1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Podarowane

Podarowane

Każdy z nas może stanąć wobec alternatywy – przeszczep albo śmierć. I prawie każdy może być dawcą. Ci, którzy zgodzili się oddać cząstkę siebie lub swoich bliskich dla ratowania innego życia, mówią: Nasze narządy nie są potrzebne w niebie. One potrzebne są tu, na ziemi. I apelują: Otwórzmy swoje serca i umysły.

Nikt nie dopuszcza do siebie myśli, że TO może spotkać jego lub najbliższych. Nie myśleli tak również Małgosia i Paweł Kukizowie, kiedy w 2000 roku czekali na narodziny najmłodszej córeczki Hani. Mieli już dwie zdrowe córki: Julię (dziś 17 lat) i Polę (14 lat), ciąża przebiegała prawidłowo. Ale już trzy dni po porodzie okazało się, że Hania ma nerczycę (potem uściślono: zespół nerczycowy). Małgosi i Pawłowi zawalił się świat. – Pamiętam, że tuż po porodzie odmawiałam rozmów, czułam pustkę, absolutną odwrotność uczucia radości z daru nowego życia – mówi Małgosia. – Córeczkę zabrano do innego szpitala i dopiero po ośmiu dniach mogłam ją przytulić. Stopniowo uczyłam się akceptować całą sytuację. Początkowo rokowania lekarzy były przerażające: dawano malutkiej 2–3 lata życia.

Paweł Kukiz: – Kiedy się o tym dowiedziałem, byłem bliski obłędu. Uciekałem w alkohol, gubiąc się przez to coraz bardziej. Nie wiem, co by było, gdyby nie Gosia. Powiedziała po prostu: Paweł, bez ciebie nie damy rady. I wtedy dopiero zrozumiałem, że najpierw sam muszę być zdrowy, silny, by walczyć o dziecko. Dwa miesiące poświęciłem na leczenie siebie. Dzięki temu znów mogę być mężczyzną i głową rodziny.

Hania już po kilkunastu miesiącach zaczęła być dializowana. Małgosi i Pawłowi  z jednej strony serce się kroiło, gdy patrzyli na maleństwo naszpikowane plątaniną rurek, ale z drugiej powróciła nadzieja. Na przeszczep czekali pięć lat.

Papierosy, stres i bąblowica

Robert Kęder, producent telewizyjny, dziś 44-letni, pracował w stresie i szalonym tempie. TO stało się nagle. Pewnego dnia poczuł się gorzej bez żadnej przyczyny. Ot, jakieś kłopoty żołądkowe, pomyślał i popędził dalej. Ale dolegliwości nasilały się, po tygodniu ktoś zwrócił mu uwagę: Masz żółte oczy. Robert nie miał pojęcia, co to oznacza ani tym bardziej co to: żółtaczka, bilirubina, transaminazy.

Teraz już wie, że zażółcenie oczu było objawem niewydolnej wątroby i zbyt dużej zawartości bilirubiny we krwi. Przyczyna? Nieznana. Dostał skierowanie do szpitala w trybie pilnym. – To był początek końca. Albo początek początku – poprawia się. – Traktowałem siebie jak półzdrowego, ale byłem totalnie chory. Lekarze powiedzieli mi później, że miałem około miesiąca życia.

Krystyna Murdzek, trenerka narciarstwa, lat 54, po raz pierwszy zachorowała na nerki w wieku 20 lat, gdy studiowała na AWF-ie. Nikt nie uświadomił jej, że kłopot z nerkami może być sygnałem poważnej choroby. Dostała lekarstwa, przeszło. – Kazano mi zrobić urografię, ale widocznie Pan Bóg wiedział, że co innego jest dla mnie przeznaczone, bo nie zrobiłam tego badania. Lekarzowi powiedziałam, że wszystko jest w porządku, a wyników nie mam, bo gdzieś zgubiłam.

Potem znów zachorowała i znów nie zastanawiała się dlaczego. Za 10 lat ponownie. Dopiero kolejny lekarz, do którego trafiła, znalazł przyczynę choroby: torbielowatość nerek. Wyjaśnił, że trzeba z tym żyć, że choroba będzie postępować, że czeka ją dializa. Stosowała się do wskazań lekarzy i pracowała jak gdyby nigdy nic – jako trenerka narciarstwa z grupą niepełnosprawnych intelektualnie (zdobyła kilka medali na paraolimpiadzie w Japonii). Wyniki badań zaczęły się pogarszać. W skrajnej niewydolności nerek człowiekowi jest bardzo zimno, ciężko mu oddychać. Na górkę w czasie treningów wjeżdżała samochodem, nie gasiła silnika, by móc ogrzewać ręce. W takim stanie wyjechała na mistrzostwa świata niepełnosprawnych do Szwajcarii, co niektórzy uznali za czyste szaleństwo.

– Przez 17 lat nie dopuszczałam do siebie myśli, że jestem chora. Zresztą do tej pory nie upatruję w swojej chorobie czegoś złego, ale raczej staram się w tym, co mnie spotyka, znaleźć jasne punkty. To pozwala mi wytrwać.

