1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tata i nastolatka - trudna, ważna relacja

Tata i nastolatka - trudna, ważna relacja

Zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu. (Fot. iStock)
Tym razem coś tylko dla ojców... Gdy córcia wchodzi w okres dojrzewania, ty stawiasz czoła problemom wieku średniego. Najprostsze byłoby wycofać się z jej życia. Tato! Właśnie tego nie wolno ci zrobić!

Bycie ojcem nastolatki to niewdzięczna i niestety wyjątkowo mało satysfakcjonująca rola. Przestajesz być wyrocznią, a stajesz się tarczą strzelniczą lub workiem treningowym służącym do odreagowania młodzieńczych frustracji. W dodatku sam masz problem z tym, czy traktować ją jeszcze jako małą dziewczynkę, czy już jako dorosłą kobietę. Okazywać czułość, a może trzymać się na dystans?

Wielu mężczyzn w tym czasie instynktownie oddaje wychowanie córki w ręce partnerki, usuwając się w cień. To błąd! Ojciec jest potrzebny dziewczynie na każdym etapie życie, a zwłaszcza w okresie, w którym kształtuje się jej stosunek do własnego ciała i wyrabia opinia na temat płci przeciwnej.

Jak to rozumieć?

Ojcowie, którzy do tej pory znakomicie radzili sobie w tej roli, stają się nieporadni i zagubieni w momencie, gdy w życie ich córek wkraczają chłopcy, kosmetyki, dyskoteki, a przede wszystkim bunt. Nie rozumieją, co znaczą te emocjonalne, czasem wrogie, ale przede wszystkim irytujące zachowania nastolatki. Też tak masz? Na szczęście większość z nich da się w prosty sposób wyjaśnić.

Jeśli córka...

...trzaska drzwiami – pokazuje ci, że dorasta i ma swoje zdanie. Jednocześnie też mówi, że się ciebie nie boi- i bardzo dobrze!;

...wrzeszczy, płacze, histeryzuje – to znak, że nie radzi sobie ze swoimi emocjami. Najczęściej nastolatka zachowuje się tak, gdy zabrnęła w ślepy zaułek i nie wie, jak z tej sytuacji wyjść z twarzą;

...ubiera się w wyzywający lub niechlujny sposób, mimo że kilka razy zwróciłeś jej uwagę, że taki strój jest niedopuszczalny – nie martw się, ona nie szuka zaczepki, tylko akceptacji w grupie rówieśniczej;

...zapomina o obowiązkach domowych – robi tak, bo wie, że ktoś w domu je za nią wykona;

...wyłącza się, jakby w ogóle cię nie słuchała – najprawdopodobniej zrzędzisz, mówisz za długo i nie na temat. Poza tym nastolatki interesują się głównie własnymi sprawami, problemy innych są dla nich mało istotne;

 
...mówi lub krzyczy, że nic nie rozumiesz, żebyś jej nie mówił, co ma robić – tak naprawdę ma do ciebie pretensje, że za mało uwagi poświęcasz jej na co dzień, że nie interesuje cię jej świat i jej życie;

...rzuca na odchodnym: „dziś już jestem umówiona”, gdy jej mówisz, że zaplanowałeś fantastyczne popołudnie w domu – bynajmniej nie chce ci zrobić na złość. Żyje w ciągłym rozdarciu między oczekiwaniami rodziny („zostań w domu i nie marnuj czasu”) a grupy rówieśniczej („wyjdź z domu i strać trochę czasu”). Presja grupy jest zazwyczaj silniejsza, a konsekwencje odrzucenia przez rówieśników są w tym wieku dotkliwsze niż brak akceptacji ze strony rodziców;

...snuje się po domu i nic nie robi – wykorzystuje czas na coś bardzo w tym wieku cennego: na dorastanie. Dziewczynki muszą mieć też czas na nicnierobienie!

...obgaduje cię przed swoimi znajomymi – a ty nie żalisz się na nią swojemu koledze? Dzieci, tak samo jak my o nich, rozmawiają o nas z innymi, a ponieważ są szczere, mówią zwykle prawdę. Nastolatka wyczuje każdy rozdźwięk między twoją deklaracją a zachowaniem, więc miej się na baczności.

...odburkuje ci coś w odpowiedzi na spokojnie zadane pytanie – najprawdopodobniej wyczuwa, że pytasz na odczepnego, albo masz coś w zanadrzu i jesteś na nią zły. Albo: poświęcasz jej za mało czasu i w ten sposób cię karze;

...wzrusza ramionami, gdy pokazujesz jej coś ciekawego, a po dwóch dniach przybiega do ciebie i chwali się, że dowiedziała się o tym… od koleżanki – w tym wieku dziewczyna nie chce się niczego uczyć od rodziców;

...zachowuje się niegrzecznie przy osobach, na których zdaniu najbardziej ci zależy – cóż, to wiek, gdy dziecko buntuje się przeciwko zasadom obowiązującym w domu i musi ten sprzeciw zamanifestować.

