Wakacje w pustelni. Dlaczego warto zamknąć się w chatce w górach i pobyć ze sobą?

Samotność ma sens wtedy, gdy daje nam otwartość na inność, na transcendencję, przełamuje nasz subiektywizm, siedzenie w sobie i dla siebie. (fot. iStock)

Przytłoczeni codziennym życiem szukamy ucieczki, jakiejś odmiany. Można w tym celu jechać na festiwal muzyczny czy do modnego kurortu z przyjaciółmi, ale można też spędzić tydzień urlopu w samotności. Czy warto zamknąć się w chatce w górach lub klasztorze i stać się na chwilę pustelnikiem, odpowiada ojciec Włodzimierz Zatorski, benedyktyn z Tyńca.

„Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie. Stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego życie może mnie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem wcale”, pisał Henry David Thoreau w jednym z esejów składających się na filozoficzne dzieło „Walden”.

Thoreau, amerykański pisarz, filozof, romantyk i jeden z pierwszych transcendentalistów, na początku lipca 1845 roku opuścił swój dom w Concord w Nowej Anglii, by spędzić dwa lata i dwa miesiące na bezludziu. Przeprowadził się do lasu nad staw Walden do drewnianej chatki, którą wcześniej przez kilka miesięcy budował razem z przyjaciółmi z desek odzyskanych z rozbiórki innego domu. Na obiad jadał gotowaną kukurydzę, którą zbierał z własnego poletka, oraz placki z mąki kukurydzianej i żytniej z dodatkiem soli. Był całkowicie samowystarczalny.

Ludzie żyją za szybko, za głośno, otumaniają się niepotrzebnymi i mało istotnymi informacjami dostarczanymi przez gazety czy telegraf – pisze w esejach „Ludzie patrzą, ale nie widzą”. Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. Wierzył, że wtedy będzie szansa na stworzenie nowego świadomego społeczeństwa.

O to, co dziś – ponad 170 lat później – może nam dać doświadczenie choćby krótkiego odosobnienia, pytamy ojca Włodzimierza Zatorskiego.

Thoreau byłby dziś zawiedziony, gdyby zobaczył, jak bardzo ludzie nie wzięli sobie jego słów do serca. Warto wrócić do zaleceń dziewiętnastowiecznego filozofa?

Żyjemy na targowisku mowy, hałasu zagłuszającego przede wszystkim siebie. Proszę zauważyć, jak wiele osób w autobusie, pociągu czy jadących na rowerze, ma na uszach słuchawki, przez które słucha muzyki. Ludzie nie słyszą przyrody, nie patrzą, co się dzieje dookoła, nie widzą przechodzących obok. Nie słyszą siebie samych i siebie nawzajem. A przecież świat w rozumieniu chrześcijańskim to relacje między ludźmi.

Ojciec diagnozuje nas w punkt. Co zatem zrobić, by znowu się usłyszeć? Czy – paradoksalnie – może nam w tym pomóc odosobnienie? Cofnięcie się do początków chrześcijaństwa i zostanie pustelnikiem czy pustelniczką choć na krótki czas?

W pierwszym rozdziale reguły św. Benedykta czytamy o kilku rodzajach mnichów. Pierwszy z nich te cenobici, czyli ci, którzy żyją w klasztorze, we wspólnocie i podlegają opatowi. Drugi – anachoreci, czyli pustelnicy. Jednak by zakonnik został pustelnikiem, musi długo się przygotowywać w klasztorze. Zanim uda się na pustynię, by samemu zmagać się ze złem, które czai się w ciele i myślach – uczy się życia we wspólnocie, bycia otwartym na ludzi. W chrześcijaństwie nigdy nie było tradycji absolutnej samotności. W pewnym sensie jest to nienaturalne. Nawet anachoreci zawsze żyli w jakichś koloniach pustelników i przynajmniej raz w tygodniu spotykali się na eucharystii. W chrześcijaństwie drugi człowiek jest drogą do Boga.

Jak odnaleźć tę drogę?

W chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, czyli relacja z drugą osobą, przez tę relację człowiek się realizuje. Odosobnienie czy inne formy ascezy, jak post lub pełne milczenie mają charakter pomocniczy do spotkania z drugim człowiekiem. Także samotność musi być widziana jako swoista pomoc, by człowiek wewnętrznie dojrzał do spotkania z drugim. W tym celu najpierw musi spotkać się ze sobą.

Dlaczego?

Bo trzeba najpierw usłyszeć wezwanie, by na nie odpowiedzieć. Wezwanie od Boga, ale też wezwanie od drugiego człowieka. Ludzie się zakochują. Następują zaręczyny – jedna osoba wzywa, druga odpowiada. W życiu tej dwójki pojawią się potrzeby i pragnienia. Pytania i odpowiedzi. I albo jest harmonia we wzajemnym słuchaniu i odpowiadaniu, czyli dialog, albo zamknięcie się w swoich chęciach i pragnieniach, swoich wyobrażeniach. Gdy jedna osoba przestaje odpowiadać na pragnienia drugiej, to w końcu wygasa miłość. Żeby nie żyć w takiej martwocie obok siebie i umieć odpowiedzieć na pragnienia drugiej osoby, trzeba najpierw usłyszeć siebie i to, co jest w sercu. A do tego potrzebna jest czasowa samotność.

Co jest największą przeszkodą w usłyszeniu siebie, a potem drugiej osoby?

Nasze wyobrażenia i budowanie na nich oczekiwania. Drugi człowiek jest inny, potrzebujemy otwartości, by przyjąć tę inność, zaakceptować ją i poprzez to się rozwinąć. ale żeby to się stało, człowiek musi przestać gadać. Bo gadanie jest zagłuszaniem siebie. Pamiętam wstrząsające słowa niemieckiego pastora Dietrucha Bonhoeffera (antyfaszysty, zaangażowanego w spisek przeciw Hitlerowi – przyp. red.) Siedząc w więzieniu zanim został stracony, pisał notatki. Pada w nich mocne zdanie: „Tutaj ludziom wydaje się, że mogą gadać wszystko i o wszystkim, bo mają wyrok śmierci i pewnie im na niczym już nie zależy. Zagłuszają ciszę w sobie, prawdę w sobie, z która zaraz się zmierzą”.

Gadanina jest namiętnością, wszechobecną żądzą. Powoduje brak wewnętrznego skupienia się w słuchaniu. Ksiądz Tischner mówił, że myślenie jest właśnie tym skupieniem się w słuchaniu. Św. Augustyn – że każdy z nas ma w sobie wewnętrznego nauczyciela, którego należy słuchać. Jezu w ewangelii naucza: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy”. Gadanina i ciągłe przebywanie z innymi, załatwianie spraw, rozmawianie o wszystkim i o niczym – jest jednym wielkim zagłuszaniem siebie nawzajem, a przede wszystkim własnego wnętrza. To odcinanie się od tego głosu wewnętrznego nauczyciela, który mógłby z głębi przyjść i czegoś od nas zażądać, np. prawości.

Samotność i milczenie są koniecznym ćwiczeniem, aby wreszcie zamilknąć i zacząć słuchać?

Jak czytamy u św. Jana, każdy człowiek rodzi się ze światłością, czyli z prawdą. Ale nie wystarczy się z nią urodzić, człowiek musi ją podjąć, czyli usłyszeć i pozwolić, by przemówiła. Nigdy nie jest na to za późno. Nawet jeśli jest się w wieku 60 czy 70 lat człowiek sobie uświadomi, ze całe życie pływał i stracił siebie, to ma jeszcze czas, by siebie odkryć. Jeżeli człowiek żyje w amoku rozgadania, to co go czeka, gdy w chwili śmierci stanie wobec prawdy ostatecznej? Dla mnie jest to przerażające.

Co roku udaje się ojciec na kilkudniowe odosobnienie, jakiś czas temu w samotności spędził ojciec aż rok. Co płynie z takiego doświadczenia?

