Las – miejsce duchowej kontemplacji

Wchodź do lasu najczęściej jak to możliwe. Po oddech, po siłę, po spokój, po prawdę o sobie. (Fot. iStock)

Nie musisz czekać na to do emerytury lub rezygnować z wygód miejskiego życia czy pracy. Wchodź do lasu dosłownie i metaforycznie, najczęściej jak to możliwe. Po oddech, po siłę, po spokój, po prawdę o sobie. Tak jak nasze bohaterki z zachwytem obserwuj naturę i ludzi wokół. To najpiękniejszy rodzaj medytacji.

W starożytnych Indiach las był domem pustelników i anachoretów. Miejscem duchowej kontemplacji w celu osiągnięcia ostatecznej wolności, oświecenia. Oddalony od miast i ludzi, pozwalał mnichom na zwrócenie się do wewnątrz. Na modlitwę, medytację i pracę nad sobą. Skąpo ubrani, jedząc tylko to, co znajdą w lesie, i posiadając jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, dążyli do przezwyciężenia pragnień materialnych i potrzeb ciała. Często oddawali się praktykom ascetycznym, odmawiając sobie jedzenia lub wystawiając się przez kilka dni na rażące słońce, chłód czy deszcz. Wszystko w imię pogłębiania świadomości, kontroli umysłu oraz doskonalenia siebie. Właśnie temu służy leśne odosobnienie. Dla wielu kobiet las jest miejscem, do którego uciekają od świata i w którym odnajdują siebie.

Jak zwolnić i odpocząć?

Grażyna Dobroń, dziennikarka radiowej Trójki, zdecydowała się na duże zmiany. Odejście z pracy – na swoich warunkach – podkreśla, i przeprowadzka w góry, gdzie buduje dom. – Nowe życie, nowy świat to duże wyzwanie dla 60-latki – przyznaje. – Nie wiem, co to będzie, ale mam dobre myśli i otwarte serce – dodaje. Dlatego kiedy nachodzą ją chwile zwątpienia, przypomina sobie: „przecież sama wybrałaś”. Nowe życie zaczyna w Borowicach, małej wsi w Karkonoszach, na terenie objętym ochroną Natura 2000. Okolicę zna dobrze i często do niej wraca, bo uwielbia tamtejsze góry i chodzi po nich już od kilkunastu lat. Raz z przyjaciółkami, raz sama. – Przestrzeń i samotność dobrze na mnie działają – tłumaczy. – Wokół szczyty, przyroda, potęga i ja sama w tym wszystkim.

W Karkonoszach ładuje baterie i zwalnia. Celebruje dzień, zachwyca się przyrodą. W miejscu, gdzie będzie stał jej dom, ma za plecami ścianę lasu, a przed sobą drzewostan i góry. Są też dziewięćsiły, 100-letnia lipa, z którą jest po imieniu, a blisko wodospad i źródło św. Anny o potężnej sile zdrowotnej. Przez najbliższe 10 lat planuje zwiedzać okolicę, obserwować ludzi, rozmawiać. – W mojej wsi żyje na stałe około 400 mieszkańców. Chcę poznać ich życiorysy. Chcę, by mieli ze mnie jakiś pożytek. Może czegoś ich nauczę, a coś wyniosę od nich – mówi. Dlatego gdy jest na miejscu, każdemu, kogo spotka, mówi, że niedługo będą sąsiadami. Ma też w planach kurs techniki Bowena, popularnej na Zachodzie pracy na powięziach. Przede wszystkim jednak jedzie tam, by zwolnić, odpocząć i poświęcić czas sobie. Swój leśny czas chce też przeznaczyć na rozwój osobisty i duchowy. – Człowiek nieustannie powinien dążyć do poznania siebie – powtarza za niemieckim mistykiem i teologiem Mistrzem Eckhartem i przywołuje jego słowa: „Im bardziej przestajemy być sobą, tym prawdziwiej się sobą stajemy”.

