1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Co zrobić, żeby dzieci czytały?

Co zrobić, żeby dzieci czytały?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Podsuwać im książki, od których nie będą się mogły oderwać.

Właśnie taki jest „Marek i czaszka jaguara” autorstwa Marka Kamińskiego i Katarzyny Stachowicz – Gacek.  

Kiedy pojawi się młodsze rodzeństwo dzieci mają z tym kłopot, rodzice także. Dlatego dobra lektura może pomóc zaakceptować dziecku, że już nie jest jedynakiem.

Sięgnęłam po nią zainteresowana, co mogło wyniknąć ze współpracy światowej sławy podróżnika i zdobywcy biegunów z pisarką, która ma na swoim koncie kilka powieści kryminalnych, a jednocześnie jest współscenarzystą filmów dla dzieci. Odkryłam nie tylko wciągającą historię, ale też głębszy, wzruszający przekaz.

Marek ma dwanaście lat i pecha – właśnie urodziła mu się młodsza siostra, wywracając cały jego świat do góry nogami. Przez jej ciągły płacz nie może się skupić na nauce, a w dodatku rodzice kompletnie przestali się nim zajmować, całą swoją uwagę poświęcając niemowlęciu. Jedyne, co go trzyma przy życiu to perspektywa wakacyjnej wyprawy z ojcem do Meksyku.

Niestety, w ostatniej chwili okazuje się, że tata do Meksyku nie pojedzie i Marka czekają trzy tygodnie w towarzystwie zasadniczego i niesympatycznego wujka podróżnika o ksywie Orinoko. Konflikt goni konflikt, przygoda przygodę, a w dodatku śladem naszych bohaterów podąża dwóch podejrzanych typów, którzy próbują im odebrać tajemniczą przesyłkę.

Akcja książki jest tak dynamiczna, że trudno się od niej oderwać. W tle, niejako mimochodem, autorzy przekazują mnóstwo faktów o historii i współczesności Meksyku, młody czytelnik połknie je przy okazji, bez poczucia, że ktoś na siłę próbuje go wyedukować.

Jednak to, co wydaje mi się w „Marku” najwartościowsze to przemiana głównego bohatera. Rozpieszczony i skoncentrowany na sobie jedynak pod wpływem wydarzeń, w których uczestniczy i ludzi, których spotyka, poznaje siebie. Chłopiec odnajduje w sobie siłę i odwagę, ale przede wszystkim – nawiązuje kontakt ze swoimi uczuciami, co pozwala mu zrozumieć dorosłych i im wybaczyć. „Marek i czaszka jaguara”  to fantastyczna lektura nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki pod choinkę dla dzieci. Poleca Joanna Olech - pisarka, graficzka, krytyczka literacka

Lista książek pod choinkę 2020. Joanna Olech - pisarka, graficzka i krytyczka literacka.
Lista książek pod choinkę 2020. Joanna Olech - pisarka, graficzka i krytyczka literacka.
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Ofiarowując dziecku książkę, mamy szansę zarazić go miłością do czytania. Aby jednak tak się stało, książka musi być trafiona, czyli taka, która małego czytelnika wciągnie, zassie i nie puści. Sprawi, aby miało ochotę na jeszcze więcej liter, zdań i ilustracji, które przenoszą go do świata wyobraźni.

W księgarniach, tych rzeczywistych i tych internetowych, jest mnóstwo książek dla dzieci i młodzieży. Trafić jednak na dobrą pozycję wcale nie jest jednak tak łatwo. Dlatego warto szukać rekomendacji. Ja od lat w wyborze lektur dla moich dzieci podążam za wskazówkami Joanny Olech - pisarki, graficzki i krytyczki literackiej. Joanna jest autorką kilku wspaniałych książek dla dzieci, z których najbardziej znane to "Dynastia Miziołków" i "Pompon w rodzinie Fisiów". Nie tylko pisze, ale również sama je ilustruje. Od pewnego czasu rekomendacjami dzieli się również na swoim profilu na fejsbuku. Dla nas przygotowała listę 10 książek dla dzieci w różnym wieku, które - jak sama mówi - czyta się duszkiem.

Joanna Olech poleca książki dla dzieci pod choinkę

Stina Wirsen - cykl: Kto decyduje?/ Kto się złości? / Czyje spodnie? / Komu leci krew? Wyd. Zakamarki

wiek: 2+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Arcyproste, bezpretensjonalne historyjki z życia malca. Bohaterowie z reguły mają kształt ameby z uszami, ale trafiają w samo sedno dziecięcych uczuć - radości, zazdrości, przepychanki z opiekunami o to „kto tu rządzi”. Cokolwiek napisze (i narysuje) Stina Wirsen - czyta się duszkiem. Obok tych czterech rozrywkowych książeczek, w sam raz pod choinkę, warto sięgnąć także po znakomitą (!), ale poważniejszą, miniaturową opowieść obrazkową „MAŁE”.

Bjorn F.Rorvik, il.Per Dybvig - cykl: Leśna Gazeta/ Bieg z zagadkami/ Kropkoza - wyd. druganoga

wiek: 4+

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Jeśli wasze dzieci lubią humor abstrakcyjny - to książki dla nich! Mały Prosiak i cwany Lis mają się za bystrzaków i spryciarzy, ale ich wspólne przedsięwzięcia z reguły kończą się efektowną klapą. Dwaj przyjaciele to ekscentrycy i naiwniacy po trosze, pełni rozczulającego entuzjazmu. Komiczna trylogia mnoży nonsensy, żongluje absurdem. Wspaniałe (pazurem drapane) ilustracje!