Bądź przy niej

Jeśli jesteś właśnie na etapie myślenia, że nigdy już nie uda ci się ułożyć sobie „normalnych” stosunków z córką, uspokój się – to minie. Co nie znaczy, że powinieneś „wziąć na przeczekanie”. Okres dojrzewania to niezwykle istotny okres w życiu twojej córki. Nie wolno go przegapić! Twoje zadanie to, bez względu na trudy, trwać przy córce. Co więcej, nawet jeśli wydaje ci się, że jawnie odrzuca twoje rady i wyklucza cię ze swojego świata, to tylko pozory. Tak naprawdę pokazuje ci, jak bardzo cię potrzebuje.

Pamiętaj:

  • Nawet jeśli córka zniechęca cię do jakichkolwiek kontaktów, nie daj się nabrać. Ona tylko wypróbowuje twoją miłość i jej granice.
  •  Bądź pewny w roli ojca. Traktuj ją jako przywilej, dzięki któremu masz dostęp do wspaniałego obszaru, jakim jest świat nastolatki.
  •  Nie zaniedbuj kontaktu fizycznego. Mimo całej swojej szorstkości, nastolatka bardzo go potrzebuje. Częściej niż słowa wystarczy zwykły całus w czoło na dobranoc.
  •  Jak najczęściej bądź wesoły, pogodny, żartuj – po prostu buduj dobrą atmosferę w domu.
  •  Poświęcaj jej swój czas. To, na co go wykorzystacie, ma podrzędne znaczenie. Może to być „tylko” wspólne oglądanie telewizji czy zjedzenie obiadu.
  •  Chwal się córką przed znajomymi, wychodźcie razem z domu. Niech widzi, że chętnie się z nią pokazujesz, nawet jeśli ma zły humor.
  •  Zachęcaj, by odwiedziła cię w pracy, przedstaw ją swoim współpracownikom, niech widzi swoje zdjęcia na twoim biurku, a obcy ludzie mówią, że tatuś wciąż się nią chwali.
  •  Nigdy jej nie krytykuj. Jeśli coś ci się nie podoba, powiedz raczej: „Hm, czyli tak to chcesz zrobić?”.
 

Dbaj o dobry kontakt

Nie układa się wam? Nie rozumiesz jej i nie potrafisz z nią rozmawiać, ale chcesz nad tym popracować? Kochasz córkę i chcesz, żeby wiedziała, że jest dla ciebie ważna. Jak to wyrazić?

Wpadłeś na pomysł, by wyjść wcześniej z pracy, pojechać do jej szkoły, wywołać ją z lekcji, dać ogromnego misia i powiedzieć, że jesteś bardzo zapracowany, ale chcesz, by wiedziała, że jest dla ciebie najważniejsza i zawsze może na ciebie liczyć?

Hm, oczywiście możesz tak zrobić, ale córka raczej nie uwierzy w twoje dobre chęci, narobisz jej tylko wstydu w szkole, czego długo ci nie wybaczy. Może nawet pomyśli, że nie zrobiłeś tego bezinteresownie. Znacznie bezpieczniej i ciekawiej jest spróbować po prostu ją lepiej poznać. Zapytaj na przykład, czego ostatnio słucha. Co to za zespół? Poproś, żeby nagrała ci kilka kawałków na płytę, którą zamierzasz słuchać w samochodzie w drodze do pracy. A potem powiedz, który fragment najbardziej ci się podobał. Nie tylko dowiesz się, jaki ma gust, ale też będziesz na bieżąco z tym, czego nastolatki teraz słuchają. Córka doceni twoje zainteresowanie, a temat do rozmowy sam się pojawi. No i nie będziesz mieć problemu z prezentem na jej urodziny.

Córce zrobi się też miło, kiedy np. zadzwonisz do niej z pracy i zapytasz, co można kupić dziewczynie w jej wieku, bo córka kolegi z pracy ma imieniny i on nie wie, jaki prezent jej się spodoba. Potem napisz SMS, że bardzo wam pomogła i oczywiście kup jej coś z wymienionych rzeczy, dodając komentarz: „Dzięki za konsultacje”.

