fbpx

„Jak pokonałam swojego smoka” – wywiad z Pauliną Młynarską

„Jak pokonałam swojego smoka” - wywiad z Pauliną Młynarską
fot. Rafał Masłow

Miejsce mocy nosi w sobie każda z nas. I każda ma własne tempo dojrzewania. Ta szkoła nigdy się nie kończy – mówi Paulina Młynarska Joannie Olekszyk.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

Ta wiosna będzie dla ciebie czasem prawdziwego rozkwitu. Wydajesz książkę, wracasz na antenę radiową. Ja jednak chciałam się cofnąć o kilka, a może kilkanaście lat. Udałoby nam się przywołać ten moment w twoim życiu, w którym po raz pierwszy poczułaś, że rozkwitasz, przeobrażasz się?

Oczywiście, dokładnie go pamiętam. I od razu zaznaczę, że zakwitłam dosyć późno. Bardzo długo, przy dużych pozorach doskonałego radzenia sobie i panowania nad życiem, byłam ogromnie niedojrzała. Byłam taką rośliną, która przetrwa różne wiatry, śniegi i grady, ale na wszelki wypadek woli nie rozkwitnąć.

Bo boi się, że wtedy stanie się zbyt delikatna?

Nie wiem, chyba nie umiałam sobie tego tak wytłumaczyć. Prawdziwą życiową dojrzałość osiągnęłam przed 40. Przechodziłam wtedy trudny okres w swoim życiu, to było głębokie załamanie, jakie nastąpiło w wyniku rozmaitych osobistych i zawodowych problemów. Zresztą na wszystkich płaszczyznach zaczęło mi się walić.

I tak jak sobie do tej pory radziłaś, tak nagle przestałaś sobie radzić.

Okazało się, że w tej swojej niedojrzałej formie nie jestem w stanie w nieskończoność stawiać czoła dorosłemu życiu. To bardzo ważne, co chcę teraz powiedzieć. Musimy dorosnąć, by poradzić sobie w dorosłym życiu. Nie chcę przez to powiedzieć, że zachowywałam się jak dziecko, bo przecież zawsze sama się utrzymywałam i sama wychowywałam córkę, jednak wewnątrz pozostawałam dzieckiem. Pełnym lęków, nieufnym, z niskim poczuciem własnej wartości. Gdy spotykało mnie coś trudnego czy złego, nie wiedziałam, czy mogę to odrzucić, odwrócić się na pięcie i odejść. Dziś gdyby ktoś stosował wobec mnie mobbing, odnosił się do mnie źle w domu czy pracy lub jeśli miałabym robić coś, co zupełnie mi nie leży, to ufam sobie na tyle, że zamknęłabym za sobą drzwi i poszła gdzie indziej. Ponieważ wiem, że cokolwiek by się stało, poradzę sobie. Wtedy jednak byłam na tyle przerażona i zagubiona, że nie wiedząc, jak należy postąpić, zaciskałam zęby i wytrzymywałam wiele sytuacji, które były dla mnie złe. To trwało latami, aż przyszło wielkie załamanie, które zaowocowało terapią, właściwą terapią – to też jest ważne. Terapią grupową, która bardzo dużo mi dała, i praktyką medytacyjną, którą do dzisiaj stosuję. Bardzo mocno zwróciłam się ku swojemu światu wewnętrznemu i zaczęłam w nim robić porządki.

Zaczęłaś wychowywać to dziecko w sobie.

Tak, zaopiekowałam się swoją trochę nieznośną, przestraszoną, zbuntowaną, uciekającą i rozpaczliwie szukającą miłości dziewczynką.

Ale też pewnie bardzo sympatyczną i fajną. Bo bez tego chyba nie da się dalej ruszyć.

Masz rację, dlatego postanowiłam, że powinna przestać się chować i wyjść do świata. Jeżeli wrócimy do metafory z rośliną, to można powiedzieć, że po raz pierwszy stworzyłam tej roślinie, jaką byłam, warunki do rozwoju, zajęłam się nią, wypieliłam dookoła, podlałam, podcięłam gałęzie, które zasłaniały słońce.