Długo odmawiała poddania się dializom. Wiedziała, że duże to ryzyko, ale sportowa pasja była silniejsza. – Ale jak gardło mi się sklejało, jak zaczęłam pluć krwią, poddałam się. Dla mnie zgoda na dializę była klęską. Dlaczego? Bo wszyscy dziwili się, jak to możliwe, że taka wysportowana kobieta, którą widzieli w telewizji i o której czytali w gazetach, jest chora. Było mi z tego powodu wstyd. Poszłam do ordynatora i mówię: Dla mnie dializa to etap, nie cel. Zasypiałam i wyobrażałam sobie, że oto dostaję nerkę. I tak się w końcu stało.

Staszek Jerusalimcew, lat 60, kiedyś właściciel firmy usługowej, dziś na rencie, uprzedza moje pytania: – Czy wie pani, co to jest bąblowica? Ano właśnie, mało kto wie. A jeden z kolegów nabawił się kiedyś bąblowicy, co skończyło się przeszczepem wątroby. Ta choroba pasożytnicza przenoszona jest przez lisy na owoce leśne, które często jemy niemyte. Populacja lisa jest rozprzestrzeniona, natomiast wiedza na ten temat – zupełnie nie. Podobnie jak wiedza o powikłaniach po niewyleczonej grypie, czyli o zapaleniu mięśnia sercowego. Albo o skutkach palenia papierosów, czego jestem żywym przykładem. U mnie wszystko stało się przez te papierochy!

Pracował po kilkanaście godzin na dobę w potwornym stresie, praktycznie bez ruchu. Pojechał na obóz sportowy, żeby się dotlenić, rzucił nawet na krótko palenie. Wrócił i dostał zawału serca. To było 21 lat temu. Życie Staszka przed przeszczepem wyglądało mniej więcej tak: Wstaje rano, a jest tak samo zmęczony jak wieczorem. 25 stopni ciepła za oknem, a on się trzęsie z zimna. Duszno, brak siły. Co to za życie?

 

Do szpitala jak do raju

Wszyscy przeszczepieńcy (tak o sobie mówią) pamiętają doskonale ten dzień. Obchodzą jak drugie narodziny. 6 czerwca 1995 roku, piąta rano, telefon. Staszek zrywa się na równe nogi. Sam się dziwi, że udaje mu się dojść do telefonu o własnych siłach. Słyszy słowa, na które czekał: „Czy zgadza się pan na przeszczep?”. Napuszcza wody do wanny, otwiera okno w łazience, wciąga powietrze, które wydaje mu się nadzwyczaj rześkie. Jest spokojny, przygotowany na wszystko, także na najgorsze. Do karetki odprowadzają go syn i córka. Karetką do helikoptera, którym leci do szpitala w Krakowie. Tam czeka na niego słynny doktor G.

– Niech mówią o nim, co chcą. Dla mnie to wspaniały doktor Garlicki, który uratował mi życie, a nie żaden doktor G. W domu Krystyny telefon zadzwonił o 6 rano 21 listopada 2001 roku. Nie wierzyła do końca, że dojdzie do operacji, wiedziała, że z jej 80 procentami przeciwciał szansa na zgodność jej nerki z nerką dawcy wynosi jak 2 do 10. (Później dowiedziała się, że trafiła się idealna nerka). Nie poszła pożegnać się z synem, tylko krzyknęła z dołu, że jedzie do szpitala. Jechała jak na skrzydłach.

Pacjenci przed operacją boją się bólu, a człowiek czekający na przeszczep wchodzi do szpitala jak do raju. My wiemy, że idziemy po drugie życie, i nie zakładamy, że się nie uda. Krystyna Murdzek, trenerka narciarstwa

Kiedy 20 kwietnia 2006 roku zadzwonił telefon w domu Kukizów, Małgosi usunęła się ziemia spod nóg. Wszyscy nerwowo kręcili się w kółko, tylko Hania wiedziała, co robić. Szybko sama się ubierała, radośnie przy tym szczebiocząc, że wreszcie nie będzie miała w brzuszku rureczek, będzie mogła pływać, biegać i w ogóle.

Robert noc poprzedzającą (26 czerwca 2000 roku) spędził w szpitalu. – Wierzyłem w moc skalpela, a nie w czary-mary. Siłę czerpałem z modlitwy i wsparcia ludzi. Udało się, choć tuż po przeszczepie musiałem przejść drugą operację – usunięcie krwiaka. Długi czas nie mogłem też normalnie chodzić, bo na skutek unieruchomienia nóg (operacja trwała kilkanaście godzin) doszło do porażenia nerwów strzałkowych. Kiedy już się pogodziłem z tym, że będę miał niepełnosprawne nogi, ale nową wątrobę, dolegliwości ustąpiły.

Tuż po przebudzeniu myśl biegnie do rodziny.

Staszek: – Gdyby nie żona i dzieci, na pewno bym nie doczekał operacji. Kiedy słyszę teraz, jak moja wnusia woła: „Dziadeczku, jak ja cię kocham”, wiem, że warto było czekać.

Potem przychodzi moment ulgi, radości, nawet euforii.

Krystyna: – Po przeszczepie czułam, jakbym na nowo się zakochała. Wszystko napawało mnie radością, wszystko widziałam w różowych barwach. Robert: – Człowiek kocha cały świat Staszek: – Szczęście niewyobrażalne. Że można oddychać. Że pod prysznicem się stoi o własnych siłach, normalnie żyje. Ale nie do końca normalnie. Pacjenci po przeszczepach biorą leki immunosupresyjne, które zapobiegają odrzuceniu narządów, ale także obniżają odporność.

