1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Zakochanie wypisane na twarzy. Jak pozytywne emocje wpływają na naszą skórę?

Zakochanie wypisane na twarzy. Jak pozytywne emocje wpływają na naszą skórę?

Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje. (Fot. Getty Images)
Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zakochania i towarzyszących mu motyli w brzuchu doświadczamy przeważnie świadomie, ale… czy zwracaliście kiedyś uwagę, jak odczuwa ten stan wasza skóra? „Skóra odzwierciedla nie tylko cierpienie i stres. Uwidoczniają się na niej również pozytywne emocje” – pisze w swojej książce „Skóra. Fascynująca historia” niemiecka dermatolożka Yael Adler.

„Miłość różowi nam policzki i wprawia w ruch hormony – u mężczyzn testosteron, u kobiet estrogen. U panów efektem zakochania wraz z jego seksualnymi aspektami jest gęstszy zarost na twarzy, owłosienie ciała, a także wysokie czoło i naturalna tonsura. U pań – jędrne ciało, piękna skóra i błyszczące włosy. Stan zakochania opóźnia pojawienie się zmarszczek. Szczęśliwi mają też niższy poziom hormonów stresu, a ich skóra wygląda zdrowo. Oksytocyna wydzielana podczas pieszczot wprawia partnerów w doskonały nastrój. Ludzie, którym się dobrze wiedzie w miłości, promienieją szczęściem i doskonale to po nich widać. W każdym wieku.” Brzmi przekonująco! Zacytowany fragment pochodzi z rozdziału „Zakochanie i szczęście” (Yael Adler, „Skóra. Fascynująca historia”, Wydawnictwo Feeria). W nawiązaniu do tego, o czym pisze Adler zadaliśmy kilka pytań polskiemu ekspertowi w dziedzinie dermatologii, dr Bartoszowi Pawlikowskiemu.

Czy po skórze jest Pan w stanie poznać ludzi szczęśliwych?
Osoba będąca w równowadze emocjonalnej, szczęśliwa ma zawsze ładniejszą cerę. Wynika to z ogólnego dobrego samopoczucia psychicznego oraz równowagi hormonalnej oraz neuroendokrynnej. Mechanizm takiego stanu jest bardzo złożony. Z kolei cera osób w stresie jest zwykle poszarzała, obsypana pryszczami, łojotokowa. Przedłużający się stres może nawet doprowadzić do powstania przewlekłego trądziku i to niezależnie od wieku.

Jak na skórę działa oksytocyna?
Oksytocyna nie ma bezpośredniego wpływu na skórę, chociaż pomaga np. w leczeniu trudno gojących się ran. Wpływa natomiast na zachowanie oraz wrażliwość emocjonalną. Nie bez powodu, największe jej stężenie obserwujemy w organizmie kobiety w czasie porodu, kiedy stymuluje macicę do skurczów oraz pomaga jej przejść przez ten trudny proces. Hormon wzmacnia też więź emocjonalną z dzieckiem, a w kontekście udanego życia seksualnego, także z partnerem (to dlatego kobiety w wyniku udanego pożycia łatwiej i szybciej się angażują). Ciekawostką jest wpływ oksytocyny na proces regeneracji oraz obniżenia poziomu stresu, a więc również kortyzolu. Oksytocyna pomaga poprawić jakość snu.

Czy testosteron ten sam, który odpowiada za większy zarost jest zarazem przyczyną łysienia?  Może nie warto się tak zakochiwać?
Jak wszystkie hormony, tak testosteron ma swoje prawidłowe stężenia. Zbyt wysokie powoduje wypadanie typu męskiego, również u kobiet. Jest to przerzedzenie włosów na szczycie głowy spowodowane pośrednim wpływem testosteronu na mieszki włosowe. Jednak trzeba mieć na uwadze, że dotyczy to jedynie włosów na głowie. Mężczyźni z wysokim poziomem tego hormonu mają zwykle nadmiernie owłosione ciało: klatkę piersiową, plecy, ręce i nogi. Miłość, czy włosy..? Na to pytanie niestety nie odpowiem J

Czemu policzki zakochanych kobiet są często zaróżowione?
Odpowiada za to odruch naczynioruchowy - to zjawisko gwałtownego rozszerzania się drobnych naczyń w skórze pod wpływem różnych emocji (i zmiennych temperatur). Za zaróżowione policzki odpowiada głównie układ przywspółczulny. Pozytywne emocje powodują jego aktywację, co przekłada się na rozszerzenie naczyń krwionośnych.

Czy zdarzyło się Panu, że skóra pacjenta lub pacjentki poprawiła się na skutek zakochania lub uprawianego seksu?
Oczywiście! Niejednokrotnie pytam pacjentki o życie uczuciowe, gdy widzę poprawę w stanie skóry, a wiem, że leki nie mogły zadziałać tak szybko. Jako lekarz potwierdzam, to działa!

