1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Francuski coaching – sposób na realizację marzeń?

Francuski coaching – sposób na realizację marzeń?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Życie jak film. Paryż i Nowy Jork, miłość, zwycięstwa i klęski. Kamila Kubiak nauczyła się osiągać swoje cele, a pomaga jej w tym ChouChou. Dziś namawia inne kobiety do realizacji marzeń.

Paryż. Jedna z najlepszych agencji reklamowych: TBWA/PARIS i ja jako art director. Było to miejsce magiczne – jak z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. O dziewiątej w pracy, a jak kogoś nie było – dywanik u szefa. Trzy spotkania z szefem i pakujesz manatki. Pracowaliśmy niekiedy do czwartej nad ranem, ale ta ciężka praca była połączona z wielką przyjemnością, fantastycznymi ludźmi i projektami. Miałam ułożone życie: pracę, świetną pensję, mieszkanie i mężczyznę, który twierdził że kocha mnie ponad wszystko. Ale tliło się we mnie inne pragnienie: chciałam spróbować sił w Nowym Jorku. A mam zasadę, że o swoich marzeniach mówię głośno i wszystkim dookoła. Świat o nich wtedy słyszy i usłyszą ludzie, a wbrew temu, co się powszechnie mówi, ludzie ludziom pomagają. Więc tak chodziłam i gadałam, aż pewnego dnia moja szefowa powiedziała, że jest wolne miejsce w naszym oddziale w Nowym Jorku. I nagle bardzo trudno było mi podjąć decyzję, zostawić wszystko w Paryżu. Szefowa wysłała mnie do swojej coacherki Manuelle. Przeszłam coś, co całkowicie zmieniło moje życie. Do Nowego Jorku pojechałam, i wróciłam – ale nie to okazało się najważniejsze.

Manuelle najpierw zadała mi pytanie, czy wiem, czego chcę. Tak, chcę pojechać do Nowego Jorku, ale… nie wiem, czy sobie poradzę. Powiedziała wtedy: „Słonia nie da się zjeść w całości. Trzeba podzielić go na elementy i opracować kolejność zjadania”. Rozpisałyśmy mój wyjazd na etapy – kawałki słonia – ułożyłyśmy po kolei wszystkie działania, które powinnam wykonać. Manuelle stosowała w swoim coachingu taką oto metodę: nakładała mi na prawą rękę szmatkę z gumką, abym pamiętała cel, jaki ustaliłyśmy na miesiąc. Musiałam wpisywać na szmatce każdy kolejny etap – aby cały czas pamiętać, co mam zrobić, bo wprawdzie z coachingu wychodzimy pełni energii, ale już po dwóch dniach nie pamiętamy, co było ważne. Szmatka ma o tym przypominać. A gumka recepturka jest po to, aby boleśnie z niej strzelać, kiedy najdzie mnie myśl, że sobie nie poradzę. Szmatka coraz bardziej się dematerializowała – ulegała zniszczeniu. I tak miało być, bo im bardziej ona była zniszczona – tym bardziej ja zbliżałam się do celu.

Nowy Jork, Moskwa, Warszawa

Wreszcie pojechałam do Nowego Jorku, a ze swoim partnerem umówiłam się, że wrócę po dwóch latach. Dotrzymałam słowa, on tymczasem dostał pracę w Moskwie. Pojechałam tam za nim i… to był koniec miłości. Nasz związek przetrwał rozstanie, moją pracę w Nowym Jorku, ale tak jak Napoleon i Hitler – tak i my nie daliśmy rady Moskwie. To nie jest miejsce dla kobiety z cywilizowanego świata, nasza mentalność, to, że nam nie trzeba nosić torebki, że możemy zrobić to same, że zarabiamy własne pieniądze – to jest tam nie do przyjęcia. Rosjanki są bardzo piękne, ale ich jedyna możliwość, żeby żyć i zaistnieć, to znaleźć bogatego mężczyznę. Bywało, że nasi koledzy byli wpuszczani do klubu nocnego, a my, kobiety z zagranicy – nie. Źle się tam czułam, nie chciałam tam zostać.