Żeby śmierć nie poszła na marne

Psycholożka Anna Mierzyńska opiekuje się m.in. pacjentami po przeszczepach. Obserwuje, że z czasem stan euforii przechodzi u nich w depresję. Pojawiają się pytania: Co dalej? Jak długo będzie sprawny nowy narząd? Statystyki mówią, że po trzech latach spada motywacja do regularnego zażywania leków. Czasami największym problemem jest pożegnanie się ze starymi nawykami. Trzeba chronić się przed słońcem, stosować dietę.

Robert, Krystyna, Staszek mówią zgodnie: To niska cena za życie. Dla każdego z nich dzień powtórnych narodzin to także rocznica śmierci dawcy. Na ogół anonimowego – polskie prawo zezwala tylko na informowanie o jego płci i wieku. W pierwszym odruchu przeszczepieńcy chcą wiedzieć więcej: kim był, jak zginął. Ale potem przychodzi myśl: Po co?

Krystyna: – Kiedy jechałam na operację, nagle pomyślałam: Ja jadę po życie, a ktoś to życie stracił. Odmówiłam cząstkę różańca. Co roku zamawiam tego dnia mszę w intencji anonimowego dawcy. Czuję z nim łączność duchową. Mam poczucie, że czuwa nade mną.

Staszka, kiedy dowiedział się o konieczności przeszczepu, też nurtował problem: Żebym żył, muszę czekać na czyjąś śmierć. Pojechał z tym problemem do przyjaciela księdza marianina. A on powiedział prosto z mostu: – Słuchaj, Staszek, czy ty będziesz miał transplantację, czy nie, to ten ktoś i tak umrze. A żeby jego śmierć nie poszła na marne, to on może ofiarować ci życie. Okaż więc wdzięczność i módl się. Staszek:  – To mnie bardzo uspokoiło.

Polskie prawo stanowi, że każdy jest potencjalnym dawcą, o ile nie ma go w krajowym rejestrze sprzeciwów. Z danych Poltransplantu, ogólnokrajowego zespołu do spraw pobierania i przeszczepiania narządów, wynika, że rok temu po słynnej konferencji byłego ministra sprawiedliwości liczba zastrzeżeń wzrosła aż 10-krotnie. Potem zaczęła spadać, ale jeszcze nie wróciła do czasów sprzed konferencji.

Psycholożka Anna Mierzyńska spotyka się też z rodzinami dawców: – Oddawanie narządów nadal budzi sprzeciw wielu ludzi, rodzi podejrzenia o handel narządami, o zaniechanie ratowania życia poszkodowanego. Czasami trudno jest wytłumaczyć, że takie przekonania nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Z moich rozmów z rodzinami dawców wynika, że są dumni ze swoich decyzji, bo dzięki ich zgodzie na pobranie narządów ktoś odzyskał życie. Także świadomość, że śmierć bliskiej osoby nie była tak bezsensowna, stanowi pewną pociechę w tych dramatycznych chwilach. Często jednak ludzie boją się przyznać, że wyrazili na to zgodę.

Akt bezinteresownej miłości

Elżbieta Orczyk z Wolbromia, lat 49, mówi otwarcie, że kiedy 28 października 2005 roku lekarz zapytał ją, czy zgadza się na pobranie narządów męża Jana, który zmarł na wylew, bez wahania odpowiedziała: tak.

– W podjęciu decyzji pomógł mi mąż. Rozmawialiśmy często na ten temat, razem z córką oglądaliśmy program poświęcony pewnej dziewczynie po przeszczepie. Jaś podkreślał, że w razie czego jego wolą jest oddanie narządów. Miał tętniaka podpajęczynówkowego, liczył się ze śmiercią, ale nic mi o swojej chorobie nie powiedział, bał się, że tego nie przeżyję. To był wspaniały człowiek o wielkim sercu. Jego śmierć była dla mnie szokiem, ale wiedziałam, co robić. Pobrano od Jasia serce, nerki, wątrobę, rogówki i trzustkę. Uratowano sześciu chorych.

 
Elżbieta postanowiła przełamać tabu, jakim jest zgoda na oddawanie narządów. Pracuje z rodzinami dawców, działa w Polskiej Federacji Dialtransplant. Jak podkreśla, chodzi o to, aby z jednej strony rodziny dawców wspierały się, czuły solidarność w nieszczęściu, a z drugiej dawały świadectwo, że zgoda na oddawanie narządów ma głęboki sens.

W czerwcu ubiegłego roku pojechała na spotkanie ludzi po przeszczepach ze studentami Akademii Jana Długosza w Częstochowie. Wśród zaproszonych był też pan Kazimierz po przeszczepie wątroby. – Zaczęliśmy rozmawiać o jego operacji, okolicznościach śmierci Jasia. Potem była wspólna modlitwa przy odsłoniętym obrazie na Jasnej Górze, a ja czuję, że serce wali mi jak młot. Za dwa dni dzwonię do pana Kazimierza: Chyba mamy kogoś wspólnego. I potwierdziło się – on ma wątrobę mojego Jasia!