Dr Bartosz Pawlikowski, lekarz dermatolog, przyjmuje w łódzkiej Klinice Medevac Pawlikowski.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czego pragną mężczyźni?

Mężczyzna oczekuje od związku, że kobieta będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. (Fot. iStock)
Mężczyzna oczekuje od związku, że kobieta będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. (Fot. iStock)
Gdyby tak na chwilę, niczym bohater filmu „Czego pragną kobiety?”, posiąść moc słyszenia myśli płci przeciwnej… czego byśmy się dowiedziały? Coacha Miłosza Brzezińskiego pyta Joanna Olekszyk.

Po czym można poznać, że facet jest zakochany? Najczęściej po tym, że jest w stanie podzielić się dobrem zdobywanym z trudem. Nie bez kozery jest to też cecha bardzo pożądana przez kobiety. Zakochany facet jest bardzo zaangażowany w robienie (robienie, a nie mówienie o robieniu) czegoś wokół kobiety. Chętnie też robi rzeczy spektakularne. Powiada się, że „mężczyźni nie biją się i nie zakochują, jeśli nikt tego nie widzi”.

Ale jest i drugie dno w tym pytaniu. Po czym poznać, że zakochał się w nas facet, a nie chłopiec? Odróżnianie chłopców od mężczyzn może się stać ważną kobiecą umiejętnością w naszych czasach. Chłopiec w dużej mierze składa się z testosteronu, czyli jest agresywny bez kontroli, egocentryczny, na pokaz siłujący się ze wszystkim, łącznie z siłą grawitacji, losem i własną wątrobą. Niczym najemnik żyje dla siebie, walczy dla pieniędzy, zbuntowany żyje chwilą. Mężczyzna jest raczej wojownikiem. Walczy dla kogoś, jego życie nie jest tylko jego i nie próbuje za wszelką cenę przejmować kontroli nad końcowym efektem. Energię pożytkuje rozważnie, a w dużej mierze wartość jego życiu nadaje zaangażowanie w poprawę jakości życia innych.

Kiedyś zostać mężczyzną to był obowiązek. Nikt nie pytał młodzieńca, czy ma ochotę być dorosły, bo żadnej społeczności nie było stać na utrzymywanie darmozjadów. Niegdyś, przy średniej czasu życia wynoszącej 49 lat, chłopcy stawali się mężczyznami w wieku 14–20 lat. Teraz ocenia się, że chłopcy stają się mężczyznami (o ile w ogóle to następuje w przypadku konkretnych osób) w wieku około 35 lat, przy średniej czasu życia 82 lat. Dla urodzonych w roku 2007 średnia długość życia szacowana jest już na 103 lata, więc prawdopodobnie moment przekraczania przez chłopców progu ogrodu męskości jeszcze się będzie przesuwał.

Czego mężczyzna oczekuje od związku? I od partnerki? Że będzie jego żoną i partnerką. Kłopot w tym, że każdy z nas ma w głowie swój słownik, gdzie wprawdzie hasła są te same, ale wytłumaczenie nieco inne. I teraz trzeba znaleźć takiego faceta, który ma jak najwięcej zbieżnych opisów z naszymi. I stąd te randkowe rozmowy: „A jaki kolor lubisz?”, „A jakich ludzi?”, „A jakie mieszkania?”, „A dzieci chcesz?”. Z tym że psychologia dość ostrożnie podchodzi do tego, co ludzie deklarują, bo często albo deklarują to, co trzeba, albo co im się akurat przypomni, albo co fajne i krotochwilne. Kontakt ze światem emocji ma facet tak głęboki, że plasuje go to... w pobliżu zydla. Stąd też fajnie z nim pogadać, a właściwie wysłuchać, co ma do powiedzenia, bo nic tak w kobietach nie uwodzi, jak te wszystkie informacje, które się im o sobie przekazało. Faceta poznaje się jednak po tym, co robi, a nie, co mówi. Nie na darmo babcie mówiły wnuczkom: „Na chłopa musisz być głucha jak pień, ale oczy mieć sokoła”.

Czego mężczyźni nie lubią w kobietach? Na przykład tego, czego nie potrafią sobie wytłumaczyć. Żeby daleko nie szukać – nie lubią nie swoich wad. Swoich też nie lubią, ale te przynajmniej potrafią sobie wytłumaczyć, bo potrafią wytłumaczyć siebie.

Czym mężczyźni nudzą się w relacji? Nudzenie się ma tysiące korzeni. Facet, wychowywany w poczuciu, że nuda to nie stan umysłu, tylko otoczenia, i przekonany, że to otoczenie ma obowiązek coś z tym zrobić, nudzi się w związku, bo on się zawsze nudzi, żeby wymusić jakieś działanie na innych. Babka podobnie. Podczas wersji demonstracyjnej związku, czyli często do ślubu, on jej kupuje, zawozi ją, wywozi na wywczasy, w lodach pierścionki chowa, na śniegu napisy kreśli, billboardy z wyznaniami miłości wynajmuje – dzieje się. A potem zaczyna się normalne życie. I facet nie jest taki, jak obiecywał. I ona też się może zacząć nudzić.