Oyvind Torseter - Dziura - wyd. format

wiek: 5+

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dzieci pokochają was za tę książkę, a cała rodzina, niezależnie od wieku, będzie ją sobie wyrywać z rąk. Blok książki - dużej, w twardej oprawie - jest „przedziurawiony” na wskroś. I to ten okrągły OTWOREK jest w istocie bohaterem książki. Pojawia się nieoczekiwanie w pustym mieszkaniu, podczas przeprowadzki i burzy spokój nowego lokatora. Dziura stale zmienia położenie. Z trudem daje się uwięzić w tekturowym pudle, po czym podróżuje przez całe miasto do laboratorium, gdzie poddana zostanie naukowym testom. Dalej będzie tylko dziwniej…

Marta Kisiel - cykl: Małe licho i tajemnica Niebożątka/ Małe Licho i anioł z kamienia/ Małe Licho i lato z diabłem - wyd. Wilga

wiek: 8+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Świetna „trylogia” dla wczesnej podstawówki - zabawna, nasycona fantazją. Oto w starym domu na uboczu mieszka zwyczajna (na pozór) rodzina: nieduży chłopiec, mama, wujek… Ale dom ma także innych lokatorów. Lista jest długa: dobroduszny anioł w bamboszach, potwór o wielu mackach, widma gadające po niemiecku, podziomek i dżin (ten z butelki). A to nie koniec. Domowników niebawem przybędzie. Przybędzie też zwariowanych przygód…Kto raz pozna „Niebożątko”, z pewnością upomni się o tomy kolejne. Uwaga! Książki i ich autorka zdobyli liczne nagrody.

Maria Strzelecka - Beskid bez kitu - wyd. Libra

wiek: 8+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Rewelacyjny debiut, natychmiast dostrzeżony i nagrodzony w konkursach wydawniczych. Sklejona z dwóch części opowieść o dziecku, które z pomocą „przyszywanej” babci -Łemkini poznaje tajemnice Beskidu i jego polsko-łemkowskiej przeszłości. Część pierwsza rozgrywa się w latach 50-tych, w PRL-u, gdzie żywe są jeszcze blizny po Akcji Wisła. Historia wysiedlenia Łemków i zacierania śladów łemkowskiej kultury przedstawiona jest z perspektywy dziewczynki - wrażliwej, naiwnej, ciekawej wszystkiego Terki, uważnie obserwującej otoczenie i przyrodę. Niewiele tu dydaktyki wykładanej łopatą, raczej jest to czuła ballada o lesie, ziołach, zwierzętach i wyludnionych wsiach wokół. Cześć druga  to współczesna kontynuacja tych wątków - tym razem bohaterką jest współczesne dziecko uzbrojone w smartfona i nowomodne gadżety, ale równie ciekawe świata. Być może to wnuczka Terki?

Adam Wajrak & Nuria Selva Fernandez - Kuna za kaloryferem - wyd.Agora

wiek: 9+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Wznowienie bestselleru najbardziej znanej w Polsce pary entuzjastów i niezmordowanych obrońców przyrody. Książka nie wymaga reklamy, za całą rekomendację niech posłużą kilometrowe kolejki po autograf na targach. Czyta się „Kunę” jak kryminał (bez trupa). Fenomen książki polega na tym, że frajdę ma z niej cała rodzina: dzieci, podrostki, rodzice i wnuki, a wszyscy jednako zadowoleni. Gęba się śmieje podczas lektury do opisanych w książce zwierząt, którymi Nuria i Adam zajmują się z poświęceniem i odwzajemnioną miłością.

Katherine Rundell - Złodziejaszki - wyd. Poradnia K.

wiek: 10+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Katherine Rundell to znakomita, brytyjska autorka, pięknie władająca językiem. Podobnie jak poprzednie książki pisarki ( wyguglujcie, ukazało się ich w Polsce pięć) „Złodziejaszki” obfitują w mnóstwo przygód, forteli, podstępów, pościgów i dramatycznych okoliczności. Bohaterowie tej książki to szajka utalentowanych nastolatków, którzy dokonują nieprawdopodobnych - i często nielegalnych - wyczynów w dobrej sprawie. A wszystko to w ubiegłowiecznej scenerii Nowego Yorku, w latach prohibicji i gangów. To ten rodzaj literatury, który zasysa czytelnika i nie puszcza przez długie godziny. Dla chłopców i dziewcząt jednako.

Michelle Harrison - Szczypta Magii , Odrobina czarów - wyd. Literackie

wiek: 10+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Dwa tomy przygód okraszonych magią. Bohaterkami są trzy siostry Wspaczne, żyjące na ponurym końcu świata i dotknięte klątwą - żadna z nich nie może przekroczyć granic wyspy, na której mieszkają. Dorastające pod opieką surowej i stanowczej babki, dziewczyny są posiadaczkami magicznych przedmiotów. W krytycznej sytuacji zamierzają ich użyć, aby przełamać czar klątwy. Siła charakteru dziewcząt, wzajemna lojalność i siostrzana pomoc okazują się bronią niezawodną w każdej opresji.

Annet Schaap - Lampka - wyd. Dwie Siostry

wiek: 11+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Piękna, chwilami bardzo przejmująca opowieść, w której - nieprzypadkowo - doszukamy się śladów baśni Andersena i „Tajemniczego Ogrodu” F.H.Burnett. Niderlandzka autorka przefiltrowała klasykę literacką przez własną wyobraźnię i powstała książka o wielkim emocjonalnym ładunku. To kapitalna baśń-nie-baśń o półsierocie, córce piratów, która oddana zostaje na służbę do tajemniczego domu, w którym jakoby mieszka POTWÓR.

Yuval Noah Harari - Sapiens. Opowieść graficzna. cz.1 - wyd. Literackie

wiek: 12+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Spełnione marzenie belfrów - ważna książka edukacyjna, nafaszerowana wiedzą jak keks, a przy tym …błyskotliwy thriller komiksowy. Jest to obrazkowa wersja międzynarodowego bestselleru Harariego. Świetnie zilustrowana, klarowna i przejrzysta. Część pierwsza (będą kolejne) mówi o korzeniach dzisiejszej cywilizacji. A także o mechanizmach, jakie doprowadziły do wyginięcia innych, egzystujących współcześnie z homo sapiens gatunków ludzi. Fascynująca historia rozpisana została na dowcipne dialogi i zróżnicowane, kapitalne typy ludzkie. Głównym bohaterem jest sam Harari i jego rezolutna, mała siostrzenica Zoe. W roli obrońcy patriarchalnej rodziny występuje…Jan Kowalski :)

M.T. Anderson & Eugene Yelchin - Zabójstwo Brangwina Kąkola - wyd. Dwie Siostry

wiek: 12+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Wspólne dzieło pisarza i rysownika, sporządzone „na cztery ręce”. Historia misji pewnego Elfa, który wysłany został jako emisariusz i „gołąbek pokoju” do plemienia odwiecznych wrogów - Goblinów. Tytułowy Brangwin Kąkol - posłaniec i dostarczyciel cennego klejnotu dla goblińskiego władcy, ląduje szczęśliwie po drugiej stronie gór, gdzie czeka na niego przewodnik i opiekun - historyk Werfel. Panowie Elf i Goblin wydają się sobie nawzajem nieokrzesanymi dzikusami i z zapałem utrwalają stereotypy „wroga", w jakich wyrośli. Dziwnie znajoma fabuła? To mądra opowieść (z happy endem) o dwóch poróżnionych plemionach, oczadziałych od propagandy i nienawiści.