Odtąd co roku w rocznicę śmierci Jana i drugich narodzin Kazimierza spotykają się z rodzinami na grobie męża. Trzymają się za ręce i wspólnie modlą. Mimo tego doświadczenia jest przeciwna poszukiwaniu ludzi, którzy noszą narządy bliskich. – Tęskniąc za ukochanym człowiekiem, możemy nieświadomie utożsamiać go z kimś, kto nosi jego serce, nerkę czy wątrobę. A to niebezpieczne. Oddanie narządu drugiemu człowiekowi to akt największej, bo bezinteresownej miłości.

Staszek Jerusalimcew: – Ja wiem tylko tyle, że dawcą jest chłopiec ze Śląska, motocyklista. Czuję, że był dobrym człowiekiem. Więc jestem moralnie zobowiązany do pracy nie tylko na rzecz swojego środowiska. Mam satysfakcję, że z mojego chorego serca udało się wypreparować dwie zastawki i one poszły do ludzi. Nie ma większego daru niż życie.

Małgosia Kukiz: – Wiem, że dawcą była nastoletnia dziewczynka. Może zabrzmieć to dziwnie, ale ilekroć dotykam brzuszka Hani, myślę z wielką miłością o tej dziewczynce. Czuję, że jestem wtedy bliżej Boga niż w kościele. To tak, jakbym miała czwartą córkę. Niech Bóg błogosławi jej rodziców za to, że pozwolili Hani jeszcze raz się narodzić. Ona jest też ich córeczką.

Z badań socjologa prof. Marka Szczepańskiego wynika, że około 90 proc. Polaków jest przychylnych transplantacji. Mimo to liczba operacji spada. W 2006 roku przeczepiono 1258 narządów, w 2007 – 922. Przyczyniła się do tego z całą pewnością afera wokół doktora G., ale w środowisku mówi się, że winni są też lekarze konformiści, którzy zamiast zajmować się potencjalnymi dawcami, wolą mieć święty spokój. Wielkim problemem jest też mimo przychylnych deklaracji odmowa zgody na pobranie narządów bliskich.

Robert Kęder: – Opór jest i będzie. Dlaczego? Ponieważ dotykamy tajemnicy życia. Narządy pobiera się na bijącym sercu, więc ludzie myślą: Skoro żyje, to jak umarł? Dlatego trzeba o tym rozmawiać. Bo niezrozumienie rodzi strach. Ale nie można zdobyć przychylności raz na zawsze.

Badania prof. Marka Szczepańskiego pokazują, że co piątemu wierzącemu wydaje się, że przeszczepianie narządów praktykowane jest wbrew nauce Kościoła. Tymczasem papież Jan Paweł II podkreślał, że przeszczep to akt wielkiej miłości, dający życie innym.

Według Roberta ważne jest informowanie ludzi, że mają możliwość zgłaszania sprzeciwu. Jego zdaniem respektowanie tzw. zgody domniemanej jest krzywdzące. Bo jeżeli ktoś nigdy nie słyszał o możliwości sprzeciwienia się, to nie podjął świadomej decyzji. A większość z nas ani się nie sprzeciwiła, ani nie wyraziła zgody.

Łańcuch dawców i biorców

Dlatego wszystkie organizacje działające na rzecz transplantacji upowszechniają ideę oświadczenia woli, czyli podpisywania kartoników z jasną deklaracją zgody. Można je nosić razem z dowodem osobistym. To mądry pomysł, który wymaga jednak popularyzacji. Wzięli ją na siebie przeszczepieńcy. Pokazują swoim życiem, że jest o co walczyć. Robert Kęder twierdzi, że wszystko, co najlepsze, przydarzyło mu się po przeszczepie– wspaniała żona, cudowne dzieci: Maciek (5 lat) i Asia (półtora roku), praca dająca spełnienie (produkuje filmy edukacyjne, w tym o transplantacji), działa na rzecz ekologii i klimatu, jest prezesem Polskiej Federacji Pacjentów „Dialtransplant”.

Robert: – Mój apetyt na życie rośnie. Na początku odnosiłem się do wszystkiego bojaźliwie, zakładałem krótką perspektywę – góra pięć lat. Teraz się  rozbestwiłem, nie dopuszczam, że moje życie mogłoby się już skończyć. Krystynę Murdzek od nastolatki pociągała działalność charytatywna. Teraz działa, i to jak. Założyła z doc. Andrzejem Chmurą Polskie Stowarzyszenie Sportu po Transplantacji, jedyne, które skupia zarówno pacjentów, ich rodziny, jak i lekarzy. Organizuje olimpiady sportowe, warsztaty rekreacyjne, latem w rodzinnym Iwoniczu Zdroju urządza plenerowe imprezy propagujące ideę przeszczepów.

– Nasze hasło: „Przeszczep to nowe życie”. Chcemy pokazać, że ludzie po przeszczepach nie muszą zamykać się przed światem, że mogą być aktywni zawodowo i sportowo – mówi Krystyna.

Staszek Jerusalimcew założył z przyjaciółmi Stowarzyszenie Przeszczepionych Serc. Spotyka się z młodzieżą i tłumaczy, co robić, żeby zapobiec chorobom prowadzącym do przeszczepów: nie palić, nie przeziębiać grypy, myć owoce, uprawiać sport. Często pełni funkcję pogotowia psychologicznego. Dzwoni żona kolegi po przeszczepie: Zrób coś, bo mąż przestał brać leki. Więc Staszek dzwoni, tłumaczy, czasem rzuca niecenzuralny tekst. A potem sprawdza, czy poskutkowało. Dzwonią też lekarze i proszą: Niech pan wpadnie, bo trzeba porozmawiać z pacjentem.

