1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Macierzyństwo odkładane na później: Czy kobiety pozwoliły się oszukać?

Macierzyństwo odkładane na później: Czy kobiety pozwoliły się oszukać?

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Uwiedzione lansowanym w mediach wizerunkiem szczęśliwych 40-letnich mam tracimy czujność. Odraczamy ciążę w czasie, a postęp medycyny dodatkowo nas koi. Bo do menopauzy przecież wszystko możliwe. Można „podkręcić się” hormonalnie albo poddać się in vitro. Zdrowiej jemy, żyjemy dłużej i wyglądamy młodo. Pewnie jesteśmy też coraz bardziej płodne? Niestety, nie.

„Jest dla mnie pani już tylko macicą. W jajnikach ma pani tak mało jajeczek i tak kiepskiej jakości, że nawet jeśli cudem zajdzie pani w ciążę, to nie donosi jej lub dziecko urodzi się z wadą” – usłyszała w wieku 38 lat w klinice leczenia niepłodności Anna, menedżerka PR, finalistka konkursu Miss Polonia sprzed lat: – Zesztywniałam. Do tamtej chwili byłam pewna, że in vitro z sukcesem to norma do pięćdziesiątki, a co dopiero przed czterdziestką. „Proponuję adopcję komórki jajowej młodej kobiety albo niech pani kupi gotowy zarodek” – cytuje lekarkę 42-letnia dziś Ania. – Siedziałam z otwartą szeroko buzią i myślałam: „Macicą jestem? Nie mogę mieć dzieci? A Sarah Jessica Parker z »Seksu w wielkim mieście«? A Monica Bellucci rodząca w wieku 45 lat? Zastępy starszych ode mnie mogą, a ja nie?”.

Partner 41-letniej Agnieszki, trenerki, ma słabe nasienie, ale zależało mu na naturalnym poczęciu: – Nie spieszyliśmy się. Podróżowaliśmy, angażowaliśmy się w różne zadania – opowiada. – Wszyscy mówili: „Spokojnie, świat się zmienił, macie czas”. Przez kilka lat właściwie nie zabezpieczaliśmy się, ale ciąży nie było. Przestałam wierzyć w jego plemniki – opowiada. – W końcu zgłosiliśmy się do in vitro. Osiągałam dotąd wszystko, co zaplanuję. Pewna byłam, że szybka procedura da ciążę od razu. Niestety. Po stymulacji hormonalnej wyprodukowałam zamiast spodziewanych dziesięciu… jedno jajeczko. Umieszczono w nim plemnik, ale nie doszło do zapłodnienia. Powtórzyliśmy próbę raz jeszcze. „Za późno" – zakomunikował lekarz z kliniki. – Co z tego, że czuje się pani biologicznie młoda. Rezerwa na wyczerpaniu. Zostały tylko niepełnowartościowe komórki jajowe”. Szok – wspomina Agnieszka. – Bo wokół mówi się przecież coś całkiem innego. Że lekarz może dziś wszystko. Kolorowa prasa opisuje „mocne strony i uroki dojrzałego macierzyństwa”, a na ulicach spotyka się naprawdę sporo 40-letnich mam. Poczułam się…

...oszukana przez los

Coraz później decydujemy się na dzieci. Jeszcze w latach 70. średnia wieku, w którym wydawałyśmy potomstwo na świat, wynosiła 21 lat. Ciężarne po czterdziestce nierzadko uważano za patologię i przyglądano się im ze współczuciem. Dziś przeciętna rodząca w Polsce jest w 30. roku życia, a spora część spośród nas decyduje się na macierzyństwo właśnie po czterdziestce. Jaki z tego wniosek? O półtora pokolenia później przeciętna pora rodzenia dzieci przesunęła się nieomal o dekadę. Na tle Unii Europejskiej nie wyróżniamy się. Najpóźniej rodzi się w Danii, Hiszpanii, Irlandii, Holandii, Szwecji i we Włoszech, bo średnio w wieku 32 lat. Stosunkowo najmłodsze matki spotkać możemy na Litwie, Łotwie i na Słowacji – średnio 28-letnie. A poza Europą?

Byłam niedawno z moją dwuletnią córką na spotkaniu towarzyskim w Nowym Jorku. Okazałam się radykalnie młodym rodzicem – mówi 33-letnia filozofka i socjolożka z Akademii im. Leona Koźmińskiego dr Aleksandra Przegalińska. – Pozostałe otaczające mnie mamy były średnio dziesięć lat starsze. W końcu padło pytanie, czy moje dziecko jest wpadką. Oniemiałam, ale uświadomiło mi to, jak daleko zaszły społeczne zmiany. W największych aglomeracjach świata rodzi się późno. Ludzie chcą najpierw „skorzystać z życia”, „dorobić się”. I ta tendencja rozprzestrzenia się. Dawniej dzieci były naturalną konsekwencją bycia razem. Dziś macierzyństwo jest pod naszą kontrolą, począwszy od jego skrupulatnego zaplanowania po zarządzanie tym procesem.

Coraz późniejsze decydowanie się na potomstwo niesie konsekwencje. Społeczne, bo tzw. dzietność naszej populacji wyraźnie spada – w 2013 roku osiągnęła rekordowo niski poziom 1,28 TRF. Ale też konsekwencje osobiste. – Niektóre panie zaczynają starać się o dziecko w ich mniemaniu w ostatniej chwili. A po badaniach okazuje się, że ostatnia chwila dawno minęła – mówi ginekolog-położnik dr Tomasz Zając ze szpitala przy ul. Karowej w Warszawie. – Może tak się stać z kilku powodów. Bo wygasa czynność jajników. Przestają być wtedy wrażliwe na stymulację i ciężko o komórkę jajową zdolną do zapłodnienia. Bo pojawiły się mięśniaki, które wykluczają donoszenie ciąży. Bo w śluzówce macicy są polipy, które uniemożliwiają zagnieżdżenie się zarodka. Twarze kobiet są dziś naprawdę piękne, a ciała dłużej młode. Niestety, prawda jest taka, że narządy rozrodcze są pierwszym organem w ustroju, który się starzeje. W lustrze tego nie widać! – mówi dr Zając. – I nie pomoże krem przeciwzmarszczkowy. Pacjentki coraz częściej są tym zaskoczone i rozczarowane. Wiele z nich żyje w iluzji przedłużonej płodności. Obserwuję to zjawisko od kilku lat.

