fbpx

Kryzys może się stać trampoliną

Kryzys może się stać trampoliną
W kryzysie można poznać się na nowo. Warto skorzystać z tej szansy. (Fot. archiwum prywatne Justyny Szawłowskiej)

Czasem, gdy dotkniesz dna, masz szansę się odbić i wypłynąć na szerokie wody – mówi Justyna Szawłowska, wydawca i redaktor naczelna „Korpo Voice”. Przez wiele lat pracowała w korporacji, ale rzuciła etat i… wcale nie wyjechała w Bieszczady, a wzięła los we własne ręce.

 

Dwa lata temu temu zastanawiałaś się, czy nie porzucić swojego „dziecka” – gazety „Korpo Voice” i nie powrócić do korporacji. Nadal masz na to ochotę?
Czasem tak. Choć pewnie nie czułabym się z tym dobrze. Z jednej strony miałabym spokój, nie musiałabym się nieustannie martwić o swój biznes. O to, czy na pewno decyzje, które podejmuję są właściwe i czy klient na czas opłaci fakturę. W korporacji miałabym stałą pensję, benefity, płatny urlop i owocowe czwartki (śmiech). I pewnie w przeciwieństwie do tej Justyny, którą byłam kilkanaście lat temu, teraz łatwiej byłoby mi się w korporacji dostosować do oczekiwań „góry”. Byłabym mniej asertywna, gdy coś mi się nie podobało. Potrafiłabym odpuścić, w końcu to nie byłaby moja firma, więc nie czułabym takiej potrzeby, by wypruwać sobie dla kogoś żyły, czy też udowadniać swoją rację. Z drugiej strony, pewnie bym się znów dusiła, grzęznąc w procedurach, przy ograniczonej decyzyjności i wpływie na to, co robię. Ale miałabym spokój. Mogłabym wyjść z pracy i o niej nie myśleć. Prowadząc własny biznes, nie ma się takiego komfortu i na pewno potwierdzi to każdy przedsiębiorca.

Cztery lata prowadzę już własną gazetę i wiem co to znaczy praca 24 godziny na dobę – dosłownie. O własnym biznesie myśli się cały czas. 

Co się stało, że zaczęłaś myśleć o powrocie do korporacji? Przecież z tego, co wiem, prowadzenie własnej firmy było twoim marzeniem.
Tak, był taki moment. Wpłynęło na to wiele czynników. Przede wszystkim dwa lata temu, po kilkunastu latach związku rozstałam się z moim partnerem i ojcem mojego dziecka. Wyprowadziłam się, zaczęłam wszystko od nowa. Bez planu, bez lokum, jako 36-letnia kobieta z dzieckiem wróciłam do rodziców, do rodzinnego domu w Grodzisku Mazowieckim i nie miałam wtedy głowy do pracy. Najchętniej zagrzebałabym się pod kołdrą i w ogóle nie wstawała z łóżka, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Tym bardziej, że teraz musiałam przecież polegać wyłącznie na sobie. Zatem co rano z niechęcią wstawałam, prowadziłam syna do przedszkola i brałam się do roboty. Szło jak po grudzie, ale szło. Nie było wyjścia. Jak to mówią „Popraw koronę, podwiń rękawy, otrzyj łzy i bierz się do roboty”. Tak też robiłam.

Gdybyś pracowała w korpo mogłabyś wziąć L4 i na spokojnie przeżyć żałobę po związku…
I właśnie dlatego zaczął mi się marzyć powrót do pracy etatowej, pracy dla kogoś. Było mi ciężko. W dodatku świadomość, że dobijam do czterdziestki, jeszcze bardziej potęgowała poczucie życiowej porażki. Czułam się zmęczona, przyszłość nie jawiła mi się w atrakcyjnych barwach. Miałam wrażenie, że znalazłam się na dnie, że już nic dobrego mnie nie spotka, że za późno na kolejne plany, a poza tym nic mi się nie chciało, na nic nie miałam siły. Patrząc jednak na tamten czas z perspektywy, myślę dziś, że to dobrze, że nie mogłam pójść na L4 i zakopać się pod pierzyną, rozpaczając nad sobą i własnym losem. Musiałam działać, a jak wiadomo, jak się działa, to nabiera się motywacji, by zrobić kolejny krok, i kolejny, i tak powoli człowiek posuwa się do przodu, aż w końcu odkrywa, że zaczyna wracać do normalności, do właściwego tempa. 