Jesteśmy jednością

Maria Białecka, 32-letnia nauczycielka jogi i pilatesu, miłośniczka drzew, od szumnego życia woli czas na łonie przyrody. Chodzi na spacery do parku i lasu, odwiedza ulubione drzewa. Towarzyszą jej, odkąd pamięta. Najpierw była działka w lesie, potem wyjazdy nad morze i las, który mijała, idąc na plażę. Z nimi związane są jej najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. – Zawsze dobrze czułam się wśród drzew, lubiłam spędzać czas w lesie, ale nigdy nie zastanawiałam się, skąd się to bierze – przyznaje. Dopiero wizyta w jednym z podparyskich parków otworzyła jej oczy. Stał tam ogromny klon, pomnik przyrody. Na nim wisiała tabliczka, że można się do niego przytulić i ludzie robią tak od wieków. – Rozśmieszyło mnie to, ale uznałam, że nie zaszkodzi spróbować. Wtedy po raz pierwszy to poczułam, moc i spływający na mnie spokój – opowiada. Od tego momentu zaczęła zwracać uwagę na drzewa, dostrzegać ich piękno. Z niektórymi się przyjaźni. – Czuję z nimi taką samą bliskość, jak z drugim człowiekiem czy psem – tłumaczy. – Wśród nich rozumiem, że wszyscy jesteśmy jednym. Mówią do mnie, czasem zaczepiają figlarnie. Uspokajają, gdy tego potrzebuję, oczyszczają. Przy nich łapię dystans, bo demaskują moje ego. W kontaktach z drzewami nie ma cierpienia, bólu, urazy, jest tylko czysta miłość i wtedy wiem, że ja też nią jestem, bo na pewnym poziomie jesteśmy tym samym. Właśnie tak uczę się patrzeć na ludzi, jak na czystą miłość. Wysyłam miłość do drzewa i dostaję to samo, wysyłam miłość do ludzi i też odpowiadają na nią miłością – śmieje się.

Być wierną sobie

Aleksandra Kozioł sama przedstawia się jako Ola z Lasu, mieszka w leśnej chacie w Osiecznicy w Borach Dolnośląskich. Przeprowadziła się tam 12 lat temu z podpoznańskiego mieszkania. Samotna, z małym synkiem, bez pracy i bez pieniędzy. – Szukałam miejsca, w którym wreszcie poczuję się dobrze. Las mnie otulił, a ja oddałam mu całe serce – mówi o swojej decyzji. Kiedy przyjaciele zaprosili ją do siebie na grzybobranie, dowiedziała się o chacie na wzgórzu, która stoi pusta i czeka na właściciela. Poszła ją zobaczyć i im bliżej podchodziła, tym bardziej czuła, że to miejsce dla niej. Zamieszkała tam od razu. Początki były trudne, bo chata była stara i zaniedbana, bez ogrzewania i dogodności, które miała w mieście, ale jak mówi, pchało ją tam dobre tchnienie. Wierzy, że las był jej pisany. Odnalazła tu spokój i samą siebie. – Las mnie otworzył. Jestem tu tak blisko siebie, jak to tylko możliwe – uśmiecha się i dodaje: – Jak kobieta wejdzie do lasu, to jest w stanie zrobić już wszystko. Decyzje podejmuje nie z głowy, ale z serca.

Dziś jest mamą trójki chłopców, panią kota i trzech psów oraz szczęśliwą żoną. Męża nazywa leśnym prezentem, bo poznali się właśnie w Borach. Pomógł, gdy w drodze do miasta zgasł jej silnik. Przyznaje, że jest szczęśliwa. Że chatka w lesie i własna spiżarnia pełna dobrych i zdrowych smaków to spełnienie jej marzeń. Ale też, że miała chwile zwątpienia, kiedy rozważała, czy nie powinna jak inni iść do tzw. normalnej pracy. – Zrozumiałam, że wcale nie muszę i nie chcę – mówi. Na co dzień projektuje więc ubrania, piecze chleby, pisze i robi zdjęcia. Z uwagą przygląda się naturze, porannym mgłom i smugom światła na drzewach. Bez pośpiechu, w rytmie lasu, który stał się jej rytmem. – Czuję, jak leśna przestrzeń się mną opiekuje i mnie otula, nawet jak jestem daleko. Znalazłam swój las i las wewnątrz, miejsce, gdzie jestem całkowicie sobą – dodaje z uśmiechem i zachęca do własnych poszukiwań.