– Przychodzę kiedyś do szpitala, a tam chłopak, 18 lat, przed maturą, okaz zdrowia. Obok dziewczyna, koledzy. Siedzą i płaczą. Chłopak przeziębił grypę, zrobiło się zapalenie mięśnia sercowego i w ciągu 24 godzin dowiedział się, że musi mieć przeszczep. Powiedziałem, co może, czego nie. Pokazałem na swoim przykładzie, że da się  żyć. Po roku spotkałem go w szpitalu. Dziękował. Opiekowaliśmy się też 21-letnią dziewczyną, ciężko chorą na serce, która czekała na przeszczep. Jak ona się cieszyła z samej szansy! Niestety, nie doczekała. Zabrakło dawcy.

Ważne strony internetowe:

  • ;
  • ;
  • ;
  • ;
  • ;

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Droga kobiety do odkrycia własnej mocy wiedzie od zachwytu męską siłą, poprzez pustkę biorącą się z tęsknoty za utuleniem w pełnych miłości opiekuńczych ramionach, aż do zejścia w głąb kobiecości. I tę drogę każda z nas musi przejść sama, kierowana wskazówkami serca i duszy – przekonuje psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Byłam typową córeczką tatusia, jego najstarszym synem – jak lubił o mnie mówić. Młodszy brat nie miał ze mną szans, musiał zostać po stronie matki. Pod jej opiekuńczymi skrzydłami, przez lata rozwijał swoją wrażliwość, delikatność, energię twórczą. W tym czasie ja trenowałam wyczynowo sport, dostałam się na oblegany wydział i zaczęłam szybko robić karierę, a ojciec każdego dnia tłumaczył, że „dam radę, bo jeśli nie ja, to kto” – wiele silnych, niezależnych kobiet mogłoby opowiedzieć tę historię jako swoją. Małe dziewczynki, które porzuciły słabe, zależne od mężów matki i przeszły na stronę silnych ojców. Zamieniły odkrywanie i pielęgnowanie kobiecej mocy na zdobywanie i podtrzymywanie męskiej siły, co z założenia jest niemożliwe.

Podróż zaczyna się od konfliktu

W dzisiejszych czasach ciężko jest nam zrezygnować z roli córki ojca – kobiety osiągającej sukcesy – tłumaczy Maureen Murdock, autorka książki „Podróż Bohaterki”. Książka ta to historia kobiecej podróży rozpoczynającej się porzuceniem matki, bo „jest słaba i żałosna, a ojciec jest silny”, dalej mamy wędrówkę w poszukiwaniu męskiej siły, odczucie pustki na szczycie, zejście do podziemi kobiecości i wreszcie integrację tego, co kobiece i męskie w każdej z nas. A to staje się możliwe, kiedy ponownie odkryjemy siebie jako córki matki.

„Pęka nam serce, kiedy uświadamiamy sobie głęboką ambiwalencję, jaką naznaczona jest nasza relacja z matką. Nie możemy nic poradzić na to, że równocześnie kochamy ją i mamy do niej żal” – pisze Murdock. To smutna historia, która ciągnie się od pokoleń; losy kobiet próbujących łączyć kobiecą wrażliwość z męską siłą, pęd do wolności i niezależności z potrzebą opiekowania się, instynkt macierzyński z karierą zawodową… Czy da się to pogodzić?

Odczucie wewnętrznej pustki

Rola matki jest najbardziej trwała ze wszystkich ról, właściwie jest nieodwoływalna – przekonuje Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka książki „La Mamma”. Od początku swojego własnego macierzyństwa próbowała zerwać ze stereotypami, że matka – nawet jeśli jest umęczona i nieumalowana – powinna być nieustająco w dobrym humorze oraz bez przerwy dostępna dla dziecka. Nic dziwnego, że małe dziewczynki z ciekawością zerkają w stronę tatusia, gdy elegancko ubrany wychodzi rano do pracy, w której robi mnóstwo bardzo ważnych rzeczy, podczas gdy mama… wiadomo. Autorka ,,La Mammy” podjęła własny wybór: „Po prostu chciałam być mamą, która się rozwija i realizuje, mamą, która zarabia; mamą, która wraca do formy; mamą, która jest zadbana. To były moje decyzje, które miały swoje konsekwencje i swoją cenę”. To prawda, cena za godzenie ról zawsze jest wysoka. Połączenie roli matki i pracownika to odwieczny konflikt tych kobiet, które decydują się na macierzyństwo i karierę.

Czas narodzin dziecka jest często również czasem powrotu do własnej matki. „Razem z macierzyństwem dostajesz dostęp do tej części macierzyństwa twojej mamy, do której wcześniej nie miałaś” – pisze Stopyra-Fiedorowicz. To prawda. Nawet jeśli nie mamy dzieci, przez lata, ciągle na nowo próbujemy znaleźć dostęp do matki – kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła nas pod sercem. Tej pierwotnej więzi nie da się zerwać, choć można ją boleśnie nadszarpnąć. To w relacji z matką jest klucz do naszej kobiecej mocy.