Noś przy sobie jej zdjęcie: w portfelu, w widocznym miejscu. Jeśli masz tam jej fotkę z okresu, gdy była malutka, teraz czas dołożyć taką, na której jest nastolatką. Inaczej wysyłasz jej sygnał, że wolałeś, kiedy była dzieckiem. Najlepiej powiedz, by sama je dla ciebie wybrała. I jakiekolwiek ci da, zachwyć się jej wyborem.

I co najważniejsze, nie wykonuj takich gestów jedynie od święta. Gdy zobaczysz, że ogląda jakiś film, postaraj się obejrzeć go razem z nią. Potem zapytaj, co o nim sądzi. Jeśli ma własny pokój, zaglądaj do niej pod byle pretekstem (pamiętaj: zawsze najpierw zapukaj i zaczekaj na „proszę”!). Rozejrzyj się i powiedz, że fajną ma tu atmosferę.

Nigdy:

  •  nie krytykuj wprost jej wyglądu, nie wspominaj o wadach budowy czy niedoskonałościach jej ciała,
  •  nie śmiej się z tego, jak się ubiera i czego słucha,
  •  nie komentuj wyglądu i zachowania jej znajomych,
  •  nie mów: „twoimi jedynymi zadaniami są nauka i domowe obowiązki”,
  •  nie unikaj przebywania z córką sam na sam,
  •  nie powtarzaj, że chłopcom chodzi tylko o jedno,
  •  nie porównuj córki do siebie w jej wieku, rodzeństwa czy dzieci sąsiadów,
  •  nie mów, że dopóki mieszka pod twoim dachem, ma być ci posłuszna,
  •  nie mów źle o jej matce,
  •  nawet niechcący nie sugeruj, że dziewczynki są od chłopców słabsze, mniej inteligentne czy mniej zdolne.

Na całe życie

Badacze Josh McDowell i Norm Wakefield szczegółowo zajęli się wpływem ojca na osobowość i szeroko pojęte sukcesy życiowe dzieci. W książce ich autorstwa „Zadziwiający wpływ tatusia” czytamy: „Zdolność kobiety do nawiązywania więzi uczuciowej i, co za tym idzie, do udanego związku z mężczyzną, związana jest z jej stosunkiem do ojca”.

Z kolei zespół naukowców z Uniwersytetu w Oxfordzie, działający pod kierunkiem Eirini Flouri, zaobserwował szczególnie silną zależność między zaangażowaniem ojca w wychowanie nastoletniej córki a brakiem u niej problemów psychicznych w dorosłym życiu.

Może więc – mimo niewątpliwego wysiłku, a nieraz braku bieżącej satysfakcji – dobrze być wspaniałym tatą?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii - 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie  zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to  troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem...  W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem?  Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one? A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne. Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba? Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas. Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”. Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych? Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim? Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska? Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka? Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”. To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…? Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców? Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”. Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą? Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”. Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci... A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Psychologia

Między poczuciem krzywdy a poczuciem winy. Jak na starość zorganizować opiekę rodzicom?

Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
„Czcij ojca swego i matkę swoją”. Wychowanym na tym przykazaniu nie trzeba tłumaczyć, że rodzice na starość wymagają troski, opieki, cierpliwości... Ale dobrze pomóc rodzicom mogą tylko dorośli, nie dzieci.

Ewa ma 37 lat i narzeczonego, z którym od kilku lat nie może wziąć ślubu. Najpierw zachorowała mama. Ewa mieszkała już z narzeczonym, ale wtedy wróciła do domu, by się nią opiekować. Szpital, dom, szpital… rak posuwał się szybko mimo leczenia. Narzeczony rozumiał sytuację, próbował pomagać, ale Ewa nie oczekiwała pomocy, sama sobie ze wszystkim radziła, nawet płakać wolała sama niż na jego ramieniu. Mama umarła i znów mogliby zamieszkać razem, ale Ewa nie chciała zostawić ojca. Po śmierci mamy czuł się samotny i zagubiony, postanowiła z nim trochę pomieszkać, póki nie dojdzie do siebie. Nie doszedł, bo miał wylew. Znów szpital, rehabilitacja. Teraz jest już lepiej, ale ojciec z trudem się porusza, nic sam nie zrobi, zresztą nigdy nie umiał, więc Ewa cały czas się nim zajmuje. Już jako kilkulatka doprowadzała go do domu, gdy był pijany, kładła do łóżka, teraz znów może się nim opiekować.