Tylko dzięki pracy udało ci się wyjść z kryzysu?
Dzięki działaniu. W tym była praca zawodowa, ale i praca nad sobą, choćby poprzez pierwsze w życiu wizyty u psychologa. W tamtej fazie pomogły mi też rozmowy z wieloma kobietami, które przeszły podobne momenty w życiu. Każda z nich doświadczyła wiele, każdej było ciężko i każda to udźwignęła, stanęła na nogi…ba stanęła na nogi jeszcze bardziej wyprostowana, pewna siebie i bardziej uśmiechnięta niż kiedykolwiek. Pomyślałam sobie, że też dam radę.

Ten kryzys cię zmienił?
Owszem. Zmienił i mnie, i wiele rzeczy w moim życiu. Pozwolił mi na przykład zweryfikować swoje przyjaźnie z niektórymi ludźmi. Zaczęłam otaczać się tymi, którzy są pozytywni, a odsuwać od siebie tych, którzy ściągają mnie w dół. Zaczęłam interesować się rozwojem osobistym, kontaktem ze sobą, co przez większość życia traktowałam po macoszemu. Pogodziłam się sama za sobą, poznałam się na nowo. W efekcie tego wewnętrznego przeobrażenia postanowiłam, że będę samodzielna i samotna, tzn. będę żyć sobie samotnie z synem, bez żadnych mężczyzn. Nie zamierzam znów fundować sobie powtórki z rozrywki, pakować się w związek, w którym traci się własną tożsamość. Wzięłam więc kredyt, kupiłam mieszkanie i pomyślałam: “prawdziwe życie zaczyna się po czterdziestce”.

„Przestałam się oglądać w przeszłość i okazało się, że przyszłość jest dużo ciekawsza.” (Fot. archiwum prywatne Justyny Szawłowskiej)

Plam dobry, a jak wyglądała rzeczywistość?
Tak to już chyba jest w życiu, że jak coś odpuszczasz, to tym samym robisz miejsce na nowe. I tak stało się tym razem u mnie. W chwili, gdy postanowiłam nie wiązać się już z nikim, poznałam miłość swojego życia, mężczyznę, który wspiera mnie, zachęca do działania i rozwoju, i który jest też po prostu świetnym człowiekiem. To dzięki niemu zaczęłam dbać o to, by po intensywnej pracy obowiązkowo zatroszczyć się o czas dla siebie, o regenerację, wyciszenie. Zmieniłam też pod jego wpływem nastawienie do wielu spraw. Dostrzegłam, że dotychczas swoim pesymizmem wiele pomysłów sama sobie psułam, zanim w ogóle doszło do ich realizacji. Dziś staram się nie popełniać już tego błędu. Wciąż myślę racjonalnie, ale mam w sobie więcej odwagi do podejmowania wyzwań. Podobają mi się te zmiany. To po prostu wszystko zaczęło działać. Moja energia zaczęła owocować podczas spotkań biznesowych, zaczęłam wpadać na nowe projekty, jak choćby uruchomienie telewizji korporacyjnej Korpo Tv. Przestałam się oglądać w przeszłość i okazało się, że przyszłość jest dużo ciekawsza. Nawet nie wiem kiedy zorientowałam się, że właściwie średnio trzy  razy w miesiącu zapraszana jestem jako gość do ogólnopolskich programów telewizyjnych z prośbą o reprezentowanie właśnie „korpoludków”. Moja energię dostrzegły nawet media. Zaczęłam być dumna sama z siebie. Pokochałam się na nowo. Zaczęłam wierzyć w siebie. Dziś znowu mam naprawdę taki power żeby działać, że sama zaczynam się bać moich pomysłów. Zaraz lecę np. na Zanzibar poznać jednego uciekiniera z korporacji, który otworzył tam pensjonat – mamy genialny pomysł na zorganizowanie tam właśnie takiego sanatorium dla korpoludków, którzy potrzebują się odnaleźć na nowo. Spotykam naprawdę fantastycznych ludzi. Zaraz, zaraz, nie spotykam. Przyciągam ich, a oni mnie i z tego rodzą się fantastyczne pomysły, a biznes oparty na pasji – zaryzykuję i powiem to – po prostu wychodzi.

Inaczej teraz budujesz swój nowy związek?
Myślę, że tak. Jest on zdecydowanie bardziej partnerski. Nie zamierzam rezygnować z samodzielności i niezależności. Za radą babci, która trzy razy wychodziła za mąż, chcę mieć swoje własne lokum – nawet gdy z moim nowym partnerem zamieszkamy razem gdzieś indziej. Potrzebuję tego minimum bezpieczeństwa. Poza tym widzę też, że jest zupełnie inaczej, gdy obie strony chcą wspólnie pracować nad relacją, kiedy dużo ze sobą rozmawiają, gdy na bieżąco wyjaśniają nieporozumienia, gdy koncentrują się na dobry cechach tej drugiej strony, a nie na wyszukiwaniu wad. Sądzę, że to wszystko efekt nie tylko życiowych kryzysów, ale też pracy nad sobą. I ja, i mój partner mamy za sobą przeżycie rozstania po wieloletnim związku, mamy dzieci, ale też świadomie próbujemy wyciągać wnioski z przeszłości i przekuwać je w wiedzę i umiejętności, które pozwolą nam budować nowe, lepsze relacje. 