I tu dochodzimy do momentu przełomu. Byłam sama w Zakopanem, dużo medytowałam. Poczułam, że coś we mnie ustąpiło, że jestem nagle bardzo szczęśliwa i że wszystko jest w porządku. Nawet jeśli miałabym być znowu nieszczęśliwa, to i tak jest w porządku. Nastroje przestały wpływać na moje głębokie samopoczucie. Pojawił się spokój i ufność w swoje możliwości. To niesamowite, ale od tej chwili przyszła fala dobrych wydarzeń. Zaczęło mi się dobrze układać w pracy, popłynęły pieniądze z różnych źródeł, napisałam pierwszą książkę, drugą, potem trzecią… Zawsze chciałam podróżować, tylko pieniądze rozchodziły mi się na bieżąco albo szły na gaszenie pożarów, które co chwila wybuchały w moim życiu prywatnym, a teraz wreszcie miałam kasę na podróże. Moja córka, Ala, zdała maturę i wyprowadziła się do innego miasta, a ja poczułam, że wreszcie jest czas, miejsce i możliwość, by zająć się tym, co naprawdę chciałabym robić.

Spojrzałam w oczy tej młodej dziewczynie, którą byłam, zanim urodziłam dziecko, i spytałam sama siebie, które z jej marzeń mogę dzisiaj spełnić. Oczywiście chodziło o marzenia, które są nadal aktualne, bo tymi, które się przedawniły, nie chciałam się zajmować. Zostały podróże i pisanie. Zawsze chciałam twórczo żyć i okazało się to możliwe. To było naprawdę jak podniesienie się z popiołów. Nie miałam prostej i harmonijnej drogi do rozkwitu, musiałam pokonać smoka.

W życiu nie powiedziałabym, pamiętając cię z tamtych czasów z telewizji, że potrafisz być zalękniona i co chwila zmuszona gasić pożary. Co prawda były jakieś informacje o twoim kolejnym rozwodzie, ale traktowałam to jako coś w rodzaju doniesień z życia bohemy. Uchodziłaś wtedy za dosyć pyskatą, wygadaną, pewną siebie.

To były pozory. Widzisz, im bardziej ktoś jest pyskaty i taki „hej, do przodu”, tym bardziej wrażliwe i poranione ma wnętrze, a ta „pyskatość” jest zbroją, za którą się ukrywa. To nie przypadek, że ludzie bardzo zakompleksieni, mający ze sobą duże problemy, leczą je w ten sposób. Sięgają po władzę albo stają się strasznie ekspansywni. Teraz nie jestem już taka pyskata, ponieważ przestałam się permanentnie bać. Mogę powiedzieć, że w punkcie szczytowym mojej „pyskatości” byłam najbardziej pomiataną osobą, jaką znałam. Najpierw nie do zagięcia w studiu telewizyjnym, po czym wracałam do domu z gulą w gardle i dyszącą dziurą w klatce piersiowej, zrozpaczona. Miałam poczucie, że jestem w pułapce, że muszę stworzyć warunki sobie i dziecku, przeć do przodu, a nie mam już na to siły.

Czułaś, że jak przestaniesz grać rolę tej, która zawsze daje sobie radę, to ziemia usunie ci się spod nóg?

Ja nawet nie czułam, że gram tę rolę, ona była tak głęboko wryta w mój sposób postępowania, że nie wiedziałam, że można inaczej. Myślałam, że wszystko ogarniam, a tak naprawdę byłam otumaniona, naćpana lękiem, że nie dam rady. U wielu osób dopiero choroba staje się motorem do zmiany. Bo musi się zdarzyć coś, co pozbawi cię sił, by ciągnąć dalej tę maskaradę. Na szczęście w moim przypadku nie doszło do choroby somatycznej, ale do takiego nawarstwienia różnych problemów i kłopotów, że trzeba było powiedzieć sobie STOP. Najważniejszym probierzem tego, że sobie nie radzę, zawsze była i jest dla mnie kasa.

Fakt, brak gotówki potrafi być bardzo sugestywny.