Facet może się nudzić też dlatego, że genetycznie ma potrzebę, żeby wiatr mu za uszami gwizdał. No to jedzie na weekend polatać, pospadochronować, polongboardować, poskałkować i poparalotnić, ale ta adrenalina działa najlepiej na mężczyzn, którzy mają do kogo wracać. W ogóle facetowi dobrze się kocha wyobrażenie o domu i o żonie. Nie ma większych miłości niż te na dystans. On na wojnie, ona: „wróć, Jasieńku”. On jej zdjęcie za bluzką, na sercu. Ona co wieczór modli się pod krzyżem, „we łzach go czeka”. I potem on wraca z tej wojny, powitają się, do łóżka pójdą, kwartał minie, nacieszą się sobą i… jakoś głowy nie urywa ta codzienność. W tej sytuacji, oprócz wielu jej kuriozów, ważne jest, że facet, nawet taki uzależniony od adrenaliny, cieszy się bardziej, jeśli ma kobietę, którą kocha. Bez partnerki nie cieszy się do końca, bo chociaż wiatr świszczy, a śnieg się rozbryzguje, to z tyłu głowy kołacze się myśl, że coś ważnego w życiu zaniedbał.

Miłość i przyjaźń – czy to da się połączyć? Życie w związku ma wiele wspólnego z pracą zespołową. Dobry związek się wypracowuje. Dlatego też zakładamy, że da się to połączyć. Ba, niektórzy nawet wierzą, że każdy się może dogadać i wszystko da się zgrać. Kłopot polega na tym, że czasem wysiłek, który trzeba włożyć w owo połączenie, oznacza marnowanie połowy życia (i to często tej lepszej), przy czym nie mamy żadnych gwarancji, że zakończy się sukcesem, ponieważ budowanie czegoś wspólnie polega na… budowaniu czegoś wspólnie. Jeśli jedno próbuje się zmieniać, a drugie udaje, że próbuje się zmieniać, to naprawdę szkoda czasu.

Ale, ale! Małżeństwa wcale nie powstały po to, by się jakoś specjalnie kochać. Powstały, żeby pomnażać pieniądze teściów i zwielokrotniać skład osobowy rodów. Nasza wersja małżeństwa z miłości, pigułki antykoncepcyjne, kobieca wolność w podejmowaniu pracy – dają szansę wypracowania zupełnie nowych związków, w których nie musisz z kimś być, ale chcesz.

I z tego wynika trzeci aspekt sprawy, który trzeba brać pod uwagę, czyli pewne niebezpieczeństwo. Jeszcze przed 1900 rokiem w żadnej kulturze na świecie nie było modelu rodziny 2+1 czy 2+2. Mężczyźni wychodzili do pracy i przebywali z mężczyznami, a potem bawili się po pracy również w męskim otoczeniu. Kobiety zostawały w domu i zajmowały się obejściem – w kobiecym towarzystwie. Każdy w swoim gronie: mężczyźni sprośni i siermiężni, kobiety, jakie tam sobie chciały. I potem się widywali w domu, żeby kultywować związek.

W obecnym modelu wymagamy od siebie często zachowania, które w ogóle nie pasuje do płci i preferencji. Facet ma być koleżanką, powierniczką, przyjaciółką: „ładnie mi w tym?”, „opowiem ci, co mi Jadzia dziś powiedziała”, „co tak siedzisz, pogadajmy sobie”. A i odwrotnie też tak to działa: „walniemy browara?”, „chodź, mecz obejrzymy”, „a teraz nasza rodzina wejdzie na ten szczyt”. Umówmy się – mąż nie będzie koleżanką ani żona – kolegą. Tak jak rower nie będzie wiosłem. Znaczy będzie, ale wiadomo jakim. Jak ktoś potrzebuje kolegów, to niech ma kolegów. A przyjaźń w domu to przyjaźń w domu. I nie oczekujmy, że jak przy żonie pomarudzimy na żonę, to ona zareaguje tak jak koledzy. Bo koledzy czasem potrafią powiedzieć: „ale wiesz co, świnia jednak z ciebie” i zupełnie inaczej się na to patrzy, niż jak powie to samo żona.

