1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Test dla związku - jak wspólnie urządzić mieszkanie i uniknąć wojny?

Test dla związku - jak wspólnie urządzić mieszkanie i uniknąć wojny?

"Sposób, w jaki sobie radzimy z urządzeniem czy remontowaniem mieszkania, mówi o władzy i dynamice w związku". (fot. iStock)
Wspólne urządzanie mieszkania to test dla związku. Nie ma chyba pary, którą ominęła kłótnia o kolor ścian czy wzór na kafelkach. Co to mówi o nas samych i o relacji? No i jak dojść do porozumienia?

Zdaniem Andrzeja Gryżewskiego, seksuologa i psychoterapeuty, sposób, w jaki sobie radzimy z urządzaniem czy remontowaniem mieszkania, mówi o władzy i dynamice w związku. Patrząc na to, o co i jak się kłócimy, jesteśmy w stanie odkryć, jaki typ związku tworzymy i co może się okazać w przyszłości (lub już jest) jego piętą Achillesa.

PIERWSZY MODEL

Tradycjonaliści urządzają dom

Wydawać by się mogło, że ci to raczej nie mają powodu do kłótni. – Bo tradycyjnie to ona decyduje: jakie meble, kafelki, zasłony, podłoga wylana żywicą czy z egzotycznego drewna. A on tylko płaci i co najwyżej zajmuje się transportem mebli czy tapet do domu – mówi Andrzej Gryżewski. Dom to rewir kobiety i jej zadaniem jest stworzyć miły klimat i wnętrze. Mężczyzna się w to nie wtrąca.

Ideał, westchną te z nas, które straciły zdrowie, walcząc ze swoim mężczyzną o to, czy meble w kuchni mają być ciemne, czy jasne. Kuchnia dla tradycjonalisty to kobiece dominium. Nie śmie się wtrącać w jej urządzanie. No, może zainteresują go koszty. Facet tradycjonalista ma swoje plusy, jeśli chodzi o remont czy przeprowadzkę. Ale to nie znaczy, że nie toczy wojen o wystrój domu.

– Kiedy tradycjonalista jest już zmęczony zamieszaniem remontowo-przeprowadzkowym, zaczyna wyrzekać, narzekać, marudzić, że ona, ta jego żona, to tylko wybiera, przebiera, wydaje pieniądze, a on musi na to wszystko zapracować i jest zarobiony po pachy! – mówi Gryżewski. – Żona nie pozostaje mu dłużna i odgryza się, że on wychodzi na całe dnie do pracy i ma z głowy! Dzień mu jakoś minie, a ona tu sama musi o wszystkim decydować, użerać się z robotnikami! Jednym słowem, wszystko jest na jej głowie!

Piętą Achillesa takiego związku jest brak szacunku dla cudzego wysiłku. Praca polega na tym, by oboje nauczyli się doceniać swój wkład we współtworzenie domu. On – jej troskę o to, by miał gdzie wrócić i odetchnąć, ona – jak duże stresy musi znieść jej mężczyzna w pracy, by ona miała za co ów piękny dom stworzyć.

INNY WARIANT

Dom narcyza, czyli ma być tak, jak ja chcę!

– Jeśli nasz tradycjonalista wykorzystuje swoją pozycję tego, kto płaci, i żąda, aby było tak, jak on chce, to znak, że nad tradycyjnym modelem przeważa narcyzm – zauważa psychoterapeutka Jagna Ambroziak. – Oczywiście dziś zdarza się i tak, że to ona ma kasę i wymaga, by jej gust zdominował dom. To także nie najlepiej o niej świadczy.

Bo narcyz upiera się przy swoim. Wszystko ma być urządzone tak, jak on lub ona chce. To zły znak, bo taka osoba będzie miała problem z tym, by kogoś nawet najbliższego włączyć do swojego świata, zainteresować się innością, zaciekawić drugim człowiekiem. – W codziennym życiu, tak jak w wyborze mebli czy tapet, nie zostawi przestrzeni na bycie sobą, będziemy zmuszani do życia według jej wizji – dodaje Jagna Ambroziak. – Pytanie: czy chcemy tak żyć?

Co kieruje wnętrzarskim despotą? Ślepy, czasem histeryczny upór to znak, że jego tożsamość musi mieć wyraz na zewnątrz, bo bez zewnętrznego stelaża rozsypuje się, kruszeje. Inni też się upierają, ale są zdolni do porozumienia, bo dom nie musi im nic udowadniać.