Wróciłam do Polski, ale świat reklamy nie różnił się tu wiele od rosyjskiego. Pracowałam, zarabiałam duże pieniądze, szmatkę i recepturkę dawno wrzuciłam do szuflady i stopniowo popadałam w depresję. To był ciężki czas w moim życiu – okres dogorywania. Teraz wiem, że przegapiłam moment, w którym marzenie – moja praca – stało się kieratem. Miałam 34 lata, zarabiałam znakomicie. Co z tego? W każdy piątek zaraz po pracy jechałam taksówką na Okęcie, łapałam pierwszy możliwy samolot, uciekałam. Leciałam do europejskiej stolicy, aby rzucić się w wir zakupów. Łudziłam się, że uszczęśliwią mnie przedmioty, które kupię. A potem taszczyłam lampy, półki, wysyłałam w paczkach, a kiedy przychodziły pudła – nie miałam chęci ich otworzyć. Buty kupowałam hurtowo – oczekiwałam, że pantofle i czółenka zapewnią mi szczęście. Przeszłam swojego rodzaju syndrom prostytutki – one wydają podobno wszystkie pieniądze, jakie zarobią, w nadziei, że odkupią sobie stracony czas. Było mi źle, ale nie wiedziałam, co mogłabym robić innego. Rzucić pracę? Za co będę żyć? Na szczęście zareagował mój organizm – odmówił mi posłuszeństwa. Przyszła noc, kiedy nie mogłam spać z bólu, rano poszłam do lekarza, stwierdził stan przedzawałowy. Dostałam zwolnienie – trzy tygodnie bez pracy. I zrozumiałam, że nie jestem w stanie do niej wrócić. Kiedy tak leżałam, przyszło wspomnienie coachingu – Manuelle nauczyła mnie przecież, co trzeba robić w trudnych chwilach. „Zawsze masz wybór” – mówiła. – „Jeśli czujesz, że coś ci nie odpowiada: powiedz »nie«”.

„To jest ten moment” – powiedziałam i dałam sobie prawo do wolności. „To nie moje miejsce”. A gdzie ono jest? To inna sprawa.

Zrezygnowałam z pracy w agencji reklamowej i najpierw pojechałam do Izraela do moich dziadków. Dziadek ocalał z Holocaustu, bo… został wywieziony na Syberię. Niesamowity paradoks historii. Spytałam kolegi, reżysera we Francji, co myśli o tym, żeby nakręcić film o tym, że czasem, kiedy zdarza się coś tragicznego, okazuje się, że to najlepsze, co mogło się zdarzyć. A tytuł? „Towarzysz Stalin uratował mi życie”. „Bardzo dobry” – powiedział. Żydzi z mojej rodziny żyli w Polsce szczęśliwi i zamożni. Wszystko tu było przewidywalne i ustalone, mieli dobre życie, piękne domy, dzieci na studiach za granicą. I nagle świat się zawalił: wywózka na Syberię, myśleli, że jadą na śmierć. A to był ich ratunek, bo gdyby tu zostali, zapewne skończyliby w komorze gazowej. A w syberyjskich lasach przetrwali ten straszny dla Żydów czas. Film o tym stał się moim kolejnym marzeniem. Przypomniałam sobie coaching, postanowiłam i tego słonia zjeść po kawałku.

Chouchou

materiały prasowe materiały prasowe

Przede wszystkim wyciągnęłam z szuflady swoją starą szmatkę i recepturkę. Żeby było coś, co mnie pilnuje w dążeniu do celu. Szmatka była już bardzo brzydka, gumka się rwała... Pewnego dnia zaszłam do pasmanterii i zafascynowały mnie niesamowite barwy wstążek, intensywne w kolorze jak tubki z farbami. Dusza artystki podpowiedziała mi, co robić. I tak oto w zeszłoroczne święta siedziałam wśród miliona kolorów i tworzyłam coś, co zaczęło być ładne, mieć sens – czyli „tasiemki z marzeniami”. Pierwszą zrobiłam dla siebie i zaczęłam tworzyć dla innych. Zapragnęłam poinformować kobiety, że można dokonywać wyborów i zmian w życiu. Nazwałam swoje wstążeczki ChouChou (czyt. szuszu), bo po francusku to coś, co jest małe i piękne, a moim zdaniem właśnie takie są kobiety. Nie pozwalam nazywać ChouChou bransoletką – nie chcę go uprzedmiotowić – to nie jest rzecz, to obraz procesu, który przebiega. Masz na ręku coś, co wciąż przypomina ci o dążeniu do celu. Cel zresztą wpisujemy słowem w tasiemkę. Spodobały się – mam teraz mnóstwo zamówień, cały zespół i ręce pełne roboty. Kobiety dzwonią i e-mailują, podają swoje marzenie do wpisania, przychodzą, a ja uwielbiam ten moment, kiedy stawiam swoje pudło na stole i patrzę, jak świecą się im oczy i wybierają. To, czym się kierują w wyborze, tkwi zapewne w głowie, w podświadomości. Część gumek jest elastyczna, wygodna, inne na tradycyjnych tasiemkach do zawiązania. Widzę, że te osoby, które potrzebują mocniejszej motywacji, wybierają tradycyjne tasiemki, które trudniej zdejmować. Znaków do wpisania swojego celu jest tylko 30 – po to, by skonkretyzować marzenie. Żadnych sentencji, żadnych wspomnień – ChouChou jest do budowania przyszłości, nie do rozpamiętywania przeszłości.