Jest taki mit, że kiedy mężczyzna nagle robi się bardzo miły dla partnerki, ona powinna wzmóc czujność. Czy to prawda? Oczywiście! Dodajmy kolejną bzdurną, użyteczną życiowo myśl: „Jeśli cię leje i ciągnie za warkocz, to znaczy, że mu się podobasz i cię kocha”. Koncepcji na wykrzywienie komuś obrazu świata mamy aż nadto. Jak ktoś się staje miły, to bycie podejrzliwym skutecznie go tego oduczy. Pomocne to tak jak wiara, że agresja jest przejawem męskiego zainteresowania.

Czy należy być zazdrosną o przyjaciółkę swojego faceta? Dobre pytanie, które otwiera kolejne drzwi. Po pierwsze: Czy należy? Czy wypada? Czy trzeba? Czy muszę? Czy mogłabym ewentualnie być zazdrosna? Nie należy. Nikt tego nie ustanowił i nie ma takiego imperatywu. Po drugie: Czy facet może mieć przyjaciółki? Cóż – mężczyzna może, ponieważ ma wystarczająco dużo krwi, żeby zasilić dwa kluczowe organy jednocześnie. W odróżnieniu od chłopca, który zasila zwykle tylko jeden organ. Dorosły mężczyzna ma erotyczne strzały myśli w głowie, ale potrafi sobie z nimi radzić. Wie, że nie ma kontroli nad tym, co mu do głowy przychodzi, ale ma kontrolę nad tym, co mu w głowie zostaje. Z chłopcem ciężej. Po trzecie: czy da się być „wszystkimi kobietami” w głowie faceta? Może i się da, ale facet nie szuka na świecie wyłącznie innych kobiet. Szuka osób do porozmawiania, kolegowania się, z którymi lubi być. Mężczyzna może oddać kobiecie całe swoje ciało, ale umysłu nie odda. I tak wyjdzie gdzieś z domu, nawet jak się go w nim fizycznie zamknie.

Czy dla mężczyzny jest ujmą, że jest w czymś gorszy od kobiety? Na przykład mniej od niej zarabia? Mężczyzna zawsze jest w czymś gorszy od kobiety. A kobieta od mężczyzny. Jeden człowiek zawsze jest w czymś gorszy od drugiego. Czy facet ma więcej zarabiać? Cóż – statystycznie łatwiej mu więcej zarabiać. To pewne. Nie doszukując się przyczyn, bo to nie o tym rozmowa – facetom statystycznie łatwiej. Ale… w codziennym życiu statystyka ma niewielkie znaczenie. Bo nas, w odróżnieniu od na przykład marketingowców, mało interesują statystyki, tylko nasze konkretne życie i nasz konkretny partner. I jeśli on mniej zarabia, to nie jest rozsądnym mu to wypominać. Bo ujmą to może być wtedy ewentualnie wypominanie. W ogóle to dla mężczyzny ujmą są inne rzeczy, o których wiedzą sami zainteresowani. A chcieć zarabiać więcej tylko dlatego, że ktoś inny więcej zarabia, to nie męski obowiązek, tylko zwykła zazdrość i chciwość.

Jak mężczyźni znoszą zamianę ról: on w domu, ona w pracy? Mężczyzna nie jest zwierzęciem domowym. On jest znacznie dzikszy, nosi go, jest agresywniejszy. Mężczyzna nie zamienia się z kobietą rolami, bo tego się nie da zrobić. Nie da się z mężczyzny zrobić kobiety, a z kobiety – mężczyzny. Mężczyzna chce być uważany za niebezpiecznego faceta, często uprowadzanego przez własne namiętności. Kobieta w biznesie nie funkcjonuje jak mężczyzna (jeśli już grzebać tak głęboko), a mężczyzna w domu nie będzie kobietą. Sądzę, że w przypadku tego pytania zamianę ról każdy znosi źle, bo nikt nie lubi być wtłaczany w nie swoją rolę. Mężczyźni i kobiety dobrze znoszą dom i biznes, jeśli mogą je uprawiać po swojemu. Stąd też teraz definiujemy te role na nowo, bo nie ma kogo spytać, gdyż nikt tak wcześniej nie miał jak my.

Pracuję z kobietami w biznesie oraz z mężczyznami w domach i widzę, że obie te strategie wciąż są na etapie powstawania. Ani kobiety nie chcą biznesu uprawiać barbarzyńsko i do upadłego, ani facet nie chce być w domu kluchem.