Ja umiem zarabiać pieniądze, nigdy nie byłam bogaczką, nie zależało mi na markowych ciuchach czy designerskich meblach, natomiast przez moje kieszenie pieniądze płyną, choć, niestety, nie zostają na dłużej. Prawdopodobnie nie wysłuchałabym żadnego innego doradcy życiowego, ale wkurzył się mój Wewnętrzny Bankier i powiedział: „Tak dalej być nie może, ona nie patrzy na to, że nie dosypia, nie słyszy kołatania serca, nie widzi, że wokół dzieją się dziwne rzeczy w relacjach z bliskimi – odetniemy jej kasę”. Jak minął jeden miesiąc i drugi, a kasa się nie pojawiała, zaczęłam się lekko stresować, a potem już bardzo. Ludzie w moim fachu latem kręcą odcinki na jesień. To było lato, a ja miałam wolne. Zostałam bez pracy. Pojechałam do Kościeliska, zamknęłam się w domu, Ala poszła do pracy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów i na szczęście nie widziała mnie w tym ponurym stanie, bo zahibernowałam się w sobie na jakiś czas. Ten okres hibernacji i pracy nad sobą doprowadził mnie do przełomu, o którym mówiłam. I jak się przełom zdarzył, kasa zaczęła płynąć. Przez rok wychodziłam z długów.

Może gdybyśmy częściej myśleli i mówili o pieniądzach, zauważalibyśmy ten związek między prosperity finansową a życiową. Tymczasem nadal uważamy, że pieniędzmi nie warto zaprzątać sobie głowy, bo to nie przystoi i źle świadczy o człowieku.

Ja bardzo lubię rozmawiać o pieniądzach i bardzo lubię pieniądze. Zawsze tak było, choć muszę przyznać, że kiedyś zarabiałam je na lęku, żeby zatkać dziurę, którą miałam w środku. Pieniądze dawały mi złudne poczucie bezpieczeństwa, złudne, bo nietrwałe. W końcu zaczęłam postrzegać je nie jako coś, co ma mnie uspokajać, ale coś oczywistego, co wynika z moich kompetencji zawodowych i osobistych, a jak mnie nachodzą jakieś wątpliwości na ten temat, to mówię sobie: „Taka fachura jak ja zawsze będzie miała pracę”. Nabrałam do siebie zaufania. I choć, obserwując teraz mojego tatę, który jest bardzo chory i wymaga opieki, mocno zderzam się z tym, że mnie też to kiedyś spotka i ta krzywa zacznie się zaginać w drugą stronę – mam poczucie, że teraz jest czas rozkwitu moich możliwości.

I to widać. Wyglądasz naturalnie, promiennie.

Dziękuję i przyznaję, że lepiej się teraz ze sobą czuję, także fizycznie. Przestałam palić papierosy, zaczęłam biegać i intensywnie uprawiać sport, przestałam się też malować. To znaczy trochę pudru jak najbardziej, ale sztuczne rzęsy czy mocne usta już mnie nie kręcą. Nagrywam teraz drugi sezon programu „Lustro”, w którym pokazuję znane kobiety bez makijażu, i kiedy wpatruję się w nie, pozbawione tych wszystkich ozdobników, nie mogę uwierzyć, jakie są piękne. Bo wraz z zaakceptowaniem tego, kim jesteś i co robisz, na głębokim poziomie, ale też zaakceptowaniem tego, czego nie dostałaś od życia – odpuszczasz sobie pewne rzeczy i to odbija się na wyglądzie. Kiedyś założyłabym pewnie push up z fiszbinami, który by mnie obciskał, bo mam bardzo mały biust, co wpędzało mnie w kompleksy. Dziś nie ma mowy, żebym wyszła z domu w czymś, co krępuje ruchy, albo w szpilach, w których byłoby mi niewygodnie, tylko dlatego, żeby się komuś spodobać.

W swojej książce „Na błędach!” piszesz, że przestałaś być niewolnicą mody, a zaczęłaś się nią bawić. Pracujesz w show-biznesie, który na punkcie wyglądu i odpowiedniej stylizacji ma bzika – w ogóle się nie przejmujesz komentarzami i ocenami?