Kiedy czasem ktoś chce na wstążce napisać „szczęście” – to ja dzwonię i mówię: „nie, szczęście nic nie znaczy”. Robimy analizę i jeśli okazuje się, że to szczęście to urządzić pokój dziecka – to wpisujemy: „pokój dziecinny”. Jedna kobieta napisała, że jej marzenie ma wyglądać tak: „chcę być dobrą matką i żoną”. Zadzwoniłam do niej i spytałam: „Ale co tam wpisać konkretnie, dla pani – bo jeśli nie będzie pani dbać o siebie, nie da pani szczęścia rodzinie”. Możemy dawać szczęście tylko – kiedy je mamy!

materiały prasowe materiały prasowe

ChouChou pozwala także odnaleźć siebie, bo pierwszy krok do celu to konieczność odpowiedzi na pytanie: Czego naprawdę chcę? Ja nauczyłam się w coachingu najważniejszej rzeczy – wybierać. I nie bać się błędów, każdy z nas je popełnia, trzeba wyciągać z nich wnioski i iść dalej. Dziś nie mam wielu rzeczy, które miałam – ale jestem szczęśliwa! Mój długometrażowy film o Żydach, których ocaliła Syberia, jest finansowany przez PIF i Berlińską Fundację NIPKOW.

Chciałabym wszystkim powiedzieć jedno: „Jak ci się świat zawali, to idź pod koc, wypłacz się. A jak się wypłaczesz, to usiądź z kartką papieru i napisz, co możesz zrobić. I zacznij to robić”.

Zobacz także bransoletki damskie skórzane

Kamila Kubiak absolwentka Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pracowała jako art director w Paryżu, w Nowym Jorku i Moskwie. Twórczyni marki wspierającej realizację marzeń „ChouChou like me”, opartej na coachingu, który poznała w Paryżu, www.chouchoulikeme.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Art coaching - uruchom swoje twórcze ja

Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Jeśli dopuścisz do głosu twórcze „ja”, ono nada kształt pragnieniom i lękom, a twoje życie nabierze własnego, niepowtarzalnego rysu. Tego uczy art coaching. Z Maciejem Bennewiczem rozmawia Katarzyna Kozakiewicz.

Czym jest art coaching?
Art coaching zaprasza człowieka do takiego świata, którego on już często nie pamięta. Daje mu plastelinę, farby, klej i proponuje coś z tego zrobić. Dzięki temu zostają pobudzone te pokłady w mózgu, które są odpowiedzialne za kreatywność, twórczość. Dorosły człowiek budzi swoje Wewnętrzne Dziecko i zaprasza je do zabawy, do wałęsania się po innych przestrzeniach niż te, w których jest na co dzień. Powoduje to naturalne zespolenie się z własnymi zasobami i otoczeniem. To najprostsza droga do wyjścia poza schemat, do tego, aby zobaczyć rzeczy z innej perspektywy, w innym świetle. Coach poprzez techniki artystyczne zaprasza klienta do zrobienia czegoś inaczej.

I do zabawy.
To naukowo stwierdzone, że potrzeba 10 tysięcy godzin aktywnego ćwiczenia, żeby uzyskać w czymś mistrzostwo. Jednak naukowcy odkryli też, że jeśli uczymy się lub ćwiczymy, dobrze się przy tym bawiąc, to mistrzostwo pojawia się znacznie szybciej. Czyli stan zabawy, wolności sprzyja szybkiemu uczeniu się. Badacze, tacy jak António Damásio, Vera F. Birkenbihl czy Temple Grandin, dowiedli, że człowiek w momencie zabawy jest najbardziej kreatywny. Doszli do wniosku, że ludzie mają zakodowaną w sobie sekwencję szukania, potrzebę doświadczania nowych rzeczy, tzw. chęć podważania zamkniętego wieczka. Możemy funkcjonować zgodnie z tą sekwencją, co prowadzi do radości i spełnienia. Albo możemy funkcjonować w sekwencji mniejszego lub większego lęku. Lęk zawsze prowadzi do automatyzmu, znieruchomienia, agresji albo ucieczki. Jeśli człowiek pozostaje w takim stanie, to ma ograniczony dostęp do ciekawych pomysłów, nie może w pełni się rozwijać. Większość działań wykonuje schematycznie. Ludzie, którzy na co dzień funkcjonują na zasadzie „jest możliwe tylko jedno właściwe rozwiązanie”, nie mają dostępu do swojej kreatywności. Przeciwieństwem schematu jest dobra zabawa, możliwość przekraczania granic. Im częściej działamy bez lęku, potrafimy się bawić, tym bardziej jesteśmy ciekawi świata.