Jaka jest podstawowa różnica, która najbardziej utrudnia porozumienie między mężczyzną a kobietą? Podejrzewam, że ta sama, która uniemożliwia porozumienie się dwóch osób w ogóle, bez względu na płeć. Pomimo najszczerszych chęci feministek i naszego leniwego poznawczo mózgu, kobiety i mężczyźni mają bardzo podobne mechanizmy myślenia. Ciężko by było przetrwać gatunkowi, którego płcie mają przesadny kłopot z dogadaniem się. I to trzeba zapamiętać: zwykle da się dogadać. Nie zmienia to faktu, że każde badanie wbijające chociaż mały klin między kobiety a mężczyzn rozdmuchiwane jest z nieskrępowaną radością przedszkolaka. Z tego też powodu nie będę wymyślał jakichś statystycznych cudów, tylko powiem, że trudności w dogadywaniu się w parach (hetero- czy homoseksualnych) wynikają najczęściej z tego, jak się obu osobom wydaje, że na świecie powinno być, a są to modele różne. Najczęściej po prostu wyniesione z domu, bo kiedy zaczynam zdanie od: „Bo w normalnej rodzinie…”, to i tak najczęściej po prostu opowiadam, jak było w mojej. Im bardziej człowiek chce wyjść z rodzinnego domu, tym bardziej go za sobą całe życie wlecze.

I tu jest problem, bo zdanie sobie sprawy z tego, co mój mózg myśli i z tego, że on myśli o jednej jedynej dobrej opcji po prostu z lenistwa, bo inne dobre musiałby wymyślić, przetestować i wyćwiczyć – to jest potwornie ciężka praca. A mózgowi się nie chce, więc próbuje przeforsować modele i strategie, które już zna i umie sobie w nich znaleźć miejsce. Najtaniej dla mózgu jest przyjąć moją wersję. Wersja partnera jest znacznie cięższa do przyjęcia. Najtrudniej jest ustalić jakąś trzecią opcję, której oboje partnerzy za dobrze nie znają, którą będą musieli ćwiczyć, może i modyfikować, doczytać coś. To jest cholernie dużo roboty. I wiele osób się na to nie decyduje, próbując doprowadzić do swojej wersji. A jak przepchnąć swoje? Na przykład powiedzieć: „fabrycznie taki jestem, bo jestem facetem, i tego nie zmienię”. Dlatego nie będę się tu rozwodził o różnicach między kobietami a mężczyznami, bo zaraz zostanie to użyte jako fikcyjny argument do: „ty musisz się zmienić, bo tu dotarliśmy do tego, kim jestem fabrycznie jako kobieta i mam na to papier w postaci ostatniego artykułu w gazecie”. Po moim trupie!

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Zdrowie

Jak troszczyć się o serce? Pytamy kardiologa Piotra Nikodema Rudzińskiego

Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. Orina Krajewska pyta kardiologa dr Piotra Nikodema Rudzińskiego o to, jak otoczyć je troską.

Czy powiedzenie „pęknięte serce” lub „złamane serce” ma swoje uzasadnienie medyczne?
Coraz częściej wskazuje się na zależności umysłu i serca. Ostatnio dużo mówi się zwłaszcza o „zespole złamanego serca”, czyli kardiomiopatii stresowej, jeszcze inaczej „zespole takotsubo” – od nazwy japońskiego naczynia do połowu ośmiornic, do którego japońscy badacze porównali obraz widoczny w echokardiografii dotkniętego tym stanem serca. Jest to choroba zdecydowanie częściej występująca u kobiet. Wywołana jest dużym stresem fizycznym, takim jak rozległy uraz, wypadek komunikacyjny czy operacja, ale też psychicznym, czyli śmiercią bliskiej osoby, rozstaniem czy problemami w pracy. Stresem nazywamy tu ogromne, traumatyczne emocje lęku, żalu, smutku czy gniewu. Co ciekawe, w literaturze opisywane są też przypadki osób poddanych nadmiernym, lecz przyjemnym emocjom, które doprowadziły do opisywanego zespołu.

Wyjątkowo przyjemne emocje również mogą złamać nam serce?
Chodzi prawdopodobnie o odczucia ekstatyczne. To stany, które mogą być ekwiwalentem stresu dla organizmu. Przyspieszona akcja serca, skurcz naczyń krwionośnych, wydzielanie pewnych grup hormonów – to efekty nadmiernych emocji. Zazwyczaj łączymy je tylko ze stanami powszechnie uznawanymi za negatywne, jednak ciekawe jest to, że w nadmiarze również te pozytywne emocje mogą być dla nas niebezpieczne. Zespół złamanego serca do złudzenia przypomina klasyczny zawał serca. Całe szczęście ma łagodniejszy przebieg i przeważnie nie pozostawia trwałych skutków ubocznych. Zmiany cofają się samoistnie po ustąpieniu bodźców stresowych i uspokojeniu emocji. Chociaż wiemy coraz więcej o kardiomiopatii stresowej, jej dokładny mechanizm nie został w pełni poznany.