DRUGI MODEL

Kompetentni urządzają dom

Wydawać by się mogło, że tworzą związek partnerski. Podzielili się tym, które z nich zajmie się urządzaniem kuchni, które sypialni, łazienki itd. Przydział uzależniony jest od tego, w czym czują się bardziej kompetentni. – On zazwyczaj zajmuje się salonem i gabinetem, bo tam jest więcej multimediów i może wykazać się wiedzą techniczną. Bywa, że chce mieć swój wkład w urządzanie sypialni, bo w seksie też czuje się ekspertem, ale tu zazwyczaj wystarczy mu zawieszenie lustra nad łóżkiem – dodaje Andrzej Gryżewski. – Podział według kompetencji sprawia, że oboje czują się dobrze podczas remontu czy urządzania od podstaw mieszkania.

Kiedy dochodzi do kłótni? Kiedy ich poczucie kompetencji spotyka się w jednym pomieszczeniu, na przykład w łazience. Andrzej Gryżewski uważa: – Wtedy okazuje się, że są związkiem, dla którego zagrożeniem jest rywalizacja między partnerami. Oboje są profesjonalistami, oboje mają silne charaktery, są ludźmi sukcesu. Ambitni, radzący sobie w życiu.

Co się więc dzieje, gdy on chce w łazience olbrzymie jacuzzi, natomiast ona lustrzane ściany i prysznic? Zaczyna się walka, porozumienie jest niemożliwe. Para na granicy rozstania ląduje u psychoterapeuty.

– Zaczęliśmy analizować plusy i minusy obu pomysłów – mówi Gryżewski, który taką właśnie parę miał na terapii – by powoli przejść do tego, co najważniejsze i co miało umożliwić im porozumienie, czyli do tego, jakie potrzeby stoją za tymi odmiennymi wizjami łazienki. Okazało się szybko, że jacuzzi to uosobienie marzenia tego mężczyzny o komforcie i wypoczynku, czyli bezpiecznym azylu. Z kolei pomysł kobiety, z lustrami i prysznicem, był sygnałem potrzeby bycia zauważoną, a więc miał wspierać jej tożsamość. Kiedy to stało się jasne, można było zastanowić się, jak zaspokoić ich potrzeby, niekoniecznie dzięki ogromnemu jacuzzi czy ścianie luster.

Łazienka stała się soczewką problemów w ich związku, oboje nie mogli się dogadać w tak zwyczajnej sprawie, bo weszli na jedno terytorium i zaczęli odruchowo toczyć ze sobą walkę o władzę. A to, co służy pracy i karierze, związkowi – niekoniecznie.

– Ich terapia polegała na tym, aby zaczęli do siebie podchodzić łagodniej, przestali udowadniać sobie nawzajem, które jest bardziej kompetentne, by uznali, że oboje są jednakowo dobrzy – mówi Gryżewski. – Wyjściem dla takich par jest traktować się jak bracia Kliczko, pięściarze. Czyli mieć poczucie bycia w jednej drużynie i ustalać, kto dziś idzie boksować się z tym problemem, a kto czeka na kolejne wyzwanie, by się wykazać.

'Co kieruje wnętrzarskim despotą? Niepewność tego, kim jest. Inni też się upierają, ale są zdolni do porozumienia, bo dom nie musi im nic udowadniać'. (fot. iStock) "Co kieruje wnętrzarskim despotą? Niepewność tego, kim jest. Inni też się upierają, ale są zdolni do porozumienia, bo dom nie musi im nic udowadniać". (fot. iStock)

TRZECI MODEL

Niby-partnerzy urządzają dom

Wszystko robią razem, razem wybierają kafelki i rolety, krany i sofy, komputer i telewizor. Dużo przy tym dyskutują i ustalają, uzasadniają logicznie swoje wybory.

– On zawsze jest z nią, nawet w sklepie z firankami i wstążeczkami do ich przewiązywania. Oboje są więc pewni, że wszystko jest w ich związku tak, jak powinno być. Co prawda on ciągnie się za nią ze spuszczoną głową i nie ma zdania, ale cóż, ona macha na to ręką: „Wiadomo: facet” – mówi Gryżewski. – Ale właśnie to jest warte zastanowienia: czemu on się tak zachowuje i jakie to ma konsekwencje? Ewolucyjnie mężczyźni są tak skonstruowani, by byli twardzi, zdecydowani i stawiali na swoim w sprawach, w których czują się kompetentni. Są więc niezdecydowani, jeśli mają poczucie, że w danej dziedzinie są ignorantami. Nie narażą się na dokonanie złego wyboru, bo zapłacą za to częścią swojej męskości. Niestety, zakupy firanek czy tapet zmuszają ich do ustawicznego konfrontowania się z poczuciem, że nie są kompetentni, a to ich frustruje.