Na ziemię sprowadzają nas statystyki. Szansa na zajście w zdrową ciążę przed 25. urodzinami jest 40-procentowa. Po 40. roku życia zaś jej prawdopodobieństwo spada do 5 proc., a po 42. – do 2 proc. To dane uśrednione. Wiele kobiet już w wieku 35 lat ma kłopot z poczęciem. A i na zabieg sztucznego zapłodnienia bywa za późno.

Również autorki nowo wydanej książki „Nadzieja na nowe życie...” wydawnictwa Znak nie próbują słodzić. Piszą otwarcie: „Płodność gatunku mierzy się poprzez odsetek ciąż na cykl – tzw. MFR (monthly fecundity rate), który u ludzi wynosi maksymalnie 34 proc. Dodatkowo w naszej strefie cywilizacyjnej szacuje się go na 20 proc.”. Jednak fakty nie są tym, o czym chcemy słuchać najchętniej.

Propaganda sukcesu

Nikogo dziś nie szokuje, że Linda Evangelista czy Holly Hunter zachodzą w pierwszą ciążę w piątej dekadzie życia. Celebrytki to modelowy przykład odkładania macierzyństwa na później. Także wzór, za którym podążają tysiące Europejek. I nie ma się czemu dziwić, skoro media tak chętnie podkreślają, jak świetne samopoczucie i doskonałe ciało po ciąży miewają późne matki. Problemy? Ależ skąd.

„43-letnia francuska minister Rachida Dati urodziła malutką Zohrę. To niewiarygodne, ale już 5 dni później wróciła w świetnej formie do swych funkcji jako minister sprawiedliwości”. Albo: „Halle Berry, okrzyknięta przez magazyn »Esquire« najseksowniejszą kobietą świata, w 42. roku życia urodziła śliczną Nahlę. Świetnie odnajduje się w roli supermamy, zachowując przy tym swą nieziemską figurę!”.

Pochłaniałam takie newsy i myślałam sobie: „Z czym tu się spieszyć? Ja też mogę być boginią płodności – mówi Agnieszka. – Nie przypuszczałam nawet, że zostanę Wenus bez rezerwy.

– Miałam 36 lat, gdy obiło mi się o uszy, że jeśli nie poznałam właściwego partnera, a zegar biologiczny tyka, mogę zamrozić jajeczka. Na czas, w którym ten jedyny będzie już wybrany, a przydatki odmówią współpracy. Odmrozisz wtedy swoje komórki i będą jak znalazł – wspomina Anna. – Nawet się wtedy nad tym nie zastanowiłam. Miałam przed oczami gwiazdy z brzuchami w wieku 45 lat. Gdybym wiedziała, że połowa z nich adoptowała cudze komórki jajowe, pewnie czym prędzej zdeponowałabym swoje, póki młode. Ale nie wiedziałam.

W kwietniu świat obiegła wieść, że 65-letnia Niemka Annegret Raunigk oczekuje czworaczków, a zdążyła już wychować 13 dzieci. Ale nagłówki gazet nie informowały, że ciąża powstała z adoptowanych komórek młodej kobiety. Żeby się tego dowiedzieć, musieliśmy wczytać się w treść artykułu. – Żyjemy w kulturze, która lansuje wieczną młodość, a na rynku in vitro buduje się tak pozytywny PR wokół płodności, że nawet te świetnie wykształcone i świadome siebie kobiety przegapiają granicę – mówi psycholog Joanna Drosio-Czaplińska z Centrum Rozwoju Psychologicznego „Nasza Strefa” w Warszawie, która sama zmagała się z problemem niepłodności. – Media rozpływają się na temat cudu późnego macierzyństwa. Jednak gdyby było ono normą, te wszystkie matki około pięćdziesiątki nie trafiałyby na czołówki gazet. Trafiają tam właśnie dlatego, że są wyjątkiem.

Ale my często nie chcemy w to wierzyć. Wiele kobiet woli żyć w poczuciu, że ma na wszystko wpływ. Omnipotentne podejście do rzeczywistości pozwala nam nie czuć bólu. Bo cierpienie nie jest dziś w cenie: – Współczesny człowiek często woli uciec w iluzję własnej wszechmocy niż zmierzyć się z upływem czasu czy doświadczyć ograniczeń – mówi psycholog i trener uważności Tomasz Zalas.

Chcemy wydłużać nasze życie, w nieskończoność odmładzać ciała i poprawiać płodność. Bo płodność jest w naszej kulturze symbolem młodości. Powodem jest lęk przed śmiercią, a konsekwencją – współczesne ruchy filozoficzne, jak np. transhumanizm. Postuluje użycie techniki i takich nauk, jak neurotechnologia, biotechnologia i nanotechnologia, do przezwyciężenia ludzkich ograniczeń, a w przyszłości – do osiągnięcia nieśmiertelności. A przeżywająca swój szybki rozwój medycyna płodności doskonale wpisuje się w ten trend.

W obłędzie starań

Z biologicznego punktu widzenia najlepszy wiek do rodzenia to 18–20 lat. Finansowo i społecznie jesteśmy dziś do niego gotowe dopiero w wieku lat 35–40.– To poważny rozdźwięk. I musi się w nim odnaleźć każda kobieta chcąca zostać dziś matką. Złożyć w jedno te puzzle. A to niełatwe zadanie – mówi psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej dr Joanna Kwaśniewska, współautorka poradnika „Nadzieja na nowe życie...”.Rzadko odsuwamy macierzyństwo w czasie z pobudek egoistycznych, choć starsze pokolenia potrafią nam to zarzucać. Chcemy mieć najpierw dobrą pracę, zapewnić sobie i przyszłemu dziecku wygodę, bezpieczeństwo, o które dziś przecież trudno. A przede wszystkim chcemy wybrać świadomie odpowiedniego partnera do związku, z którego mogłybyśmy czerpać satysfakcję. A to pochłania czas. Trudno się dziwić, że wolimy nie widzieć prawdy o płodności malejącej z wiekiem. Mamy potrzebę nadziei, upiększania życia. Widzenia go w radośniejszych barwach. Karmimy się złudzeniami, bo czasem okazują się tym, co pozwala nam żyć. Nie oceniajmy się surowo.

Z badań Światowej Organizacji Zdrowia WHO wynika, że aż co piąta pacjentka korzystająca z technik wspomaganego rozrodu ma myśli samobójcze i zaledwie co czwarta para odczuwa poprawę we wzajemnych relacjach. Pozostałe przeżywają zazwyczaj poważny miłosny kryzys.