W ogóle. Na pewno mam wielkie szczęście, że się przyjaźnię z Robertem Kupiszem, od którego bardzo dużo się uczę. On ma takie wyczucie stylu, że wystarczy, że rzuci jakąś uwagę albo podczas rozmowy podwinie mi nogawkę i powie: „Pokazuj tę pęcinkę”, i już pamiętam to do końca życia. Na pewno są takie rzeczy, do których się u siebie przyczepiam – na przykładx powinnam częściej uprawiać sport, żeby mieć więcej siły i energii. Ale są takie okresy w roku, kiedy sobie to odpuszczam i staję się Kudłą. Wiem jedno, nie wolno się torturować, jeżeli na dobry wygląd pomaga mi jakiś laser – proszę bardzo, ale w męczarniach – nigdy. Jak szpilki, to tylko na krótkie wyjście, nie wyobrażam sobie też mieć fryzurę, którą trzeba by układać godzinę.

Można powiedzieć, że uprościłaś sobie życie.

Tak i to jest największy plus tego rozkwitu. Jestem, jaka jestem, i dobrze mi z tym.

Żałujesz, że ta akceptacja przyszła późno?

Nie i nie chcę na to tak patrzeć. Mam poczucie, że stało się, jak miało się stać. Kiedyś być może powiedziałabym, że zabrakło mi tego czy tamtego, ale dziś wiem, że każdy ma swoje tempo, swoją karmę, swój los. Ten los nas prowadzi i mamy dwie możliwości: albo uważać się za jego ofiarę, albo niezależnie od tego, co przynosi, trzymać pion i starać się widzieć głównie pozytywy.

I nie patrzeć wstecz?

Ja bardzo długo żyłam w przeszłości albo w przyszłości, może właśnie to było przyczyną odroczenia mojego rozkwitu. Miałam w sobie mnóstwo żalu, pretensji, skupiałam się też bez przerwy na tym, co sądzą i robią inni. W tej chwili w ogóle się tym nie zajmuję, chociaż oczywiście są takie osoby, które wjeżdżają mi „na czerwone” i trudno nie odnotowywać ich zachowań, ale i tak o 80 proc. zmniejszyłam liczbę ludzi i spraw, które mnie angażują. Staram się być tu i teraz, co nie jest takie łatwe – my to potrafimy jako dzieci, ale potem się tego oduczamy. Ci, którzy ćwiczą mindfulness, medytację czy obierają jakikolwiek inny kierunek duchowy, mają to samo odczucie, że chwila obecna jest taka mocna i konkretna, a czas oleisty i wypełniony.

Czy tego między innymi chcesz nauczyć kobiety na warsztatach, które prowadzisz?

Warsztaty nazywają się „Miejsce mocy”. Na ich pomysł wpadłam po lawinie mejli, jakie dostałam od czytelniczek książki „Kalendarzyk niemałżeński”, którą napisałam z Dorotą Wellman. W tych mejlach czytałam: „Chciałabym mieć pani moc”. Pomyślałam: „Dobra, zaproszę je do Kościeliska i pokażę to, czego sama się w życiu nauczyłam”. Nie jestem żadnym coachem ani psychologiem, ale mogę im opowiedzieć o mojej drodze.

Jak to więc jest, że „masz tę moooc”?

Jak śpiewa moja cioteczna wnuczka: „Mamke moc!”. Sama się nad tym zaczęłam zastanawiać i doszłam do wniosku, że to, co daje mi tę moc, to bardzo głębokie poczucie, że trzeba cały czas się rozwijać i pracować nad sobą. Nie można zadowolić się tym, co jest, trzeba sobie otwierać kolejne drzwi. To nie jest tak, że kończysz szkołę i już wszystko wiesz, ta szkoła nigdy się nie kończy. Jakoś intuicyjnie w programie warsztatów umieściłam bardzo dużo ćwiczeń medytacyjnych, podczas których wracamy do pewnych etapów swojego życia i zastanawiamy się wspólnie nad tym, co możemy tej osobie z takiego, a nie innego etapu dać teraz. Robimy też sporo ćwiczeń ze stawiania granic, bo tego też się nauczyłam w życiu – że tam, gdzie nie umiemy wyznaczyć granicy czy dać ciętej riposty, zaczyna się wchodzenie nam na głowę. Zauważ, że we wszystkich amerykańskich produkcjach typu „Gotowe na wszystko” bohaterki mają bardzo szybką i celną ripostę, w polskich serialach bohaterka, która umie się odgryźć, najczęściej jest czarnym charakterem, a pozytywne postacie w momencie, gdy są przez kogoś atakowane werbalnie, mówią najwyżej: „Jak możesz?” czy „Dlaczego mi to robisz?”. W studiu telewizyjnym zdarzało mi się robić wywiady z ludźmi napastliwymi, sama przeszłam długą drogę prób i błędów – od wyszczekania, przez pokerową twarz, po perswadowanie, i po wielu latach wypracowałam swoją metodę…