Z pracy pędzi prosto do domu, robi obiad, gra z ojcem w różne gry, bo trzeba pobudzać jego umysł. Z narzeczonym widuje się rzadko, bo ojciec nie lubi jego wizyt. Za to lubi być razem z Ewą. „Moja córeczka” – mówi do niej, gdy jest zadowolony. Gdy ma gorszy nastrój, złości się, że zostawia go na tyle godzin, więc Ewa pędzi jeszcze szybciej z pracy do domu i stara się jak najmniej wychodzić. W ciągu dnia ojciec często do niej dzwoni, Ewa się denerwuje, bo w pracy powinna pracować, ale zawsze odbiera telefon i cierpliwie rozmawia z ojcem. Chce, żeby czuł się zaopiekowany, przecież to jego ostatnie lata. Czy w opiece nad ojcem nie mogłaby jej pomóc trzydziestoletnia siostra, która blisko mieszka? Niestety. Siostra co prawda nie pracuje zawodowo, ale ma dwoje małych dzieci, nie ma czasu zajmować się ojcem. Może chociaż mógłby do niej dzwonić, gdy Ewa jest w pracy? Tak byłoby lepiej, ale jak o tym powiedzieć, żeby nie było mu przykro?

Grzeczna córeczka

A jak Ewa czuje się w tej sytuacji? Jest ciągle zmęczona, rano nie ma siły wstać z łóżka, często płacze, boi się, że po mamie odziedziczyła depresję. Ma poczucie krzywdy, zadaje sobie pytanie: „czemu ją to spotyka?”. Niedawno śmierć mamy, teraz choroba ojca, która może potrwać wiele lat, własne życie musi odkładać na później, a czy później nie będzie za późno?

Jak długo w tej sytuacji wytrzyma jej narzeczony? Ostatnio sam wyjechał na wakacje, bo Ewa jak zwykle nie mogła. A gdyby przestała tak intensywnie zajmować się ojcem, który pławi się w jej opiece jak pączek w maśle? Na samą myśl ma poczucie winy. Ojciec jest taki szczęśliwy, gdy ona jest w domu. Z zapałem opowiada jej o swoich dolegliwościach, które daje się znieść tylko w jej obecności.

Najlepiej oczywiście by było, gdyby opieką nad ojcem udało jej się podzielić z siostrą lub innymi członkami rodziny. W niektórych rodzinach to się zdarza, ale rzadko. Częściej jedno z dzieci przejmuje odpowiedzialność za sytuację i ugina się pod jej ciężarem. Z góry można przewidzieć, kto to będzie.

Ewa zawsze starała się spełniać oczekiwania innych ludzi. Rodziców, nauczycieli, koleżanek, szefa. Wszyscy doceniali jej poczucie odpowiedzialności, chyba nigdy nikogo nie zawiodła, choć często czuła się wykorzystywana. Dziś zamknięta w pułapce między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak zwykle wybiera to pierwsze, choć tak naprawdę ma już dość tego swojego-nie-swojego życia. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie robić przykrości. Siostra i tak nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, tata może niedługo umrze, więc Ewa nie ma wyjścia. Musi dalej ciągnąć ten wózek, który ciągnie od dzieciństwa.

To cudowne, że kocha swojego ojca, że wybaczyła mu jego winy, chce mu pomóc na starość. Ojciec z pewnością potrzebuje pomocy. Kłopot w tym, że Ewa nie robi tego z wyboru, tylko z konieczności, bo nie potrafi inaczej. Poczucie obowiązku kieruje całym jej życiem. O tym, co jest tym obowiązkiem, decydują potrzeby i pragnienia innych, ona sama nie ma tu nic do powiedzenia. Nie potrafi stawiać żadnych granic. Jej uczucia nie mają znaczenia. Wciąż jest grzeczną córeczką, działa tak samo jak w dzieciństwie, by rodzice byli z niej zadowoleni. Ale to droga, która prowadzi na manowce.

 

Dziecko, lat 52

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Ci, którzy jeszcze nie wyszli z roli dziecka i nie stali się niezależni od swoich rodziców, na oślep rzucają się na pomoc, tratując po drodze samych siebie, czasem też męża i dzieci, nie szukają innych rozwiązań ani wsparcia. A opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa i wymaga, byśmy byli w dobrej formie.

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie „przepracowały” swojej relacji z rodzicami, nie potrafią docenić, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Tak jest w przypadku Barbary, która ma 52 lata i dwoje dorosłych dzieci. Wciąż czuje żal do matki, obwinia ją o swoje porażki, choć matka mieszka w innym mieście i w żaden sposób nie próbuje wpływać na jej życie.

Ale Barbara nadal jest pokrzywdzoną córeczką. Kiedy jej matka zaczęła mieć zaburzenia pamięci, które mogły skończyć się tragicznie, Barbara właśnie zmieniała swoje życie. Rozwiodła się z mężem, sprzedała firmę i zamierzała dalej żyć ze zgromadzonego kapitału. Mogłoby się zdawać, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby na jakiś czas zamieszkała z matką, w jej dużym domu, w innym mieście. Ale Barbara nie widziała powodu, żeby to zrobić.