– W większości klinik niepłodności lekarze się nie patyczkują. Mówią wprost, gdy szanse na dziecko masz małe, i nie bawią się w piękne słówka, bo w korytarzu czeka kolejka pacjentów. Kiedy przechodziłam in vitro, mówiłam na nich: „operatorzy moich jajników” – wspomina Agnieszka. – Medyczny, bezosobowy język, liczbowe oznaczenia hormonów, parametry spermy, procentowe szanse na dziecko i mój PESEL. A gdzie ja, gdzie mój mąż? Gdzie nasze poczęcie i nadzieja na dzielenie miłości z małą istotą? Nauczyłam się, że do kliniki nie przychodzę po uczucia i poezję, ale procedurę.

Zdaniem psycholog Joanny Drosio-Czaplińskiej w każde starania o dziecko metodą sztucznego zapłodnienia powinna być wpisana psychoterapia.

Pomoc jest niezbędna. Bo często zamrażamy nasze życie, w całości podporządkowując je idei ciąży – potwierdza psycholog Violetta Nowacka z przychodni SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. – Wszystkie pieniądze wydajemy na in vitro, odżywiamy się restrykcyjnie, nawet pozycje seksualne dobieramy pod zapłodnienie. Tymczasem żeby być szczęśliwym, warto szczęścia aktywnie szukać w życiu, a nie tylko w perspektywie rodzicielstwa. Odnajdywać w nim przyjemność i wykuwać z niego cudowny spokój. W takim stanie ducha łatwiej o ciążę, ale też przestaje być ona wtedy przedmiotem naszej zajadłej walki.

Niestety, niewielki odsetek dojrzałych par starających się o dziecko prosi o pomoc terapeutę. Zdarza się, że czas płynie nieubłaganie, a nasza frustracja z powodu braku ciążowego brzucha rośnie. I im dalej w las, tym większą cenę jesteśmy w stanie zapłacić za własne dziecko.

Wiele kobiet powtarza zabiegi in vitro po osiem, dziesięć razy, nie licząc się z wysokimi dawkami hormonów, które w perspektywie mogą zaszkodzić zdrowiu. Zdarza się też, że panie próbują latami, aż w końcu decydują się na adopcję jajeczek w wieku, w którym pod znakiem zapytania stoi, czy dożyją pełnoletności swych pociech.

– Mięśniaki sprawiały, że nie mogłam donosić ciąży. Wyjście, które mi zaproponowano, to wywołanie sztucznie hormonami stanu menopauzy, w którym mięśniaki zniknęłyby i wtedy można byłoby przeprowadzić sztuczne zapłodnienie – mówi 46-letnia Ela, dziennikarka. -Kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo inwazyjne to zabiegi, pomyślałam: „stop!”. I poczułam całą sobą, że nie będę się szarpać, narażać zdrowia, ciała. Zgodziłam się na to, ile mam lat. Przepłakałam to. Adoptowaliśmy chłopczyka. Jednak wiele kobiet w podobnej sytuacji idzie w przeciwną stronę. Eksploatują zdrowie i psychikę w imię ślepego celu, jakim jest ciąża. Za wszelką cenę. Nie potrafią się zatrzymać. Nie potrafią zestarzeć. Bo brak im wzorców dobrego starzenia. Lansuje się wieczny wigor i gładką skórę. A przecież niezależnie od tego, jak bardzo ją napniemy, ona i tak opadnie.

Quo vadis, mater?

„Koszt urodzenia własnego potomstwa staje się coraz wyższy. Rodzimy w coraz starszym wieku już nawet nie dzieci, ale własne wnuki” – twierdzi światowej sławy brytyjski socjolog prof. Anthony Giddens. Co więc czeka nas w przyszłości?

– Jestem prawie pewna, że nastąpi jakaś korekta takiego stanu rzeczy. Być może wzrośnie liczba błędnych procedur i kobiety się przestraszą. Być może będzie to coś innego, ale życie pewnie zweryfikuje modę na późne macierzyństwo, bo grozi ona wyludnieniem – uważa dr Aleksandra Przegalińska. – Być może też rozprzestrzeni się trend, który już dziś widoczny jest np. we Francji: im bogatsza rodzina, tym młodsza matka i tym więcej dzieci. Niewykluczone też, że polityka państw zmieni się tak, by wspierać wczesne macierzyństwo. Tak jak to jest np. w Izraelu, gdzie za każde kolejne dziecko rodzina otrzymuje pieniądze. I gdzie infrastruktura miast rozwija się tak, by kobieta z wózkiem czuła się luksusowo.

– Namawiam zawsze kolegów ginekologów, by prowadzili w swoich gabinetach akcję „Rodzić jak najwcześniej”, którą ja sam na własną rękę popularyzuję wśród moich pacjentek – mówi dr Tomasz Zając. – Argumentuję: „Jeśli urodzisz w wieku 23 lat, nie będziesz musiała przerywać kariery. Gdy dziecko pójdzie do żłobka, ty zaczniesz pracę, a twój przełożony długoterminowo ci zaufa, bo nie będzie obawiał się twoich urlopów macierzyńskich. Twoje dzieci będą miały młodych dziadków, którzy być może pomogą ci w wychowaniu maluchów. A jeśli będziesz zwlekać do 40. roku życia, wtedy już nie tylko niemowlak będzie potrzebował twojej opieki, ale i twoi rodzice”.

Wykreowanie mody na wczesne macierzyństwo jest przed nami. Będzie wymagać też wsparcia państwa. Dla tych, którzy rodzą do trzydziestki, przydałoby się choćby większe becikowe. Może też coś na zachętę dla młodych babć? Jak twierdzi dr Aleksandra Przegalińska, niezależnie od wieku matek w przyszłości postęp medycyny i tak zrobi swoje: – Zabawmy się w futurologów. Pojawi się na rynku nowy zawód – designer dziecka. Osoba, która na nasze życzenie dobierze geny naszemu maleństwu. To już się dzieje. Kilka miesięcy temu np. świat obiegła wieść, że urodziło się dziecko nie dwójki, ale trójki rodziców. Jego geny pochodzą od dwóch matek i jednego ojca – opowiada. – Będziemy decydować się na macierzyństwo wcześniej, jednak już w nie tak dalekiej przyszłości hodowla zarodków przeniesie się poza organizm matki. Doświadczenie ciąży przejdzie więc do historii. Nasze dziecko będzie spokojnie wzrastać w laboratorium, a my w tym czasie z płaskim brzuchem będziemy leżeć na plaży lub siedzieć w biurze.