Christelle Dabos - seria „Lustrzanna”: Zimowe zaręczyny/ Zaginieni z Księżycowa/ Pamięć Babel  (premiera 10 grudnia) - wyd. entliczek

wiek: 13+

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Rewelacyjna tetralogia dla młodzieży i lubiących inteligentną literaturę fantasy dorosłych (na tom czwarty trzeba poczekać). Francuzka autorka wykreowała własny kosmos, rządzony hierarchiczną władzą klanów, wyposażonych w różne ponadludzkie umiejętności. Główna bohaterka - Ofelia - jest „lustrzanną” - potrafi przemieszczać się pomiędzy lustrami. Ma także inną właściwość - „czyta” przedmioty, które bierze do rąk - odtwarza ich losy, historię i okoliczności, jakich obiekty były świadkiem. Któregoś o rękę dziewczyny - szarej myszy tkwiącej w archiwach - upomina się arogancki ważniak z sąsiedniej „arki”(arki to dryfujące w przestrzeni okruchy planety, rozłupanej z złości przez boga). Ofelia podąża za narzeczonym do obcego, nieprzyjaznego świata. A tam czekają na nią dworskie intrygi, pogarda, a nawet…zbrodnie.

  1. Kultura

Kicia Kocia - seria oczami autorki Anity Głowińskiej

Anita Głowińska, autorka serii książeczek
Anita Głowińska, autorka serii książeczek "Kicia Kocia". (Fot. Paweł Klein)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Jej książeczki uwielbiają i dzieci, i ich rodzice. Nie tylko za sympatyczną mordkę głównej bohaterki, ale przede wszystkim za to, że o istotnych sprawach opowiada się tu w genialnie prosty sposób. – Mam marzenie, żeby dzieci wychowane na Kici Koci były lepszymi dorosłymi – mówi autorka i ilustratorka kultowej serii dla najmłodszych Anita Głowińska.

Rozgryzłaś już, na czym polega fenomen Kici Koci? Bo nie będziesz chyba zaprzeczać, że fenomenu nie ma? Jestem już na tym etapie, że przestaję się krygować [śmiech]. Chociaż ciągle słyszę w tyle głowy, że nieładnie się chwalić, dziewczynki powinny być skromne… Ale rzeczywiście czasem zastanawiam się, jak to się stało, że nawet w jednym z kryminałów przywołana jest „Kicia Kocia”, że do czytania jej swoim dzieciom przyznają się też politycy…

No i? Pierwsza książeczka była pisana, a właściwie rysowana, dla mojej dwuletniej wówczas córeczki (która teraz ma 18 lat).

Czyli stworzona z serca. I może właśnie to czują dzieci? Nawet przez myśl mi nie przemknęło, że to zostanie wydane. Córeczka uwielbiała koty. Rysowałam je więc i przywieszałam nad łóżkiem. A ona upodobała sobie kotkę z wielkimi oczami. Domagała się, byśmy opowiadali o niej historie. Czasem nazywała kotkę Kicia, czasem Kocia, potem jej się mieszało – i tak powstała Kicia Kocia. Malowała ze mną tę kotkę, to znaczy popychała moją rękę i tak się bawiłyśmy. Dlatego książki wyglądają tak, a nie inaczej. One są odpowiedzią na potrzeby mojego dziecka.

Jak w takim razie zawędrowały do innych domów? Natchnął mnie do tego mąż. Przeprowadziliśmy się z Torunia, gdzie oboje studiowaliśmy, do mojego rodzinnego miasta, Gdańska. Kończyłam konserwację zabytków, ale nie pracowałam w zawodzie, pomagałam mężowi w prowadzeniu firmy.

I książki dla dzieci nie były w ogóle w orbicie twoich zainteresowań? Nie tylko książki, lecz nawet dziecięcy świat. Odkryłam go dopiero w momencie urodzenia córki. Zaczęłam chodzić do księgarń, kupować, co wpadło mi do ręki, ale wówczas nie za bardzo było w czym wybierać. A ponieważ tęskniłam za aktywnością, która nawiązywałaby do tego, co robiłam przed urodzeniem – pogodziłam potrzeby wynikające z nowej roli z potrzebą tworzenia. Spisałam i zilustrowałam dwie historyjki, a mąż zrobił skład i w formie książeczek wydrukował na domowej drukarce. Córka była zachwycona! Potem jedną z nich podarowaliśmy jej koleżance na urodziny. I to był ważny zwrot, bo okazało się, że inne maluchy podobnie na nią reagują.

Pomyślałaś: „Może warto wydać?”. Tak. A ściślej to mąż powiedział: „Ja zajmę się Lenką, domem, a ty usiądź, namaluj, napisz i wyślij swoje portfolio do wydawnictwa”. Tak też zrobiłam.

I? Nikt się nie odezwał.

To cię zniechęciło? Więcej, to mnie dotknęło, poczułam się odrzucona, przepłakałam parę godzin. Próbowałam to sobie przepracować, mówiąc: „Nie znają się” [śmiech]. Ale i tak dominowała myśl, że moje książki są beznadziejne. Wrzuciłam je więc do szuflady. A potem urodził się nasz syn. Wyjęłam je z powrotem i co widzę? Synek też je uwielbia! Mąż znowu zaczął namawiać: „Spróbuj jeszcze raz, może tam się ludzie wymienili, może mieli wtedy zły humor”. Więc wysłałam, i tym razem trafiłam na wspaniałą redaktorkę Marysię Bosacką z Media Rodziny, która natychmiast odpowiedziała: „Ruszamy z dwiema książkami”. To był 2010 rok.

„Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w mieście, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Od razu sukces? Poszło przyzwoicie jak na zupełny brak reklamy. To znaczy reklama była oddolna: rodzice polecali sobie książki, jakaś mama napisała o nich na blogu.

A teraz? Pisanie to twój zawód? Jestem wśród tych szczęśliwych autorów, którzy mogą powiedzieć, że żyją z pisania. Każda książka jest dokładnie przeze mnie przemyślana. Krótka forma nie pozwala na literackie szaleństwa, dlatego każde zdanie ma znaczenie. A ponieważ nie chciałabym przynudzać, tworząc instruktaże zachowania, mam niezłą intelektualną gimnastykę. To mnie uczy dyscypliny. Zależy mi na tym, żeby książki bawiły, ale jednocześnie przekazywały wartości, w które wierzę.

Czyli? To wszystko, czego pragnę dla moich dzieci: świata pięknego, otwartego, tolerancyjnego, przyjaznego, który traktuje każdego człowieka z szacunkiem, niezależnie od tego, czy ten człowiek ma lat pięć, 50, czy 90, czy ma inny kolor skóry, inną orientację seksualną. Angażuję w pisanie swój intelekt, szukam inspiracji, szperam w poradnikach psychologicznych, ale także odwołuję się do mojej intuicji. Chciałabym, byśmy potrafili zadawać pytania i byli ciekawymi świata oraz drugiego człowieka. Dla mnie słowo „ciekawość” jest kluczowe.

„Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia gra w piłkę”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Autorzy traktują po macoszemu literaturę dla tak małych dzieci, a to fundamentalny czas w rozwoju. Czy kierowałaś się takim imperatywem, żeby tę lukę wypełnić? Ja tego wszystkiego dowiedziałam się dopiero po tym, jak zostałam mamą. I pomyślałam, że mogę coś zrobić nie tylko dla syna i córki, lecz także dla pozostałych maluchów. Także dla rodziców, bo przecież moje książki czytane są również przez nich. Oczywiście większość mam i ojców to świetni rodzice, ale czasem „Kicia Kocia” otwiera jakieś drzwi.

Jakie na przykład? „Kicia Kocia na basenie” powstała dlatego, że moje dzieci potwornie bały się wody. Kicia Kocia na początku też boi się do niej wejść, ale nikt jej nie zmusza. Przyjaciele spokojnie czekają, aż w końcu sama do tego dojrzeje. W przypadku moich dzieci trwało to kilka lat, teraz mój syn jest świetnym pływakiem. Może ta historyjka oswoi dzieci z wodą, a rodziców zainspiruje do cierpliwości?

Pomysły zawsze czerpiesz od swoich dzieci? Bardzo często, ale też od dzieci naszych znajomych. Śledzę również Internet i historie, które opowiadają sobie rodzice. I jestem zdecydowanie bardziej świadoma tego, co chcę powiedzieć. I tym większą czuję odpowiedzialność, bo zdaję sobie sprawę, że wpływ moich słów już dawno przekroczył próg domu. Marzy mi się, by dzieci wychowane na „Kici Koci” były lepszymi dorosłymi.

U ciebie nie ma złego świata, tylko dobry i piękny. Świadomie idealizujesz? Tak. Jako dziecko dosyć często się bałam. Moi rodzice mnie kochali, ale mieli taką pracę, że często zostawałam sama, więc żyłam w permanentnym strachu. A bajki to też był strach. I jako dorosła osoba chcę powiedzieć, że świat jest nie tylko okrutny, lecz także piękny, to tylko kwestia tego, na co mamy fokus. Są autorzy, którzy lubią pisać dramatyczne historie, i to jest w porządku. Ja wolę na czym innym skupiać uwagę. Ale też na przykład w książce „Kicia Kocia. To moje!” kotka jest samolubna, nie chce dzielić się zabawkami. Albo w „Nie chcę się tak bawić” opowiadam o koledze Kici Koci, Marcysiu, który tak polubił dziewczynki, że zaczął je przytulać na siłę. Nie wytykam, że tak nie wolno, tylko pokazuję, że nie zawsze to, co sprawia przyjemność nam, jest tak samo atrakcyjne dla innych. W pozytywny sposób chciałam pokazać proste reguły, którymi należy się kierować. Nie bierz niczego siłą, nie zmuszaj, nie ignoruj uczuć drugiego człowieka, pytaj. I to dotyczy nie tylko relacji męsko-damskich.

Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Pobrzmiewają w tych słowach nuty feministyczne. Nadal tkwimy w patriarchalnych okowach. Sama łapałam się na tym, że czego innego wymagam od syna, a czego innego od córki. Często dyskutujemy z mężem na ten temat i oboje zauważyliśmy, że on jest nieświadomym strażnikiem przywilejów własnych, a ja jestem nieświadomą strażniczką przywilejów męskich. Zresztą trudno, żebym nie była, skoro tak zostałam wychowana. Walczę z tym. Dlatego kiedy moja Kicia Kocia sprząta, to pomaga jej w tym tata. Zależy mi, aby dzieciom od najmłodszych lat pokazywać pozytywne wzorce i żeby widok zmywającego naczynia mężczyzny nie budził w nich zdziwienia. Równouprawnienie powinno polegać nie na tym, że kobiecie dokłada się obowiązków, tylko na tym, że to mężczyzna rezygnuje z przywilejów, które były mu dane wyłącznie z racji jego płci, a nie jakichś szczególnych cech. Jeśli panowie potrafią wbijać gwoździe, poradzą sobie również z odkurzaniem. Inaczej mówiąc, jest sprawiedliwe, gdy mężczyzna zajmuje się domem.

Mówimy: pomaga kobiecie. No właśnie, nie o to chodzi, żeby pomagał, ale żeby razem z nią wziął odpowiedzialność za wychowanie, dom, za wszystko.

