fbpx

Zastępcza więź

Wielu ludziom wydaje się, że jak zabiorą dzieci z ich „strasznych rodzin”, dadzą serce i dom, to one będą wdzięczne i kochające. Niestety, recepta na bycie rodzicem zastępczym nie jest taka prosta – mówi Sylwester Soćko, dyrektor
Ośrodka Wsparcia Rodzinnej Opieki Zastępczej PORT Towarzystwa „Nasz Dom” w Warszawie.

– Budujemy w Polsce system opieki zastępczej. Co jest w nim najważniejsze?

– To, żeby dzieci wychowywały się w rodzinie, jeśli nie biologicznej, to w innej. Zostało udowodnione, że bez elementarnego poczucia bezpieczeństwa, bez stabilnej więzi ze stałym opiekunem dzieci nie mogą prawidłowo się rozwijać, szczególnie w sferze emocjonalnej. A w moim przekonaniu rozwój emocjonalny determinuje wszystkie inne obszary rozwojowe u dzieci.

– Domy dziecka tego nie zapewniają?

– Dom dziecka, nawet jeżeli daje bardzo dobrą opiekę, jest miejscem, w którym zmieniają się opiekunowie, co uniemożliwia budowanie trwałych więzi. A jak mówiłem, do prawidłowego rozwoju dziecka potrzebna jest więź z dorosłym, na którym można polegać i który zajmie się dzieckiem w najważniejszych dla niego sprawach.

– Od czego zaczynać interwencję, gdy rodzina nie jest w stanie zapewnić dziecku opieki?

– Od pomocy tej rodzinie. Pomoc powinna być adekwatna do jej problemów i potrzeb. Rodzice, którzy nie radzą sobie w życiu, są skoncentrowani zupełnie na czym innym niż opieka nad dziećmi, na przykład na eksmisji, na kłopotach małżeńskich, na tym, że są bez pracy. Tacy rodzice czują się gorsi, niepotrzebni, bywają agresywni. Czasy są wymagające i trzeba być coraz lepiej przygotowanym, żeby odnaleźć się na rynku pracy, żeby funkcjonować w świecie. Wiele rodzin sobie z tym nie poradziło i cenę za to płacą dzieci.

– Które dodatkowo karze się odsyłaniem do domu dziecka.

– Pamiętajmy, że każda próba przerwania więzi dziecka z rodziną wpływa bardzo destrukcyjnie na jego rozwój. Dlatego najważniejszą sprawą jest wsparcie tych rodzin w skuteczny sposób, czyli spowodowanie, żeby w najważniejszych obszarach rodzina stanęła na nogi, a dzieci z niej nie wypadły.

– Są jednak sytuacje, kiedy dziecko trzeba odseparować od matki i ojca.

– Według mnie to jest uzasadnione tylko w przypadku ostrej przemocy, wciągania dzieci w destrukcyjne obszary, takie jak przestępczość, uzależnienia, seks. Wtedy nie ma o czym gadać, tylko trzeba natychmiast podejmować interwencję. Pomoc powinna trafiać od razu, gdy pojawiają się pierwsze symptomy, że rodzina sobie nie radzi, a nie wtedy, kiedy już jest za późno.

– Prawo jednak tego nie ułatwia.

– Mam nadzieję, że to wkrótce radykalnie się zmieni. Trwają zaawansowane prace nad projektem ustawy o kompleksowym wsparciu rodziny i opiece zastępczej nad dzieckiem. Przewidziane jest w niej na przykład powołanie asystentów rodzinnych, którzy wspieraliby rodzinę, zanim dojdzie do jej rozpadu, i zapobiegaliby oddawaniu dzieci do domów dziecka. Powinni rozumieć problemy swoich podopiecznych, nie oceniać ich i do niczego nie zmuszać, tylko dostosowywać pomoc do ich potrzeb.

– A jeśli problemy zaszły daleko i dziecku dzieje się krzywda?

