1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda

Ubranie jak dzieło sztuki – rozmowa z Adamem Leją, kolekcjonerem mody

Adam Leja odkrywa, jaką prawdę o nas przekazuje dawna moda. (Fot. Michał Radwański, materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)
Wystawa „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, którą można oglądać w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy, prezentuje jedynie część wspaniałej kolekcji jednego z najbardziej znanych polskich kolekcjonerów mody. Adam Leja odkrywa, jaką prawdę o nas przekazuje dawna moda.

Skąd pomysł i potrzeba kolekcjonowania ubrań haute couture?
To jest chyba jedno z najtrudniejszych pytań. Wszyscy mi je zadają. Myślę, że po prostu mam kolekcjonerską manię. Gdy byłem mały, zbierałem znaczki, monety, breloczki, jak to dzieci. Kiedy skończyłem historię sztuki, zacząłem kolekcjonować inne przedmioty, bardziej „dorosłe”. Na studiach odwiedzałem salony Desy – oglądałem, podziwiałem, inspirowałem się. Czasem mogłem nawet coś tanio w nich kupić i te zdobycze były dla mnie niczym prawdziwe skarby. Kiedy zacząłem prowadzić galerię, rozpoczęła się moja przygoda z kolekcjonowaniem na poważnie.

Nie od razu jednak zająłeś się modą…
Nie sądziłem, że będę na tyle interesować się modą, żeby ją kolekcjonować. Od 1992 roku funkcjonuje moja Galeria 32 i właściwie przez pierwsze dziesięciolecie specjalizowała się w biżuterii współczesnych projektantów, głównie ze Stowarzyszenia Twórców Form Złotniczych, ale też oferowała malarstwo współczesne, rzeźbę. Na początku XXI wieku zmienił się rynek, wchodziły zachodnie biżuteryjne marki, zmieniły się potrzeby, wtedy uruchomiłem też antykwariat. Specjalizowałem się w art déco. Ten styl świetnie wpisywał się we współczesne wnętrza, muzea też zaczęły go doceniać i gromadzić.

Moim klientem było Muzeum Mazowieckie w Płocku, które wcześniej specjalizowało się w secesji, ale wprowadziło do swojej kolekcji także art déco. Najlepsze przedmioty ode mnie trafiały właśnie do nich. Ludzie zaczęli przynosić mi różne rzeczy z tego okresu. Wtedy pojawiły się także akcesoria modowe: kapelusik, torebka, rękawiczki. Dostrzegałem w tym piękno, oryginalność i historię, ale wydawało mi się, że nikt nie będzie tym zainteresowany. Jednak dla muzeum to było bardzo wartościowe. I tak moda zaczęła wkraczać w mój świat. Do zajęcia się tym tematem na całego zainspirowała mnie znajoma, która zwróciła uwagę na to, że moda mogłaby świetnie dopełnić moją kolekcję. Wtedy też zacząłem trochę inaczej patrzeć na swoje zdobycze i coraz więcej zostawiać sobie, zamiast przekazywać dalej.

Adam Leja, kolekcja ubrań – sesja zdjęciowa (Fot. materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)

Postanowiłeś zostać kolekcjonerem mody?
W tej decyzji utwierdziły mnie wyjazdy do Paryża na pokazy haute couture, oglądałem wystawy, które im towarzyszą, np. w Palais Garnier. Fascynacja tematem mody rozbudziła we mnie chęć posiadania. Jeżeli ktoś, jak ja, ma żyłkę kolekcjonera, to kiedy widzi coś pięknego, zaraz chce to mieć.

Co musi mieć ubranie, by znalazło się w twojej kolekcji?
Na początku najważniejsze było dla mnie kryterium czasu, czyli żeby rzecz pochodziła z danego okresu historycznego. Takich perełek szukałem w Internecie, ale chodziłem także na targi staroci, do antykwariatów. Ważne było też, by dana rzecz mi się podobała, żeby była dobrze zachowana i charakterystyczna dla danego okresu. W końcu zrobiło się tego bardzo dużo. Wtedy zrozumiałem, że warto postawić na rzeczy markowe.

Dla każdego kolekcjonera najciekawszy jest chyba aspekt polowania, a nie zamawiania w drogim sklepie. Nauczyłem się, że nie wolno się za długo zastanawiać, trzeba szybko przeanalizować, czy dana rzecz jest autentyczna, czy nam pasuje, czy nie jest przerobiona i czy możemy sobie na nią pozwolić finansowo. W Paryżu poznałem osoby, które sprzedają rzeczy haute couture kolekcjonerom. Mam tam też znajomych, którzy żyją z tego, że wynajdują i sprzedają takie rarytasy. W ten sposób też pozyskuję okazy do moich zbiorów.