Pytanie tylko: czy macierzyństwo stanie się dzięki temu lepsze i łatwiejsze? Czy będziemy bardziej spełnione? A nasze dzieci – czy będą kochane?

Nie pierwsi do rozmnażania

Człowiek w porównaniu z innymi gatunkami nie jest zbyt płodny. Mamy wiele nieprawidłowości w gonadach, komórkach jajowych i plemnikach, które odpowiadają aż za 65 proc. defektów genetycznych, uniemożliwiających samo zapłodnienie albo donoszenie ciąży. Po powstaniu zarodka w macicach zagnieżdża się mniej niż jedna trzecia spośród nich. Również jeśli chodzi o poronienia u naszego gatunku jest ich więcej niż u pozostałych ssaków. Przed upływem 20. tygodnia ciąży roni co czwarta ciężarna. Poronienie wynika z niedoskonałości natury i nie oznacza, że z nami coś jest nie tak.

Matka rekordzistka

Światowa rekordzistka została mamą w wieku 67 lat: Maria del Carmen Bousada de Lara z Hiszpanii urodziła bliźniaki dzięki zapłodnieniu in vitro w Stanach Zjednoczonych, utrzymując, że jest 12 lat młodsza. Gdyby klinika znała prawdę, nie zakwalifikowałaby jej do zabiegu.

Kiedy zachodzić?

Jeżeli weźmiemy pod uwagę najważniejsze czynniki dotyczące kobiety i dziecka, optymalny wiek do zachodzenia w ciążę to 34 lata – obliczył prof. John Mirowsky, socjolog z University of Texas w Austin. Z kolei prof. Angelo Alonzo z Yale University twierdzi, że po przekroczeniu 35. roku życia kobiety nie powinny zostawać matkami, bo niekorzystnie odbija się to na ich zdrowiu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Styl Życia

Powstała pierwsza na świecie restauracja, w której serwuje się mięso z hodowli in vitro

Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Od blisko dziesięciu lat sztaby naukowców pracują nad wytwarzaniem mięsa w warunkach laboratoryjnych i osiągają coraz lepsze rezultaty. The Chicken to pierwsza na świecie restauracja, otwarta w Izraelu, gdzie podaje się wyłącznie „etyczne” mięso.

Pierwszy burger wołowy wyprodukowano już w 2013 r. w Holandii. I chociaż na świecie powstają wciąż kolejne startupy, poświęcone hodowli komórkowej, to i tak, pomimo wielu udanych prób, nie udało się jeszcze zastosować tej niekrzywdzącej hodowli komórkowej na większą skalę. Dlatego nowe, udane przedsięwzięcia napawają optymizmem.

Izraelski startup SuperMeat, który uruchomił The Chicken, podkreśla na swojej stronie: „Nasze mięso jest produkowane z wysokiej jakości zdrowych komórek kurczaka, bez udziału inżynierii genetycznej. Jest uprawiany na pożywnej paszy, bez antybiotyków i w środowisku całkowicie wolnym od zanieczyszczeń.”

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

W SuperMeat technolodzy żywności, inżynierowie, biolodzy i szefowie kuchni współpracują z branżą spożywczą i mięsną, aby wytwarzać najwyższej jakości produkty drobiowe, produkowane w sposób zrównoważony i przyjazny dla zwierząt. Ich celem jest rozpowszechnienie tych produktów na większą skalę.

Otwarta w Tel Awiwie restauracja znajduje się obok zakładu produkcyjnego, a goście, poprzez duże okno, łączące oba pomieszczenia, mogą zobaczyć skąd pochodzi mięso, które trafia potem na ich talerz – a wytwarzane jest ono z białka wyhodowanego z komórek rosnących w bioreaktorze (masa mięsa podwaja się co kilka godzin; komórki mają zapewniony tlen, ciepło i paszę).

Restauracja ma w ofercie dwa rodzaje burgera drobiowego SuperMeat. Goście póki co, w ramach eksperymentu, nie muszę płacić za posiłki. Zamiast tego kuchnia testowa prosi o informacje zwrotne na temat produktu.

Filet z kurczaka jest panierowany i smażony w głębokim tłuszczu, dzięki czemu jest chrupiący na zewnątrz, delikatny i soczysty w środku. Ma głęboki smak i aromat kurczaka - mówi Ido Savir, dyrektor generalny i współzałożyciel SuperMeat (źródło: Livekindly).

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

Jeszcze kilka lat temu koszty produkcji takiego mięsa były przeogromne i wynosiły nawet kilkaset tysięcy dolarów (za stek czy burgera!). Jednak obecnie wydatki spadły już do kilkudziesięciu dolarów i nadal są obniżane. Dla przykładu, około 50 dolarów kosztował stek wyhodowany w laboratorium innego izraelskiego startup’a  - Aleph Farms, zawierał on cztery rodzaje zwierzęcych komórek (mięśniowe, fibroblasty, tłuszczowe i komórki śródbłonka).

Producenci i naukowcy zgadzają się z pewnością w jednym: stawka przedsięwzięcia jest ogromna. Tym, co zyskamy, produkując mięso w laboratoriach, jest zredukowanie konwencjonalnej hodowli zwierząt, a co za tym idzie: oszczędność wody, zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, ochrona naturalnych obszarów, a przede wszystkim zaprzestanie zabijania zwierząt na taką skalę jak obecnie. O tym, jak drastycznie wpływa produkcja mięsa na ocieplenie klimatu, wiemy już od dawna.

  1. Psychologia

Światowy Dzień Dziecka Utraconego. Rozmowa z autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu

Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, inicjatorką projektu.

O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu, darmowego e-booka, skierowanego do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich.

Skąd pomysł na instrukcję? Instrukcja Obsługi to seria darmowych poradników, której zadaniem jest rozminowywanie tematów będących tabu, a związanych z naszym codziennym życiem i zdrowiem. Skoro utraty ciąży doświadcza aż 7 na 10 kobiet, to dlaczego nie dyskutujemy o tym w przestrzeni publicznej?! Licząc mężczyzn i członków rodzin, poronienie w sumie dotyka prawie każdego z nas. Instrukcja o Poronieniu jest drugą odsłoną cyklu. W październiku 2019 roku wydaliśmy Instrukcję o Raku Piersi. Może to zabrzmi górnolotnie, ale Krótką Instrukcją chcemy zmieniać świat i to, jak ludzie ze sobą rozmawiają.