Zawsze byłaś feministką? Zawsze, ale przez kilka ostatnich lat uświadomiłam sobie, jak byłam ograniczona w swoim myśleniu. Moja optyka była męskim punktem widzenia. Ze wszystkiego się tłumaczyłam, próbowałam dopasować, by zasłużyć na pochwałę, lub przeciwnie – starałam się udowodnić, że jestem silna i skuteczna tak samo jak mężczyźni. I nawet teraz, rozmawiając z tobą, czuję się dziwnie, gdy chwalę się sukcesem. Ale pracuję nad tym i widzę rezultaty. Moja córka całkiem niedawno powiedziała: „Ja takiego problemu nie mam, ty mnie nauczyłaś szanować się jako kobieta”. Mam takie marzenie, żeby dożyć czasów, kiedy chłopiec w spódnicy nie budzi niczyjego lęku czy zdziwienia. Chciałabym, żeby to było tak samo naturalne jak fakt, że dziewczyny noszą spodnie. Bo równouprawnienie cały czas polega na przyzwoleniu, by kobieta goniła męskie wzorce, ale już to, co „kobiece”, mężczyźnie nie przystoi.

Zabrałaś publicznie głos po słowach prezydenta, że „LGBT to ideologia, a nie ludzie”. Napisałaś list otwarty. To był impuls? Nie, sprzeciw wobec dzielenia ludzi rósł we mnie od dawna. Ale się powstrzymywałam, bo bałam się, że moja reakcja będzie odczytana jak polityczny manifest.  Do tej pory całym sercem wspierałam walkę o równość, chodziłam na marsze, często w tej sprawie dyskutowałam, ale prywatnie. Wydawało mi się, że to wystarczy, że moje książki są odpowiednim świadectwem przyzwoitości i że nie muszę dodatkowo zabierać głosu jako autorka. Jednak przyszedł moment, kiedy nie mogłam dłużej milczeć. To kwestia życia. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co muszą czuć te wszystkie wykluczane dzieciaki, co czują ich rodzice. Nie mamy prawa zostawiać ich samych i godzić się na ludzką krzywdę. Poza tym rzecz dotyczy przecież wszystkich dzieci. Nawet jeśli staramy się je wychować tak, by szanowały każdego człowieka – co z tego, jeśli będą żyć w atmosferze nienawiści? Mój list to było upomnienie się o podstawowe ludzkie prawa.

Nie żałujesz? Nie! Jeśli czegoś żałuję, to tego, że zrobiłam to tak późno. I jestem pozytywnie zaskoczona reakcją ludzi w komentarzach – 90 proc. solidaryzowało się z tym, co napisałam. Książki tworzę z myślą o każdym dziecku i staram się, aby wartości, jakie w nich przekazuję, były uniwersalne, niezależne od światopoglądu rodziców. I cieszy mnie, że większość rodziców właśnie to zauważyła. To pokazuje, że polityka idzie swoim torem, a my jesteśmy jednak fajnym, wrażliwym społeczeństwem.

„Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska „Kicia Kocia w Afryce”, tekst i ilustracje Anita Głowińska

Co cię zajmuje oprócz pisania? Ostatnio zaczęłam się uczyć grać na pianinie. Niewykluczone, że w muzyce także bym się spełniła. Nasze dzieci grają na skrzypcach, chodzą do szkoły muzycznej. Mąż też jest muzykalny.

Twój mąż przewija się przez całą naszą rozmowę. Bo to supergość. To on zauważył moc i siłę, które tkwią w moich książkach, i bardzo mi we wszystkim pomagał. Miałam szczęście, że trafiłam na niego, że się wspólnie odnaleźliśmy. Przeszliśmy razem naprawdę bardzo wiele. Po przeprowadzce do Gdańska stracił klientów, a ja byłam na bezrobociu. To był czas, gdy nasi ojcowie ciężko chorowali, a potem, w półrocznym odstępie, zmarli. Po kolejnym pół roku spaliło się nam mieszkanie. Uciekaliśmy w kapciach, w środku nocy, z malutką córeczką na rękach. Przygarnęła nas mama. Przez kilka lat siedzieliśmy jej na głowie. I tak sobie myślę, że przetrwaliśmy, bo mieliśmy siebie, bo okazało się, że możemy w stu procentach na sobie polegać. Jak myślę o moim mężu, to czuję wzruszenie. Chyba na tym polega miłość.

A powiesz w końcu, na czym polega fenomen Kici Koci? Może na tym, że dzieci się z nią identyfikują niezależnie od płci – chłopcy traktują ją jako swoją przyjaciółkę, ale czasami też chcą być jak ona, i to jest super. Bo dla dzieci Kicia Kocia to jedno z nich, nie ona czy on. Dzieci nie przyklejają etykietek. I tego my, dorośli, powinniśmy się od nich uczyć.

  1. Psychologia

Kultura zaczyna się od dziecka. Jakie książki czyta twoje dziecko?

Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
- W konsumpcyjnym świecie rzeczy dla dzieci tworzy się często nie z myślą o nich, lecz o wielkich zyskach. Wykorzystuje się to, że dziecko jest niezwykle podatne na manipulację. Tymczasem dając mu kicz i szmirę, nie wychowamy wrażliwego i twórczego człowieka – mówi pedagog Katarzyna Szantyr-Królikowska.

Coraz więcej rodziców gubi się w wyborze książek, filmów i zabawek dla swoich pociech. To prawda. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, która z dziecka uczyniła klienta, przy czym – w odróżnieniu od dorosłych – jest to klient doskonały. Z racji wieku niewiele posiada, więc dużo chce mieć, a do tego jest łatwowierny i kompletnie bezkrytyczny. Stąd taka mnogość wszelkiej maści produktów dla najmłodszych, wyjątkowo tandetnych, często wręcz szkodliwych dla psychiki małego człowieka, ale obliczonych na duży zysk producentów. Ten zysk powstaje w momencie sprzedaży, dlatego tak wielką wagę przykłada się do atrakcyjności opakowania i reklamy. Rodzice, mający coraz mniej czasu na spokojny namysł, kupują to, co wybiera za nich dziecko.