– Oddaj ją do domu opieki – radzi młodszej siostrze, która opiekuje się matką, dojeżdżając co tydzień dwieście kilometrów. – Prosiłam ją kiedyś, żeby mnie zabrała z kolonii, a ona nie chciała – Barbara ma łzy w oczach na wspomnienie kolonijnego dramatu. – To niech teraz ona poczuje, jak to jest! Niech będzie tam, gdzie nie chce. Ja na pewno się nią nie zajmę. Wspomnienie własnych krzywd nie pozwala Barbarze racjonalnie ocenić sytuacji.

Ci, którzy naprawdę dorośli, wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek, dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie.

Dorosłe, niekochane

Inna Basia, 45 lat, po rozwodzie nie miała się gdzie podziać, a mama potrzebowała opieki, miała problemy z nogami, nie mogła chodzić, więc zamieszkały razem. Basia nigdy nie czuła się przez nią kochana, w jej oczach była nieudolna, niezaradna, głupia. I tak jest nadal. Ostatnio było im ciężko finansowo, więc oprócz pracy nauczycielki, Basia podjęła się sprzątania u znajomej. „Ty to potrafisz się poniżać” – skomentowała matka. Basia potrafi, ale dużo lepiej poniża ją mama, traktując jak służbę, z której nigdy nie jest zadowolona. Córka znosi wszystko z pokorą, choć wie, że to przez mamę nie czuje się dobrze na świecie. Robi, co może, żeby nie mogła jej nic zarzucić. Ciągle jest tym niekochanym dzieckiem, które stara się i stara, choć już nie wierzy, że mama je kiedyś pokocha. Mama przecież ma ukochanego syna, który spełnia pokładane w nim nadzieje. Czasem wpada z wielkiego świata z kwiatami i prezentem, wypije kawę i leci, bo ma naprawdę ważne sprawy. Mama to rozumie, jest z niego bardzo dumna, bo syn jest biznesmenem i zarabia pieniądze. A Basia na przyjście brata nie zdążyła upiec ciasta! Dziewczyna płacze po kątach, wciąż czuje się nieudaną córką własnej matki, choć sama jest matką szesnastoletniej córki, która na to wszystko patrzy. Właściwie stara się patrzeć jak najmniej. Często znika z domu, bierze narkotyki... „Nawet jej nie potrafiłaś wychować” – mówi matka.

Tak jest dobrze

Kasia, 48 lat, ma wolny zawód, mieszka blisko mamy, a to bardzo ułatwia sytuację. Może do niej zaglądać kilka razy dziennie, kiedy ta potrzebuje pomocy. I dotąd tak było: zaglądała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, wspólnie rozwiązywały krzyżówki. Ale mamie ciągle było mało, jest przecież taka samotna, a córka zawsze wpada jak po ogień. Gdy mama zachorowała, Kasia zatrudniła opiekunkę, która zamieszkała z nią na stałe. Mama oczywiście wolałaby, żeby to córka z nią mieszkała. Miała pretensje, dwa tygodnie chodziła obrażona, ale w końcu zaakceptowała sytuację. Dzięki temu Kasia jest o nią spokojna, gdy pracuje, a gdy wpada do niej, nie musi brać się za sprzątanie i gotowanie, może po prostu z nią posiedzieć. I tak jest dobrze, nie tylko Kasi, ale także mamie.

Zwycięsko przez starość rodziców mają szansę przejść tylko ci, którzy naprawdę dorośli. Oni wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek. Dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie. Rodzice zwykle to doceniają. Przecież wychowywali nas po to, byśmy mieli własne życie i umieli podejmować dobre decyzje. Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych?

  1. Psychologia

Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Jak buduje się rodzicielski autorytet?

Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami. (Fot. istock)
Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. A nie są, bo udają, że wiedzą lepiej – mówi Iwona Majewska – Opiełka, psycholożka, autorka książek (m.in. „Wychowania do szczęścia”).