„Kocham swoją pracę i kocham swoją rodzinę, ale chciałabym, żeby ktoś się mną zajął” – czytamy w „Podróży Bohaterki”. Córeczka tatusia w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje kogoś kochającego i opiekuńczego, kto wysłuchałby zmartwień, wymasował obolałe stopy, docenił sukcesy i zmniejszył ból porażek. Jednym słowem, tęskni za wewnętrzną opiekuńczą matką, którą kiedyś porzuciła. Zdaniem Murdock, oddzielenie od osobowej matki jest dla córki szczególnie intensywnym procesem, ponieważ musi postawić granicę między sobą a tą, która jest taka sama jak ona.

Wiele z nas pragnie żyć swobodniej i bardziej niezależnie niż nasze matki, ale czujemy, że wybranie takiego życia jest przeciwko miłości pomiędzy nami i matką. Ciężar tego konfliktu domaga się znalezienia winnego i… wybór najczęściej pada na matkę. Obwinienie i przez to kolejne jej porzucenie to zdrada nie tylko kobiety, która dała nam życie, ale także samej siebie. Konsekwencją tego aktu jest odczucie pustki, którą Murdock opisuje jako zgaśnięcie wewnętrznego ognia: ,,Po co to wszystko? Dlaczego czuję się taka pusta? Osiągnęłam każdy cel, który sobie wyznaczyłam, a jednak czegoś wciąż mi brakuje. Z jakiegoś powodu czuję, że się sprzedałam, że się zdradziłam, że porzuciłam jakąś część siebie samej, której nie umiem nawet nazwać”.

Odczucie pustki to jeden z początkowych etapów podróży bohaterki, ale bardzo znaczący. W dzisiejszych czasach wiele z nas, po zachłyśnięciu się realizacją zawodową, zgodnie ze scenariuszem dla córeczek tatusia, zaczyna odczuwać tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym i pustkę – ssąco-gniotący ból, który umiejscawia się w różnych częściach ciała.

Wszystko będzie dobrze

Kiedy dopuścisz do siebie tę tęsknotę, poczujesz i przeżyjesz ból pustki, z pokorą przyjmiesz słabość i swoją bezsilność – pewnego dnia, gdzieś w głębi serca usłyszysz głos: „Wszystko będzie dobrze”. Te magiczne słowa brzmią autentycznie jedynie w ustach kobiety. Tęsknimy za nimi wszyscy bez wyjątku, także silni mężczyźni. Kiedy podczas sesji zdarza mi się poczuć, że to właśnie chwila na te słowa, a pacjent dopytuje: „Obiecujesz?”, wiem, że bez względu na płeć, jest to ważny moment konfrontacji z własną słabością, a jednocześnie moment przyznania się do potrzeby dostania opieki – którą może dać tylko matka.

Zdaniem Murdock dla kobiety tak zaczyna się etap podróży: schodzenie w głębiny po to, by odzyskać te części samej siebie, które odszczepiły się w momencie odrzucenia matki i ,,roztrzaskania lustra kobiecości”. Aby odbyć tę podróż, musisz, jak pisze Murdock, być może po raz pierwszy w życiu, odłożyć na bok swoją fascynację intelektem oraz grami umysłu kulturowego i zapoznać się ze swoim ciałem, swoimi emocjami, swoją seksualnością, swoimi obrazami, swoimi wartościami oraz swoim umysłem. To jest święta podróż. Kobieca pustka może być uzdrowiona przez wewnętrzne połączenie, integrację wszystkich swoich części, „złożenie na powrót ciała matki-córki”, czyli uleczenie wewnętrznego rozłamu pomiędzy tobą samą a twoją kobiecą naturą.

Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy całą sobą poczujesz, że to nie matka jest źródłem twojej pustki, to nie z jej powodu przeszłaś na stronę ojca, nie w niej powinnaś szukać winy. Twoja matka dała ci wszystko, co miała, była najlepszą matką dla ciebie.

Twoja matka być może również przeszła swój proces walki o męską siłę kosztem kobiecej mocy. Prawdopodobnie również doświadczyła swoich tęsknot, poznała ból pustki, a na dodatek czuła, że ty – jej córka jesteś skazana na podobną drogę. „W dniu, w którym moja mama została babcią, w jej ciele dopełniło się kontinuum pokoleniowe. W jej ciele mieszkają córka, matka i babcia (…). Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom” – pisze Joanna Stopyra-Fiedorowicz. Ten ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Sukces – co dla nas oznacza? Czy potrafimy obliczyć jego cenę?

Fot. i Stock
Fot. i Stock
Czym jest sukces? To pojęcie nie jest jednoznacznie zdefiniowane. Sukces postrzegany jest jako zdobycie czy osiągniecie czegoś uznawanego przez danego człowieka za wartościowe, pożądane i cenne. Utożsamiany jest z prestiżem, sławą, pieniędzmi, bogactwem, skutkiem działania ocenianym pozytywnie. Kiedy towarzyszy mu syndrom „toksycznego sukcesu"?

Trudno jednoznacznie określić, co oznacza sukces, ponieważ stan ten powiązany jest z systemem wartości człowieka - i to zarówno z systemem indywidualnym, jak i ogólnospołecznym. Dlatego właśnie analizując pojęcie sukcesu uwzględnia się wymiar subiektywny i wymiar obiektywny. Wymiar subiektywny polega na tym, że człowiek podejmuje określone działania prowadzące do indywidualnego sukcesu, a gdy go zrealizuje odczuwa zadowolenie i dumę – i to niezależnie, czy jego powodzenie jest dostrzegane przez środowisko, w którym żyje, czy też nie. Wymiar obiektywny z kolei oznacza możliwość porównania osiągniętego sukcesu z sukcesem innych osób z jego otoczenia.

