1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Koń prawdę ci powie

Koń prawdę ci powie

Koń profesorem, trenerem, terapeutą? Okazuje się, że nie ma w tym krzty przesady. To zwierzę może nas uczyć relacji międzyludzkich, zaufania do świata, pomóc dotrzeć do nas samych.

 

Plac wybiegowy dla koni w gospodarstwie agroturystycznym w Jagodnem pod Warszawą. Wokół grupa ludzi. Za barierkę wchodzi Paweł. Mocnym szarpnięciem chwyta karą klacz za uprząż, usiłuje ją ciągnąć. „No chodźże!”, nakazuje podniesionym głosem. Klacz opiera się. Paweł stara się przemówić do niej inaczej – klepie po karku, ścisza głos. Koń przestępuje z nogi na nogę, robi dwa kroki, po czym staje jak wryty. Paweł znów go ciągnie, szarpie, krzyczy. Bez skutku. W końcu poddaje się.

Wchodzi Justyna. Na powitanie głaszcze konia po chrapach, bierze uprząż, odwraca się i idzie. Po prostu. A koń za nią, krok w krok tam, gdzie go prowadzi.

Paweł i Justyna są dyrektorami w dużej firmie z branży informatycznej. Ćwiczą prowadzenie konia na uwiązie. W innych ćwiczeniach muszą przeprowadzić konia przez przeszkody albo do określonego celu. A wszystko w ramach szkolenia Spirit of Leadership organizowanego przez Agatę Wiatrowską i Katarzynę Lubbe-Kwaśniak, propagatorki tej metody w Polsce. Na ich warsztatach koń jest najważniejszym medium. Nie służy do ujeżdżania, ale do współpracy. O koniu się rozmawia, konia obserwuje (nawet rysuje), z koniem się pracuje. A potem każdy analizuje z trenerkami swoją pracę nagraną na wideo. Co to znaczy, że koń odmówił posłuszeństwa? Dlaczego był wyraźnie poirytowany? Co spowodowało, że nas zignorował?

JEDEN KOŃ, TRZY PŁASZCZYZNY

Agata i Katarzyna jedyne w Polsce mają certyfikat i licencję firmy HorseDream. Szkolą kadrę kierowniczą, jak zarządzać zespołem, budować relacje, dokonywać zmian i dbać o rozwój osobisty. Ich propozycja jest skierowana nie tylko do firm,a warsztaty przywódcze są nie tylko dla przywódców.

Agata Wiatrowska: – Każdy jest w pewnym sensie przywódcą, przynajmniej wobec siebie, a bardzo często także wobec swoich współpracowników. Np. sprawienie, żeby ktoś zrobił dla nas coś tylko dlatego, że o to prosimy, jest o wiele trudniejsze, niż jak się mówi z urzędu: zrób mi to. We współpracę z ludźmi trzeba mocno zaangażować umiejętności interpersonalne.

Dlaczego akurat koń najlepiej się do tego nadaje? Agata i Katarzyna wyliczają powody: koń jest takim lustrem, w którym każdy z nas może zobaczyć siebie. Nie pozwala przejść obok siebie obojętnie, budzi zaangażowanie emocjonalne. A to sprawia, że ludzie na szkoleniach szybciej się uczą. Oczywiście emocje odczuwa się przy tym różne: lęk przed dużym zwierzęciem, złość, że nie chce za mną iść, radość, gdy udaje mi się z nim współpracować. Ważny jest także aspekt mentalny. Pracując z nim, myślimy: Co to może znaczyć dla mnie, że udaje mi się zapanować nad dużym zwierzęciem? A co, jeśli mi to nie wychodzi? Jest jeszcze trzeci ważny aspekt, ruchowy – muszę umieć poprowadzić konia.

– Tak więc w pracy z jednym koniem łączą się trzy płaszczyzny naszego życia: emocjonalna, racjonalna i praktyczna – mówi Agata Wiatrowska. – Konie wydają się władcze, niedostępne, zagrażające. Tymczasem prawda jest taka, że to one często stają się ofiarami człowieka. Traktowane dobrze, idealnie się z człowiekiem komunikują. Wyczuwają jego nastroje, są mistrzami w odczytywaniu niewerbalnego przekazu. To zwierzęta społeczne, z określonymi rolami w stadzie i wyrazistymi osobowościami.

KIEDY KOŃ SŁUCHA

Agata i Katarzyna powtarzają uczestnikom kursów: Konie potrzebują od nas bezpieczeństwa. A można im to zapewnić przez spójność naszych zachowań. Nie wiemy, czego chcemy? Raz go szarpiemy, a za chwilę głaszczemy? Koń odpowiada oporem. Jesteśmy za bardzo kontrolujący? Denerwuje się i np. strzyże uszami, parska. Nie jesteśmy wystarczająco pewni siebie? Koń nas zignoruje. Natomiast gdy nasze komunikaty są jasne i spójne, bez oporów poddaje się prowadzeniu. Bo robi to, czego chcemy, tylko wtedy, gdy ma do nas zaufanie.

Katarzyna Lubbe-Kwaśniak: – Propagowana przez nas metoda nie opiera się na przyjmowaniu czegoś na wiarę od kogoś mądrzejszego, ale na indywidualnym, żywym, dziejącym się tu doświadczeniu kontaktu z koniem. Konie na naszych szkoleniach są równoprawnymi partnerami. Tak naprawdę to one są trenerami. My, trenerzy-ludzie, tylko towarzyszymy w procesie uczenia. Pomagamy przełożyć to, czego człowiek doświadczył w kontakcie z koniem, na życie zawodowe i osobiste.