Kto tworzy wasz e-book? Poradnik powstał w modelu partycypacyjnym, głos zabrali rodzice po utracie ciąży, przedstawiciele fundacji, fantastyczni ginekolodzy, psychoterapeuci, położnicy i prawnicy. Zależało nam na tym, żeby zobaczyć perspektywę wszystkich osób zaangażowanych w temat poronienia. Zaproszenie do współpracy przy Instrukcji przyjęli m.in. krajowy konsultant ds. ginekologii i położnictwa prof. Krzysztof Czajkowski, dr Marzena Dębska, ginekolog i położnik, dr Jarosław Kaczyński, ginekolog położnik specjalizujący się w leczeniu niepłodności, dr Anna Kajdy, ordynatorka oddziału położnictwa, Marlena Haduch, położna i psycholog, Joanna Siewko, doula i organizatorka Kręgów Kobiet po Stracie, Marzena Pilarz-Herzyk, prawniczka, autorka bloga MamaPrawniczka.pl oraz fundacja Rodzić Po Ludzku.

Czyli jest to szeroko rozumiane wsparcie, zarówno medyczne, psychologiczne, jak i prawne. Dajemy rodzicom, którzy doświadczyli straty, szereg porad formalnych dotyczących tego, co zrobić żeby skorzystać z prawa do urlopu macierzyńskiego, ale też by pochować swoje dziecko oraz informujemy, w jakich okolicznościach przysługuje im zasiłek. Pokazujemy również perspektywę psychologiczną, czyli jak wspierać po stracie dziecka kobietę oraz – co równie ważne – mężczyznę. Jesteśmy bardzo wdzięczne wszystkim, którzy zgodzili się nam opowiedzieć o doświadczeniu poronienia z ich punktu widzenia.

Według statystyk, o których mówisz, utrata ciąży doświadcza 7 na 10 kobiet. To bardzo dużo. Jakie są najczęstsze przyczyny poronień? To bardzo trudne pytanie, które zadają sobie wszystkie bez wyjątku kobiety. Chciałabym, żeby to mocno wybrzmiało: za największą liczbą poronień stoi genetyka. To właśnie wady chromosomalne płodu powodują zatrzymanie ciąży. Warto to powtarzać, bo utracie ciąży towarzyszy okrutne poczucie winy niedoszłej mamy, czasem wzniecane przez niedoedukowane środowisko. To nie preferencje żywieniowe, wiara, zbyt siedzący lub zbyt stojący tryb życia decydują o przyszłości ciąży. Powtarzamy: „Dziewczyno, bardzo nam przykro. To nie jest twoja wina. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś”. Marzy mi się wykasowanie z ludzkiej świadomości określenia: „kobieta poroniła”. Zabierzmy to bezpodstawne brzemię odpowiedzialności, zacznijmy mówić „ciąża się poroniła”, to naprawdę nie jest niczyja wina.

Karolina Wierzbińska, redaktor naczelna hellozdrowie.pl, jedna z inicjatorek Krótkich Instrukcji.

Krótka Instrukcja o Poronieniu dostępna jest za darmo pod adresem krotka-instrukcja.hellozdrowie.pl – jako strona oraz jako e-book w formie PDF. Dla chętnych również w wersji papierowej, także bezpłatnej. Redaktorami publikacji są Marta Ploch i Robert Statkiewicz.

  1. Zdrowie

Ćwiczenia dna miednicy dla zdrowia i satysfakcji seksualnej

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
„Twoje ciało, łono, dno miednicy są realne. Należą do ciebie, a nie do lekarzy”. Rozmawiamy z francuską położną Claire Dahi, która uczy, jak dbać o najczulsze mięśnie w ciele kobiety.

Pracuje pani z kobietami w ich własnych domach. Co nosi pani w torbie?
Przede wszystkim formularze do wypełnienia, żeby poznać dobrze swoją pacjentkę. Są tam pytania dotyczące historii porodu, wydarzeń medycznych w jej życiu, chorób kobiecych w jej rodzinie, ale też kilka bezpośrednich pytań  dotyczących stanu jej krocza. Na przykład czy kiedyś w życiu zdarzyło jej się uronić kilka kropli moczu w trakcie kichania albo śmiania się. Noszę też ze sobą rękawiczki i lubrykant do badania wewnętrznego, a także plastikowy model dna miednicy.

Po co?
Żeby pokazać pacjentce, co to jest krocze. Nawet jeśli miałyśmy kilka lekcji z kobiecej anatomii w podstawówce, to jako dorosłe kobiety często nie wiemy, jak ono wygląda. Na modelu mogę pokazać, gdzie są nasze mięśnie dna miednicy, czym się różnią. Dzięki temu kobieta może sobie zwizualizować własne ciało od środka. Kiedy zobaczy mięśnie na plastikowym modelu i ich dotknie, będzie jej łatwiej je poczuć, a potem uruchomić. Moim celem nie jest nadrobienie wiedzy medycznej, utrwalenie trudnych nazw łacińskich, ale po prostu pokazanie, gdzie owe mięśnie się znajdują. Bo tam zaczynają się historie, które chcę kobiecie opowiedzieć.

Łono też ma swoje historie?
Oczywiście. Mówię kobietom, że ich wagina to malutka jaskinia, miniaturowa grota.

Brzmi lepiej niż bardzo medyczne i odstręczające polskie słowo "krocze".
No właśnie. Ale nasza mała kobieca grota to nie jakieś byle co. Prowadzą do niej piękne drzwi frontowe jak do prawdziwego zamku. Najpierw widzimy most zwodzony, a potem bronę, czyli kratę, którą opuszcza się w dół, żeby zamknąć wejście do groty. Tak naprawdę to dwa przeciwstawne mięśnie. Jak wejdziemy do środka, zobaczymy sufit: to przód naszej waginy. Ten sufit podtrzymuje nasz pęcherz moczowy na swoim miejscu. Można powiedzieć, że pęcherz jest na suficie groty. Kiedy wejdziemy głębiej i trochę wyżej, znajdziemy coś jeszcze – szyjkę macicy, która jest wejściem do naszej macicy, a także mięsień łonowo-pochwowy. Nasza grota jest też zamknięta z dołu i po bokach wielkim mięśniem, który idzie z głębi miednicy aż do naszego sromu, tworząc jednocześnie podłogę i ściany naszej waginy. Na ten wielki mięsień tak naprawdę składają się trzy mięśnie anatomicznie różne. Ale kiedy opowiadam o nim historię, to mówię, że przypomina wielki i bardzo szeroki dywan, który pokrywa zarówno podłogę, jak i dwa boki groty.