Co zrobić, żeby mieć mniej lęków i większą otwartość na zabawę?
Przypomnieć sobie, w jaki sposób wyglądał świat, gdy byliśmy dziećmi. Jeśli pamięć nas zawodzi, można poobserwować dzieciaki w naszym otoczeniu – swoje, sąsiadów, w domu, na podwórku. Jak funkcjonują, jak widzą rzeczy, jak ich doświadczają. Dzieci lubią się wałęsać, są w nieustającym ruchu. Stan dziecięcego wałęsania jest stanem naturalnym. Dzieci oczywiście też mają lęki, ale najczęściej ciekawość bierze nad nimi górę. Potrafią przekraczać granice swojego lęku, aby doświadczyć czegoś nowego. Czasami bywa to niebezpieczne, ponieważ nie znają jeszcze żadnych granic. I tu pojawia się dobrze zrozumiana rola rodzicielska – pokaż, opowiedz, naucz, ale nie kontroluj. Rodzice mogliby uczyć się od swoich dzieci tego, o czym sami zapomnieli.

Część ludzi mniej lub bardziej świadomie zaczyna odczuwać, że wyskoczenie z codziennego schematu jest ważne. Być może dlatego my, Polacy, tak bardzo pokochaliśmy podróże. Naszych rodaków można spotkać w najdalszych zakątkach świata. Wielu polskich podróżników to prawdziwi globtroterzy, nie wyjeżdżają gdzieś tylko po to, by leżeć nad basenem, ale raczej po to, żeby poznać, doświadczyć czegoś innego, nowego. Podróż jest często wyjściem ze strefy komfortu, czyli bezpiecznego, znanego obszaru. W wyniku robienia nowych rzeczy tworzą się nowe połączenia w mózgu, co pomaga odkrywać siebie.

Na kursach art coachingu uczestnicy korzystają z wielu środków ekspresji artystycznej – rysowania, malowania, pisania, lepienia… W jaki sposób zmienia to czyjeś postrzeganie?
Pobudza twórczą część jego umysłu. Z dużym uproszczeniem możemy powiedzieć, że w mózgu mamy dwie struktury – umysł analityczny, czyli umysł inżyniera, oraz umysł twórczy. Z badań wiemy, że ten twórca jest nieśmiały i niemy, bardziej operuje obrazem, skojarzeniem. Nowa kora mózgowa i płat czołowy, który wykształcił się ewolucyjnie najpóźniej – dały człowiekowi mowę, czyli środek do precyzowania myśli. Dzięki mowie uruchomiły się też funkcje analityczne, zaczęliśmy się określać, nazywać, ale jednocześnie nasze mechanizmy twórcze zostały wyciszone przez racjonalizm. To oznacza, że w momencie, kiedy podejmujemy decyzję, mamy potrzebę, aby ją sobie uzasadnić logicznymi argumentami. Wygadany intelektualista w nas jest w stanie wszystko przegadać, uargumentować. To smutne, ale w dzisiejszych czasach język nie służy temu, żebyśmy się lepiej rozumieli, tylko żebyśmy się lepiej okłamywali.

Kiedy wykonujemy twórcze aktywności – rzeźbimy w glinie, malujemy, tworzymy, wykorzystujemy ekspresję ciała czy słuch – dopuszczamy do głosu kreatywną część, zapraszamy naszego niemego twórcę, aby znalazł własny język. Znajdujemy właściwy kanał ujścia ekspresji dla Wewnętrznego Dziecka, uczymy się komunikacji z tą zapomnianą, stłamszoną, a jakże istotną częścią siebie. Ma nam ona do powiedzenia ważne rzeczy – jak poprawić życie, od czego zacząć, co robić dalej. Im rzadziej dopuszczamy do głosu kreatywną część, tym bardziej jesteśmy schematyczni, a im bardziej jesteśmy w schemacie, tym częściej jesteśmy nieszczęśliwi. W świadomości człowieka odbywają się nieustające dialogi pomiędzy naturalnym talentem a tym, co mu kazano robić. Im więcej dookoła nakazów, zakazów, schematów, norm – tym więcej tracimy energii na spieranie się ze sobą. Często czego innego byśmy chcieli, a co innego podpowiada nam tzw. zdrowy rozsądek. Wtedy rodzi się frustracja.