Wieczorem, po całym dniu konfrontowania się ze swoją niekompetencją, mężczyzna z niby-partnerskiego związku wykorzysta każdą okazję, żeby sobie ulżyć i się pokłócić. Kobieta zaś ma dość patrzenia na to, jak jej facet całkiem nie po męsku poci się i nie może powiedzieć: „chcę to, a nie tamto”, i też chętnie mu powie, co o nim myśli!

– Nazywam te związki niby-partnerskimi, bo zmuszają do unifikacji, nie biorą pod uwagę odrębności – mówi Andrzej Gryżewski. – Taki stres jak remont czy pierwsze wspólne mieszkanie jest okazją, by to dostrzec, dojrzeć do tego i być sobą, nie upodabniać się na siłę do partnera.

Jak się dogadać: Miejsce na męskie i żeńskie

– Remont czy przeprowadzka to trudny moment rozlokowywania się mężczyzny i kobiety w jednej przestrzeni, w jego efekcie powinna się w tym domu zmieścić i namiastka męskiej jaskini, i babski buduar – mówi Jagna Ambroziak. – Pozwólmy facetowi być facetem, czyli mieć w swoim domu męskie akcesoria. Nie trywializujmy tego, nie wulgaryzujmy. Z miłością bierzmy to, co zabawne, a nawet głupie w kochanej osobie, a każda kłótnia o różowe ramki do zdjęć czy plakat z piłkarzami zakończy się happy endem.

Liczą się potrzeby

– Wyjściem z patowej sytuacji jest zapytanie siebie nawzajem, o co tak naprawdę toczymy spór. Jakie prawdziwe potrzeby i wartości skrywają się za różnym kolorem ścian czy wzorami kafelków? – mówi Andrzej Gryżewski. – Problemem zwykle nie jest estetyka, ale głębokie psychologiczne potrzeby obojga, takie jak poczucie siły, szacunek i autorytet. Wtedy warto zadać sobie pytanie: Jak inaczej możemy je zaspokoić w związku?

Rozmowa mogłaby potoczyć się tak: „Upierasz się na tapetę w kwiatki? Kochanie, co reprezentuje dla ciebie ta tapeta? Z czym ci się kojarzy? Jaką twoją potrzebę wyraża? Co ma zastąpić?”. Odpowiedź: „Zastępuje ogród w domu. A skoro tak, to może zamiast tapety w kwiatki zasadźmy mnóstwo kwiatów w salonie albo zróbmy na balkonie oranżerię?”.

Na pewno urządzanie mieszkania wymaga wiele szacunku i delikatności, pozbawionych prób manipulacji, by postawić na swoim. Jeśli uda nam się zaciekawić drugą osobą, mamy szanse na dogadanie się, a nawet zbliżenie. Będzie to wtedy taki mały remont nie tylko naszego domu, ale i związku.

Dom dla innych czy dla siebie?

Dom bywa urządzany także według różnych funkcji, jakie ma spełnić. Na przykład może być to dom na pokaz, narzędzie budowania zawodowego wizerunku. W tym domu chcemy przyjmować szefa, kontrahentów, ludzi, którzy pomogą nam wspinać się po szczeblach kariery. Jeśli oboje takiego domu chcecie, nie kłóćcie się o to, jak ma wyglądać, zaproście designerów, żeby wam go urządzili. Ale pamiętajcie, że w takim wnętrzu jesteście nastawieni na zewnątrz, na ekspansję, rywalizację. Wasze głębokie potrzeby leżą odłogiem i czekają na lepsze czasy. Może ich symbolem jest to, co znajduje się w kartonach w piwnicy albo na strychu? Jeśli tak jest, dobrze by było znaleźć chociaż kawałek przestrzeni, by móc w niej być sobą lub chociaż siebie poszukać.