Przejdźmy teraz do ćwiczeń. Od czego zaczynamy?
Kobieta najpierw ćwiczy mięsień umiejscowiony przy wejściu do pochwy. Nie musi wiedzieć, gdzie on jest, jak się naprawdę nazywa. Naśladuje ruch, jakby podnosiła do góry zwodzony most, a ja pomagam jej to zrobić, pokazując palcem, gdzie zacząć. Potem jest zamkowa krata. Ruch odwrotny do mostu zwodzonego. „Łapiemy” mięsień z góry i ściągamy go bardzo delikatnie w dół. Najpierw „łapiemy” punkt przy wejściu do pochwy, a potem wchodzimy z nim do góry, do góry, do góry, aż do poziomu serca. Potem zajmujemy się mięśniami sufitu. Jest tam łuk ścięgnisty miednicy, który podtrzymuje cewkę moczową, a my podrywamy go do góry. Potem trzeci etap – ściany i podłoga. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Piękna, duża sala, otoczona z każdej strony mięśniami.

Trochę to zawiłe.
Tak, ale ta historia odkrywa przed kobietą architekturę małej groty. Te obrazy poruszają obszar w mózgu, który mieści się między świadomym a nieświadomym. Mogą odtraumatyzować różne problemy związane z tą sferą.

Rozumiem, że te obrazy zostaną z kobietą całe życie?
Właśnie o to mi chodzi. Położna jest z kobietą tylko na początku pracy z mięśniami dna miednicy. Towarzyszy jej, żeby sprawdzić, czy dobrze się nimi zajmuje, czy je wyczuwa, czy dobrze je kurczy. Po drugie, sprawdza, czy nie ma gdzieś uszkodzeń, małych otarć, pęknięć, naderwań tkanki mięśni, które mogły się wydarzyć podczas porodu. Trzeba to jasno powiedzieć: każda kobieta, która przeżyła poród, ma rodzaj minidraśnięć, otarć, czyli cieniutkich pęknięć w mięśniach dna miednicy. To normalne. Chociaż są różne typy naruszeń mięśni. Bywają bardzo delikatne, ale i głębokie pęknięcia, które trzeba było zszyć w szpitalu po porodzie.

Mięśnie mogą być po porodzie zwiotczałe?
Tak. Albo po prostu rozciągnięte. W czasie ciąży i porodu musiały się rozciągnąć, żeby dziecko ułożyło się w brzuchu jak w koszyku, a potem przepuścić je na świat. Po takich zmianach anatomicznych mogły nie wrócić do normy, nie ściągnąć się. Sprawdzam manualnie każdy z nich.

Teraz jest pani specjalistką od mięśni krocza. Czy kiedyś przyjmowała pani porody?
Przed przyjazdem do Polski asystowałam przy porodach w szpitalu francusko-brytyjskim Levallois-Perret w Paryżu. Kiedy mój mąż dostał pracę w Polsce i się przeprowadziliśmy, nie myślałam w ogóle, żeby uprawiać tutaj swój zawód. Nie znam polskiego. W sytuacjach codziennych, np. w supermarkecie, jeszcze mogłam się dogadać, ale nauczyć się wszystkich polskich słów medycznych?! Niemożliwe! Jednak pewnego dnia spotkałam doktora Pascala Eechouta, francuskiego ginekologa, który pracuje w Warszawie. Jak się dowiedział, że jestem położną, zaczął mnie urabiać. Powiedział, że w Polsce prawie nie ma osób, które zajmują się manualną rehabilitacją krocza. Są instruktorzy, którzy pracują z elektrostymulacją i z biofeedbackiem. „Jasne, to dobrze”, pomyślałam, ale według mnie te metody są niewystarczające. Postanowiłam wrócić do Francji i zrobić specjalizację z rehabilitacji krocza, która jest przeznaczona dla położnych i fizjoterapeutów.

Dlaczego praca z sondą jest według pani niewystarczająca?
Elektrostymulacja nie ma nic wspólnego z historią o małej grocie. Pracuje nad sufitem, końcem sufitu i dwoma mięśniami podłogi i ścian, ale całe wejście, czyli podwójne drzwi i mięsień odpowiedzialny za kurek pęcherza, czyli zwieracz cewki moczowej, są nieruszone. Inny problem związany z sondą jest bardziej fundamentalny. W tej technice kobieta nie jest autonomiczna, ponieważ nie może pracować bez maszyny, obcego ciała, tzn. sondy dopochwowej. Ja uczę kobietę ćwiczeń, które potem już samodzielnie wykonuje w domu.

A gdy minie etap nauki?
Kobieta ma wykonywać swoje ćwiczenia regularnie raz w miesiącu. Od razu po miesiączce. Kiedy przestaje krwawić, robi dziesięć ćwiczeń mięśni dna miednicy (kilka minut) przez dwa, trzy dni do końca życia. Ale to jeszcze nie koniec. Drugą ważną rzeczą jest nowe rozumienie krocza. Moja nauczycielka Dominique Trinh Dinh mówiła, że krocze nie jest bytem wyabstrahowanym. Żyje w naszym ciele, a ciało wytwarza pewne obciążenia, naciski, które nie są dla niego dobre. O tym jeszcze nie rozmawiałyśmy.

Zacznijmy.
Najprościej rzecz ujmując, równowaga w naszym ciele zależy od równowagi napięcia mięśni, które się w nim znajdują. Praca mięśnia przepony wpływa na stan naszego krocza, ponieważ  mięśnie krocza i przepony leżą równolegle i pracują zależnie od siebie w jamie brzusznej. Przepona porusza się, kiedy oddychamy, i powinna dźwigać ciśnienie, które tworzy się wtedy w klatce piersiowej.

A tego nie robi?|
Niestety, wiele kobiet oddycha, obciążając mięśnie krocza. Ten mechanizm nazywa się tłocznią brzuszną. Kiedy przepona zamiast unosić napięcie w górę, wpycha je w dół, w mięśnie krocza. Jest wiele kobiet, które po całym dniu czują ciężar w okolicach brzucha z powodu złego oddychania. Dziś już wiadomo, że kobieta, która nigdy nie urodziła dziecka, ale źle oddycha, obciążając krocze, może mieć zaburzenia funkcjonalne przepony moczowo-płciowej.