Nieszczęśliwi ludzie to ci, którzy stracili kontakt z twórczą częścią siebie?
Jest taka piękna historia, która znakomicie to obrazuje. Byli sobie dwaj chłopcy, którzy mieszkali w tym samym bloku, tej samej klatce i bardzo się przyjaźnili. Obydwaj grali w piłkę nożną. Jeden z chłopców, powiedzmy Krzyś, był uzdolnionym zawodnikiem, grał lepiej niż jego kolega, powiedzmy Marianek. Krzyś był synem wdowy, jego ojciec był kolejarzem. Mama nieustannie mu powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, że może się pobawić z chłopakami, ale życie to nie zabawa i musi zostać kolejarzem. Jego ojciec i dziadek byli kolejarzami, więc on też kolejarzem zostanie. Tymczasem rodzice Marianka pozwolili mu na realizację swoich pragnień i Marianek został jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce. Krzyś został kolejarzem i oglądał swojego kolegę w telewizji, pogrążony we frustracji i niespełnieniu. Jak wielu spośród nas jest takimi kolejarzami? Bo mama, dziadek, środowisko czegoś chcieli, oczekiwali…

I nie chodzi tu tylko o artystyczne spełnianie się?
Też, ale głównie o wyrażanie siebie, swoich pragnień i potrzeb. Jest mnóstwo pism o dekoracji wnętrz. Kiedy ludzie patrzą na te propozycje z perspektywy inżyniera – czują chęć dorównania innym, zaimponowania, chęć zbudowania prestiżu społecznego – to na tej podstawie dokonują wyboru, jaki chcą mieć dom. Wystarczyłoby, żeby uruchomili w sobie twórcę, a znaleźliby swój własny styl i nie potrzebowaliby prestiżowego magazynu, który narzuca, co i jak powinno wyglądać. Nie potrafią tego zrobić, dlatego tak łatwo ulegają modzie.

Co z tymi, którzy uważają, że nie mają takich zdolności? Co z księgową, która jest księgową nie dlatego, że ojciec kazał, ale dlatego, że liczby są jej wielką pasją? Nie zna się na kolorach, nie wie, które barwy ze sobą współgrają i które elementy wystroju do siebie pasują.
Nie istnieją ludzie, którzy nie mają twórczych zdolności. Oczywiście, mogą mieć większe uzdolnienia w liczeniu czy pisaniu niż malowaniu, jednak mając kontakt ze swoim niemym twórcą, będą w stanie jasno określić, czego potrzebują, co im się naprawdę podoba, co do nich pasuje – i nie musi to być wcale zgodne z obowiązującym obecnie kanonem.

Wszyscy jesteśmy twórcami. Operując różnymi technikami – plastyką, ruchem, muzyką, pisaniem – art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji, jaka najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. Większość artystów – w mniej czy bardziej świadomy sposób – uzdrawia się poprzez swoją sztukę, terapeutyzuje. W jaki sposób to się dzieje? Otóż wewnętrzny twórca nadaje kształt – często nieuświadomionym – pragnieniom, lękom czy nawet traumom. Spora część lęków prześladuje nas, ponieważ jest nieuświadomiona, nienazwana. Jeśli nadamy im kształt, to będziemy umieli je rozpoznać. A skoro będziemy wiedzieli, czym są, będziemy potrafili sobie z nimi poradzić.

A jakieś proste ćwiczenie dla czytelników?
Można spróbować określić swój cel za pomocą wiersza albo rysunku. Najlepiej zacząć od małych form ekspresji, które dają nam radość. Użyć innego języka niż język werbalny w kontakcie ze sobą, np. w sytuacji ustalania celów. Taki rysunek czy wierszyk może być wstępem do spełnienia marzeń, bowiem nasz inżynier, czyli mózg racjonalny, dostanie jakiś zarys, konkret tego, czego pragniemy, i będzie mógł zrobić resztę, czyli doprowadzić nas do celu.

Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog po UW, dyrektor programowy Norman Benett Academy, organizacji kształcącej zawodowych trenerów i coachów; autor licznych poradników na temat coachingu.

  1. Seks

Coaching na dobry seks - sięgnij do poziomu duchowości

To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
To my sami odpowiadamy za stan naszego życia erotycznego. Jeśli nie zmienimy siebie, to w seksie też się nic nie zmieni – nawet, jeśli będziemy zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiamy seks. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Coach pomoże ci zmienić życie intymne. Maciej Bennewicz twierdzi, że aby udoskonalić ten obszar, trzeba sięgnąć do poziomu duchowości. Nowy wibrator nie wystarczy.

Gdzie się zaczynają nasze problemy z seksem?
Na poziomie przekonań, na przykład takich, że grzeczne dziewczynki powinny robić to a to. Jak tego nie robią, to są niegrzeczne, a takich nikt nie lubi. Podobnie rzecz się ma z miłymi chłopcami. Inne typowe przekonania: facetom chodzi tylko o jedno, a kobiety to materialistki. Co jeszcze? Kobieta musi zaspokajać męża, żeby nie szukał przyjemności poza domem i to, że o cipkach czy ptaszkach się nie rozmawia.

To są takie gotowe copywriterskie hasła, które na poziomie zwerbalizowanym działają w naszej świadomości. Najczęściej wpajają je nam rodzice, bo sami w nie wierzą. Ale przekaz nie zawsze jest tak otwarty. Kiedy babcia skarży się: „dziadek mnie zbałamucił”, prawdziwy przekaz brzmi: „seks to nic dobrego, mężczyzna musi nakłonić cię do niego podstępem”.