Dla większości dom jest jednak przestrzenią harmonii. Jeśli w takim domu chcecie mieszkać, zadbajcie o to, by była w nim przestrzeń oddzielna dla każdego i wspólna dla wszystkich (tu są np. książki i CD, w których dowolnie przebieracie). Natomiast w przestrzeni indywidualnej każdy powinien mieć swoje rzeczy, a domownicy muszą pytać o zgodę, gdy chcą którąś wziąć. Pokój każdego z domowników harmonijnie oddaje wnętrze jego właściciela, to, jak on siebie widzi. To sytuacja idealna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Styl Życia

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Jadalnia to serce Nadbużańskiego Domu. Krzesła „odziedziczone” po szkole, na ścianie stary bijący zegar, oryginalne godło z byłej szkoły, portret gospodarza wyszywany ściegiem krzyżykowym przez lokalną artystkę. A na stole – wielkanocne śniadanie. Gotowe. Można siadać! (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Nadbużański Dom niedługo będzie obchodzić setne urodziny. Dla drewnianego budynku to moment przełomowy. Jeśli się o niego troskliwie nie zadba, zacznie się sypać. Ten dom miał szczęście. Trafił na Wojtka. A właściwie trafili na siebie nawzajem. Wpadliśmy do nich z wizytą tuż przed Wielkanocą…

Niedaleko, jakieś dziesięć kilometrów stąd, jest wieś Mierzwice – mówi Wojtek Błaszczyk. – 25 lat temu kupiłem tam rodzicom domek letniskowy. Nad Bugiem. Zaczęliśmy tu przyjeżdżać. Potem pojawił się syn, pies, a że domek mały, zaczęło brakować miejsca. Wyczułem w kościach, że dobrze byłoby mieć coś swojego. A ponieważ dobrze się w tej okolicy czułem, rozesłałem wici, może ktoś o czymś słyszał. Mały domek w środku lasu najchętniej. W pewnym momencie znajomy napisał, że gmina Sarnaki organizuje przetarg na sprzedaż dawnej szkoły ludowej. Ani to mały domek, bo prawie 300 metrów, ani w środku lasu, bo we wsi, ale fajne miejsce, urokliwe, obok rezerwatu przyrody. Wsiadłem w samochód, pojechałem obejrzeć. Tyle że z drogi przez gęstwinę drzew nic właściwie nie zobaczyłem. I następnego dnia na przetargu kupiłem kota w worku, czyli mój Nadbużański Dom. Było to 11 lat temu. Po jakimś czasie Wojtek przypomniał sobie, że rodzina taty pochodzi z Kosowa Lackiego, niecałe 60 kilometrów w linii prostej – może dlatego tak dobrze wszyscy się w tym rejonie czują? Lepiej niż w Szczecinie czy w Zakopanem – bo to powrót do korzeni. Na początku był w rozkroku między tym miejscem a Warszawą. Traktował dom nad Bugiem jak daczę. Wpadał na przedłużone weekendy, nic nie przerabiał, nie remontował. Ale stopniowo zaczęło się to zmieniać. Przyjeżdżali znajomi, przekonywali, że to wspaniałe miejsce, że trzeba je inaczej wykorzystać, może agroturystyka? – Zacząłem więc małymi kroczkami tę przestrzeń przekształcać, adaptować – opowiada Wojtek. – Z pomocą miejscowych majstrów, z roku na rok, bez pośpiechu. Najpierw zrobiłem wszystkie drzwi. Potem odmalowałem i odświeżyłem pokoje. Przełomowym momentem była śmierć mojego ojca. Wcześniej rodzice tu przyjeżdżali, pomagali mi, mama uprawiała ogródek, sadziła kwiaty, warzywa. A po śmierci ojca chciałem dać mamie więcej zajęć, aby miała mniej czasu na rozmyślania o stracie. Ona świetnie gotuje. Gotowała zawsze, kiedy byli goście, wszyscy się zachwycali, chwalili, ona się cieszyła. A że zawsze chwalili, to zawsze się cieszyła. Zaczęli przyjeżdżać różni goście, już nie tylko znajomi, ale znajomi znajomych. Zrobił się taki dom gościnny z domową, nieformalną atmosferą. Wojtek zostawiał tu czasem mamę samą z tym całym zamieszaniem. A zawsze jest co robić: nakarmić gości, ogarnąć, posprzątać… Pandemia spowodowała, że rok temu przeniósł się tu właściwie na stałe.

Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni Wielkanoc na Podlasiu - powrót do korzeni

Minimalistyczny miszmasz

Pokoje gościnne są trzy. Jeden wielki, z kominkiem, kiedyś była tu świetlica, a rano – przedszkole. Znajomi radzili: podziel to ściankami, będziesz mieć więcej pod wynajem. Ale Wojtek pomyślał, że to zmieni jednak charakter domu, odbierze mu autentyczność i zachowany klimat starej szkoły. Kiedy gmina zabierała rzeczy, Wojtek odkupił, co mógł, za niewielkie pieniądze. Na przykład większość krzeseł to stare krzesła szkolne. Teraz zresztą bardzo modne. Wystrój wnętrza to, jak określa to właściciel, minimalistyczny miszmasz. Są stare kanapy z targu staroci, ale są też kanapy z Ikei. I są takie, które Wojtek wypatrzył w ogłoszeniach. Sporo mebli pochodzi z okolicy. Różnorodnie, ale jednocześnie spójnie. – W Białej Podlaskiej – mówi Wojtek – jest moja ulubiona galeria z antykami, gdzie sprzedają regionalne starocie. Sporo rzeczy tam kupiłem. Kilimy, wyszywane obrusy oraz makatki. Chcę w miarę możliwości mieć oryginalne rzeczy z tego rejonu. W dwóch pokojach są narzutokilimy z Ukrainy, są dwie narzuty od mojej babci spod Kosowa Lackiego, sporo rzeczy zza wschodniej granicy.

Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król) Kiedyś szkolna klasa, dziś duży pokój z kominkiem. (Fot. Celestyna Król)

Kiedy dom był już urządzony, Wojtek zastanawiał się, czy jeszcze bardziej nie otworzyć się na gości. – Znajomi powiedzieli mi o serwisie Slowhop – ogłaszają się tam sprawdzone, fajne pensjonaty agroturystyczne. Twierdzili, że mój dom to miejsce, które idealnie wpisuje się w ten klimat. I faktycznie – zgłosiłem się, zaakceptowali mnie od razu.

Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król) Główny hol dawnej szkoły. (Fot. Celestyna Król)

Mam dziennie po kilka zapytań o możliwość przyjazdu. Chcę, żeby pobyt tu był doświadczeniem wielowymiarowym. Kiedy ktoś do mnie pisze, staram się dowiedzieć, kim jest, jaki jest, czy będzie pasować do tego miejsca, do innych gości. No i do mnie. Trochę wymusza to przestrzeń, jest specyficzna, ja tych ludzi przyjmuję dosłownie u siebie. Tak naprawdę jesteśmy razem prawie przez cały czas. Struktura funkcjonalności domu jest taka, jaka była w szkole. Goście mieszkają w byłych klasach, reszta pomieszczeń to część wspólna. Muszą to więc być osoby, które potrafią i lubią być z innymi. I nie mają takich oczekiwań, jakie miałyby w pięciogwiazdkowym hotelu. Na ogół jest super, choć raz trafili się goście, którzy nie rozumieli, dlaczego nie ma kiełbasy i disco polo.

Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król) Od lewej: Toaletka ze sklepu z antykami w Białej Podlaskiej. Tablica ortograficzna z zasadami pisowni, „spadek” po byłej szkole; Harmonia, prezent od przyjaciela gospodarza; Stary obraz, wyszywany ściegiem krzyżykowym. (fot. Celestyna Król)