Co jeszcze wiemy o wpływie emocji na serce? W języku funkcjonuje mnóstwo powiedzeń związanych z sercem i emocjami, jak na przykład „mam kogoś w sercu”.
Wydaje mi się, że ludzie wiążą aktywność serca z emocjami chociażby dlatego, bo pod wpływem emocji mogą poczuć jego szybsze bicie, a nawet czasami zobaczyć skurcze w postaci ruchu koniuszka serca na powierzchni klatki piersiowej. Kiedy się zakochamy lub przestraszymy, czujemy jego kołatanie. Można przyłożyć głowę do serca drugiej osoby i usłyszeć, jak podczas miłego wieczoru głośniej lub szybciej bije. Badania HeartMath wykazały, że różne wzorce aktywności serca towarzyszące różnym stanom emocjonalnym mają wyraźny wpływ na funkcje poznawcze i emocjonalne. Przykładem może być osoba z obniżonym nastrojem lub depresją po przebytym zawale serca. Bardziej uporządkowana i stabilna aktywność serca ma istotny wpływ na funkcjonowanie mózgu, wzmacnia funkcje poznawcze i kognitywne, uwagę, percepcję, pamięć, pozytywne uczucia i stabilność emocjonalną.

Innymi słowy, nie tylko serce reaguje na mózg, ale mózg może reagować na aktywność serca?
Wpływ mózgu na serce znakomicie obrazuje badanie przeprowadzone z udziałem tybetańskich mnichów buddyjskich, opublikowane w 2019 roku w renomowanym czasopiśmie naukowym „Cerebral Cortex”. Pokazano w nim, że dzięki wieloletniej praktyce medytacji można w kontrolowany sposób spowolnić częstość akcji serca do sześciu uderzeń na minutę. W kardiologii używamy do tego czasami specjalnych leków, tzw. b-blokerów. Oczywiście gdyby zgłosił się do nas pacjent z tak skrajnie niską częstością pracy serca, raczej myślelibyśmy o pilnym wszczepieniu stymulatora. Niemniej jednak badanie to w fascynujący sposób pokazuje, do jakiego stopnia można wyćwiczyć i kontrolować mechanizmy na linii mózg–serce. W organizmie ludzkim nieustannie dochodzi do niezliczonej ilości procesów, a zdecydowana większość z nich odbywa się poza naszą świadomością, bez naszej woli. Dlatego tak ważne jest, aby świadomie wpływać na te obszary, na które możemy oddziaływać.

To prawda, że choroby układu sercowo-naczyniowego od lat pozostają najczęstszą przyczyną zgonów w Europie, Stanach Zjednoczonych i krajach rozwiniętych?
Tak, a według danych GUS w Polsce odpowiadają za 46 proc. wszystkich zgonów. Co ok. 9 minut jeden Polak umiera z powodu zawału serca, udaru mózgu czy niewydolności serca. Jest to znacznie wyższa częstość zgonów niż ta spowodowana chorobami nowotworowymi czy chorobami układu oddechowego. Do najczęstszych chorób układu krwionośnego zaliczamy nadciśnienie tętnicze oraz chorobę wieńcową, nazywaną przez pacjentów wieńcówką, czyli miażdżycę tętnic dostarczających krew do mięśnia sercowego. Choroby serca i naczyń należą do grupy chorób cywilizacyjnych, dlatego w krajach rozwiniętych ich współczynnik jest najwyższy. Tam króluje złe odżywianie (szczególnie warto podkreślić nadużywanie soli, cukrów prostych, występujących w wysoko przetworzonej żywności tłuszczów trans) oraz brak regularnej aktywności fizycznej. Bez odpowiedniej edukacji i profilaktyki nawet najlepsze leki i metody będą niewystarczające.

Czyli bez zmiany na poziomie stylu życia nawet najnowocześniejsze medyczne rozwiązania nie dadzą nam gwarancji na bycie zdrowym?
Niebezpieczne jest to, że przy tempie, w jakim żyjemy obecnie, potrafimy skutecznie ignorować sygnały płynące z organizmu. Symptomy ze strony układu sercowo-naczyniowego z biegiem czasu się nasilają. Nawet jeżeli ktoś bagatelizuje je przez jakiś czas, w końcu uderzą tak silnie, że nie sposób ich będzie przeoczyć. Ale wtedy to będzie już dosyć późne stadium.

Na jakie objawy powinniśmy być wyczuleni?
Można powiedzieć, że ile chorób serca, tyle różnych objawów. Choroba wieńcowa może się manifestować zaledwie szybkim męczeniem się, ale też bólem w klatce piersiowej występującym po wysiłku, zdenerwowaniu czy nawet wyjściu na zimne powietrze. Z kolei przewlekłe nadciśnienie tętnicze zazwyczaj nie boli, choć czasami przy dużych wzrostach jego wartości mogą wystąpić bóle głowy czy bóle w klatce piersiowej. Inną grupą objawów może być kołatanie serca, uczucie niemiarowości czy nawet utrata przytomności, co wskazuje na zaburzenia rytmu. W niewydolności serca natomiast obserwuje się duszność, narastające obrzęki kończyn dolnych, nabieranie masy ciała.