– Gdy nie uda się pomóc całej rodzinie, trzeba skupić się na pomocy dzieciom. Wszystkie, a szczególnie te małe, powinny być wychowywane w warunkach bliskości, czyli muszą mieć stałych opiekunów. Dlatego potrzebny jest system opieki, który polega na tym, że wspiera się rodzinę, a jeśli nie da się szybko rozwiązać jej problemów, to na ten czas zapewnia się dzieciom inny rodzaj opieki, najlepiej w rodzinie zastępczej. Rozstanie z rodzicami to dla dziecka zawsze traumatyczne przeżycie, które może mieć wpływ na całe jego życie. Dlatego lepiej, gdy trafia ono do innej rodziny niż do instytucji. W tym czasie nadal udzielana jest pomoc jego rodzicom. Efektem tej pomocy powinien być stosunkowo szybki powrót dzieci do rodziny biologicznej. Jeśli to jednak nie jest możliwe, to należy rozstrzygnąć, czy dziecko trafi do adopcji, czy pozostanie w rodzinie zastępczej. I powinno być to jasne dla wszystkich – dla dzieci, rodziny biologicznej i zastępczej.

– Najlepsza jest oczywiście adopcja.

– Tak, ale rodzice najczęściej chcą adoptować małe zdrowe dzieci. Te powyżej 5. roku życia już mniej chętnie, a te powyżej 10. roku praktycznie w ogóle nie mają szans, podobnie jak dzieci wymagające specjalnej troski, niepełnosprawne. I właśnie dla nich powinny być przygotowane rodziny zastępcze, które zaopiekują się nimi długoterminowo, aż do dorosłości.

– To są rodzice zawodowi?

– To mogą być wszyscy, którzy uznają, że wystarczy im miejsca, siły i serca dla innych dzieci. Może być to również zawód – już istnieją zawodowe rodziny zastępcze. Wszystkich opiekunów profesjonalnie przygotowuje się do tej roli.

– Gdzie mogą zwracać się rodzice chcący stworzyć rodzinę zastępczą?

– Mogą się zwrócić do takiego ośrodka jak PORT, ale również do powiatowych centrów pomocy rodzinie albo do ośrodków adopcyjno-opiekuńczych.

– Jakie wymogi muszą spełniać rodzice zastępczy?

– Być obywatelami Polski, legitymować się zaświadczeniem o niekaralności, stanie zdrowia itd. Każda rodzina musi przejść szkolenie i całą procedurę kwalifikacyjną, następnie zgłosić się do centrum pomocy rodzinie, które decyduje o przyznaniu statusu rodziny zastępczej.

– Czym się różni adopcja od rodzicielstwa zastępczego?

– Dziecko adoptowane ma dokładnie takie same prawa jak dziecko biologiczne, czyli prawo do nazwiska, dziedziczenia, a my mamy prawo do decydowania o jego leczeniu, szkole, wychowaniu. Rodzina adopcyjna nie uzyskuje z tego tytułu żadnych świadczeń. Rodzina zastępcza natomiast dostaje pewne świadczenia, choć nie są one duże. Jej zadaniem jest czasowa lub długoterminowa opieka nad dzieckiem.

– Jeśli tacy rodzice nie dadzą rady, mogą się wycofać?

– Tak, ale po to właśnie są szkolenia, żeby zanim ludzie się zdecydują, mogli poznać, co ich czeka, żeby ich uwrażliwić na potrzeby dzieci. Staramy się zapobiegać takim decyzjom, bo to obciąża dzieci, które przeżyły wiele odrzuceń, strat, więc kolejna zmiana jest dla nich ogromnym ciosem. Popełniono dotąd wiele zaniedbań wobec rodzin zastępczych – jednym z największych było pozbawienie tych rodzin systemu pomocy, pozostawienie ich samym sobie. Na szczęście zaczyna się już rozumieć, że rodzicielstwo zastępcze wymaga stałego wsparcia, kształcenia i rozwoju. Innym zaniedbaniem były błędy w przygotowaniu opiekunów. Wielu z nich wydawało się, że jak zabiorą dzieci z tych „strasznych rodzin”, dadzą serce i dom, to dzieci będą wdzięczne, kochające. A to nieprawda. Na ich miłość trzeba zapracować.