Agata i Katarzyna uważają, że w tej metodzie najmocniejsze jest uwolnienie potencjału człowieka. Bo żeby dobrze współpracować z koniem, trzeba być prawdziwym, one to nazywają „uspójnionym”. A żeby być prawdziwym, trzeba dotrzeć do siebie, do własnej energii. I wtedy dzieją się rzeczy niesamowite.

 

KOŃ ORGANIZUJE GŁOWĘ

Dorota Jakubowska, szefowa firmy szkoleniowej Grupa Trop, po warsztacie metodą Spirit of Leadership zaobserwowała w swoim zespole zaskakujące zmiany. – Niektóre osoby nauczyły się podejmować większe ryzyko. Inne uświadomiły sobie, z czego biorą się ich trudności w pracy lub w budowaniu relacji z klientami. Ja zmodyfikowałam swój styl zarządzania. Koń pokazał mi, że lepiej dłużej nawiązywać kontakt, żeby potem współpraca była łatwiejsza, bo tak zwane porywanie ludzi za sobą może się skończyć obopólnym zawodem.

Horse Assisted Education jako metodę pierwsi opracowali Amerykanie. Ale nosiło ją w sobie wielu ludzi. W Niemczech, Francji, także w Polsce.

Paweł Zawora, dr ekonomii Uniwersytetu Rzeszowskiego, kupił klacz arabską i przez dwa lata próbował się z nią dogadać. Najpierw usiłował narzucić jej swoją wolę. Do współpracy doszło dopiero, gdy zweryfikował postępowanie. Zmiana, jaka w nim zaszła, była spektakularna. Nawet studenci ją zauważyli. Nic nie wiedząc o HAE, po tygodniu znalazł Agatę i Katarzynę. Przyjechał na ich warsztat i krzyknął: dokładnie tak myślałem.

– Koń kontaktuje nas z fundamentalnym wymiarem naszego życia – intuicją, emocjami, językiem ciała – mówi. – Współpraca z tym zwierzęciem jest najlepszym sposobem, by uczyć się budowania relacji i zaufania. Mają z tym problem przede wszystkim mężczyźni.

Agatę do koni ciągnęło od dziecka (urodziła się w Białymstoku), całymi dniami przebywała w okolicznych stadninach. Ojciec, żeby przyciągnąć córkę do domu, założył stajnię. – Konie przekonały mnie, że wszystko mogę, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedy miałam chaos w głowie, brałam konia, jechałam do lasu, wracałam i miałam kompletną jasność, co chcę zrobić. Obcowanie z końmi do dzisiaj organizuje mi głowę.

POPRZEZ KONIE ODNALEŹĆ SIEBIE

Agacie zaczął chodzić po głowie pomysł założenia Fundacji Koń Profesor. Dopóki jednak miała stajnię, pomysł tkwił trochę uśpiony. Wybuchł ze zdwojoną siłą, gdy straciła stajnię, bo jej tata zbankrutował. 23 kwietnia 2000 roku wszystko poszło pod młotek. Tego dnia zawalił jej się cały świat. Potem dowiedziała się, że młodzi ludzie skupieni wokół stajni – często z trudnych domów – zeszli na złą drogę. Muszę zrobić wszystko, żeby pomóc im poprzez konie odnaleźć siebie – postanowiła.

Studiowała w SGH i cały czas myślała, jak urzeczywistnić swoje postanowienie. Któregoś dnia – była wtedy na stypendium w Niemczech – wpisała do Internetu: „Leadership and Horses”, i wyświetliła jej się amerykańska strona Equine Guided Education. – To była eureka. Potem to już poszło. Trafiłam na ich europejską firmę HorseDream, pojechałam na warsztaty i całą energię skupiłam, by tę metodę upowszechniać.

Agata pracowała w PricewaterhouseCoopers (w doradztwie strategicznym), gdzie spotkała Katarzynę (pracuje nadal w doradztwie HR). Razem przygotowywały szkolenia dla pracowników firmy rozwijające umiejętności komunikacyjne, opanowywanie stresu. Agata opowiadała Kasi o świecie koni, które w życiu Kasi też się pojawiały – próbowała jeździć konno, ale tak naprawdę wolała je obserwować. Postanowiła przyjrzeć się metodzie, o której słyszała od Agaty.

– Wydawała mi się ciekawa, ale podchodziłam do niej sceptycznie – przyznaje Katarzyna. – Pojechałam do Niemiec na warsztaty. Zobaczyłam, że ta metoda działa o wiele silniej niż standardowe szkolenia. Pamiętam zwłaszcza jedno ćwiczenie. Ustawiało się przeszkody, które miały przedstawiać sytuacje biznesowe. Zadanie polegało na tym, żeby konia przez nie przeprowadzić. Dla mnie koń oznaczał mojego trudnego klienta. Stawałam na głowie, zastanawiałam się, jak tu go zachęcić do współpracy. A on w odpowiedzi na to odwrócił się i wybiegł z placu, burząc całe ogrodzenie. Najpierw było mi smutno, że się nie udało, ale potem przyszło odkrycie, że czasami nie trzeba stawać na głowie ani kombinować, jeśli ktoś nie chce z nami współpracować. Tę energię można przeznaczyć na coś innego. Nie wiem, czy odkryłabym to tak szybko, będąc na standardowym szkoleniu.