Wydawało mi się, że oddech nic nie waży?
Gdy oddychamy, nasza przepona poprzez ciśnienie, jakie wytwarza, uciska mięśnie krocza. Nawet jak to jest lekkie napięcie, krocze je dźwiga. Przez dziesięciolecia. Często stres jest czynnikiem, który powoduje, że zaczynamy źle oddychać. Inna z teorii mówi, że krocze nie zostało ewolucyjnie dostosowane do pozycji stojącej człowieka. Nie zostało stworzone, żeby nosić ciężary, ale żeby zamykać dół naszego ciała. Inaczej mówiąc: nie możemy robić ze swojego krocza paska, który spina nasz brzuch i go dźwiga. Ono jest zbyt wrażliwe. Podobne obciążenia pojawiają się, kiedy kichamy, kaszlemy, śmiejemy się, wydmuchujemy nos, głośno mówimy. Albo kiedy się poruszamy i coś dźwigamy, biegamy albo skaczemy. Musimy się nauczyć podczas tych czynności funkcjonować na odwrót.

Czyli?
Czyli wsłuchać się w swoje ciało i wychwycić to subtelne odczucie, że coś w nas „prze, naciska w dół”. A potem nauczyć się unosić to napięcie do góry.

Wyjaśnijmy w takim razie, jak dobrze oddychać?
Dobrze oddychamy, kiedy śpimy. Można to sprawdzić, na przykład patrząc na śpiące dzieci albo partnera. Kiedy nabierają powietrza, unosi im się brzuch, a jak następuje wydech, w górę idzie klatka piersiowa. Przepona powinna przechwytywać całe napięcie. Fizjologicznie, kiedy nabieramy powietrza, przepona się obniża, a mięśnie brzucha się rozluźniają, co daje efekt wypiętego brzucha. W trakcie wydechu z kolei przepona unosi się, zasysając mięśnie dna miednicy w górę, i w ten sposób ułatwia im pracę. Brzuch jest wtedy płaski.

Jak jeszcze powinnyśmy dbać o swoje krocze?
Chodzić regularnie do toalety, żeby nie dźwigać ciężaru moczu, bo on też naciska na krocze. Trzeba oddawać mocz nie rzadziej niż raz na trzy godziny. Pomijając, oczywiście, noc, bo wtedy leżymy i nie ma ciężaru, który naciskałby na krocze. Kobiety generalnie się z tym nie spieszą. Pracują, sprzątają, bawią się z dziećmi i przetrzymują mocz w pęcherzu, ile się da. Zapominają, że litr wody to aż kilogram ciężaru na dno miednicy. Druga ważna sprawa to pozycja, którą przyjmujemy w czasie wypróżniania. Mówię teraz zarówno o oddawaniu moczu, jak i stolca. Pamiętajmy, żeby nie przeć, nie robić tego na siłę. Zaparcia to nasz wróg. Bezpieczną pozycją jest pozycja, kiedy mamy kolana wyżej niż uda. To nic nie kosztuje, a w prosty sposób nas zabezpiecza. Wystarczy kupić prostą, plastikową podstawkę pod nogi.

Od czego zależy to, kiedy nasze mięśnie wrócą do normy? Od wieku, genów?
Raczej od stopnia uszkodzenia w trakcie porodu. Kiedy doszło do nacięcia krocza i kobieta odczuwała ból w tym miejscu, podświadomie nauczyła się omijać bolące mięśnie i zaczęła używać innych. Nie zacznie ich znowu używać bez użycia własnej woli. Musi się znów tego nauczyć.

Kobiety boją się, że po porodzie nie będą już miały takich samych odczuć w trakcie stosunku seksualnego.
Nawet gdy jesteśmy obolałe po nacięciu krocza, musimy pamiętać, że jak mięśnie się prężą, poruszają, następuje napływ krwi do tego miejsca i szybciej wracamy do komfortu w tej sferze.

Ale czy każda kobieta potrzebuje rehabilitacji krocza?
Wielu kobietom mięśnie wracają do normy niemal całkowicie samodzielnie, bo np. nie ucierpiały bardzo w czasie porodu i w odpowiedni sposób oddychają. Kwestie genetyczne są też ważne, czyli jeżeli twoja mama i babcia miały wysoką jakość mięśni Kegla, ty też pewnie ją masz. Są kobiety, które mają tylko drobne naruszenia, ale nie potrafią unosić napięcia do góry, obciążają krocze i mogą mieć potem problem z nieszczelnością i nietrzymaniem moczu, obniżaniem narządów. Ale nie ma zasad uniwersalnych.

Czy możemy ćwiczyć bez nauczycielki?
To bardzo trudne z wielu powodów. Przede wszystkim kobieta nie kontroluje, czy w trakcie ćwiczeń mięśni Kegla nie napina innych mięśni, np. pośladków czy ud. Robimy to automatycznie i nieświadomie i przez to zatracamy sens ćwiczenia. Wiele kobiet myśli też, że gdy ćwiczymy mięśnie, to trzeba to robić intensywnie, mocno jak w fitnessie.

A jak jest?
Odwrotnie. Im mniej wysiłku, tym lepszy rezultat. Napinanie mięśni Kegla powinno być bardzo delikatne. Trzeba nauczyć się świadomie kurczyć mięśnie, których do tej pory nie czułyśmy, czasem nawet nie miałyśmy pojęcia, że istnieją. Położna pomoże je odnaleźć. Celem jest to, żeby każdy mięsień pracował niezależnie od drugiego, żeby nie napinały się wspólnie.

Dlaczego?

Bo wtedy pracują najmocniej te mięśnie, które są rozległe. Mięśnie znajdujące się przy wejściu do pochwy są po prostu słabsze i trudniej nam je uruchomić. Metoda, której uczę, zajmuje się wszystkimi mięśniami naszej pochwy, od wejścia do samej głębi. To my jesteśmy odpowiedzialne za tę sferę, która zamyka nasze ciało. Jeżeli będziemy dobrze pracować, będzie sprężyste.

 

Autorka dziękuje za konsultację położnym: Marii Romanowskiej i Karolinie Łataś-Zagrajek (terapeutce uroginekologicznej).

 

CLAIRE DAHI,
położna i rehabilitantka mięśni dna miednicy wg francuskiej metody CMP (Connaissance & Maîtrise du Périnée); pracuje z kobietami różnych kultur i narodowości.