– Co oferuje Towarzystwo „Nasz Dom”?

– Wszechstronną pomoc na rzecz dzieci i rodzin z całej Polski. Prowadzimy Ośrodek Wsparcia Rodzinnej Opieki Zastępczej PORT, w którym udało się wypracować system odpowiadający na większość potrzeb rodzicielstwa zastępczego. Prowadzimy ośrodek adopcyjno-opiekuńczy, który zajmuje się szkoleniami i kwalifikowaniem rodziców do adopcji i rodzin zastępczych. Udzielamy wielowymiarowego wsparcia. Dajemy możliwość współpracy z koordynatorem, który na stałe pomaga w sprawach bieżących, w wychowaniu, w trudnych sytuacjach. Oferujemy konsultacje indywidualne, grupy wsparcia, pomoc specjalistów: psychologów, prawnika, seksuologa, psychiatry. Dopiero przecieramy szlak, ale już są efekty. Nasz projekt zdobył uznanie w samorządowym konkursie ogólnopolskim, choć wiemy, ile jeszcze trzeba zrobić. Także po to, aby zmienić świadomość społeczną, bo rodzicielstwo zastępcze kojarzy się z wyłudzaniem pieniędzy.

– Skąd takie myślenie?

– Nie wiem, pewnie z niewiedzy. Środki przyznawane na dziecko w tak zwanych rodzinach niespokrewnionych są rzędu kilkuset złotych. To niewiele, zwłaszcza że te dzieci wymagają specjalistycznej pomocy. Ale z punktu widzenia ekonomicznego pomoc rodzinom zastępczym bardzo się opłaca – koszt utrzymania dziecka jest tu kilkakrotnie niższy niż w domach dziecka, choć przecież nie o to głównie chodzi.

– Domy dziecka powinny zniknąć?

– Myślę, że one będą nadal potrzebne dla dzieci wymagających specjalistycznego podejścia. Powinny mieć jednak charakter terapeutyczny, posiadać wysoko wykwalifikowaną kadrę i być taką ostatnią deską ratunku. Bo nawet najlepiej skonstruowany system rodzinnej opieki nie poradzi sobie w stu procentach. Ale oczywiście najlepszym miejscem dla dziecka jest rodzina.

– Każdy z nas może coś zrobić. Choćby nie pozostawać głuchym na to, co dzieje się za ścianą.

– Wierzę głęboko w sens wzajemnej pomocy, która nie wynika ze sprawowanych funkcji i z obowiązku, ale z poczucia solidarności ze słabszymi. Zawsze możemy zareagować na płacz dziecka, odrobić z nim lekcje, zabrać je na spacer, do kina. Celem naszych działań jest tak naprawdę przerwanie błędnego koła, w jakim takie rodziny tkwią od pokoleń. Warto zauważyć, że problemy społeczne, takie jak agresja, przestępczość, przemoc, są często udziałem tych, którzy sobie w ogóle nie radzą. W naszym interesie jest to, żeby część swoich zasobów, sił i możliwości poświęcić słabszym. Taki model życia społecznego, w którym silniejsi opiekowali się słabszymi, sprawdzał się przez tysiące lat. Teraz izolujemy się w strzeżonych osiedlach, co jest złudne. Bo i tak płacimy za brak opieki nad takimi rodzinami – dzieci, które nie dostaną wsparcia, lądują w placówkach o coraz bardziej zaostrzonych rygorach, potem w jeszcze droższych zakładach poprawczych, a potem w penitencjarnych. Albo żyją z zasiłków. Każde działanie przeciw wykluczeniu sprawia, że społeczeństwo jest zdrowsze, ma korzyści nie tylko te wymierne, ekonomiczne, ale przede wszystkim etyczne.