Coach pracuje więc trochę jak psychoterapeuta: szuka przyczyn postaw i przekonań?
Psychologia zajmuje się badaniem, co spowodowało, że jesteś, jaka jesteś, a twój partner jest taki czy inny. Bazuje na dawnych wydarzeniach, analizuje. I na przykład buduje czarno-biały obraz  dobrej i złej dziewczynki, zakazanych pragnień seksualnych i pragnień dopuszczalnych. Jest to obraz wewnętrznie sprzeczny, napięty. Coaching uważa ten podział za sztuczny i nieużyteczny. Operuje zupełnie innym konceptem, mówi: „Zobacz, to są tylko wzorce, mapy. One są jedynie opisem pewnego kontekstu”.

Czyli?
Poglądy są pewnym zestawem pojęć, które w toku wychowania przyjmujemy za absolutną prawdę. Ale otrzymany w domu zestaw założeń, lęków i ograniczeń na temat seksu jest tylko jednym z wielu obrazów rzeczywistości. Warto go zmieniać, kształtować, poddawać obróbce – bo to jest dla nas użyteczne. I może się okazać, że trzeba zmienić koncepcję własnej płci czy komunikacji, by lepiej realizować swoje potrzeby. Możemy więc zapytać siebie: „Czy to, co myślę o danym zachowaniu seksualnym, pozwala mi się czuć tak, jakbym chciała? Czy przybliża mnie choć o krok do szczęścia? Czy raczej hamuje i ogranicza? Zasmuca, odbiera nadzieję? W jaki sposób mogę udane życie seksualne pogodzić z rolą żony i matki? Jak to urealnić?”.

A więc to, czego uczyli nas mama i tata, nie jest prawdą?
Im więcej podróżujemy, poznając inne kultury, miejsca i podejścia, tym częściej dochodzimy do wniosku, że świat jest bardziej zróżnicowany, niż nam się wydawało. I że jest więcej rozwiązań niż zestaw przykazań, obowiązków i wzorców, który odziedziczyliśmy po przodkach. Dlatego, jeśli coś nie jest użyteczne, warto to zmienić.

Miałem kiedyś w coachingu relacji parę po 30. Ona z małej podwarszawskiej miejscowości, siedmioro rodzeństwa, rodzina rolniczo-rzemieślnicza. Nigdy nie widziała rodziców nago. Najbardziej nagie były nogi, myte po całym dniu pracy. Jest świetnie wykształcona, pracuje w korporacji. On to jedynak, syn dwojga trenerów – siatkarki i koszykarza. Od maleńkości mył się pod prysznicem z całą kadrą siatkarek lub koszykarzy. Nie pamięta czegoś takiego jak dom, bo ciągle był z rodzicami na spartakiadach. Jego rodzina to kilkadziesiąt osób, był maskotką obu drużyn, przytulany i hołubiony przez wszystkich. Dla niego nagość jest całkowicie naturalna, wobec obu płci. Pracuje w tej samej korporacji, co ona. Są razem. Tylko że ona wieczorem zakłada koszulę, zaciąga żaluzje i może się kochać tylko pod kołdrą, a już kilka miesięcy po ślubie chce dziecka, bo to przecież naturalna kolej rzeczy. Współżycie dla niej to okazja do wywiązania się z obowiązku macierzyństwa, i to do 12 miesięcy po ślubie, inaczej cała wieś będzie się dopytywać, co jest nie tak. Dla niego to czysta abstrakcja! On tęskni do widoku jej ciała, chce seksu nieskrępowanego, jak sport. Walczą więc ze sobą i ranią się nawzajem, bo obojgu się wydaje, że to ich świat jest słuszny i prawdziwy.

Rozumiem, że żyjąc w tak różnych światach, nie mają szans na porozumienie w sypialni?
Nie będą w stanie naprawdę się spotkać dopóty, dopóki nie zrozumieją, że różnią się ich mapy pojęciowe, które ukształtowały ich wzorce seksu, małżeństwa i rodzicielstwa. Tak długo, jak tego nie zobaczą, będą zakładać, że to, co się nie układa, to zła wola jego lub jej – a o przyjemności w łóżku będą mogli zapomnieć.