Ubrania oraz dodatki z kolekcji Adama – fragment wystawy prezentowanej w Bydgoszczy (Fot. materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)

A aukcje?
Coraz częściej zdarza mi się kupować w znanych domach aukcyjnych jak Christie’s czy Sotheby’s. Tam trafiają rzeczy bardzo wyjątkowe, a nie zawsze bardzo drogie. Na aukcji trzeba mieć trochę szczęścia, no i plan B, bo oczywiście ktoś może cię przelicytować. Czasami pomaga łut szczęścia, czasami refleks, czasami dobry kontakt z aukcjonerem. To wielka radość, kiedy wygrasz taką licytację.

Pamiętasz swój pierwszy aukcyjny zakup?
Pamiętam i zakup, i emocje, które mi towarzyszyły. To było na aukcji w Christie’s, podczas której były sprzedawane pamiątki po projektantce Elsie Schiaparelli. Wybrałem się na nią spontanicznie. Nie sądziłem nawet, że coś kupię. Sama aukcja jest prawdziwym wydarzeniem towarzyskim, wszyscy są pięknie ubrani, wyszykowani. W końcu wylicytowałem bardzo okazyjnie rękawiczki i dość niezwykły przedmiot, choć niemodowy – XIX-wieczny kielich wykonany z rzeźbionego kokosa, oprawiony w srebro. Często się pojawiał na zdjęciach Elsy. Udało mi się kupić niesamowite rzeczy z historią, i to w dobrej cenie. Dziś coraz częściej niestety aukcje są organizowane online, a zupełnie innym przeżyciem jest być tam na żywo.

Po lewej: torebka wieczorowa wykonana ze stalowych koralików tkanych na krosnach (Francja, lata 20. XX wieku), po prawej: Chatelaine, wyrób jubilerski znany od okresu średniowiecza w formie noszonego przy pasie łańcuszka, do którego doczepiano klucze, pieczątki, breloki, zegarki i różne drobne przedmioty (srebro, granaty, XIX wiek). (Fot. materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)

Co zapoczątkowało twoją modową kolekcję?
Tak naprawdę to nie pamiętam. Na pewno był to jakiś drobiazg. Pamiętam za to jedną rzecz z tych moich początków, bo to była prawdziwa okazja. Na bazarze na Kole wypatrzyłem i kupiłem chyba za 10 czy 15 zł maleńki portfelik z czerwonej koźlęcej skórki z wyhaftowaną nazwą „Konstantynopol” i datą z rokiem 1760 czy 1770… Takie same znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie czy w Metropolitan Museum of Art.

Jak przygotowujesz swoją kolekcję do wystawy, choćby takiej jak ta w Bydgoszczy?
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, ile zachodu i pracy pochłaniają takie przygotowania. Trzeba ubrania wyszukać, potem odświeżyć – w 99 proc. te rzeczy były noszone, więc muszą być poddane konserwacji. Często trzeba zadbać o pranie, ale też odwrócić przeróbki, jakie zostały wprowadzone, poddać kreację drobnym naprawom, uzupełnić guziki, koraliki, jeśli jest wyszywana, a wcześniej znaleźć odpowiednie, co wcale nie jest takie łatwe. Przed wystawą każdą rzecz należy też odparować i przeprasować, żeby ładnie wyglądała. Chociaż im starsze rzeczy, tym mniej można ingerować. Trzeba też mieć na uwadze to, że na przykład cekiny na sukienkach z lat 20. są żelowe i przy kontakcie z wodą się roztapiają. Kiedyś podczas jednej sesji zdjęciowej modelce spociły się ręce i cekiny zostały jej na dłoniach.

Dodatkowym problemem, szczególnie w Polsce, jest brak odpowiedniego finansowania wystaw modowych. Począwszy od takich prostych rzeczy jak to, że na Zachodzie robi się manekiny do sukni, a u nas suknię musimy dopasować do manekina. Z reguły jest to współczesny manekin, więc jest wyższy i ma inne proporcje. Potem ludzie komentują, że prezentujemy modele z lat 20., a wyglądają jak mini… Na obecnej wystawie w Bydgoszczy niektóre sukienki nie weszły na manekiny, bo były za małe… Druga rzecz to buty z epoki, które są tak wąskie, że rzadko kiedy można je włożyć na stopy manekinów, dlatego często stoją obok. Kiedyś w Muzeum Narodowym, gdzie prezentowałem dwie sylwetki, manekiny zostały zrobione na miarę, a ich stopy były przycinane, żeby buty się zmieściły.