Ale inny efekt szkoleń jest dla Kasi ważniejszy – odnalezienie wewnętrznej równowagi oraz spokoju w życiu zawodowym i prywatnym.Agata rzuciła pracę, kupiła gospodarstwo pod Łomżą, wybudowała dom z trzciny. Planuje założenie stadniny, w której konie będą żyły na wolności.

– To świetne miejsce na ziemi do pracy tą metodą, osadzone w naturze. Nie możemy jej, niestety, mocno reklamować, bo ogranicza nas jej filozofia, która brzmi: współpraca przed siłą. A reklama, akwizycja to często rozwiązania siłowe. Ale wierzymy, że ta filozofia trafi do ludzi, którzy szukają w życiu równowagi. Bo nasza metoda równoważy życie na wielu płaszczyznach – liczą się myśli, ale też emocje. Logika, ale też intuicja. Cel, ale też proces. Terytorium, własność, ale też relacje. Teraz cały świat trochę do takiej równowagi zmierza.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

  1. Psychologia

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

"Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas" - napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy. 
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich - bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji? 
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem - do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował... A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi... Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia...
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn? 
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.

  1. Psychologia

Na czym polega wychodzenie ze strefy komfortu?

Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Jesteś przekonana, że życie to walka? A gdyby tak uwierzyć, że szczęście ci sprzyja? Zaufać sobie i światu, wyjść ze strefy komfortu. Spróbuj!

Mamy różne upodobania i cele, ale tak naprawdę wszyscy kierujemy się tą samą zasadą: dążyć do przyjemności, unikać bólu. Lęk przed cierpieniem – choć często całkiem irracjonalny – bywa paraliżujący. Każe nam „nie wychylać się”, działać rutynowo, poruszać się po wyżłobionych koleinach... Tkwić w ograniczeniach, nie wykorzystywać swojego potencjału. Za przeciwieństwo lęku uważa się odwagę, ale bądź tu odważna, kiedy w brzuchu coś się zaciska, kiedy wszystko w tobie kurczy się na myśl o zagrożeniu!

Wielu ludzi żyje w przeświadczeniu, że świat to miejsce nieustannej walki i rywalizacji. Zaciskamy więc szczęki, przywdziewamy marsową minę i ruszamy do boju (chociaż kolana drżą). Wszystko zgodnie z filmową zasadą, że „twardym trzeba być...”. A można inaczej, na miękko właśnie. Pozwolić, odpuścić. Zobaczyć, co przyjdzie. Co odejdzie. Nie zatrzymywać niczego na siłę. Jeden z największych lęków dotyczy straty – kojarzymy ją z przejmującym, rozdzierającym wręcz bólem. Pamiętasz, co mówi na ten temat Antoine de Saint-Exupéry? „Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci – jest twoje. Jeśli nie – nigdy twoje nie było”.

Zaufanie do życia

Zaufanie nie oznacza naiwności. Nie musi też wiązać się z wielką odwagą. Kiedy ufasz, pozostajesz otwarta. Sprawdzasz różne warianty, żadnego z nich nie forsując. Płyniesz z nurtem. Ufać to nie przywiązywać się do rzeczy, ludzi, scenariuszy życiowych. Przyjąć, że wszystko, co nas spotyka, ma głęboki sens, otworzyć się na każde doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Może będzie to cudowna niespodzianka, nagroda, może trudna lekcja. Zaboli, ale pozwoli dojść znacznie dalej, osiągnąć znacznie więcej. Ufać to pozwalać, by sprawy toczyły się swoim biegiem. Niekiedy ufną osobę uznaje się za niedojrzałą (bo ufne – czytaj: głupie – są tylko małe dzieci). A czasem ktoś podejrzliwy, węszący wszędzie podstęp, zyskuje miano rozsądnego...

Ufność nie znaczy, że wpuszczasz do mieszkania każdego, kto puka do drzwi, wierzysz w każdą cudowną ofertę. To wiara w pozytywny obrót zdarzeń, w to, że – nawet jeśli się trochę poobijasz – i tak spadniesz na cztery łapy. Że nie ma tego złego... Być może popełnisz błąd, ale akceptujesz go – po coś to było. Ufasz swoim decyzjom, odczuciom, pomysłom, instynktom, pragnieniom. Tak, ma to dużo wspólnego z optymizmem, ale też z poczuciem wartości. Z przekonaniem, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Najlepsze dla twojego rozwoju.

Bo – żeby się rozwijać – musisz opuszczać swoją strefę komfortu. A jeśli się ociągasz, zostaniesz do tego przez życie „zachęcona”. Strefa komfortu to takie miejsce (przestrzeń psychologiczna), w którym funkcjonujemy na co dzień, celebrując nawyki i przyzwyczajenia, wykonując znane, dobrze opanowane czynności. Jest tam bezpiecznie, stabilnie. I trochę duszno. Ktoś porównał strefę komfortu do złotej klatki, za prętami której rozciągają się niezdobyte, niezwykle ponętne przestrzenie, pełne wspaniałych możliwości i nowych (również tych bardzo ryzykownych) wyzwań. Ale – co najważniejsze – gdzieś tam czekają nasze marzenia... „Wszystko, czego pragniesz, wszystko, czego chcesz, znajduje się poza strefą twojego komfortu” – twierdzi amerykański coach Zan Perrion. Żeby wychylić głowę za pręty, wypłynąć z przydomowego bajorka na szerokie wody, trzeba zaufać światu – że nie zażąda od nas wysokiej ceny za szczęście. Że nam sprzyja.