Co jest dla nas sukcesem? Prowadzone badania pozwalają wyróżnić następujące wymiary sukcesu życiowego Polaków:

  • wymiar materialny: wysokość dochodów, posiadany majątek, dom, samochód itp.,
  • wymiar stratyfikacyjny: poziom wykształcenia, rodzaj wykonywanej pracy, kariera zawodowa, prestiż społeczny,
  • wymiar emocjonalno – afiliacyjny: szczęśliwa rodzina, dobre relacje z ludźmi itp.,
  • wymiar samorealizacji; spełnienie marzeń, zrealizowanie ambicji, rozwój wewnętrzny itp.,
  • i wreszcie wymiar bezpieczeństwa; stabilizacja, poczucie bezpieczeństwa, „życie bez problemów”.

Sukces jest więc jakimś osiągnięciem, faktem wyróżniającym człowieka spośród innych, jest wydarzeniem elitarnym.

Ale sukces może przynieść również rozczarowanie, samotność, depresję i choroby. Kiedy tak się dzieje?

Toksyczny sukces

Sukces może być groźny, może przybierać formę toksyczną, która zatruwa człowieka i jego społeczne środowisko. Kiedy za sukces płacimy zbyt wysoką cenę? Po czym poznać, że zmierzamy w złym kierunku? Objawy toksycznego sukcesu to często:

  • zaabsorbowanie własną osobą - zrodzona z nieuwagi ślepota na ważne sprawy w życiu własnym i u najważniejszych dla nas osób;
  • cynizm, brak zaufania, wrogość do innych ludzi i ich poglądów;
  • wzloty i upadki, oscylowanie między stanem nerwowej energii a depresyjnym wycofaniem;
  • izolacja psychiczna, stałe przebywanie myślami w pracy;
  • wyczerpanie, zaburzenie rytmu snu, syndrom wypalenia;
  • stosunek do czasu - wyznawanie podglądu że „czas to pieniądz”;
  • wyzyskiwanie związku; zaniedbywanie, nadużywanie relacji z najbliższymi;
  • zanik życia duchowego, poczucie pustki duchowej;
  • hamowana chęć władzy; duża potrzeba rządzenia, frustracja z powodu braku dostatecznej (subiektywnie) władzy i kontroli;
  • choroby jako skutek napięć; cały pakiet chorób współczesnej cywilizacji, będący skutkiem ubocznym toksycznego sukcesu.

Sukces jest wspaniały, ale jeżeli postrzegamy go jako sens życia i przekładamy na realizację kolejnych projektów, zdobywanie większych pieniędzy, władzy, tytułów, możemy – niechcący – zatruć się tak, że sukces przerodzi się w klęskę (i doprowadzi do utraty zdrowia, rozpadu rodziny, braku przyjaciół, samotności, nałogów).

Badacze zachęcają więc, aby dążyć do „słodkiego” sukcesu, który buduje się w równowadze między życiem osobistym a zawodowym. Sama równowaga nie zależy tylko od miejsca, w którym pracujemy i nie oznacza równego podziału czasu na pracę i czas wolny. To przede wszystkim zwiększenie świadomości indywidualnej, samokontroli i odpowiedzialności. Ważne, aby umieć zachować rozsądek i granice, umieć „zarządzać życiem”, potrafić określić cenę naszego sukcesu.

Tekst na podstawie wykładu prof. dr hab. Elżbiety Jędrych (specjalizuje się w problematyce zarządzania zasobami ludzkimi i kapitałem społecznym, zarządzania rozwojem pracowników, motywowania i wynagradzania) z Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie (międzynarodowa konferencja „Chrześcijaństwo a ekonomia” Kraków, 2015r.).

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Dlaczego wciąż popełniamy te same błędy?

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Po raz kolejny dałaś się oszukać, spaliłaś żelazko, zakończyłaś związek... Mądra Polka po szkodzie? Dobrze by było. Nie chcesz znów pluć sobie w brodę? Przeanalizuj najczęstsze błędy i powiedz: "Skoro ta metoda nie działa, zrobię to inaczej".

Ile razy zdarzyło ci się zostawić samochód z włączonymi światłami? Mnie ostatnio trzy razy, a właściwie cztery. Za czwartym wróciłam po godzinie, dzięki pacjentce, która przyszła do mnie z problemem wybierania niewłaściwych partnerów (o tym za chwilę). Mąż, który ratując mnie z opresji, gnał z drugiego końca miasta, by uruchomić mój nieczynny samochód, kiwał głową i mówił: „Rób tak dalej, a za chwilę akumulator odmówi współpracy”. No cóż, mężczyźni rzadko bywają wyrozumiali w tych sprawach, a my, kobiety, za dużo mamy na głowie. A przecież błędy to rzecz ludzka.

