Być kobietą na rynku pracy

fotochannels.com

Kobiety są statystycznie lepiej wykształcone, a mimo to częściej pozostają bez pracy. A jeśli już ją podejmą, zarabiają mniej od mężczyzn i rzadziej awansują, nie wspominając o osiąganiu eksponowanych stanowisk kierowniczych. Są niedoceniane, niepremiowane i nieraz wykorzystywane w pracy. Takimi wnioskami zamyka się większość dokumentów, artykułów i wypowiedzi na temat funkcjonowania kobiet na rynku pracy.

Nie trudno się z tym zgodzić. Przecież często mówi się o feminizacji niektórych zawodów, które stają się mniej prestiżowe tylko dlatego, że są mniej opłacane. Mówi się o „szklanym suficie”, w myśl którego mężczyźni nami rządzą i nie dopuszczają do określonych stanowisk. Trudno jest nie zauważyć, że wciąż w polskim życiu gospodarczym pokutują rozliczne mity na temat pracy kobiet, które powinny być złymi szefami z miękkim sercem, mieć co miesiąc swoje „słabe dni” i w związku ze swoimi macierzyńskimi planami stanowić zagrożenie organizacyjne i finansowe dla firmy.

Kobiety nie chcą zarabiać więcej…

Psychologowie twierdzą, że kobiety zarabiają mniej, bo nie jest to dla nich miarą ich wartości. Mężczyźni walczą o zarobki – są gotowi w dążeniu do osiągnięcia sukcesu, władzy i pozycji poświęcić własne szczęście osobiste, zdrowie, czas i związki osobiste. Dla kobiety sukces ma mniejsze znaczenie. Nawet jeżeli kobieta poniesie porażkę nie stanowi to dla niej katastrofy. Przykładowo kobiety są w stanie rezygnować z awansu na kierownicze stanowisko, jeżeli miałoby to przyczynić się do pogorszenia ich relacji z otoczeniem. I w imię relacji są w stanie zrezygnować ze swoich oczekiwań i ambicji.

Kobieta ma być skromna i broń Boże się chwalić

Kobiety często uważają, że nie wypada się chwalić. Jak pisze Henryka Bochniarz w książce „Bądź sobą i wygraj”: „Nierzadko obserwuję taki obrazek: Kobieta wspaniale przygotowała jakiś projekt. Sprzedaje go jednak pod swoim szyldem mężczyzna, który znakomicie potrafi wykorzystać regułę: Panie pracują – ja odcinam kupony. „ My jesteśmy od roboty, mężczyźni od sprzedaży i błyszczenia na świecznikach.

Nas uczono, jak dbać o innych: dzieci, męża, rodzeństwo, starszych. Jak pełnić pięć ról na raz: matki, żony i kochanki, siostry, wnuczki, strażniczki domowego ogniska. Ale rzadko uczymy się dbać o siebie, definiować własne potrzeby, oczekiwania, ambicje. Gdzieś to się zgubiło po drodze.  Rzadko się zdarza, by kobieta wychodziła przed szereg. A jeśli już przed ten szereg wyjdzie, to nieraz nazywa się ją chwalipiętą lub przypisuje zachowania męskie, pozbawione kobiecości. Ale konkretne i zdefiniowane wcale nie musi oznaczać niekobiece. Znam wiele kobiet, które osiągnęły sukces w wielu dziedzinach: są dziennikarkami, przedsiębiorcami, politykami i nic nie straciły na swojej kobiecości. Dlatego musimy się tego nauczyć, wytrenować to w sobie. Wtedy nasz sukces zostanie zauważony. Bo on buduje też pozytywne podejście do życia. A to jest na pewno niezbędne.

Ale po co się przemęczać…

Kobieta aktywna – a co to znaczy? Rozmawiając z kobietami, często zadaję pytanie, co zrobiły (oprócz czytania poniedziałkowej prasy z dodatkiem praca), żeby taką pracę znaleźć. Większość z nich ze zdziwieniem graniczącym z oburzeniem odpowiada: „ A co miałyśmy jeszcze zrobić?”

I tu leży pies pogrzebany. My czekamy, aż praca znajdzie nas: aż przyjedzie dobry wujek, znajomy, ktokolwiek, kto powie: „załatwię Ci pracę”. Ale jeżeli się nie zjawia, to dziarskim krokiem idziemy do urzędu pracy rejestrując się w urzędzie, bo teraz przecież wszyscy tak robią. Wszyscy czekają, aż ktoś przyjdzie i zmieni ich los. Tylko, że w życiu historia z kopciuszkiem rzadko się sprawdza. Żeby coś mieć, trzeba się o to postarać, trzeba o to zawalczyć. Trzeba określić, co chce się robić i na jakich zasadach, ale przede wszystkim określić swoje predyspozycje i umiejętności. I odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: kto taką „ usługę” będzie chciał kupić? Jakie potrzeby firmy – pracodawcy moja praca może zaspokoić? Bo relacja kupno-sprzedaż ma bardzo bezpośredni związek z zaspakajaniem potrzeb.

Wiele kobiet się oburza, jak mówię, że dzisiaj na rynku pracy trzeba umieć się sprzedać.
Ale można się oburzać do woli, tylko nie zmieni to faktu, że tak funkcjonuje rynek. Sprzedajemy naszą wiedzę, umiejętności, doświadczenia, kontakty i osobowość, wystawiając swoją cenę (pensję). Kobiety, które znają siebie, wiedzą, czego chcą i jak chcą to osiągnąć, nie mówią o sprzedawaniu się, tylko o wartościowaniu siebie. Brzmi lepiej, prawda? Bo trzeba znać swoją wartość, umieć ją wycenić i określić oczekiwania po dwóch stronach.