Przeczuwam tu przesłanie, by zmieniać siebie, a nie świat zewnętrzny…
Ważny jest element odpowiedzialności, czyli stwierdzenie: „To ja odpowiadam za stan, w jakim jest moje życie erotyczne. Jeśli nie zmienię siebie, to nic się tak naprawdę nie zmieni – nawet, jeśli będę zmieniać partnerów, pościel, pozycje czy miejsce, gdzie uprawiam seks”. W coachingu istnieje taki koncept, że człowiek funkcjonuje na kilku poziomach. Jest jak góra lodowa: nad powierzchnią wody znajduje się jej czubek, czyli poziomy płytkie: najbardziej podstawowy poziom środowiska, potem poziom zachowań i poziom umiejętności. Pod powierzchnią są z kolei głębokie poziomy: przekonań i wartości, tożsamości i najbardziej głęboki – duchowości, zwany też poziomem misji. Większość zmian, na które wpadamy, to zmiany płytkie, adresowane do powierzchownych poziomów. Kupno nowego wibratora, seks w hotelu, zapalenie świec – to zmiany na poziomie środowiska. Opanowanie pieszczot oralnych – na poziomie umiejętności. Żadna z tych zmian nie przebudowuje fundamentalnych, głębiej położonych struktur.

Takie zmiany nic nie dają?
Czasem pomagają. Na przykład partner nie wiedział, że kiedy krzyczy, budzi w partnerce lęk. Potrzebuje więc po prostu zmienić swoje zachowanie. Przejawiać więcej czułości, kupować kwiaty i nie podnosić głosu, a ona zacznie być znacznie bardziej receptywna. Czasem prosta zmiana może coś odmienić – jeśli kłopot polega na tym, że ludzie np. kochają się w stresie, bo za ścianą śpią teściowie. Ale zwykle problem leży dużo głębiej. Jeśli „pod powierzchnią wody”, w tym nieuświadamianym obszarze, dzieje się coś, co dyktuje, że seks jest zły, to zdeterminuje to, co mamy „nad powierzchnią wody”.

I seks nie będzie dawał frajdy?
Przekonania i wartości zasilają głębsze poziomy pomysłami czy umiejętnościami, ale też stanowią coś w rodzaju membrany, która przepuszcza lub nie. Przykładowo myślisz o czymś: „to trudne”. Niby maleńkie dwa słowa – a jaka magia, jaki silny bodziec dla umysłu! I już nie potrafisz zbudować szczęścia, bo to przekonanie podpowiada: „to trudne”. Bo trudno być czułym. Bo trudno mieć orgazm. Trudno jest dogodzić kobiecie. Trudno jest w moim wieku, z moją budową… Nie ma przepływu ku górze, bo przekonania nie puszczają. Możesz mieć na poziomie tożsamości zapisane: „mężczyźni są OK” lub „warto się komunikować, warto być czułym i eksperymentować”, lecz z poziomu przekonań i wartości zaraz idzie komunikat: „ale w moim wieku, z moją nadwagą, z moją urodą, z moimi biodrami – to trudne” i nie przepuszcza do innych poziomów.

I klops, bo już wiem: będę wyglądała głupio w peniuarze...
Właśnie! I on na pewno cię wyśmieje albo na pewno wam nie wyjdzie. I jeśli na poziomie tożsamości masz zapisane: „katoliczki tak się nie zachowują” czy „jestem grzeczną dziewczynką”, to te dwa przekazy nakładają się, wzajemnie wzmacniając. Mężczyzna, który ma na poziomie wartości i przekonań takie hasła jak: „o seksie nie ma co rozmawiać” i „rzeczy są proste”, a na poziomie misji wzór: „moim zadaniem jest dbać o rodzinę i być kimś, kto stwarza bezpieczeństwo”, może nie widzieć problemu w zdradzie małżeńskiej. Bo przecież przynosi pieniądze, a skoro ona „tego” nie lubi – jak przypuszcza, bo przecież jej nie spyta – to chyba może szukać zaspokojenia z kimś innym?

No dobrze, ale co zrobić, by seks był lepszy?
Pracować z tym, co „pod powierzchnią wody”. Wiemy z wielu badań, że istnieje coś, co nazywamy „sponsoringiem zmiany życiowej”. To jest podstawa wszelkiej metamorfozy. Dzięki niej ludzie nie tylko rzucają palenie, ale też zaczynają zupełnie zmieniać swoje życie. Paradoksalne jest to, że cała nasza kultura zbudowana jest w oparciu o pierwsze trzy powierzchowne poziomy, czyli tę płytką część.

Dlaczego impuls musi płynąć z głębszych warstw?
Tym, co „nad powierzchnią”, rządzi motywacja zewnętrzna, czyli słaba. Motywacja wewnętrzna, czyli pragnienie prawdziwej zmiany, jest „pod powierzchnią”. Zmiana się uda, jeśli dotrzemy na poziom tożsamości, przekonań i wartości, może nawet misji. Kobieta musi zmienić swoją tożsamość kobiety, by móc w pełni i bez poczucia winy czerpać rozkosz. Mężczyzna musi zmienić swoją tożsamość mężczyzny, by móc się w pełni otworzyć na kobietę. Inaczej nowy wibrator nic nie pomoże. Bo on nie koresponduje z naszymi przekonaniami i wartościami. Jeśli dokonamy zmiany głębiej, wibrator w ogóle nie będzie potrzebny – choć może się pojawić, czemu nie…

Maciej Bennewicz, coach, pisarz, menedżer, trener biznesowy, socjolog, bloger, autor licznych artykułów prasowych i książek, podróżnik.