Dlatego coraz więcej reklam kieruje się do dzieci. Lub wręcz zatrudnia się w nich dzieci, nawet jeśli produkt nie jest przeznaczony bezpośrednio dla nich. W przeciwieństwie do rodziców dziecko ma na ogół sporo wolnego czasu, który spędza przed telewizorem i stąd czerpie wiedzę o świecie. W sferze wszelkich nowości jest zazwyczaj najlepiej poinformowaną osobą w rodzinie.

Ambasadorem marki…? W konsumpcjonizmie chodzi o coś więcej: dziecko ma być ewangelistą marki! I pozyskiwać dla niej nowych wyznawców. Trzeba pamiętać, że dla małego człowieka najważniejszym punktem odniesienia jest grupa rówieśnicza. Jeśli wśród dzieci panuje kult jakiejś marki, rodzice przeważnie są bezbronni. Nawet ci, którzy sami zostali wychowani inaczej. Z jednej strony mają świadomość, że nie powinni hołdować snobizmom i spełniać kolejnych zachcianek dziecka, ale z drugiej – kochają swoje dziecko, więc nie pozwolą, aby czuło się inne, gorsze. Kupują mu więc to, co akurat jest modne, a tak naprawdę to, co dyktują reklamodawcy.

Nie kupując, naraziliby swoje dziecko na odrzucenie? Bardzo się tego boją i na tym właśnie polega siła reklamy, która w kleszczach przymusu kupowania trzyma i dzieci, i dorosłych. Tymczasem mądrzy rodzice powinni umieć odmawiać dziecku. Pamiętam, jak w podstawówce marzyłam o prawdziwych dżinsach z Peweksu, bo koleżanki takie miały. Ale nie dostałam ich, ponieważ rodzice uznali, że byłoby to demoralizujące. Takie spodnie kosztowały dwie pensje mojej mamy nauczycielki! Wtedy było mi przykro. Dziś jestem ogromnie wdzięczna za tę stanowczość i konsekwencję, z jaką hartowano mój charakter. Będąc dorosłą osobą, nie boję się podejmować decyzji, nie muszę mieć tego co inni, robić jak inni i myśleć jak inni, by czuć się dobrze. Taka postawa jest rezultatem wychowania, którego częścią było właśnie racjonalne odmawianie.

To ważny przykład: rodzice powinni mówić „nie”, ale muszą wiedzieć, co jest wartościowe. Jednak trudno poruszać się w takim gąszczu propozycji, np. książkowych. Króluje publishing business. Weźmy choćby obrazkowe książki dla najmłodszych dzieci – są bez treści, za to z brokatem na okładce i pozytywką do kompletu. Produkuje się je przeważnie w Azji w milionowych nakładach i sprzedaje głównie w supermarketach. Nazwałabym je produktami książkopodobnymi, bo na pewno nie są to wartościowe książki, choć bardzo podobają się dzieciom. Często są tańsze niż paczka papierosów, aby rodzice nie mieli przy kupnie żadnych rozterek.

Jak rozpoznać dobrą książkę dla dziecka? Nie bójmy się sięgać po książki autorów, których nie znamy z własnego dzieciństwa. Literatura dla najmłodszych nie skończyła się na Tuwimie, Brzechwie czy Chotomskiej. Swoich godnych następców wśród ilustratorów ma też Szancer. Wybierajmy książki stworzone z pasją i humorem. Książki z treścią, mądre, które traktują o sprawach istotnych dla dziecka, pomagają oswajać otaczający świat, uczą krytycznie myśleć i wyciągać wnioski. Takie, które budują system wartości małego człowieka oparty na szacunku do innych, kształtują kulturę uczuć i obyczaje. Piękne, żeby wzbogacały słownictwo i poczucie estetyki dziecka. I wreszcie – intrygujące, by mogły konkurować z telewizją i PlayStation.

Takie właśnie są bajki z Bajki, czyli książki, które pani wydaje? Tak, bo tworzymy je z myślą o dzieciach. Bajka to wydawnictwo pasjonatów, skupia twórców od lat związanych ze „Świerszczykiem” i „Misiem”, zostało założone przez byłych redaktorów naczelnych tych czasopism. Nasze książki są i mądre, i pięknie zilustrowane, i frapujące, ale też dopracowane redakcyjnie i wydrukowane z wykorzystaniem najlepszych materiałów. Uważam, że to, co dajemy dzieciom: książki, filmy czy zabawki, zawsze powinno być najwyższej próby.

Dzieciństwo to fundamentalny okres w rozwoju człowieka, także dla kształtowania jego poczucia estetyki. Nie wolno zapychać dziecku głowy śmieciami. Dając dziecku kicz i szmirę, nie wychowamy szlachetnego, wrażliwego i – co najważniejsze – twórczego człowieka. Niestety, bagatelizuje się w naszym kraju znaczenie wychowania estetycznego, a przecież światowej sławy twórca teorii takiego wychowania Stefan Szuman był Polakiem. W wychowaniu estetycznym bardzo ważna, niezastąpiona rola przypada książce. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zależy od jakości książek i w ogóle kultury dla dzieci. Dokonując pewnego skrótu myślowego, można powiedzieć, że ta jakość przekłada się na przyszły obraz naszych miast, ulic, domów, a nawet na stan przyrody. Dobrze wiedzą o tym Szwedzi. W Szwecji szanuje się w dziecku człowieka. U nas upatruje się w nim prawie wyłącznie małego klienta.

Na wydawcach książek dla dzieci spoczywa więc duża odpowiedzialność. Prawda jest smutna: niewielu wydawców książek dla dzieci to ludzie z misją i odpowiednimi kompetencjami. Są wydawcy i producenci książek. Warto mieć tego świadomość. Ci ostatni często zaczynają pracę nad książką od… kalkulacji technicznej, to znaczy wyboru formatu, papieru etc. Dopiero potem kombinują, jak i czym te puste strony zapełnić. Jeszcze jako naczelna „Świerszczyka” odbyłam podyplomowe studia edytorskie. Pewien prezes dużego wydawnictwa dokładnie tak przedstawiał produkcję książki. Na koniec dowiedzieliśmy się, kim jest dla niego autor – „dostarczycielem wypełniacza tekstowego”. Powiedział to publicznie, bez cienia żenady. W taki sposób na pewno nie tworzy się wartościowych książek dla dzieci!