Obwieszczono ostatnio klęskę liberalnego modelu wychowania. Jego przeciwnicy uważają, że wskutek takiego wychowania dzieci robią teraz co chcą. To kompletne nieporozumienie. Liberalne wychowanie nie zakłada, że wszystko jest wolno. Daje dzieciom jedynie więcej wolności w podejmowaniu wyborów, stawia na rozmowę i współpracę. Moim zdaniem to, co się dzieje w Polsce i na świecie jeśli chodzi o wychowanie, wiąże się  zupełnie z czymś innym. Z tym mianowicie, że nikt nie próbuje wychowywać, ba, nie zastanawia się nawet , co to jest wychowanie. Wystarczy zapytać matkę, ojca, nauczyciela, co oni rozumieją przez wychowanie, to będzie cisza. Kiedy zadawałam takie pytanie, natrafiałam na milczenie. Musieliśmy więc wspólnie to ustalać. Ludziom wydaje się, że wychowywać to znaczy dać jeść, ubrać, okazjonalnie zwracać uwagę na to, co jest dobre, co złe, zapewnić edukację i to jak najlepszą. W szkołach tak samo – dzieci się nie wychowuje, a rozlicza z nauki. Wychowywanie w szkole źle się kojarzy, bo przecież już byliśmy wychowywani za PRL-u, więc nikt tego nie chce. No i nikt nie ma na to czasu.

No więc co to jest wychowanie? Otóż wychowanie to kształtowanie ludzi według jakiejś idei, misji, według jakiegoś spójnego systemu wartości i codzienne przekazywanie tego systemu poprzez czyny, dawanie przykładu, a nie tylko poprzez słowa. Najważniejsze są wartości, w jakich chcemy wychowywać. To muszą  wiedzieć rodzice od momentu narodzin dziecka, a najlepiej jeszcze przed, to musi wiedzieć oświata, która powinna mieć określoną misję szkoły.

Misja też się źle kojarzy… Misja PRL-u była beznadziejna, ale była. Teraz nie ma żadnej.

Jak to – a rankingi, testy kompetencji, wyniki? To jest pseudomisja. Rankingi, wyniki, liczba języków w szkole to ślepy zaułek, w jaki brnie szkoła. A rodzice też nie potrafią się temu szaleństwu przeciwstawić, bo wmawia im się, że wyniki testów są najważniejsze. Dorośli zabierają się za wychowywanie z błędnym założeniem – że sami są dobrze wychowani, że są w porządku. A prawda jest taka, że jesteśmy zagubieni w wartościach, więc nie pokazujemy ich dzieciom na co dzień. Nie ma ich w polityce, ani w biznesie, nie ma często w domu. A dziecko obserwuje i wyciąga wnioski.

Czytałam jakiś czas temu reportaż o dzieciach polityków różnych opcji. I wie pani jaki wyłonił się z tego tekstu obraz? W rodzinach katolickich, dzieci były zdyscyplinowane, szanowały dorosłych, pracowały na rzecz innych, natomiast w domach lewicy, w których panował luz, dzieci przysparzały nie lada kłopotów. A czy były szczęśliwe? O tym w ogóle nie mówimy. Rodzice spójni wewnętrznie, żyjący w zgodzie z pewnym systemem wartości, wyznaczają dzieciom jasne granice, co sprawia, że czują się one wtedy bezpiecznie i postępują w zgodzie z wyznaczanymi standardami, bo wszystko jest jasne, zrozumiałe. I rzeczywiście często dzieje się tak w rodzinach katolickich. Ale to nie dlatego, że ten system wychowania jest lepszy czy gorszy, tylko, że ten system jest spójny. Jeżeli rodzice mówią „nie kłam”, po czym sami chwalą się, jak to kogoś okłamali w pracy, nigdy w wychowaniu niczego nie osiągną. Owszem, w wielu domach powtarza się „nie kradnij, nie kłam”, ale kompletnie się tego swoim przykładem nie manifestuje i to jest problem.

Mamy różne rzeczy na sumieniu, a udajemy przed dziećmi, że jesteśmy doskonali? Tak. Gdyby dorośli przyznali: „my też jesteśmy zagubieni, ale staramy się odnaleźć ”, byliby dla młodych ludzi wiarygodni. Powinniśmy wreszcie dostrzec, ile sami musimy się jeszcze nauczyć. Chcieć pracować nad sobą, rozwijać się. Zaprosić dzieci do współpracy. Wychowanie to wspólna podróż dorosłych i dzieci.

My się uczymy od nich, one uczą się od nas, bo to nie jest tak, że my wszystko wiemy. Gdyby jajko nie było czasem mądrzejsze od kury, nie byłoby postępu na świecie, przez wieki obowiązywałby status quo.