Zdradzisz jaką?

Chodzi o to, żeby nie pozwolić się zapędzić w kozi róg, nie reagować na prowokacje, tylko patrzeć na gbura zdziwionym wzrokiem, z dużym spokojem i dystansem. A jak się zdarzy agresja słowna, to trzeba wyćwiczyć w sobie odruch ciętej riposty. I my to ćwiczymy na warsztatach. Wymyślamy sobie, co powinnyśmy w danej sytuacji powiedzieć, a potem improwizujemy, bo nikt z nas tego nie ma w genach…

…i nikt nas tego nie uczy.

Właśnie. My na warsztatach robimy tak, że kobiety – bo to głównie dotyczy kobiet – opisują sytuacje, w których zabrakło im języka w gębie, robimy rundkę po sali i każdy mówi, co powinny wtedy odpowiedzieć. To wywołuje dyskusję, pierwsze pomysły są dosyć zachowawcze lub manipulanckie, na zasadzie „Nie wiem, o co ci chodzi” – przecież dokładnie wiemy, o co temu komuś chodzi, on chce nas zranić, a nasze zadanie polega na tym, żeby mu się to nie udało. I wreszcie ktoś wpada na pomysł idealnej riposty. Zapisujemy to i zapamiętujemy.

Muszę dodać, że podczas fragmentu warsztatów dotyczącego agresji słownej zwykle jest tak, że zaczynamy od dosyć niewinnych sytuacji, raczej z pracy, aż po paru minutach ktoś się odważa i zaczyna opowiadać o czymś bardziej drastycznym, rozwiązuje się worek i okazuje się, że na 15 osób 13 albo wszystkie są ofiarami gwałtu za pomocą słów. Bo jeśli ktoś jest w bardzo wulgarny sposób zaatakowany słowami w gabinecie ginekologicznym podczas poronienia, to jak inaczej można to nazwać, jak nie „gwałt słowny”? Często takiej opowieści towarzyszą łzy, i to łzy u wszystkich uczestników. Wtedy rodzi się piękna solidarność, uwielbiam ten moment… Jak już się wypłaczemy, robimy sobie przerwę na kawę i po paru minutach pytamy się, co powinno się wtedy takiemu agresorowi odpowiedzieć. I wiesz co, straszne jest to, że choć w wielu przypadkach są to sytuacje przestępcze, to bardzo rzadko przychodzi nam do głowy taki pomysł, by powiedzieć na przykład: „To ja dzwonię po policję”. Jesteśmy wyuczone bezradności.

Widzisz, mówię „nam”, bo ja sama wiele się uczę podczas tych warsztatów. To, co uczestniczkom i uczestnikom chcę przekazać, to moje wypracowane po latach metody, polegające głównie na pracy z ciałem. Bo jak ktoś ci dowala słownie, to występują pewne reakcje fizjologiczne, jak ściśnięte gardło, łzy napływające do oczu – mnie też to się zdarza w studiu telewizyjnym, tylko ja nie mogę sobie pozwolić na to, by się rozpłakać czy żeby zadrżał mi głos, ale są techniki, które wtedy pomagają.

Podczas takich spotkań najpiękniejsze jest chyba to, że odkrywamy, że wcale nie musimy tej mocy nikomu podkradać, a jedynie odkryć ją w sobie.