A jak już to mamy, to czas na kolejne pytanie: Gdzie go próbować sprzedać? Jakich argumentów użyć? A produkt musi mieć właściwości, opakowanie i ktoś musi w ogóle wiedzieć o jego istnieniu. Jak schowamy produkt na najniższej półce, albo jeszcze lepiej, w magazynie, to jak ktoś ma wiedzieć, że w ogóle może go mieć i z jego dobrodziejstw korzystać?

 

„Zwracam się z prośbą o prace…”

Tak zaczyna się wiele listów motywacyjnych przesłanych do potencjalnych pracodawców. Najbardziej utkwił mi w pamięci sytuacja podczas jednej z rekrutacji na stanowisko w organizacji, dla której pracowałam. Otrzymałam list od Pani, która w dramatyczny sposób opisała trudną sytuację swoją i swojej rodziny, kończąc wypowiedź stwierdzeniem, że w moje ręce oddaje los tej rodziny.

Z całym szacunkiem dla tej Pani i wyrazami współczucia dla jej sytuacji, ale czy to jako przedsiębiorca, czy jako pracownik odpowiedzialny za rekrutację, nie jestem w stanie odpowiadać za los wszystkich pokrzywdzonych.

I nie zatrudniłam jej. Nie dlatego, że była w trudnej sytuacji, tylko dlatego, że w tym liście nie napisała nic o sobie: o swoich doświadczeniach i umiejętnościach. Nie złożyła żadnej oferty dla naszej firmy. A moim zadaniem było znaleźć najlepszą ofertę pracy. Bo przedsiębiorcy nie są dobrymi wujkami, którzy rozdają pracę, jak się ich ładnie poprosi, tylko rozwijają biznes i szukają ludzi, którzy, dzięki swojej wiedzy, umiejętnościom i predyspozycjom, będą ich w tym wspierać. A ludzie na rynku pracy zdają się o tym zapominać, lub co gorsza nie są tego świadomi.

I tu pojawia się kolejna ważna kwestia: jak ja, jako pracodawca, mam poważnie traktować kandydata, który rzekomo chce u mnie pracować, ale nie zadał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, jak funkcjonuje moja firma, czym się zajmuje, czego mogę od niego oczekiwać. Jak mam traktować go poważnie, skoro on nie traktuje w taki sam sposób mnie i mojej firmy? Albo jeszcze lepiej – moja firma jest pięćdziesiątą, do której wysłał to samo CV i ten sam list motywacyjny, a nawet nie sprawdził, czy adresuje go do kobiety czy mężczyzny.

Pracodawcy oczekują, że kandydat będzie do nich podchodził indywidualnie, że przychodząc na rozmowę, będzie umiał powiedzieć, dlaczego chce dla tej firmy pracować, dlaczego przesłał do niej swoje dokumenty i co do niej swoją osobą wniesie. I nie będzie to odpowiedź w stylu:” Bo akurat znalazłem Państwa ogłoszenie w Internecie”.

Kobiety nie chcą wcale znaleźć pracy…

Spotykając się z młodymi dziewczynami kończącymi studia, albo rozmawiając jako konsultant z doświadczonymi specjalistkami i menedżerami niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że one w ogóle nie szukają pracy, albo jakimś dziwnym zrządzeniem losu robią to tak, by jej za wszelką cenę nie znaleźć.

Bo jak można znaleźć pracę, skoro nie planuje się swoich działań, nie zastanawia się, jak dotrzeć do pracodawców, ograniczając swoje poszukiwania do zasobów Internetu i nie ma się nawet bladego pojęcia o rynku i oczekiwaniach pracodawców bazując na zdezaktualizowanych informacjach, które mogą już stanowić mitologię rynku pracy.

A najpoważniejszy zarzut, jaki można skierować do kobiet na rynku pracy to ten, że nie znają siebie, swoich ambicji, umiejętności i przede wszystkim oczekiwań: co, jak i za ile chcą robić? A ktoś już kiedyś powiedział: „Jak się nie wie, dokąd się płynie, każdy port jest dobry”. I wówczas trzeba się zadowolić pracą, jaką dają, pensją, jaką proponują, i generalnie życiem, które jest kształtowane przez kogoś innego, bo na pewno nie przez nas same. A my co? My wrócimy do swoich narzekań na szklany sufit, dyskryminację, szowinistów i cały Boży świat, o nas samych nie wspominając słowem…

Henryka Bochniarz na spotkaniu ze swoimi czytelniczkami powiedziała: „Kobiety nie powinny pozwalać, by ktoś pisał scenariusz ich życia. Największa krzywda, jaką możemy sobie wyrządzić, to żyć w niezgodzie z sobą, rezygnować z siebie”.

Święte słowa. Powiedzieć łatwo, zrobić pewnie trochę trudniej. Na szczęście coraz więcej kobiet bierze odpowiedzialność za swoje życie i nie składa go w rękach innych. I pokazuję, że ani to takie trudne, a na pewno nie niemożliwe. I żyją – całkiem nieźle żyją. Trzeba po prostu pogadać ze sobą i podjąć decyzję, czy nasze życie będzie naszą legendą zapisaną naszymi decyzjami i pomysłami, czy ktoś inny w tej historii wyznaczy nam rolę, którą wetknie nam do ręki. Trzymam kciuki. Powodzenia.

Więcej informacji na temat rozwoju kariery na: www.ArchitekciKariery.pl