Regionalne smaki

A kiełbasy nie ma, bo Wojtek od 24 lat nie je mięsa. I taką właśnie wegetariańską kuchnię prowadzi w swoim domu, także dla gości. – Jestem w tym konsekwentny i pewnie to też kolejna zaleta tego miejsca – bo w okolicy wielu takich nie ma – mówi. – Goście mogą zgłaszać swoje potrzeby – czy kuchnia wegańska, czy bez laktozy. Musimy tylko wcześniej o tym wiedzieć. Takie gotowanie to w tym regionie rzadkość, choć to oczywiście kolejny paradoks – kiedyś przecież mięso było kilka razy w roku. Na co dzień, zwłaszcza na wsiach, jedzono jarsko: kasze, ziemniaki, warzywa. Potem ludzie zachłysnęli się „lepszym życiem” i zarzucili starą, tradycyjną kuchnię – dodaje. Wojtek od jakiegoś czasu organizuje w Nadbużańskim Domu kulinarne festiwale – sezonowe i jarskie. Były dwa festiwale szparagów – sąsiedzi mają obok plantację. Był festiwal truskawek, grzybów, ziemniaków. – Przyjeżdżają często szefowie kuchni nie tylko z Polski, lecz także z zagranicy. Siedzimy pod drzewami, mamy menu degustacyjne. A jeśli pada, ustawiamy w holu szkolnym długi stół festiwalowy. Ważną rolę gra wtedy rodzinny duet: wnuczek, czyli syn Wojtka, Donald, z babcią Teresą. Są gotującą festiwalową parą. Tworzą potrawy tradycyjnej polskiej kuchni (wersja wegetariańska) – ale w nowoczesnym, autorskim wydaniu. Donald zresztą jest profesjonalistą, na co dzień pracuje jako kucharz w Berlinie. Ale urlopy i wolne dni spędza w Nadbużańskim Domu, gdzie – rzecz jasna – gotuje. Skąd pomysł na festiwale? Wojtek: – Pomyślałem, że czasem nie chce mi się stać przy kuchni, pojechałbym gdzieś coś zjeść, ale nie ma gdzie. To zrobię festiwal, niech ludzie posmakują, zobaczą, jakie cuda można robić choćby z ziemniaków, czyli z tego, z czego przecież na co dzień korzystają. Chciałem zainspirować innych – i siebie przy okazji.

Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król) Wojtek jest też mistrzem w robieniu nalewek. Ciekawych, nietypowych, bo niesłodkich. Goście Nadbużańskiego Domu mają okazję ich spróbować. I bardzo to sobie chwalą. (Fot. Celestyna Król)

Przepisy na wielkanocne przepisy z Nadbużańskiego Domu znajdziecie tutaj:

  1. Materiał partnera

Abonament dla par w nju – jak to działa?

Fot. pexels.com
Fot. pexels.com
We dwoje jest lepiej – także w nju mobile. Abonament w parze od nju kosztuje tylko 9 złotych więcej niż solo. Na osobę wychodzi więc znacznie mniej, a pozostałe zalety oferty – takie jak rosnące pakiety GB, brak zobowiązań i opłaty proporcjonalne do korzystania z telefonu – zostają. Sprawdź, co daje abonament dla par w nju mobile i dlaczego warto go wybrać dla siebie i bliskiej osoby.

Jak działa nju mobile na abonament w parze?

Operatorzy często oferują rabaty za łączenie usług, żeby przyciągnąć nowych klientów lub by obecni skorzystali z dodatkowej oferty. Nie inaczej jest w nju mobile, gdzie abonament w parze jest bardziej opłacalny niż solo, bo kosztuje tylko o 9 złotych więcej. Nielimitowane rozmowy, wiadomości oraz pakiet 10 GB, który z czasem rośnie do 30 GB, możecie więc mieć już za 19 zł na osobę.

Zasada działania abonamentu dla par jest prosta: płacicie jeden rachunek, a oba numery korzystają z tej samej oferty, lecz dzielą dostępną w niej paczkę gigabajtów. Jeśli jesteś już w nju i chcesz być w parze, wystarczy, że dokupisz numer dodatkowy za 9 zł. Jeżeli natomiast nie korzystasz z usług operatora, możesz od razu kupić wybraną ofertę dla dwojga przez stronę https://www.njumobile.pl/oferta/abonament-multi.

W każdym przypadku oba numery będą jednak formalnie na jedno z Was. Pamiętaj więc, że gdy przenosisz numer dodatkowy od innego operatora, powinien on być zarejestrowany na tę samą osobę, co główny numer w nju.

Nju w parze – naliczanie opłat, brak zobowiązań i rosnące GB

W nju mobile na abonament w parze, tak jak w wariancie solo, podpisujecie umowę na czas nieokreślony. Możecie więc w dowolnej chwili zrezygnować z usługi na numerze dodatkowym lub na obu numerach – obowiązuje Was tylko miesięczny okres wypowiedzenia.

Dzięki automatycznie włączanej usłudze „im dłużej, tym lepiej” rosną też gigabajty, którymi się dzielicie. Po pół roku macie już dwukrotnie więcej GB niż na starcie. Mija rok i jest już ich 2,5 razy tyle, a po dwóch latach – 3 razy tyle.

Nju w parze to też dobre rozwiązanie, jeśli zdarzają się Wam miesiące, gdy rzadziej korzystacie z telefonów. Opłaty naliczane są bowiem stopniowo, zgodnie z cennikiem rozmów, wiadomości i zużycia danych, ale tylko do maksymalnej kwoty w danej ofercie. Gdy używacie smartfonów mniej, zapłacicie więc niższy rachunek. Wyjątkiem jest opłata 9 zł za dodatkowy numer, która jest stała.