Przyjęcie takiej postawy sprawia, że odprężasz się, przestajesz główkować. Nagle rozwiązanie wyłania się samo. Dla niektórych to proste jak oddech. Dla innych to życiowe wyzwanie. Wolą spinać się, mocować, opierać, nigdy się nie poddawać. Tymczasem – jak mówi autor „Potęgi teraźniejszości” Eckhart Tolle – „Poddanie jest procesem czysto wewnętrznym. Nie oznacza ono wcale, że nie możesz zarazem na zewnątrz przedsięwziąć czegoś, aby zmienić sytuację. Gdy się poddajesz, właściwie nie musisz akceptować jej całej, lecz tylko niewielki wycinek sytuacji, zwany teraźniejszością”.

Ufność nie oznacza bynajmniej bierności. Nie jesteś jak listek na wietrze. Określasz preferencje, podejmujesz działania, tyle że nie przywiązujesz się do rezultatów. Będzie po twojemu – świetnie. Ułoży się inaczej – też dobrze. Widać świat ma dla ciebie coś lepszego. Albo miałaś czegoś doświadczyć, nauczyć się. Chodzi o to, żeby nie walczyć z nurtem rzeki, bo to bezproduktywne. Frustrujące, wyniszczające. Ale też, żeby nie stać jak widz na brzegu, udając, że sama świetnie sobie radzisz, że nie potrzebujesz żadnego nurtu, prądu, żadnej siły, która mogłaby cię wesprzeć. Niektórzy nazywają ją „siłą wyższą”. Inni po prostu życiem.

Łatwiej, prościej, lżej

Według rosyjskiego nauczyciela Vadima Zelanda, twórcy Transerfingu, większość naszych problemów bierze się stąd, że pewnym sprawom nadajemy zbyt dużą wagę. Niepotrzebnie wszystko komplikujemy, podczas gdy wystarczyłoby elastycznie i łagodnie podążać za zdarzeniami. – W przestrzeni wariantów jest wszystko, lecz największe jest prawdopodobieństwo urzeczywistnienia się wariantu najmniej energochłonnego – twierdzi Zeland. I zapewnia, że gdyby nie wyszukane strategie umysłu, gdyby nie bezproduktywne młócenie rękoma, moglibyśmy surfować bez najmniejszego wysiłku po falach życia: – Przyroda nie marnuje na próżno energii i nie ma skłonności do intryg.

Nie musimy więc trudzić się ponad miarę. Możemy pozwolić, by wszystko przychodziło nam z łatwością i lekkością. Upraszczać. Umysłowi bardzo trudno jest przyjąć taką „bezwysiłkową” wersję – on chce wciąż opracowywać szczegółowe rozwiązania. No właśnie – jest nieufny. Ale ty nie musisz go słuchać. Możesz podziękować mu za troskę, pozwolić, żeby trochę odpoczął. Wziąć głęboki oddech, rozluźnić się, uśmiechnąć. Taka postawa pomaga zrzucić niepotrzebne ciężary, uwierzyć, że wszystko jest takim, jakie być powinno.

  1. Zwierciadło poleca

Polityka dzieli, ale czy musi? Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje
Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów. (Fot. Forum)
Co może sprawić, że zamiast się kłócić albo unikać rozmowy, zdołamy się zrozumieć? Zaufanie? Szacunek? Podmiotowość? Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów.

Polityka i sposób jej uprawiania na pewno wpływają na codzienne relacje międzyludzkie. Jak?
Nie mam prostej odpowiedzi na to pytanie. Związki między polityką a emocjami i zachowaniem się obywateli mogą być bardzo różne. Czy jest coś takiego, co widzą wszyscy (choć może inaczej interpretują, zależnie od sympatii i wiedzy o świecie)? Czymś dość powszechnie odbieranym jest ogólny klimat uprawiania polityki – jego dwie „wersje”: względny spokój, kompromis i włączanie do rozwiązywania problemów ludzi z różnych opcji politycznych albo walka z przeciwnikami politycznymi plus protesty różnych grup społecznych. Im bardziej przeciwnik staje się wrogiem i im bardziej rozszerza się krąg osób uznawanych za wrogów, tym wpływ polityki na relacje międzyludzkie, na funkcjonowanie instytucji publicznych, samorządów lokalnych, mediów staje się wyraźniejszy.

I ludzie zaczynają od polityki stronić?
Nie do końca. Polityka zaczyna wtedy dotykać wszystkich obywateli, także tych, którzy nie interesują się nią albo celowo chcą od niej uciec, bo wydaje im się brudna, niemoralna, zakłamana. Można próbować ograniczyć „pole rażenia” polityki, udając się na „emigrację wewnętrzną”, rezygnując z kariery zawodowej, uciekając w Bieszczady (wiele osób tak robiło w trudnych latach PRL), wyjeżdżając z kraju; ale niepokój czy poczucie straconych szans rozwoju, zmarnowanego talentu lub rozbicia rodziny – pozostają.

Wszyscy – chcąc nie chcąc – stajemy się „stronami konfliktu”.
Tak. Dodatkowo gdy jawna agresja słowna, groźby, fałszywe oskarżenia, odbieranie głosu stają się chlebem codziennym – następuje w społeczeństwie wzrost gotowości do posługiwania się agresją w codziennym życiu. „Ryba psuje się od głowy”: skoro władza nie kontroluje swoich wrogich emocji, a media bez oporu je multiplikują, to i ja, zwykły człowiek, też nie muszę uważać na to, co mówię i czy kogoś to boli.