Napisała pani w katalogu, że chce przywrócić rangę beletrystycznej książce dla dzieci. Oprócz wielkiego biznesu na rynku książki dziecięcej jest jeszcze inne, skrajnie różne zjawisko – lilipucie wydawnictwa, które publikują książki bardzo wysublimowane artystycznie. Takich książek dzieci nie chcą, i słusznie, bo dlaczego ośmiolatka ma bawić coś, co śmieszy dwóch panów, którzy mają po 50 lat i abstrakcyjne poczucie humoru? U dziecka myślenie abstrakcyjne wykształca się w pełni w wieku 12 lat. Wydawcy książek dla dzieci powinni posiadać elementarną znajomość psychologii rozwojowej. Ten kompletny brak myślenia o małym czytelniku, lekceważenie jego potrzeb i możliwości poznawczych lub traktowanie przedmiotowo, zarówno z chęci zysku, jak i osobistych ambicji wydawcy, spowodowały w ciągu ostatnich kilkunastu lat utratę znaczenia książki dziecięcej, zwłaszcza beletrystycznej. Czyż literatura dla dzieci nie jest traktowana w naszym kraju jako gorsza w stosunku do literatury dla dorosłych? Czy minister kultury zdołałby wymienić choć pięciu współczesnych twórców dla dzieci? A przecież kultura zaczyna się od dziecka. To myśl przewodnia naszej działalności wydawniczej. Postanowiliśmy wydawać książki według najlepszych wzorców, jakie sami pamiętamy z dzieciństwa, ale oczywiście rzeczy całkiem nowe. Zmienił się przecież świat i inne problemy nurtują dziś dzieci.

Jakimi kryteriami kieruje się pani, wybierając tekst do publikacji? Po pierwsze, musi być znakomity pod względem literackim. Po drugie, musi mieć walory wychowawcze, uczyć wartości, tłumaczyć świat. Odrzucam banał i stereotypy. Z dziećmi można rozmawiać o bardzo poważnych i trudnych sprawach, nie tylko o radosnych misiach i kolorowych biedronkach. Książka jest po to, żeby wesprzeć małego człowieka we wspinaczce na coraz wyższe szczeble rozwoju. Powinna więc traktować o sprawach istotnych, koniecznie w sposób akceptowalny przez dziecko, czyli przystępnie. Oczywiście bardzo ważny jest humor, żeby dzieci czytały książki z przyjemnością.

Ostatnio panuje moda na bajki pisane przez gwiazdy i tzw. bajki terapeutyczne. Oba te zjawiska odnoszą się do marketingu książki dziecięcej i potwierdzają tezę o degrengoladzie kultury dla dzieci. Bo nie jest tak, że dla dzieci „pisać każdy może”, że nie potrzeba do tego literackiego kunsztu. Natomiast tzw. bajki terapeutyczne, niestety równie często nieudolnie napisane, są podsuwane rodzicom jako antidotum na wszelkie problemy wychowawcze. Tymczasem każda wartościowa bajka ma charakter terapeutyczny.

Czy książki mogą wygrać z telewizją? Myślę, że nie muszą z nią przegrywać. Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, zabawę, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję. Ale nie wyłączajmy go dziecku przed nosem. Szanujmy w nim człowieka i dajmy możliwość dokonania samodzielnego wyboru. Do nas należy zadbanie o to, aby dziecko miało z czego wybierać.

  1. Psychologia

Prezenty pod choinkę dla dziecka - co powinniśmy kupić i w jakiej ilości?

O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
O prezentach dla dziecka warto pomyśleć z dużym wyprzedzeniem. Prezenty powinny sprawić radość, ale też nie przytłaczajmy dziecka nadmierną ilością. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Co roku zadajemy sobie dziesiątki pytań co do tego, jakie konkretnie powinny być prezenty na gwiazdkę. Może tym razem warto zadać sobie inne pytanie: ile sztuk prezentów nasze dzieci powinny znaleźć pod choinką?

Pozwolić się bawić czy edukować? Dwie czy osiem sztuk? Dziecko ma się spodziewać, co otrzyma, czy wręcz przeciwnie - podarować mu coś, czego się nie spodziewa? Prezent powinien być oryginalny, zrobiony samemu czy właśnie taki, jaki otrzymają jego koledzy? Prezent ma służyć dobrej zabawie czy rozwijać dziecko? Przed gwiazdką każdy rodzic zadaje sobie tego typu pytania i - w wyniku niemożności podjęcia decyzji - na wszelki wypadek realizuje wszystkie pomysły; nasze dzieci znajdują pod choinką tony przedmiotów. Zaśmiecamy dom zbędnymi przedmiotami i na własne życzenie wychowujemy pokolenie konsumpcyjnie nastawione do życia. Sami uczymy lęku przed pustym miejscem pod choinką. A wystarczy zadać sobie proste pytanie: Ile optymalnie prezentów powinno dostać dziecko? Jest na to pytanie konkretna odpowiedź: dwa.

Prezent na gwiazdkę musi być przemyślany

Kupując dziecku prezent zazwyczaj jesteśmy rozdarci między dwa pomysły: coś, co sprawi mu przyjemność lub coś, co je rozwinie. Dzieci najczęściej dostają za dużo przedmiotów, bo chcemy zaspokoić te dwie strategie wyboru jednocześnie. Zupełnie niepotrzebnie! Prezent ma bowiem sprawiać przyjemność. Żadne małe dziecko nie ucieszy się z kozaków czy nowego fotelika do samochodu. Kupowanie przedmiotów użytkowych, które i tak dziecko by dostało, nie ma żadnego sensu.