  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Zjadaj słonia po kawałku - jak metodą małych kroków zmienić życie?

Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się nad życiową zmianą? Od razu w ciągu jednego dnia? Przecież nie da się zjeść słonia w całości. Samo myślenie o zmianie stresuje. Dlatego proponuję ci łagodniejsze rozwiązanie, czyli zjadanie słonia po kawałku. To, od której części rozpoczniesz, zależy od ciebie. Pamiętaj tylko, aby nie była zbyt duża i do zjedzenia - radzi life-coach Sylwia Kalinowska.

Nawet jeśli jesteś nieszczęśliwa i zestresowana biegiem swojego życia, to i tak ciągle zmierzasz w tym samym kierunku. Dlaczego więc nie zmieniasz kursu?

Po pierwsze dlatego, że się boisz...
Lęk przed nieznanym jest dla ciebie gorszy, niż obecna nieznośna sytuacja. Po drugie masz przed oczami SŁONIA, czyli ogrom pracy, jakiej ta zmiana wymaga. A to błąd. Czasami wystarczy jeden mały krok, by zmiana się dokonała. W końcu nie musisz zjadać całego słonia, żeby nasycić głód. A badania dowodzą, że ludzie którzy próbują nowych rzeczy, są zdrowsi i szczęśliwsi oraz bardziej angażują się w życie od tych, którzy trzymają się raz obranego w życiu kursu. Na początek możesz wybrać inną drogę do pracy czy szkoły.

Dlaczego zmiana jest tak ważna?
A dlatego, że kiedy wykonujesz coś wielokrotnie i ciągle tak samo z czasem nabierasz rutyny, a twoja uważność się obniża lub spada do zera. Jeśli wkraczasz na nieznany grunt, wszystkie twoje zmysły się wyostrzają, aby zebrać jak najwięcej pomocnych w orientacji informacji. Zmiany, wbrew pozorom, nie utrudniają, a ułatwiają życie. Powodują wzrost twojej ciekawości i znacznie urozmaicają życie.

A teraz weź kartkę A4, długopis i lewą ręką narysuj słonia
(prawą jeśli jesteś leworęczna). Wystarczą tylko kontury: trąba, uszy, głowa, 4 nogi, tułów (podzielony na kilka części), ogonek i kły, które symbolizują coś, czego może nie warto zmieniać. W każdą z tych części wpisz określenie jakiejś części swojego życia, w której chciałabyś dokonać zmiany. Kiedy już to zrobisz, zastanów się od której części chcesz zacząć zjadać słonia. Może to będzie trąba, która symbolizuje na przykład pracę. A następnie w najbliższym tygodniu codziennie dokonaj dwóch małych zmian. Może uśmiechniesz się do szefowej, która cię wczoraj nie doceniła, a może napiszesz CV lub je przeredagujesz. A może sprawdzisz ofertę szkoleń lub zmienisz trasę do pracy.

A pod koniec tygodnia spróbuj podsumować swoje refleksje.
Co przyniosły ci te drobne zmiany? Słonia, jak każde zwierzę, można oswoić i uczynić naszym przyjacielem. Warto odnaleźć w sobie odwagę i zrobić z niej wreszcie użytek. Nie ma odwagi bez lęku. Jeśli odczuwasz lęk przed zmianami, to znaczy że masz w sobie pewną wrażliwość i pokorę. Każda zmian wymaga odwagi, bo idziesz w nieznane. Ale chyba największej odwagi wymaga przyznanie się, że bardzo potrzebujesz wyrwać się wreszcie ze swojej strefy komfortu, by zaznać trochę spokoju i radości życia, by wreszcie żyć w zgodzie ze sobą.

Kiedy ostatnio zastanawiałaś się co jest dla ciebie naprawdę ważne w życiu?
Zrób to teraz. Poświęć na to chwilę. Wypisz 5 wartości, bez których twoje życie nie ma sensu. Jak dawno temu weryfikowałaś swoje poglądy i przekonania? Jak wiele z nich nie ma już żadnego odbicia w rzeczywistości, która cię otacza. Wypisz 5 przekonań na temat życia, którymi się kierujesz? Czy to rzeczywiście prawda?

Oczywiście nie musisz rezygnować z całej swojej strefy komfortu.
Potrzebujesz takiej przestrzeni, w której możesz odpoczywać. Odważne „zjadanie słonia” powinno przejawiać się w poczuciu, że to, co robisz, jest zarazem słuszne i piękne, bo znajdujesz równowagę w życiu, czyli harmonię pomiędzy byciem a działaniem.