Powiedzieliśmy już o tym, że na zły stan serca wpływa bezpośrednio złe odżywianie…
Niestety większość osób, które przyjmujemy na oddziale, to pacjenci zdrowotnie zaniedbani, czyli otyli, z wysokim poziomem cholesterolu i glukozy we krwi, zmagający się z uzależnieniem od papierosów, często nadużywający alkoholu.

Chyba powinniśmy podkreślić jeszcze wpływ stresu.
Oczywiście stres, zarówno przewlekły, jak i krótkotrwały, ma ogromny wpływ na kondycję układu sercowo-naczyniowego. Obydwa stany, pomimo odrębnych mechanizmów, mogą teoretycznie doprowadzić do zawału serca. Życie w napięciu skutkuje stale podwyższonymi wartościami ciśnienia tętniczego oraz hormonów stresowych, takich jak kortyzol (jego wysokie stężenie ma negatywny wpływ na serce). W badaniu INTERHEART wykazano, że przewlekły stres jest niezależnym czynnikiem zawału serca i to nawet u osób kardiologicznie zdrowych – czyli bez stwierdzonej choroby układu krążenia. Z kolei nagły stres może doprowadzić do odruchowego skurczu tętnic  wieńcowych i niedokrwienia mięśnia sercowego czy nawet pęknięcia blaszki miażdżycowej i zawału serca. Oczywiście rozwój każdej choroby jest wieloczynnikowy i trzeba mieć tego świadomość. Ciekawie obrazuje to koncepcja Lalonde’a, która mówi, że do ogólnego stanu zdrowia przyczyniają się cztery główne filary. W 50 proc. warunkuje nas styl życia, w 20 proc. czynniki genetyczne i biologia człowieka; środowisko fizyczne to 20 proc.; 10 proc. stanowi organizacja opieki zdrowotnej. Dokładne wytyczne co do prewencji chorób układu sercowo-naczyniowego co kilka lat publikuje Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Dr n. med. Piotr Nikodem Rudziński, pracownik Kliniki Choroby Wieńcowej i Strukturalnych Chorób Serca Narodowego Instytutu Kardiologii w Warszawie. Swoje badania naukowe z zakresu choroby wieńcowej i zastawkowych chorób serca prowadził na austriackim Uniwersytecie Medycznym w Wiedniu oraz amerykańskim Uniwersytecie Medycznym w Charleston. 

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Moda i uroda

Kwas hialuronowy - poznaj sekret młodości

Kompleksowa i systematyczna pielęgnacja przynosi pożądany efekt – optymalne nawilżenie i odmłodzenie wyglądu skóry. (Fot. materiały prasowe)
Kompleksowa i systematyczna pielęgnacja przynosi pożądany efekt – optymalne nawilżenie i odmłodzenie wyglądu skóry. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Dobrze nawilżona skóra wygląda młodo niezależnie od wieku. O odpowiednie nawodnienie organizmu trzeba dbać, pijąc dużo płynów i stosując skuteczne kosmetyki nawilżające.

Kwas hialuronowy jest jedną z najbardziej higroskopijnych cząsteczek występujących w naturze. Oznacza to, że skutecznie magazynuje wodę. Jednak możliwości tego składnika zastosowanego w pielęgnacji cery, są o wiele większe, a kosmetyczne zalety – niezwykłe. Dlatego przyjrzyjmy mu się z bliska.

Wyobraź sobie małą cząsteczkę kwasu hialuronowego, która potrafi zatrzymać nawet 250 cząsteczek wody. W przeliczeniu na masę ważą one 1000 razy więcej niż cząsteczka kwasu. Robi wrażenie, prawda? Jednak niezwykła jest również droga, jaką ten składnik przeszedł, by znaleźć się wreszcie w szeroko pojętej medycynie i kosmetologii.

Naturalnie odmładzający

Odkryty w latach 30. XX wieku kwas hialuronowy stosowano w leczeniu weterynaryjnym, ale już w latach 80. trafił do medycyny jako remedium na problemy ze stawami. Przede wszystkim przydał się więc w ortopedii, okulistyce, a dużo później wszedł przebojem do dwóch dziedzin: medycyny estetycznej oraz kosmetologii. Jako niezwykle skuteczny składnik nawilżający i odmładzający był i ciągle jest udoskonalany. Wciąż dowiadujemy się o nim więcej. Otóż kwas hialuronowy należy do grupy polisacharydów (inaczej cukrów) i występuje naturalnie w naszym organizmie. Gdzie? We wszystkich tkankach i płynach ustrojowych. Gdyby położyć go na wadze, uzyskalibyśmy wynik ok. 15 g, z czego ponad połowa znajduje się w skórze. Tu właśnie jest produkowany dzięki ciągłej pracy fibroblastów (w skórze właściwej) oraz keratynocytów (w naskórku), a prościej rzecz ujmując: sami wytwarzamy ten cenny składnik. Dzięki niemu mamy gładką i nawilżoną cerę. Jemu zawdzięczamy „młodzieńczy wygląd”. Jednak na tym etapie zaczynają się kłopoty, bo ilość tego cudownego składnika w skórze ulega ciągłej zmianie.