 

  1. Zdrowie

Trymestry ciąży — ile trwają? Czym się charakteryzują?

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Ciąża trwa 9 miesięcy - 40 tygodni podzielonych na trzy trymestry. Każdy upływający dzień jest ważny dla rozwoju dziecka oraz dla rodziców, którzy czekają, aby powitać maleństwo na świecie. Dlatego dobrze wiedzieć, czego można się spodziewać na kolejnych etapach ciąży, jak kształtuje się płód, a także jakie zmiany zachodzą w organizmie kobiety.

Rodzice, jak tylko zobaczą dwie kreski na teście ciążowym i potwierdzą ciążę u ginekologa, zaczynają wielkie przygotowania do powitania na świecie dziecka. Bez względu na to, czy oczekujesz pierwszego potomka, czy to Twoja kolejna pociecha, z zainteresowaniem śledzisz jego rozwój. Masz na to aż 40 tygodni, czyli 9 miesięcy. Zobacz, czym charakteryzują się poszczególne trymestry ciąży.

I trymestr ciąży

Pierwszy trymestr ciąży to czas wielkich zmian. Objawy ciąży mogą pojawić się już po kilku dniach. Pierwszym jest oczywiście brak miesiączki, ale wiele pań deklaruje, że ich uwagę przykuły:

  • powiększone, wrażliwe na dotyk piersi,
  • poranne nudności,
  • nadwrażliwość na niektóre zapachy, które do tej pory były neutralne,
  • częstomocz,
  • zmęczenie i senność.
Każda ciąża przebiega inaczej, dlatego nie da się stwierdzić odmiennego stanu wyłącznie na podstawie opisanych objawów. Pozytywny test ciążowy, badanie krwi oraz wizyta u ginekologa dadzą absolutną pewność, że spodziewasz się dziecka. Konsultacja lekarska wraz z USG jest ważna, ponieważ pozwala stwierdzić, czy zarodek zagnieździł się prawidłowo i oszacować termin porodu.

Jeśli tylko masz podejrzenie, że jesteś w ciąży, zrezygnuj z używek. Alkohol i papierosy są niedopuszczalne bez względu na to, w którym trymestrze ciąży jesteś. Przez cały czas powinnaś również wyjątkowo dbać o siebie — nie dźwigać, nie przemęczać się, unikać sytuacji stresogennych, zadbać o odpowiednią ilość i jakość snu, stan nawodnienia organizmu oraz zbilansowaną dietę.

II trymestr ciąży

Zaczyna się od 14. i trwa do 26. tygodnia ciąży. To czas, w którym część kobiet odczuwa znaczną poprawę samopoczucia. Zazwyczaj mdłości znikają, a duże stężenie estrogenów w organizmie pozytywnie wpływa też na Twój wygląd. Włosy gęstnieją, skóra staje się gładka. Ale uwaga! W tym okresie wiele przyszłych mam zauważa na swoim ciele i twarzy ciemniejsze plamy — przebarwienia są efektem nasilonej pigmentacji skóry i miną po porodzie. Póki co, unikaj ekspozycji na słońce i stosuj kremy z filtrem ochronnym.

Teraz Twój brzuch zacznie robić się coraz większy, a rozwijające się w nim dziecko coraz ruchliwsze. Około 20. tygodnia, czyli na półmetku ciąży ginekolog zaprosi Cię na badanie USG połówkowe, podczas którego sprawdzi m.in. czy dziecko rozwija się prawidłowo i nie ma wad genetycznych. Na tym etapie jego ciałko jest już wykształcone na tyle, że widać oczy, uszy, podniebienie, a także narządy wewnętrzne. 

III trymestr ciąży

Ostatni trymestr ciąży zaczyna się wraz z 28. tygodniem i trwa aż do porodu. To czas, w którym macica dalej się rozrasta i sięga już kilka centymetrów powyżej pępka. Wiążą się z tym kolejne dolegliwości i objawy, takie jak skurcze Braxtona-Hicksa, uznawane za skurcze ćwiczące macicę przed porodem. Ich intensywność nie powinna być dla Ciebie zbyt uciążliwa, ale jeśli masz w tym zakresie jakiekolwiek obawy — skonsultuj się z lekarzem prowadzącym, który może zasugerować przyjmowanie bezpiecznych leków rozkurczowych.

W tych tygodniach dziecko przekracza granicę 1 kg i zaczyna intensywnie rosnąć, bo pod jego skórą kumuluje się tkanka tłuszczowa. Coraz bardziej przypomina bobasa, którego już za kilka tygodni powitasz na świecie!

III trymestr ciąży to czas intensywnych przygotowań organizmu do porodu, a także domowników na powitanie nowego członka rodziny. Zacznij zastanawiać się nad wyborem szpitala i rodzajem porodu (rodzinny, w wodzie). Możesz też wybrać położną środowiskową, która jeszcze po narodzinach dziecka będzie odwiedzała Was w domu na kontrolne ważenie oraz mierzenie.

Za ciążę donoszoną uznaje się 37. tydzień. Na tym etapie dziecko jest już spore, więc w macicy ma mniej miejsca do robienia fikołków. Jego ruchy mogą nieco osłabnąć, ale nadal powinny być odczuwalne. Ty z kolei możesz mieć problemy ze zgagą, a także czuć rozpieranie w granicy spojenia łonowego. Dziecko naciska główną na kanał rodny. Zdarzają się jednak sytuacje, że maluch jest ułożony miednicowo, co stanowi jedno ze wskazań do cesarskiego cięcia.

Ostatnie tygodnie ciąży poświęć na skompletowanie wyprawki, spakowanie torby do szpitala, zgromadzenie dokumentów i aktualnych wyników badań. Lekarz pobierze posiew w kierunku paciorkowca, czyli na GBS — wyniki miej przy sobie w momencie przyjęcia na oddział. Warto również uczęszczać na zajęcia ze szkoły rodzenia, aby wiedzieć, jak odczytywać sygnały zbliżającego się porodu.

Standardowo ciąża trwa 40 tygodni, ale zdarza się, że poród zaczyna się wcześniej lub dopiero po terminie. Ginekolog może zadecydować o regularnym wykonywaniu badania KTG płodu, a w razie jakichkolwiek nieprawidłowości skieruje Cię na oddział szpitalny, gdzie będziesz miała kompleksową opiekę.