Czy ten proces przekłada się także na relacje z najbliższymi? Polityka w agresywnym wydaniu może dotknąć rodzin?
Może. Ostry konflikt polityczny (zwłaszcza polaryzacja polityczna – podziały w wielu różnych sferach życia) może prowadzić albo do próby wyraźnej separacji od polityki przy rodzinnym stole i w małżeńskim łóżku, albo do gwałtownych kłótni, psujących relacje z bliskimi lub tylko świąteczny nastrój, a czasem powodujących zerwanie kontaktów na długie miesiące.

Bo taka wojenna dyskusja nie jest próbą przekonania do swoich poglądów, ale walką o udowodnienie racji.
Rzadko się zdarza – ale jednak jest to możliwe – spokojna rozmowa z żoną, ojcem czy teściową o tym, dlaczego bliska mi osoba ma tak różne od moich poglądy czy oceny danej partii. To nie jest prawda, że emocje zawsze blokują myślenie. Nowe badania przekonują, że gdy o sprawach wzbudzających emocje zaczynamy myśleć, odwołując się do własnych wartości i kryteriów moralnych, nasze myślenie jest logiczne i może doprowadzić do porozumienia. Moje „obserwacje uczestniczące” pozwalają dodać jeszcze jeden czynnik, od którego zależy, czy rozmowa osób o rozmaitych poglądach politycznych poprowadzi do rodzinnej kłótni,  czy do rozwoju: im w rodzinie więcej wzajemnego szacunku i uznawania podmiotowości każdego jej członka, tym mniejsze jest ryzyko podejmowania rozmów o polityce. Myślę, że tak jest nie tylko w rodzinie…

Także wśród przyjaciół i partnerów w pracy.
Od przyjaciół oczekujemy podobieństwa poglądów w ważnych dla nas  sprawach. Co więcej, im jakaś kwestia jest dla nas bardziej istotna, tym nawet niewielka odmienność poglądu przyjaciela staje się denerwująca, budzi niepokój. Często podejmujemy próbę przekonania przyjaciela do naszego stanowiska, wyolbrzymiając różnice, nawet sprowadzając je do absurdu. Przyjaciela to złości, rozstajemy się w gniewie, trudno potem o poważną rozmowę. To nie jest dobra strategia dla osiągnięcia konsensusu. Zwłaszcza wśród osób, dla których polityka i kwestie ideologiczne są bardzo ważne, stanowią część ich tożsamości.

A w pracy?
Tutaj też bywa różnie. Gdy konflikt polityczny między różnymi grupami społeczeństwa jest rozlany i wszechogarniający, pojawiają się tendencje faworyzowania „swoich” (przy okresowych ocenach, zleceniach ważnych i wysoko płatnych zadań, ustalaniu terminów urlopów itp.). Nie zawsze są to decyzje świadome, choć bywają i takie. Z drugiej strony – wiadomo, że środowiska wewnętrznie zróżnicowane (także pod względem orientacji politycznej) są bardziej twórcze niż środowiska jednorodne. Spojrzenie na rozwiązywany problem z różnych perspektyw światopoglądowych czy politycznych (np. lewicowej i prawicowej, liberalnej i konserwatywnej) często przynosi dobre efekty. Jednak wiele zależy od osobowości i kultury bycia współpracowników – czyli tak jak w rodzinie. Gdy w zespole jest osoba, która codziennie mówi o swojej orientacji politycznej czy preferencji partyjnej i podkreśla jej „wyższość moralną” – trudno o dobrą współpracę.

Dzisiaj jest już tak, że polityka staje się kwestią nie tyle poglądów, ile systemu wyznawanych wartości. Zgadza się pani z taką konstatacją?
W wielu kwestiach poglądy są wyrazem uznawanych przez daną osobę kryteriów oceny dobra i zła (czyli zasad moralnych). Ale czasem wypowiadamy poglądy, które nie są ich pochodną.  Są raczej wynikiem tego, że były często powtarzane w mediach lub przez ważną dla nas osobę, albo wyrażają nasze emocje.

Słowo „dialog” ma dziś jakąś wartość w rzeczywistości politycznej?
Wypracowywanie wspólnych stanowisk wobec konkretnych spraw jest możliwe przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich jest uważne słuchanie „drugiej strony”, brak pośpiechu, równe traktowanie wszystkich uczestników sporu (np. dawanie wszystkim tego samego czasu na prezentowanie stanowiska), korzystanie z wiedzy ekspertów. Badania psychologów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadzone kilka lat temu, pokazały, że nawet w tak spornych sprawach, jak sposób prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach czy miejsce budowania osiedlowej spalarni śmieci, można dojść do porozumienia między ludźmi o skrajnie różnych poglądach na te tematy. Co więcej, nawet w tych grupach, w których nie doszło do uzgodnienia wspólnego stanowiska, uczestnicy debat nabrali przekonania, że warto dyskutować.

Żeby móc z kimś dyskutować sensownie, prowadzić dialog,  potrzebne jest zaufanie – trzeba ufać, że ktoś  nas nie oszuka.
Rola zaufania w życiu społecznym i w polityce to temat rzeka. Ale to nie jest kategoria polityczna, tylko psychologiczna, która dla polityki ma znaczenie i jest w polityce wykorzystywana.