 

Odkryj sekret młodej skóry z kosmetykami Fortefusion Yonelle (Fot. materiały prasowe) Odkryj sekret młodej skóry z kosmetykami Fortefusion Yonelle (Fot. materiały prasowe)

Chcemy więcej

W świetle badań już od 25. roku życia ilość kwasu hialuronowego zaczyna powoli spadać. Do 50. roku życia zachowujemy już tylko połowę zasobów tego cennego „odmładzacza”. Pogarsza się zatem elastyczność skóry, jędrność, pogłębiają się zmarszczki oraz bruzdki. Dlatego właśnie dostarczanie kwasu hialuronowego skórze jest tak ważne, tym bardziej że zaburzenia hormonalne, palenie tytoniu i zanieczyszczone środowisko tylko przyspieszają utratę hydrofilowych cząsteczek. Efekt ich braku jest bardzo charakterystyczny: cera traci zdrowy koloryt, jest poszarzała, bruzdki stają się głębsze, a twarz wygląda na zmęczoną.

Bank wody dla skóry. Sprawdź, czy masz go w swoim kremie

 „Nie sztuką jest zastosować w kosmetykach wszystkie najnowsze składniki przeciwzmarszczkowe. Sztuką jest sprawić, by przebiły się przez barierę naskórka, która na ogół jest nie do pokonania. Tylko wtedy mogą skutecznie działać. Zgodnie z koncepcją Yonelle w nowej serii zdecydowałyśmy się na użycie kwasu hialuronowego, który zachwyca nas swoją skutecznością i światowymi badaniami. W Fortefusion podajemy go w postaci trójwymiarowej gąbki molekularnej, stanowiącej dla skóry „bank wody”. W ten sposób udało się nam osiągnąć rekordową siłę nawilżania i rewelacyjny efekt młodzieńczego wyglądu skóry, o którym tak marzymy” –  komentują założycielki marki Yonelle: Jolanta Zwolińska, biolog oraz Małgorzata Chełkowska, dr n. chemicznych, kosmetolog.

Jolanta Zwolińska, biolog oraz Małgorzata Chełkowska, dr n. chemicznych, kosmetolog. (Fot. materiały prasowe) Jolanta Zwolińska, biolog oraz Małgorzata Chełkowska, dr n. chemicznych, kosmetolog. (Fot. materiały prasowe)

Kwas Hialuronowy Forte to wspomniany bank wody dla skóry, czyli aktywna forma kwasu hialuronowego z dodatkową biomolekułą, której jedna cząsteczka potrafi zmagazynować nawet 5000 cząsteczek wody, co sprawia, że cera błyskawicznie odzyskuje świeżość. Poza tym stosowany regularnie krem Yonelle Fortefusion z kwasem hialuronowym na dzień i na noc, przywraca komfort i niezwykłe wrażenie wypełnienia skóry, uczucie „mokrej” cery oraz przyjemny „plumping effect”. Dzięki temu, nawet w suchym powietrzu i w przegrzanych pomieszczeniach domowego biura cera zachowuje prawidłowy poziom nawilżenia. To bardzo ważne, szczególnie teraz. W trudnych czasach pandemii, kiedy najczęściej pracujemy z domu, pielęgnacja powinna być dopasowana do nowych warunków. Stąd w linii Yonelle Fortefusion znalazły się: Krem pod oczy i na powieki z kwasem hialuronowym Forte oraz Upiększające płatki pod oczy. Aż dwie niezwykle skuteczne formuły pod oczy, ponieważ pielęgnacja tych delikatnych okolic, stała się najważniejszym etapem codziennej rutyny. Zasłonięci maskami, patrzymy sobie prosto w oczy i chcemy, by wyglądały młodo i świeżo. W formule kremu jest więc kwas hialuronowy forte, a obok niego ekstrakt z alg, polifenole z jaśminu arabskiego oraz głogu. W połączeniu, dają szybki efekt odmłodzenia, rozświetlenia oraz niwelują cienie i opuchnięcia pod oczami. Na koniec warto wymienić jeszcze jeden kosmetyk, oparty na działaniu kwasu hialuronowego w skoncentrowanej formie, który można nazwać bombą supernawilżającą. Jest to Fortefusion Kwas hialuronowy Forte. Stosowany na twarz, szyję i dekolt samodzielnie lub pod krem, sprawia, że wrażliwa cera staje się odporna na podrażnienia i wygląda młodziej. Poza tym wzmacnia działanie kosmetyków nawilżających i spektakularnie odmładza wygląd cery.

www.yonelle.pl