Przestałaś myśleć, by porzucić własny biznes i wrócić na etat, skoro wydaje się, że kryzys już na dobre został zażegnany i twardo stoisz na nogach?
Zdecydowanie tak. To była chwila słabości i wynikała z nagromadzenia się trudnych zdarzeń życiowych. Każdy kto ma własny biznes na pewno potwierdzi, że raz na jakiś czas ma ochotę go rzucić. Okazuje się, że to normalne – dwa lata temu myślałam, że tylko ja tak mam. Nie ukrywajmy, samodzielne prowadzenie biznesu, zwłaszcza dla kobiety-matki, jest bardzo trudne. Ja bardzo się angażuję w pracę, mój syn ma 6 lat i kiedyś często myślałam, ile mnie ominęło z jego życia, przez to, że zaczęłam tworzyć i wydawać „Korpo Voice”. Ile razy byłam nieobecna, chociażby myślami, gdy on mnie potrzebował, bo przecież głowę nieustannie zajmowały mi sprawy firmy. To też przerobiłam. Miałam taki okres w życiu. Było minęło. Teraz jest nowe. Teraz jest spokojniej, projekty idą same jeden za drugim, jestem szczęśliwa, a wiadomo, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko.

Uważasz, że kobiety mają trudniej „na swoim” niż mężczyźni?
Widzę to, chociażby patrząc na mojego obecnego partnera. Oboje mamy własne firmy. Tyle że on ma dzieci w weekedny i to raz na dwa tygodnie. Potem może skupić się na firmie, mieć czas na lunch, na sport, na spotkania biznesowe i pracę nawet do 19. Ja matką jestem codziennie i codziennie muszę też zarządzać firmą. Żeby być z synem, gdy wraca z przedszkola (nie chcę, aby siedział tam 10 godzin, a tylko sześć), mogę pracować jedynie do 16 – potem nie ma już miejsca na biznes. Muszę więc wszystko ogarniać w dużym tempie, lepiej wszystko organizować. Dzielić głowę i siły na dwie role. Ostatnio w internecie widziałam taki świetny obrazek, pokazujący różnicę między karierą zawodową kobiet i mężczyzn. Rzecz dzieje się na stadionie. Na bieżni do startu szykują się kobiety i mężczyźni. Kobiety oczywiście są po wewnętrznej stronie okręgu, mężczyźni po zewnętrznej. Przed tymi ostatnimi bieżnia jest pusta, mogą biec bez przeszkód, przed kobietami zaś poustawiano kuchnie, pralki, ciuchy do prasowania, przyrządy do sprzątania, etc. Nic dodać, nic ująć. Tak właśnie wygląda ta równość.

Gdy cię słucham, mam nieodparte wrażenie, że podobne historie opowiadało mi już wiele kobiet. Co ciekawe, wszystkie one podobny kryzys czy to prywatny, czy zawodowy przechodziły w okolicach czterdziestego roku życia.
Ja też dostaję od kobiet w moim wieku takie sygnały. Myślę, że tak się dzieje, bo w tym wieku mamy już za sobą pewien etap życia, pewne doświadczenia. Wiele kobiet-mam ma już na tyle samodzielne dzieci, że nie muszą poświęcać im każdej chwili, więc mogą w końcu zastanowić się nad sobą, swoim życiem, swoimi potrzebami. Kryzys przychodzi wtedy, gdy okazuje się, że wiele z tego, co w życiu robimy to iluzja, nie spełnia naszych oczekiwań. Jeśli jednak mamy odwagę to zauważyć i przyznać, że tak jest, możemy rozpocząć proces zmian. Uważam, że taki kryzys może okazać się trampoliną, która pozwoli wydostać się nam z miejsca, w którym nie chcemy być i wybić nas na wody, którymi przyjemnie nam będzie płynąć. Nie warto poddawać się rozpaczy, korzystniej jest potraktować kryzys jako pewien trudny moment na naszej osi życia. A wówczas, tak jak to bywa z wszystkimi momentami, pojawiają się i znikają, o ile nie będziemy kurczowo próbować ich zatrzymać. 

 Rozmawiała: Izabela Marczak

Kryzys może się okazać trampoliną, która pozwoli wyskoczyć do góry. (Fot. archiwum prywatne Justyny Szawłowskiej)

Justyna Szawłowska – mama, kobieta biznesu i założycielka portalu dla pracowników korporacji Korpo Voice