Zaufanie w polityce to coś innego niż w zwykłym życiu?
Jest co najmniej kilka rodzajów zaufania: do bliskich (rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych), zaufanie zgeneralizowane (czyli wyjściowa postawa wobec osób, których nie znamy osobiście lub mało znamy, wyrażająca się przekonaniem, że „ludzie w ogóle” zwykle są w porządku, nie mają intencji, by nas oszukać czy w inny sposób skrzywdzić – można więc im ufać), oraz zaufanie do instytucji publicznych (służby zdrowia, szkoły publicznej, administracji, sądów, policji, mediów, partii politycznych). Setki badań prowadzonych w różnych krajach świata wskazują, że zgeneralizowane zaufanie oraz zaufanie do takich instytucji publicznych, jak parlament, partie polityczne, wolne wybory, wiąże się z akceptacją zasad liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Czasami zaufanie zastępuje zrozumienie.
Tak, zaufanie i nieufność – ponieważ są często używanymi, a więc łatwo dostępnymi kategoriami myślowymi – często wpływają na postawy wobec takich ogólnych działań politycznych, co do których ludzie nie mają dużej wiedzy. Polityka prowadząca do wzrostu nieufności i polegająca na straszeniu społeczeństwa przynosi poważne skutki negatywne zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i międzygrupowych i międzynarodowych. Daniel Bar-Tal wprowadził do psychologii termin „mentalność oblężonej twierdzy”. Pokazuje, jak emocja strachu, często pojawiająca się w publicznym dyskursie, wywołuje szeroko podzielane przekonania, które są destruktywne dla całego społeczeństwa.

Strach paraliżuje społeczeństwo i uskrzydla polityków...
Oczywiście! Utrwalone poczucie zagrożenia zawęża społeczną perspektywę. Prowadzi do oczekiwania przyszłych zagrożeń na podstawie zapamiętanych ( a czasem błędnie zinterpretowanych) doświadczeń, obniża trafność analizy teraźniejszości, koncentruje uwagę na zagrożeniach, dostrzega je na każdy kroku. Wzmaga to nieufność do potencjalnych przeciwników i w końcu prowadzi do przemocy wobec tych, których za zagrożenie uważa (choć realnych jego oznak nie ma). Politycy nie mogą społecznych zagrożeń lekceważyć, ale nie powinni ich eskalować. Budowanie nadziei społecznych nie polega na myśleniu życzeniowym i nierealistycznym optymizmie polityków; raczej wymaga przedstawiania atrakcyjnych i realistycznych programów osiągania ważnych dla społeczeństwa celów. Niestety, politycy często mają tendencję uważać, że ich osobiste marzenia i cele są powszechnie podzielane. Im dłużej są przy władzy, tym silniej są o tym przekonani.

Krystyna Skarżyńska, prof. dr hab., psycholożka, pracuje w SWPS, zajmuje się postawami wobec agresji w życiu publicznym, rozumieniem wolności i rolą zasad moralnych w polityce. W listopadzie ukaże się jej książka „My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle” (Scholar).

  1. Psychologia

"Nie pozwalam" - jak wspierać dorastające dzieci?

"Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić." fot. iStock
Wbrew pozorom dorastających dzieci nie można traktować jak dorosłych. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jeden z kochających, mądrych ojców powiedział mi, że kontroluje dorastające dzieci, pilnuje, czuwa i chroni; nie ufa, że poradzą sobie same.
I bardzo słusznie. Młodzi ludzie są absolutnie nieprzygotowani na to, żeby mierzyć się z zagrożeniami naszej konsumpcyjno-technokratycznej cywilizacji. Są bezbronni. Mają tendencję do podążania owczym pędem; inni tak robią, więc będę robił i ja. Koledzy oglądają pornografię, próbują narkotyków, jeżdżą, gdzie chcą, są wolni, dlaczego ja mam nie spróbować? Ponieważ nie mają wystarczającego zasobu doświadczeń życiowych, nie są w stanie adekwatnie oceniać sytuacji. Oceniają albo przez pryzmat hormonów, albo buntu, albo mody, albo presji, którą wywierają rówieśnicy, albo wszystkiego naraz.

Jest taki film „Uprowadzona”, w którym ten temat jest bardzo dobrze pokazany. Główny bohater, ojciec, pracował w służbach specjalnych Stanów Zjednoczonych. Córka chce pojechać z koleżanką do Paryża. Wspiera ją matka, z którą mężczyzna jest rozwiedziony. Jego miłość wystawiona jest na próbę. Córka szantażuje go emocjonalnie. Ojciec, mimo że ma wiedzę o zorganizowanej przestępczości, o zagrożeniach, na które narażone są podróżujące dziewczyny, w końcu ulega, pozwala córce jechać. Szybko odkrywa, że w tej wyprawie nie chodzi o Paryż. Dziewczyna wraz z przyjaciółką jadą za ulubionym zespołem rockowym. Paryż jest tylko przystankiem. Dom, w którym mają się zatrzymać, jest pusty, ponieważ rodzina przyjaciółki wyjechała. Już na lotnisku namierza je naganiacz z przestępczej organizacji zajmującej się handlem kobietami. Widzimy naiwne dziewczątka, które opowiadają o sobie pierwszemu napotkanemu przystojnemu chłopakowi; że są same, w podróży, że jadą do domu, w którym nikogo nie ma. Obie zostają uprowadzone. Nie mają żadnych szans z wyrafinowaną, międzynarodową siatką przestępczą. Gdyby nie ojciec, jego wiedza, umiejętności, kontakty, ta podróż skończyłaby się dla jego córki fatalnie. Niestety, nie zdążył ocalić przyjaciółki. Ojciec ratuje córkę w bardzo dramatycznych okolicznościach, jak to w kinie akcji. W życiu takie happy endy raczej się nie zdarzają. To jest brutalny, przerażający film, niestety, nie tak daleki od realiów.