Adam Leja, kolekcja ubrań – sesja zdjęciowa (Fot. materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)

Jak w bajce o Kopciuszku i złych siostrach… A co mówi moda vintage o tamtych czasach i ludziach w nich żyjących?
Na przykład to, że kobiety były wtedy mniejsze, drobniejsze. Talie w sukienkach bywają tak wąskie, że aż ciężko w to uwierzyć. Ale też wtedy kobiety nie pracowały zawodowo.

Czy ta moda różni się znacznie od dzisiejszej czy jednak są jakieś podobieństwa?
Przy naszej masowej produkcji konstrukcja musi być prosta, żeby można było tanio i szybko wyprodukować daną rzecz, ale już kreacje haute couture, które mają swoją cenę, mogą mieć skomplikowane kroje i być idealnie dopasowane do sylwetki klientki. Czasem chcemy coś ukryć, coś uwypuklić. Już w sukniach XIX-wiecznych zdarzały się poduszeczki powiększające biust. Pod tym względem współczesna odzież haute couture lub szyta na miarę jest podobna do tej dawnej. Trzeba też pamiętać, że nie jesteśmy symetryczni, bywa, że jedna ręka jest krótsza i wtedy można ubranie dostosować. Mam spodnią część sukienki od Diora, którą pokazywałem na wystawie w Łodzi i która ma jedno ramiączko dłuższe, a drugie krótsze – po to, żeby ukryć mankament sylwetki.

Ubrania oraz dodatki z kolekcji Adama – fragment wystawy prezentowanej w Bydgoszczy (Fot. materiały prasowe wystawy „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy)

Co sprawia, że niektóre projekty do dziś nas zachwycają, mimo upływu lat i zmiany gustów?
Dobry projekt się zawsze obroni, jest ponadczasowy. Zauważ też, że moda wraca. Sam Yves Saint Laurent otwarcie inspirował się m.in. wspomnianą Elsą Schiaparelli. Moda zatacza koło. Niby nie wraca dokładnie taka sama, ale pierwsze wrażenie jest takie, że jednak już to znamy. Wszyscy też kojarzymy takie projekty jak żakiet Chanel, który funkcjonuje już od długiego czasu i zawsze jest w modzie. Każdy szanujący się dom mody ma też swoje modowe DNA.

Sądzisz, że ubranie może być dziełem sztuki?
Jak najbardziej! Zdarzają się klientki, które kupują kreacje haute couture nie tylko po to, żeby się w nich pokazać. Zatrzymują tę rzecz, bo wiedzą, jak jest cenna. Będą mogły ją przekazać do muzeum lub sprzedać z zyskiem. Zdarzają się też takie jednostkowe projekty jak sukienka Mondrian YSL, która stała się ikoną mody i prawdziwym, rozpoznawanym dziełem sztuki.

Uważasz, że to ubranie nas określa czy raczej my nadajemy mu charakter?
To zależy. Młodość zwykle rozkwita w każdym stroju, im jesteśmy starsi, tym możemy potrzebować mocniejszych akcentów. Lepiej też siebie znamy i wiemy, co do nas pasuje. Ubranie może sprawić, że zostaniemy zauważeni, zapamiętani. Ja jeżdżę na pokazy haute couture, zdobycie zaproszenia wcale nie jest łatwe, więc jeśli się uda, chcę się ubrać ciekawie, pokazać. Raz podeszła do mnie Carla Bruni i zagadnęła tylko dlatego, że miałem fajną czapkę. Ja sam bym się pewnie nie odważył. Ten strój mi pomógł, ale też zdefiniował mnie w towarzystwie, sprawił, że zostałem zapamiętany i rozpoznany. Oczywiście taki strój nie pasuje każdemu. Najważniejsze, żeby nie był przebraniem. Powinien być dobrze dobrany do naszej osobowości, nawet niekoniecznie supermodny, ale nasz.

Adam Leja, historyk sztuki, kolekcjoner mody i sztuki dekoracyjnej. Od 1992 roku prowadzi Galerię 32 specjalizującą się w stylu art déco. Właściciel jednej z największych kolekcji mody w Europie Wschodniej.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze