlatego Michał się go obawia, bo będzie musiał ostrzej cisnąć jak gdzieś pojedziecie razem? Pamiętasz, jak moja Kasia mówiła o tych

naszych wakacjach na Suwalszczyźnie? Ja na gravelu, ona na elektryku - nawet podobny do tego Krossa był. Na boszu i z myk mykiem, tylko koła miał mniejsze i przez to bardziej trzęsło. W Influxie są legitne 29”. Jak trzeciego dnia po dwóch stukilometrowych wycieczkach wróciliśmy po nocy, a ja na liczniku zobaczyłem 120 z hakiem, to sam zaproponowałem ten wypad do Kłajpedy. Tylko po to, żeby trochę w aucie odpocząć. Myślę, że Michał musiał słyszeć tę historię. A teraz mi się nasunęło jeszcze to, że ten jej rower miał takie same lampki jak Kross - też zapisz. Ja nie wiem jak my byśmy bez niego wrócili do tej agroturystyki, tam są same szutrówki i bruki. Kierowcy mrugali żeby włączyła światła mijania. Influx je ma! Serio!

Bez obaw

Nie przyjmuję też argumentów o problemach elektryków. Ten jego kumpel co mu się ten „elektryk” w kółko psuł to kupił wynalazek, ulepa z ogłoszenia w internecie. Jednorazówka, druciarstwo, partyzantka. I jeszcze do tego ci szemrani „specjaliści” od tuningu i napraw. Wariactwo. Wiesz co? Cud, że im się wtedy chata nie spaliła. Bosch ma hopla na punkcie bezpieczeństwa, procedury przy produkcji lepsze niż w misji Artemis, ciągły monitoring ogniw w systemie, specjalne metalowe obudowy, żeby w razie zderzenia zmniejszyć ryzyko. Obsesja. Nie słyszałem o problemach z tymi nowoczesnymi silnikami, a dużo kolegów ma. Chyba by nie zaryzykowaliby renomy jaką mają w AGD, częściach samochodowych itp. Ogarniają te wspomagania.

Wzmacniacz sterowany telefonem

Dla mnie najważniejsze, że to nowe wspomaganie Bosch CX w Influxie nie działa jak napęd zastępczy, tylko jak wzmacniacz intencji. Czyta, co robisz z pedałami, i dokłada dokładnie tyle, ile trzeba, żeby wyrównać rzeczywistość - czy to będzie podjazd, czy wmordęwind, który akurat w Waszej okolicy potrafi mieć bardzo osobisty stosunek do człowieka.

W efekcie dzieje się coś ciekawego, bo nie masz poczucia, że ktoś Cię wiezie, tylko że nagle jesteś w lepszej formie, niż pamiętasz, i możesz podjąć decyzję, czy chcesz jechać lekko, czy jednak szybciej, a jeśli akurat masz dwadzieścia minut na dotarcie gdzieś bez śladu zmęczenia, to najmocniejszy tryb rozwiązuje temat bez całej tej heroicznej narracji o pokonywaniu siebie, która średnio sprawdza się między jednym spotkaniem a drugim. Ja ci nie będę mówił, że on ma 100 Nm maksymalnego momentu obrotowego, ale ci powiem, że w Kasi aucie jest połowa z tego. Przy czy ja też uważam, że ta stówa to jest backup, a na co dzień połowa jego możliwości w trybie Eco to jest świat. Zresztą jakby Michał chciał się pobawić tą aplikacją, bo tobie się pewnie nie będzie chciało, to ona się Flow nazywa. Jest i na androidowe i aploskie telefony. Jak ją masz, to z telefonu możesz sobie zażyczyć więcej, albo mniej mocy. Albo ograniczyć taką zadziorność w uruchamianiu się silnika, żeby cię nie zaskakiwał. A ja, jak jeżdżę ze wspomaganiem to korzystam w Boschu z takich trybów automatycznych z plusem, bo one dają pełną moc jak poczują - tam są w środku czujniki - że ty dajesz z siebie wszystko. Jak lekko naciskasz to jest spokój i pełna kontrola, żadnych szaleństw, nic nie szarpie i można naprawdę duże dystanse pokonać. O

właśnie, byłbym zapomniał tego nowego silnika to prawie w ogóle nie słychać! Więc to nie jest jakgdzie indziej - wycie i klekot. Tu, jak się włącza jest tylko delikatny szum. Nie wiem czy skomponował go Hans Zimmer, jak dźwięk do elektrycznego BMW, ale spoko jest.

Fot. Materiały partnera Fot. Materiały partnera

S Klasa

Ale wiesz dlaczego ja ci go najbardziej tego konkretnego Influxa na Boschu polecam? Bo w nim jest ABS! Bosch, jeszcze w 1978 r zrobił go dla Mercedesa. Tamta S Klasa miała być super samochodem. Tak, ty też masz ABS w swoim aucie. Zresztą teraz już nie sprzedają samochodów bez układu przeciwdziałającego zablokowaniu kół w czasie hamowania. Nawet w motorach to dają. W rowerówce to wciąż technologia niespotykana. A ten Kross na Boschu go ma standardzie! Możesz wreszcie bez obaw używać tego przedniego hamulca, bez ryzyka, że ci się koło na bok uśliźnie, czy, że przelecisz przez kierownicę i znowu przeszlifujesz kolana. No i wreszcie Michał będzie zadowolony, że hamujesz skuteczniej, „bo ten tylny to takie pitu, pitu”. Jak bym go słyszał. No, ale z drugiej strony, ma chłop rację.

A propose bezpieczeństwa. Ty wiesz, że w tym Influx Hybrid SUV 6.0 800 - romatnyczna ta nazwa, no nie;) jest nawet system przeciwkradzieżowy? A to nie jest standard nawet w znacznie droższych rowerach. Zapinasz sobie takim sprytnym O Lockiem tylne koło. Ten zamek jest na stałe przyczepiony do ramy, dlatego nie hałasuje i nie trzeba pamiętać, żeby zabrać go ze sobą, ale jest coś jeszcze. Wyłączasz prąd guzikiem i system wchodzi w tryb czuwania. Jak ktoś ruszy rowerem, to ty dostajesz powiadomienie na aplikację, że coś się dzieje, a złodziej, po takim dość głośnym brzęczeniu się zorientuje, że może lepiej poszukać jakiegoś innego obiektu. A jak jest nie kumaty i postanowi go jednak rąbnąć, bo z roztargnienia nie zapięłaś tej blokady, w co oczywiście nie wierzę, to owszem odjedzie, ale po pierwsze, nie włączy silnika, a ty możesz śledzić jego pozycję. Roweru, bo jak złodziej ucieknie bez roweru to samego złodzieja system już nie śledzi. I jeszcze coś, akumulator - najdroższa część w rowerze - nie pozwoli się uruchomić nawet po włożeniu w inny rower. Dla złodzieja staje się bezwartościowy… Oni wiedzą takie rzeczy i Boscha nie tykają.

No i pisałem i pisałem, zrobiła się północ, a ja coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że może moja żona też potrzebuje nowego roweru? „Red 13 i Zippy 32 na 54 mm” to by było coś.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email