Unikaj tak zwanych zabawek edukacyjnych

Kup dziecku coś, czym lubi się bawić, co sprawi mu przyjemność. Prezenty edukacyjne często wcale takie nie są, to tylko haczyk na rodziców. Dzieci intuicyjnie podchwytują, że chcesz je „rozwijać” czy edukować i jak ognia unikają takich zabawek. Kupując zabawki edukacyjne tylko pozornie robimy to dla dzieci. Najczęściej w ten sposób zasypujemy poczucie winy, że nie spędzamy z nim za dużo czasu, że krzyczymy, że się nie bawimy, nie czytamy. Jeśli kupujesz zabawkę, niech służy ona do zabawy - wesołej, takiej, która ucieszy dziecko, angażującej jego uwagę. Błędem jest mieszanie celów. Powiedzmy to jeszcze raz: prezenty edukacyjne rodzice kupują dla siebie, a raczej dla swojego sumienia. Dzieciom kupujmy to, czym mogą się z zaangażowaniem własnej inwencji bawić. Zadajmy sobie dość fundamentalne pytanie: „Do czego służy prezent? Jaka jest jego elementarna rola? Przecież na pewno nie użytkowa! Zatem nie daj się złapać na lep zabawek edukacyjnych.

Rozmowy o prezentach na gwiazdkę…

…wcale nie są łatwe. Jeśli dziecko powie ci, co chce, będzie oczekiwać, że to dostanie.

Jeśli dziecko umie pisać, zachęć je, żeby napisało list do Mikołaja, jednak powiedz, że nie wypada prosić o dużo rzeczy. Niech poprosi o jedną. W ten sposób uczysz je dokonywania wyborów. Niech się spokojnie zastanowi, co jest dla niego najważniejsze. Oczywiście takie życzenie trzeba spełnić. Dlatego optymalna liczba prezentów to dwa: jeden, którego dziecko się spodziewa i drugi - niespodzianka.

Uwaga z dziećmi starszymi: jeśli odkryją zasadę, że zawsze dostają to, o co prosiły w liście do Mikołaja, poproszą cię o tarantulę lub zestaw do budowania bomby.

Kolega dostał więcej prezentów na święta

Jeśli twoje dziecko powie, że kolega dostał więcej prezentów, zmartw się, kiwaj współczująco głową i całkiem serio zapytaj, jak teraz będzie się bawił nimi wszystkimi jednocześnie. Zadaj dziecku pytanie: „I jak on poradzi sobie z tym kłopotem?” Tego konkretnie sformułowania użyj.

To, że dziecko mówi ci z wyrzutem, że inne dzieci dostały więcej, absolutnie nie świadczy o gwałtownym obniżeniu samooceny dziecka czy o tym, że czuje się gorsze. To tylko zwykła chęć dowiedzenia się, dlaczego tak się stało. Powiedz dziecku otwarcie, że dużo zabawek to tylko duży kłopot i obciążenie - bo tak w istocie jest.

Prezenty od Mikołaja: ile sztuk?

Większość rodziców ma dylemat jak sprawić dziecku radość, ale jednocześnie nie zepsuć go prezentem. Tu także obowiązuje złota zasada dwóch przedmiotów. Dwa nie popsują żadnego dziecka.

Nie wiem, co kupić dziecku

Kochamy swoje dzieci, są dla nas najważniejsze na świecie, a jednocześnie dość często nie mamy żadnego pomysłu, co mogą chcieć na gwiazdkę. Zasada jest taka: im więcej czasu spędzasz z dzieckiem, tym mniejszy masz problem z wyborem prezentu dla niego, bo je znasz. Jeśli nie wiesz kompletnie, co ono może chcieć, co je ucieszy, potraktuj to jako mocny sygnał ostrzegawczy: jesteś zbyt daleko od swojego dziecka. Spędź z nim kilka godzin, pobaw się, porozmawiaj, a natychmiast będziesz wiedzieć, o czym marzy, co jest mu potrzebne, czym lubi się bawić najlepiej. Oczywiście nie zabieraj dziecka do sklepu, żeby ci pokazało, co mu się marzy, bo to jest już akt ostatecznej rodzicielskiej desperacji.

Zatem, jakie prezenty od Mikołaja podarować:

  • Takie, które uaktywnią twoje dziecko - instrumenty muzyczne (ale nie elektroniczne przyciskacze).
  • Takie, które zmuszą do swobodnej kreatywności - tory kolejowe, wiadukt do samodzielnego zbudowania, akcesoria do zabawy w lekarza.
  • Te, które dadzą ogromne pole do popisu - klocki, ciastolina, czy limateria, z której można zrobić wszystko.
  • Te, które są dobrej jakości - nie obciążaj dziecka tym, co się szybko uszkodzi, bo to dla niego ogromna przykrość.

Zanim kupisz prezent na gwiazdkę…

… zadaj sobie pytanie:„Dlaczego ja mu to kupuję?”
  • Bo boję się, co ono zrobi, gdy nie znajdzie tego, co chce
  • Bo chcę mu wynagrodzić brak mojego czasu
  • Bo ja sama chciałabym to mieć
  • Bo inne dzieci na pewno to dostaną
  • Bo tym się zajmie, a ja potrzebuję chwili spokoju
Każda z tych odpowiedzi eliminuje przedmiot jako dobry prezent.

Kilka dobrych rad na świąteczne prezenty

  • Jeśli kupujesz czteroletniej dziewczynce lalkę, to nie od razu ze wszystkimi akcesoriami. Dokupuj stopniowo, powoli.
  • Dziecko uczy się podczas każdej zabawy. Nie kieruj się walorami edukacyjnymi. Aktywnie spędź z dzieckiem dwie godziny - to zastąpi kilka zabawek edukacyjnych.
  • Niech wasze dziecko dostanie tyle prezentów, ile każdy dorosły człowiek z rodziny. Inne postępowanie jest niewychowawcze i „psuje” dzieci.
  • Jedynym wyjątkiem od zasady dwóch prezentów jest klasyka literatury z pięknym wpisem. Dziecko bardzo się ucieszy z takiego prezentu… co prawda za piętnaście lat, ale to dobrze! W końcu dzieci wychowujemy dla przyszłości.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie? Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie. Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi. Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu? Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła? To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi. A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej? Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie? Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców? Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem. Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”… Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć? Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej. To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny. Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina? Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia? Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa. Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda? Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo! Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.