W tym filmie ogniskują się główne dylematy ojców. Filmowy ojciec wie, że to jest niebezpieczna podróż. Mówi: „Wiem, co się dzieje na świecie”, „Pojadę z wami”, „Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim życiem”. Gdy w końcu pod presją godzi się na wyjazd córki, prosi, aby zadzwoniła po wylądowaniu w Paryżu i codziennie dzwoniła przed snem. Prosi o adres miejsca, gdzie dziewczyny planują się zatrzymać. Niestety, nie spotyka się ze zrozumieniem otoczenia. Słyszy, że ma obsesję, że nie może trzymać córki na smyczy, bo ją utraci. „Daj jej zasmakować życia”. „Niech poznaje świat”.
Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z wyzwań, z ryzyka. Na nieszczęście mają często wygórowane wyobrażenia na temat swoich możliwości, siły, przebiegłości. To jest bardzo trudny okres w rozwoju młodego człowieka. Ojciec w tym momencie występuje w roli strażnika, opiekuna, który nie tylko wyznacza granice, lecz także chroni dzieci. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu. Młodzi ludzie potrzebują latarni morskiej, doświadczonych żeglarzy, wiedzy na temat zasad ratowania się. Jakiś czas temu rozmawiałem z młodą kobietą, która wieczorem poszła do lokalu, żeby się odprężyć. Wypiła drinka i film jej się urwał. Pamięta coś jak przez mgłę. Na pewno było usiłowanie gwałtu. Niestety, to są realne zagrożenia, istnieją o krok.

W jaki sposób kontrolować bez stosowania przemocy, bez nadużywania władzy?
Dorastające dzieci szukają niezależności, wolności. Wszędzie tam, gdzie ich eksperymenty nie stanowią zagrożenia – na przykład nowa fryzura, nowy styl ubierania się, nowa dieta – nie ma konieczności ustalania restrykcyjnych ram. Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić. Alkohol, narkotyki, wyjazdy w nieznane są takimi zagrożeniami. Niestety, Polska jest krajem przerzutowym między Wschodem a Zachodem, Północą a Południem, jeśli chodzi o handel żywym towarem – kobietami, dziećmi. Gdyby córka przyjęła zbyt niefrasobliwą postawę, zadbałbym o dostarczenie jej danych dotyczących liczby zaginięć w ciągu roku w Polsce.

Następny temat to pornografia. Dorastające dzieci mają dostęp do wszystkiego poprzez Internet. Są oczywiście zabezpieczenia, ale wystarczy pójść do kolegi i temat jest odbezpieczony.
Nastolatek nie jest w stanie zintegrować swojej seksualności w sposób dojrzały. Pornografia jest dla niego jak narkotyk, ponieważ trafia na bardzo podatny grunt. Podczas burzy hormonalnej wszystko kojarzy się z seksem. Pornografia rozbudza tę sferę jeszcze bardziej. Wciąga, uzależnia. Gdyby użyć porównania do toru wyścigowego – biologiczna seksualność mknie z ogromną prędkością, psychika pozostaje z tyłu, nie nadąża. Pornografia angażuje ewolucyjnie pierwotne obszary systemu nerwowego. Reszta jest blokowana. Uwaga nakierowana jest na ekscytację, pobudzenie i mechaniczne rozładowanie. To może rozładowywać stres i napięcie, być ucieczką od codziennej szarzyzny, od szkoły. Wydaje się bardzo atrakcyjne, jednak w późniejszym życiu w sposób dramatyczny rzutuje na relacje.

W jaki sposób?
Ta sfera za bardzo dominuje. Mężczyzna uzależniony od pornografii przestaje widzieć w kobiecie człowieka. Widzi tylko to, co się dzieje. Żyje w schemacie: pobudzenie, rozładowanie, pobudzenie, rozładowanie. Marne szanse na rozwinięcie prawdziwej bliskości, emocjonalności, czułości, serdeczności. Z czasem potrzebuje coraz silniejszej, coraz bardziej udziwnionej stymulacji. Używa kobiet, które mają spełniać jego wyrafinowane zachcianki. Znam parę, która się rozstała, ponieważ jemu nie wystarczyło to, że się rozumieli, że było im ze sobą dobrze, bezpiecznie, seks się udawał. On chciał mocniejszych, intensywniejszych doznań. Właśnie takie pragnienia bardzo często są efektem przestymulowania w okresie dojrzewania.

Wygląda na to, że niewiele można tu zrobić. Nie można ochronić dorastających dzieci przed pornografią.
Nie pozostaje nic innego, jak rozmawiać na te tematy, budzić ze snu iluzji. Na przykład rozmawiać na temat struktury pornografii, typowych elementów, które się tam pojawiają, demaskować oszustwa. Choćby takie, że jeden stosunek trwa pół godziny, kobieta przeżywa dziesięć orgazmów, niezależnie od tego, w jakiej pozycji, a on przez ten czas w pełnym wzwodzie, wydajny. Albo: każdy z każdym i wszędzie, i od razu są tak dopasowani pod każdym względem, że ekstaza się nie kończy. Młodzi mogą nabrać przeświadczenia, że tak to właśnie w życiu wygląda.

Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się, nie musisz być tak wydajny. Ten film został posklejany z bardzo wielu ujęć. Przykro mi to powiedzieć, żałuję, że cię rozczarowuję. Kobiety też zachowują się inaczej i czego innego potrzebują. Prawdziwe zbliżenie, ekstaza, intymność przebiega inaczej. Wyjdź na ulicę, popatrz na dziewczyny, a potem wyobraź je sobie w pornosach. Pasują? Tu masz wyhodowane specjalne osobniki, ludzi wyspecjalizowanych w odgrywaniu pewnych ról. Do tego silikon, zabiegi, środki chemiczne, żeby utrzymać wzwód. To jest technologia, biznesowa maszyneria. Ludzie odpowiedzialni za rozpowszechnianie takich filmów są profesjonalistami w wielu dziedzinach – marketingu, reklamy, wywierania wpływu, technologii filmowej. Mogą zarabiać krocie dzięki temu, że tacy jak ty te filmy oglądają i uzależniają się. A skoro się uzależniają, jest szansa, że będą kupowali coraz więcej. Jesteś klientem, którego trzeba uzależnić na całe życie. Zgadzasz się na to? Ty, który tak dążysz do swobody, wolności, niezależności? To uważasz za wolność?”.

Znajomy ojciec, który zobaczył 15-letnią córkę z gołym pępkiem, powiedział: „Uważaj, chłopcy w twoim wieku myślą penisem, narażasz się”. Ale nie zabronił.
To najlepsze wyjście. Rozmawiać, pokazać zagrożenia, ale dać wybór.

A gdyby ta dziewczyna miała 13 lat? Kiedy ojciec może zabronić?
Do 16. roku życia ma taką, nawet prawną możliwość. Gdyby widział, że małoletnia córka wzbudza nadmierne zainteresowanie mężczyzn, że jest w niebezpieczeństwie, może i powinien zabronić.

Trudno zabronić. Córka zrobi, co zechce, gdy ojciec nie widzi.
Dlatego zawsze lepsze są rozmowy. Jednak w sytuacji zagrożenia trzeba użyć radykalnych środków, zatrzymać w domu, nie pozwolić. Trudno. Wbrew pozorom dzieci nie można traktować tak jak dorosłych. Troska o ich godność, szacunek dla nich – jak najbardziej. Trzeba poważnie traktować ich długofalowe dążenia, zainteresowania, wszystko, co im służy, nawet jeśli nie bardzo nam to odpowiada. Na przykład syn wybiera się na AWF, a ojciec marzy, żeby poszedł na prawo. Trzeba szanować ten wybór. Ostatnio jedna z matek powiedziała mi, że jej 15-letnia córka współżyje z rówieśnikiem, a ona to akceptuje „no bo skoro się kochają…”. Dorastające dzieci bardzo szybko zakochują się i odkochują, ćwiczą się w miłości. To są dopiero wprawki, próby, przygotowania, nie czas na współżycie.

Niełatwo być ojcem.
Niełatwo chronić dzieci przed iluzją, która jest im wpajana, że są wolni, mogą robić, co chcą, świat jest bezpieczny, a ojciec nie ma nic do gadania. Ojciec może sam zwątpić, przestać stawiać granice i egzekwować wymagania, wycofać się z roli opiekuna. To byłoby najgorsze, co mógłby zrobić, ponieważ wtedy zgodziłby się na daleko idące ryzyko. Dałby niejako przyzwolenie na takie zdarzenia w życiu dzieci, które będą brzemienne w skutki w ich przyszłości, a także w jeszcze dalszej perspektywie, ponieważ traumy i uzależnienia przenoszą się na kolejne pokolenia. Nie pozostaje więc nic innego, jak działać pod prąd różnym modom, stylom, sloganom. Nawet, jeśli mielibyśmy być oskarżeni o zaściankowość, ciemnogród czy cokolwiek innego - trudno, to jest wpisane w rolę ojca.

A zaufanie? „Tato, ty mi nie ufasz?” Dorastające dzieci rozbrajają ojca takim pytaniem.
Zaufanie polega na czym innym: ufam w twój potencjał, ufam naszej relacji, ale nie wymagam wszechwiedzy. To może być paradoksalna sytuacja. Gdy ojciec mówi: „Ufam swoim dzieciom”, wykazuje więcej naiwności niż one. Sam wtedy cofa się do wieku nastolatka. Byłoby oczywiście dobrze, gdyby ojciec miał dostęp do nastolatka w sobie z hormonami, z burzą i naporem, z wyostrzonym jak brzytwa krytycyzmem, z buntem przeciwko autorytetom. Ale jednocześnie – by miał dostęp do wiedzy i doświadczenia osoby dorosłej. Kontakt ze swoim wewnętrznym nastolatkiem pozwala mu lepiej rozumieć dzieci, budować z nimi więź, kontakt z dorosłym – nie ulegać chaosowi i szaleństwu. Jednak aby taki kontakt z różnymi częściami siebie budować, potrzebujemy czasu dla siebie, uznania, że to jest ważne, ma wartość. Nagrodą jest komfort: ponieważ lepiej rozumiemy, co przeżywają dzieci, możemy prawdziwie chronić je i wspierać.