Od czasów kleryckich co roku jeździłem na kilka dni do chatki w górach, w której byłem zupełnie sam. I wiem, że najgorszy hałas to nasza wewnętrzna gadanina. Teraz jest to dodatkowo wzmocnione przez technologię. Człowiek cały czas czegoś słucha, coś ogląda, patrzy w komputer, w komórkę, czyta SMS-y. Jestem tu czy tam, w Honolulu, w Nowym Jorku, Warszawie, czy Krakowie – ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, kim jesteś. To, że informujesz przez Internet innych, że siedzisz w kawiarni i pijesz kawę czy nudzisz się na wykładzie, nie ma żadnego znaczenia. Ale bez względu na technikę, jaką dziś dysponujemy, wewnętrzna gadanina istniała zawsze. Co gorsze, można przebywać w kompletnej samotności i ciszy,a mimo to produkować wewnętrzną gadaninę, żyć wyobrażeniami. Samotność ma sens wtedy, gdy prowadzi nas do spotkania, do komunikacji z drugim człowiekiem. Inaczej to tylko zawracanie głowy.

Jak siebie nauczyć tego słuchania, bycia w gotowości do spotkania z drugim człowiekiem?

Nauka jest banalnie prosta. Wystarczy spojrzeć na drugiego człowieka z pytaniem: kim ty jesteś? Spytać: co dla ciebie jest ważne? I usłyszeć odpowiedź. Jeśli człowiek chce kogoś poznać, to raczej pyta niż polemizuje i mówi swoje. To, czy ktoś jest człowiekiem słuchającym, wychodzi w narracji np. gdy opowiada o spotkaniu z kimś, czy potrafi się wczuć w tę osobę, bez oceniania.

Będąc w odosobnieniu, wsłuchujemy się w swojego wewnętrznego nauczyciela, w siebie, czyli kontemplujemy. Czym się wyróżnia medytacja chrześcijańska?

Idąc za Romano Guardim (filozofem, księdzem niemieckim włoskiego pochodzenia, żyjącym w latach 1885-1968), medytować znaczy być obecnym przed Bogiem. Medytacja chrześcijańska – inaczej niż buddyjska – jest relacją osobową, jest wniknięciem w spotkanie z Bogiem. Największą przeszkodą w byciu obecnym przed Bogiem jest to wewnętrzne gadanie. Mnisi tę gadaninę nazywali logismoi, czyli namiętnymi myślami, pragnieniami, lękami, obrazami, wyobrażeniami. Sztuka medytacji polega na tym, żeby nie dopuszczać tych myśli, które niczego nie dają, a wręcz niszczą, za to umieć wysłuchać i przyjąć te, które są dobre i nas budują. Myśli namiętne są nachalne, narzucają się, Bóg nie zagaduje, nie próbuje argumentować, nie tłumaczy. Bóg milczy, ale z milczenia wyrasta o wiele większa głębia niż z jakiejkolwiek gadaniny. By być obecnym przed Bogiem, trzeba myśli zneutralizować, niezależnie, czy one są dobre, czy złe. Tischner mówił: „to nie ja mam myśli, to one na mnie przychodzą. Stają się moje, kiedy ja je biorę za swoje, przyjmuję za swoje”. Wszystkie techniki medytacji skupiają się na uwolnieniu się od tych myśli, ciągłym wracaniu do obecności przed Bogiem.

Można udać się na odosobnienie do klasztoru w Tyńcu?

U nas nie ma odosobnień. Mamy chatkę w Szczawnicy, do której sam jeżdżę, tam można pobyć samemu. W klasztorze można zamieszkać samotnie w pokoju, ale zawsze spotyka się innych, chociażby podczas modlitwy czy posiłku. Nie ma warunków do pełnego odosobnienia. Ale na pewno można się wyciszyć. Na tyle, ile ktoś będzie dbał o samotność, na tyle będzie samotny. Ale rzeczywiście przydałby się tutaj taki „domek na samotność”.