Zgubne nawyki

Zabiegani, zajęci tysiącem spraw, coraz więcej czynności robimy nawykowo, żeby nie zaprzątać zbytnio uwagi. Nawykowo wracasz do domu stale tą samą drogą, bo w międzyczasie układasz w głowie plan jutrzejszego wystąpienia u szefa albo w myślach kłócisz się z koleżanką z pokoju: „Powinnam tej małpie odpowiedzieć…”. Nawyk prowadzenia samochodu opanowałaś po sześciu tygodniach od momentu, gdy pierwszy raz usiadłaś za kierownicą (tyle czasu zajmuje przekształcenie nowej czynności w nawyk). Nie pamiętasz jednak, że na twojej stałej trasie od tygodnia trwają roboty drogowe i zdarza ci się wjechać na długie skrzyżowanie na pomarańczowym świetle – kiedy kamera cyknęła zdjęcie, było już czerwone, co kosztuje 500 zł i 6 punktów karnych (przerobiłam to ostatnio dwa razy). Nawykowo palisz garnki, grzanki w tosterze, wkładasz szczotkę do włosów do lodówki, a potem szukasz jej przez godzinę. Nawykowo słuchasz partnera i potakujesz głową, kiedy informuje cię, żebyś dziś nie czekała na niego z kolacją, a potem wściekasz się, że kolejny raz wstawiasz zapiekankę do piekarnika, a jego ciągle nie ma.

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię.

Może tym razem zadziała

Wróćmy do mojej pacjentki, tej od „niewłaściwych” facetów. Ta piękna, samodzielna, mądra i przemiła kobieta trafiła do mnie po kolejnym rozstaniu. Ostatni partner okazał się znów niewłaściwym. – Każdy odchodzi tuż po trzech miesiącach – tłumaczyła mi z oczami pełnymi łez. – Co ja robię nie tak?

Jeśli miałabym być szczera, musiałabym jej powiedzieć, że robi wszystko, aby tak właśnie się stało. Jeżeli chcesz stracić mężczyznę, dopytuj go o jego „byłe”, ośmieszaj przy kumplach, krytycznie wyrażaj się o jego matce, rób mu awantury w stylu: „bo ty nigdy…, bo ty zawsze…”, zachwycaj się facetami przyjaciółek, którzy „są tacy zaradni, podczas gdy on…”, notorycznie nie miej czasu na seks, czyli rób wszystko, co robiłaś do tej pory w stosunku do swoich „eks” i… licz na to, że ten egzemplarz to wytrzyma, skoro cię kocha. Nie rozumiesz, o czym mówię? To kolejny scenariusz nieuczenia się na własnych błędach.

Gdy w pracy, przyjaźni czy miłości postępujemy tak samo od lat (forma bardziej rozbudowanego nawyku), to nie dziwmy się, że kolejny związek czy kolejna praca nie wypalają, bo czemu nagle miałyby? Narzekasz, że partner dominuje, jednak to ty sama od początku relacji wchodzisz w rolę uległej gejszy. Wściekasz się, że w pracy cię wykorzystują, lecz to ty nie potrafisz stawiać granic i odmawiać albo przynajmniej negocjować. Przykro ci, że ludzie cię wykorzystują, ale to ty pierwsza oferujesz pomoc, dajesz nadmiarowo, licząc, że świat odwdzięczy się tym samym. Ciągle masz budżet na minusie, ale dalej wydajesz wirtualne pieniądze, wierząc, że twoja pensja cudem się rozmnoży.

A gdybyś tak spróbowała zrobić coś inaczej niż do tej pory, wróciła do domu inną drogą niż zwykle albo umyła zęby lewą ręką? Głupota? Spróbuj. Dzięki temu wyjdziesz z nawyku, stworzysz w mózgu inną ścieżkę, odkryjesz nowy sposób działania.

Niech ktoś odmieni mój świat

„Co ja mam zrobić, żeby on przestał pić?”, „Jak mam wpłynąć na przyjaciółkę, żeby była bardziej lojalna?”, „Co zrobić, żeby szef mnie docenił?”, „Czy jest jakiś sposób na toksycznych rodziców?”. 90 proc. moich pacjentów przychodzi z oczekiwaniem, że odmienię ich świat. I choć tłumaczę, że nie jestem magikiem i nie mam takiej mocy, nie słuchają mnie albo raczej nie słyszą. Bardziej opornym proponuję następujące ćwiczenie: na pustym krześle kładę poduszkę i mówię:

– To jest twój partner, przyjaciółka, szef, matka. Spróbujmy nakłonić go/ją do zmiany.

– Ale ja mu/jej mówiłam to już tysiąc razy.

– I co?

– Bez rezultatu.

– Myślisz, że mnie się to uda, zwłaszcza że jej/jego tu nie ma? Jeśli chcesz, możemy kolejną sesję przeznaczyć na rozmowę o tym, jak zmienić drugiego człowieka, ale skutek jest do przewidzenia.

Jeśli wierzysz, że świat się zmieni dla ciebie – twoja sprawa. Możesz stracić czas, pieniądze, energię i w rezultacie zdrowie, ale świat ani drgnie. Lecz jeśli ty, wyciągając cenne lekcje z własnych błędów albo wychodząc z nawyków, zmienisz się choć trochę, świat odpowie na twoją zmianę. Bo relacje są jak system naczyń połączonych – jeśli zmienia się jeden element, drugi, w odpowiedzi, robi to samo. W starym, mądrym zdaniu: „Ucz się na własnych błędach” jest wielka prawda, niezmienna od początku świata.