Ile kosztuje abonament dla par i co daje w każdym z 3 wariantów?

Tak jak abonament solo, nju w parze to 3 możliwości do wyboru.
  1. 19+9 zł, czyli 14 zł na osobę to dobre rozwiązanie, jeśli zdecydowanie częściej dzwonicie niż wysyłacie SMSy/MMSy oraz mniej intensywnie korzystacie z internetu w telefonie. Rozmowy w kraju i w roamingu w UE macie bez limitu, a do tego 1 GB danych z pełną prędkością, które z czasem rosną do 3 GB. Za wiadomości płacicie dodatkowo (9 gr/SMS i 19 gr/MMS), ale nie więcej niż 9 zł i potem wysyłacie je bez limitu.
  2. 29+9 zł, czyli 19 zł na osobę to lepszy wybór jeśli częściej piszecie SMSy i MMSy oraz chcecie mieć więcej internetu w smartfonach. W cenie dostajecie nielimitowane rozmowy i wiadomości, a do tego na start 10 GB (w tym 3,39 GB do wykorzystania w roamingu UE), a później nawet 30 GB.
  3. 39+9 zł, czyli 24 zł na osobę to opcja z największą liczbą gigabajtów. Na początek to 20 GB (w tym 4,56 GB w UE). Po pół roku limit rośnie jednak do 40 GB, po roku do 50 GB, a po dwóch latach już do 60 GB. Rzecz jasna rozmowy oraz wiadomości są nielimitowane.

  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Styl Życia

Bunt wobec powtarzalności

Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Aleksandra Kaliszan z Aleksandrii koło Kalisza… Brzmi bajkowo. I słusznie. W mieszkaniu Oli we wrocławskiej kamienicy też jest jak w bajce. Kolorowo, energetycznie, magicznie. – Kiedy przekraczam jego próg, wszystko, co złe, zostaje na zewnątrz. To moja oaza, mój własny mikrokosmos – mówi.

Kamienice lubiłam od zawsze. Kiedy gdzieś wyjeżdżałam, pierwszym punktem zwiedzania był spacer po dzielnicach kamienicznych, odnajdywałam przedwojenne kafelki i robiłam im zdjęcia. Dziś zajmuję się organizowaniem podróży służbowych w firmie programistycznej, ale przez lata pracowałam w Luft­hansie, w obsłudze klienta, dużo latałam po świecie. Kiedy przyszedł czas, żeby gdzieś osiąść na stałe, wybrałam Wrocław, spodobał mi się ze względu na niesamowity klimat.

Wiedziałam, że tam, gdzie kiedyś zamieszkam, muszą być duże okna, ma być wysoko i przestronnie. I życie tak się cudownie potoczyło, że dwa lata temu znalazłam to mieszkanie. W kamienicy z 1904 roku, w dzielnicy Nadodrze, na drugim piętrze. Szukałam go pół roku, powoli tracąc nadzieję. Mieszkania w kamienicy, zwłaszcza we Wrocławiu, to zwykle rudery, są w strasznym stanie i wymagają generalnego remontu, a jak się już trafia coś ciekawego, to ma astronomiczną cenę i przeważnie mieści się w wyremontowanej, bezosobowej, prywatnej kamienicy.

Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król) Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król)

Tymczasem moja kamienica ma charakter. Stoi blisko Odry, tuż pod oknem są wały spacerowe, jest spokojnie i cicho – tak jak lubię.

Ludzie mówią, że pierwsze mieszkanie jest eksperymentem, wprawką, dopiero potem kupuje się kolejne, w którym się już wie, co i gdzie ma stać. Ja mam zamiar tu zostać i nigdy się nie wyprowadzać, ale postanowiłam, że moje mieszkanie będzie moim kreatywnym placem zabaw. Zwłaszcza teraz, podczas lockdownu, kiedy stale w nim siedzę – ciągle mam ochotę coś zmieniać.

Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król) Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król)

Moimi sprzymierzeńcami są targi staroci, sklepiki vintage, ale też OLX, Allegro czy zakładka Marketplace na Facebooku. Wolę korzystać z czegoś, co już zostało stworzone, w imię idei recyklingu i less waste. Wszystkie meble – oprócz kanapy i szafki pod telewizor – są z drugiej ręki. Odnawialiśmy je w domu moich rodziców na wsi, a trafiły do mnie od bliskich i znajomych albo od ludzi sprzedających je w Internecie. Starałyśmy się z mamą je oszlifować i odnowić na tyle, na ile potrafimy. Pewnie mogłyby wyglądać lepiej, ale mnie się podobają takie, jakie są. Poza tym lubię robić coś sama.

Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król) Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król)

Tapeta w nyży

Odkąd pamiętam, pociągały mnie kolory, szukałam ich podczas każdej podróży, długo prowadziłam bloga chasingcolors.pl. W różnych miejscach na świecie szukałam street artu lub kolorowych detali. Nawet idąc zwykłą ulicą, od razu dostrzegam kolorowe rozwiązania, małe detale. To samo robię w domu. Chciałam wprowadzić tu dużo kolorów, ale staram się jednocześnie, by nie były zbyt męczące. Kiedy koleżanka doradziła mi, żeby zrobić granatową ścianę w sypialni, pomyślałam: „Dlaczego by nie pociągnąć tego na drzwi?”, a że z mieszalnika można stworzyć teraz każdy odcień, udało mi się zgrać je idealnie. I teraz na moim koncie na Instagramie (@ola_sweethome) ściana zbiera mnóstwo pozytywnych komentarzy.

Korytarz malowałam latem, chciałam dać tam ciemniejszy kolor, szczególnie na suficie, który jest wysoki i dobrze byłoby go przybliżyć optycznie. Wybór padł na szmaragdowy. W urządzaniu wnętrz kieruję się psychologią kolorów, mam na ten temat wiele książek. Lubię niebieski, zielony, pomarańczowy i różowy, a najbardziej – połączenie niebieskiego z pomarańczem.

Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król) Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król)

Tapety stanowią u mnie efektowny dodatek lub tło. Tę w ptaszki do sypialni znalazłam w małym sklepiku na Allegro. Z kolei w kuchni mam tapetę z motywem haftu opolskiego, kupiłam ją w sklepie Folkstar, który skupia się na promowaniu kultury polskiej z każdego regionu.

Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król) Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król)

Kuchnia jest zrobiona w starej nyży dla służby, czyli małym pomieszczeniu bez okien, w którym mieściło się kiedyś tylko łóżko. W miejscu, gdzie mogłoby się znaleźć okno, są teraz tapeta i stoliczek, przy którym jem śniadanie.

Co mówi stolik?

Co musi mieć mebel lub bibelot, żeby znalazł się w moim domu? Musi do mnie mówić. Czyli po prostu być inny, niepowtarzalny, wyjątkowy. Ważne są oryginalna forma i kształt. Liczy się też jego historia. Gdy odbieram od kogoś mebel, zawsze pytam, gdzie wcześniej był, u kogo, jak długo. Lubię wyjątkowe rzeczy, które przypadkiem zgrywają się z resztą. W ten sposób chyba buntuję się przeciwko powtarzalności różnych wzorów czy rozwiązań we wnętrzach. Ja wolę kombinować. Niektóre rzeczy sprzedaję i znajduję w ich miejsce nowe, lubię się wymieniać i kupować okazyjnie.

I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król) I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król)

Mój styl to połączenie secesji, motywów roślinnych, wywijasów i art déco, najbliżej mi zatem do eklektyzmu i stylu modern bohemian. Pociągają mnie obłe i okrągłe formy, komfortowe dla oka. Ale lubię też cepeliadę i folkowe motywy. Mam wiele dodatków i naczyń od babci, które były modne, kiedy kupowała je do domu, i wciąż są.

Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król) Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król)

Lockdown pomógł mi spojrzeć na nowo na to, czego potrzebuję w życiu. Kiedy człowiek jest w codziennym pędzie i do domu wraca tylko po to, by się przespać i odpocząć, funkcjonalność wnętrza się zaciera. Dopiero teraz ustawiłam meble tak, jak mi to odpowiada. Wróciłam do starych pasji, zaczęłam znów malować. Zrozumiałam, że nie mogłabym żyć w totalnie minimalistycznym biało-beżowo-ziemistym wnętrzu i z pustymi ścianami. Najlepiej się czuję z bogatymi galeriami na ścianach (ramki pomaga mi wybierać zaprzyjaźniona wrocławska marka @oprawiamy_w_ramy), w otoczeniu, które coś do mnie mówi.