Wszystkie bez wyjątku mamy w sobie moc, ale różne doświadczenia, w tym także proces socjalizacji, powodują, że o niej zapominamy. Na szczęście, kiedy sięgamy po wiedzę, ta moc ponownie nam się objawia. Przeciwieństwem odwagi nie jest tchórzostwo, a konformizm. Cuda zdarzają się wtedy, gdy opuszczamy strefę komfortu, choć zaznaczam, że jestem jak najdalsza od szerzenia hurraoptymizmu, nie znoszę takiej pseudocoachingowej gadki o tym, że możesz wszystko, sięgaj do gwiazd i obudź w sobie olbrzyma. Jestem bardzo nieufna wobec tego typu życiowej chciwości. Nie każdy jest przebojowy, ekspresyjny, są jednostki bardzo spokojne, nieśmiałe, wrażliwe – w tym też tkwi moc. Na warsztatach nie rozmawiamy o jednym typie reakcji, ale o całym spektrum.

Nie chodzi o stworzenie rasy gigantów, tylko o to, by zwyczajnie poradzić sobie w życiu.

Mam znajomą, która świetnie funkcjonuje w biznesie i życiu prywatnym, ale ostatnio zaczęła dostrzegać w sobie pewne słabości i je rozwijać. Powiedziała mi piękną rzecz: „Wiesz, Paulina, ja po raz pierwszy od dawna z czymś się borykam. To jest takie fajne, że tym razem nie mam gotowego rozwiązania”. Z naszego borykania wynikają czasem cenne rzeczy.

Podczas warsztatów mamy takie dwa mocne ćwiczenia, pierwsze to medytacja, w której kontaktujesz się ze swoją Wewnętrzną Nastolatą, czyli takim aspektem ciebie, który może i przewraca oczami, ale przynajmniej wiele rzeczy się mu nadal chce i wpada na twórcze pomysły. Jeszcze mocniejsze ćwiczenie to spotkanie ze sobą na etapie głębokiej starości.

Żeby samą siebie spytać o rady?

No, nie mogę tu wszystkiego zdradzić, powiem tylko, że chodzi o skomunikowanie się z tym kawałkiem siebie, który zna wiele odpowiedzi. Bo my, kobiety, ciągle się kogoś radzimy: te buty czy tamte? Zmienić pracę, a może urodzić dziecko? Ja zamiast tego wypracowałam sobie stały i dobry kontakt ze swoją Wewnętrzną Staruszką. Przecież w nas genetycznie są doświadczenia wszystkich pokoleń, naszych babć, ciotek i kuzynek oraz dziewczynek, którymi były.

Jesteśmy sumą.

Tak! Bardzo wierzę w pamięć pokoleniową, przekonują mnie badania na ten temat. Wierzę też w to, że jak zwizualizuję sobie siebie na etapie staruszki, to okaże się, że wiem, co wybrać, dokąd iść i kim być. Ja zobaczyłam siebie jako bardzo dziarską, ale łagodną i uśmiechniętą staruszkę. To było tak silne i realne, że siedziałam z nią tak jak teraz z tobą. Pomyślałam, że mogę ją o coś spytać, zaczerpnąć jej życiowej mądrości. Spytałam, na co powinnam postawić w życiu.

Odpowiedziała?

Tak, byłam zaskoczona, jak szybko ta odpowiedź padła i jak bardzo była oczywista, utwierdziła mnie, że to, co teraz robię, idzie dobrą drogą. Od teraz za każdym razem, kiedy nie wiem, co zrobić, pytam siebie, czyli babcię Paulinę, zamiast pytać ciągle innych.

Paulina Młynarska dziennikarka i autorka książek, której życie toczy się między Kościeliskiem a Warszawą; mama 23-letniej Alicji. Nadchodząca wiosna przyniesie drugi sezon jej programu „Lustro” na antenie onet.tv, na antenie TVN Style powróci z nowym programem, a w czwartkowe wieczory na antenie Radia Kolor poprowadzi audycję o miłości #kochaniekocha. W kwietniu ukaże się jej siódma książka „Jeszcze czego! Nie ma miłości bez równości” – jak sama mówi, jest to najbardziej bezkompromisowa rzecz, jaką napisała.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>