A autorytet rodziców na tym współwychowywaniu nie ucierpi? Autorytetu nie można narzucić siłą. Jeżeli rodzice sami nie prezentują określonych wartości, a wymagają ich od dziecka, to nie zbudują autorytetu. Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Dzieciak kradnie, mama przychodzi do szkoły i pyta nauczyciela: No i co on ukradł? Długopis? A do dziecka: No wiesz co, przecież bym ci z pracy taki przyniosła. Autentyczne! Żeby przekonać do czegoś dzieci, sami musimy wierzyć w to, co mówimy. Mamy bardzo duży problem z wartościami i na to powinno się postawić. Ja dla starszej córki byłam najważniejszą osobą na świecie. Dlaczego? Bo jako psycholog i osoba dobrze radząca sobie w rzeczywistości cieszyłam się szacunkiem ludzi i ona to widziała. Z młodszą było już inaczej. Wyjechałam do Kanady, słabo znałam angielski, pracowałam przez jakiś czas jako dozorczyni domu i nie czułam się w tej nowej sytuacji pewnie. Autorytetem była dla niej starsza córka, menedżer, u którego  pracowałam, a dopiero potem ja. Ona po prostu doskonale widziała, że jestem zagubiona. Odbudowałam w końcu autorytet u mojego dziecka, ale to pewno dlatego, że pracowałam nad sobą o czym ona wiedziała, dalej nie zatrzymuję się w miejscu. Ale jakim autorytetem może być matka, która nie potrafi skorzystać z Internetu? Musimy iść z duchem czasu -  niech mnie dziecko nauczy tego, co umie, a z czym ja sobie nie radzę. Będziemy mieć potem o czym rozmawiać.

Przyzna pani jednak, że w wielu domach rządzą dzisiaj dzieci. Rodzice tłumaczą, że uginają się pod ich żądaniami, bo nie chcą, żeby ich dziecko było gorsze od innych. Dziecko rządzi dlatego, że wartością w jego domu są markowe ciuchy,  najnowsza komórka, telewizor plazmowy. Jeżeli rodzice są silni, mają poczucie wartości, kierują się pewnymi standardami moralnymi, to nie będą robić czegoś tylko dlatego, że tak postępują inni. Wiem, co mówię, bo ja też to przerabiałam. Starsza córka domagała się różnych rzeczy, a ja jej często odmawiałam. Tłumaczyłam: Ty nie musisz się w taki sposób wkupywać w środowisko, bo ty masz inne atuty, a poza tym znajdziesz ludzi, którzy to docenią. Sprowadzamy życie do materii - komputerów, telewizorów, telefonów, ubrań. Nie pokazujemy, że jest coś poza tym. Dajemy dzieciom protezy poczucia własnej wartości zamiast je w nich budować.

A co powinniśmy zaoferować dziecku? Czas i miłość. Powiedzmy sobie szczerze: kupno kolejnego gadżetu jest rodzajem rekompensaty za to, że tego czasu dla dziecka nie mamy. A jest on o wiele ważniejszy od nawet najbardziej pożądanego przedmiotu, którym zresztą dziecko będzie potem szpanowało, budząc zazdrość biedniejszych dzieci lub tych, które mają mądrzejszych rodziców. Trzeba tłumaczyć, że nie w tym tkwi istota życia, trzeba dać im coś w zamian. Rozmawiać, pokazywać świat, robić coś razem. Są ludzie, którzy żyją bez gadżetów, fajnie spędzając przy tym czas. Poznałam prostych ludzi, kolejarzy, którzy korzystając z ulgowych biletów, w każdy weekend wyjeżdżają z trójką dzieci do innego miasta, w inny kraniec Polski. Wszyscy tym żyją – wyszukują wspólnie miejsca do zwiedzenia, tanie hotele, a potem po prostu są razem.

W swojej książce napisała pani, że tylko szczęśliwi rodzice wychowają szczęśliwe dziecko. Tak uważam. Matka szczęśliwa ma szanse zadbania o to, żeby jej dzieci były szczęśliwe. Ojciec też. Tacy rodzice nie są sfrustrowani, nie odreagowują na dzieciach swoich problemów i nie zależy im na tym, żeby dzieci robiło to, czego im nie udało się zrobić tylko pozwalają im na własne wybory.

A dyscyplina, o której teraz tak głośno? Wychowanie nie sprowadza się do tego, żeby zrobić listę zakazów i nakazów. Dyscyplina tak, granice tak, ale to na konsekwencjach, a nie karach powinno się wychowywać. Te konsekwencje mogą być czasem bolesne, ale one musza być. A czego uczy młodych ludzi minister edukacji? Że nawet niezdaną maturę można odkręcić. Jego decyzja pokazuje, że się nie ponosi konsekwencji swoich wyborów. A idea wychowania sprowadza się do uczenia odpowiedzialności: Miałeś prawo się nie uczyć, bo jesteś wolnym człowiekiem, ale musisz za to zapłacić. I  na tym polega cała zabawa – pokazywać dzieciom: wybrałeś, ale z tym wyborem są związane konkretne skutki. Pamiętam, jak powtarzałam mojej młodszej córce Weronice: Człowiek jest wolny, może robić w życiu wszystko, ale jedno musi: pamiętać, że każdy czyn pociąga za sobą określone konsekwencje. Była niejadkiem, więc jej mówiłam: Nie musisz jeść, ale pamiętaj, że skoro nie ma w twoim brzuchu miejsca na obiad, nie ma i na słodycze, a następny posiłek jest o 18. Pamiętam, jak ona potem powiedziała do babci: Ja nic nie muszę! Babcia przeżyła szok. Ale efekt był rewelacyjny – zaczęła jeść!

Dlaczego pani zdaniem arbitralne zakazy nie skutkują? Bo je zawsze da się jakoś obejść. Jako młoda matka byłam dość radykalna - wymagałam grzecznego zachowania nie zwracając uwagi na jej potrzeby ruchowe i emocjonalne. Tłamsiłam ja w pewnym sensie. I co uzyskałam? Moje dziecko rzeczywiście zachowywało się fantastycznie, ale jak byłam w zasięgu 10 metrów. Córka znajomych natomiast, w porównaniu z moją, zachowywała się jak szatan. Myślałam: Jak oni z tym dzieckiem wytrzymują i co to będzie, kiedy pójdzie do szkoły. I co się okazało? Tamta w szkole zachowywała się grzecznie, a z moim dzieckiem przez pierwsze dwa lata był duży problem, bo zabrakło mamusi do poskromienia. Znajomi pozwalali córce na pewne rzeczy, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, zakładając, że dziecko jest dzieckiem. Ja natomiast chciałam mieć laleczkę. I córka  rzeczywiście była bardzo grzeczna, ale w końcu gdzieś musiała dać upust swojej energii.

Apeluje pani w książce, żeby wychowywać dzieci do szczęścia. A nie do sukcesu?Gdybyśmy sukces rozumieli jako spokój sumienia i udane życie emocjonalne oraz rozwój zawodowy zgodny z predyspozycjami to tak. Ale dla wielu ludzi sukces to pieniądze i kariera.

A także wykształcenie, najlepiej dyplom z kilku fakultetów. To prawda, jest wielka presja na młodych ludzi, żeby za wszelką cenę kończyli studia. Pytam: po co? Czy nie można propagować teorii, że człowiek może być szczęśliwy również po zawodówce? Dlaczego męczyć te dzieci, które nie mają zdolności, stresować, mówić że wykształcenie jest tak ważne, co rodzi potem frustracje, bo oni spodziewają się, że jak w końcu zdobędą te dyplomy to będą pracować w wyuczonym zawodzie.

Wykształcenie jest ważne, ale w tym sensie, że poszerza horyzonty, pokazuje inny styl życia, ale niczego nie gwarantuje. Jeżeli już coś może gwarantować sukces, to pasja. Ja zawsze mówiłam córkom: Możecie kończyć co chcecie albo nic, ale starałam się zaszczepić im potrzebę czytania. I dziś młodsza córka jest moim przewodnikiem po tym, co się ukazuje na rynku. Studia łączą się z rozwojem światopoglądu, ale na litość, nie fundujmy dziecku oszustwa, że są wszystkim. Dlaczego nie mówimy mu, że ma być szczęśliwe? Dlaczego rozprawiamy o sukcesie, karierze, jak można po prostu o szczęściu? Niech sobie zaliczy matematykę na trójkę, ale jeżeli fantastycznie pisze, rysuje czy majsterkuje - niech to robi. Ważne, żeby wiedziało, że chcemy, aby było szczęśliwe.

Rodzice zaprotestują: Ależ chcemy! Może chcemy, ale według własnego wzorca, czy panującego stereotypu społecznego. Tymczasem dziecko jest przekonane, że zależy nam głównie na ocenach, że to my znamy przepis na jego życie, że wiemy, co jest dla niego dobre. Przyszła do mnie pewna pani doktor zrozpaczona, że syn zamiast na SGH idzie do szkoły oficerskiej. I wielki dramat w rodzinie. A może on chciał sprawdzić: A będziecie mnie kochać w mundurze? Powiecie w towarzystwie, że jestem w szkole oficerskiej? Musimy zweryfikować swoją hierarchię wartości, zadać sobie pytanie: po co żyjemy. Dopóki tego nie zrobimy, dopóty nie możemy być ani szczęśliwymi ludźmi ani tym bardziej - dobrymi rodzicami.

Iwona Majewska – Opiełka jest psycholożką, konsultantką, trenerką liderów, doradczynią rozwoju osobistego, autorką książek, m.in.: „Czas kobiet”, „Sprzedaż i charakter”, „Korepetycje z sukcesu” (REBIS), „Sukces firmy” (GWP)