1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pozwólmy dzieciom się kłócić

Pozwólmy dzieciom się kłócić

Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz, żeby dzieci zdrowo się rozwijały? Gdy one się kłócą – ty pogódź się z konfliktem. Choć bywa to trudne.

Wyobraź sobie: właśnie wysyłasz bardzo ważny SMS, gdy facet podchodzi i wyrywa ci telefon z ręki. Nie, chyba nie złodziej, bo nie odbiega, tylko bezczelnie zaczyna gapić się na twój tekst i międlić w dłoniach aparacik. Twój pierwszy odruch? Odbierasz mu swoją własność. Na to jednak on wyszarpuje ją bardziej stanowczo. Wydaje przy tym jakieś nieartykułowane dźwięki. „Hej, nie zabieraj mi telefonu” – chcesz powiedzieć, ale z ust wydobywa ci się gulgotanie podobne do tego, które przed chwilą usłyszałaś z ust intruza.

Zaczynacie walczyć o komórkę. Ty chwytasz ją i ciągniesz w swoją stronę, na co on odpycha twoją dłoń. Ty z kolei całą mocą odpychasz jego, wołając: „Oddaj moją komórkę!”. Tym razem jednak dźwięk, który z ciebie płynie, przypomina bardziej ten, na który w reakcji słyszysz zazwyczaj „Ciiiii, nie krzyczymy!”. Masz ochotę wgryźć się do krwi w tłuste łapsko, które capnęło twój telefon – a właściciel łapska odepchnięty leży na ziemi. Też wygląda na wściekłego i zrozpaczonego – i też wyje.

Sytuacja jest patowa i właśnie teraz należałoby coś z nią zrobić. W tym momencie wkracza twoja szefowa: – Co tu się stało? Nie wolno się bić! – mityguje. – Ten miły pan chciał zobaczyć twój telefon. Bądź dobrą pracownicą, pokaż mu aparacik.

– Robiłam właśnie coś ważnego! On zaczął mi go wyrywać! – komunikujesz, ale szefowa słyszy już tylko: „łeeee!”. – Nie krzycz i podziel się telefonikiem. Trzeba się dzielić.

Protestujesz. Umiesz już mówić „nie” w taki sposób, że brzmi jak „nie” – szefowa jednak przeszła ostatnio jakiś trening komunikacji i nauczyła się tak stawiać pytania, abyś nie mogła odpowiedzieć „nie”. – Zobaczmy, co masz w torebce – mówi. – Szminka, notesik, klucze. No i komórka. Co damy do zabawy temu miłemu panu? – pyta tonem, jakim wydaje się polecenia. A ty patrzysz na twojego adwersarza, który już nie ryczy, tylko łakomie lustruje potencjalne zdobycze, patrzysz na swoją nową pomadkę, ukochany notesik i ważne kluczyki, w uszach dźwięczy ci: „Bądź dobrą pracownicą”, a przecież nie chcesz zawieść szefowej – i czujesz się źle, źle, źle.

Jak właściwie powinna wyglądać ta sytuacja?

– Hej, widzę, że masz fajną komórkę. Myślałem o kupnie takiego modelu. Czy mógłbym obejrzeć?

– Za chwilę, kończę wysyłać SMS. Proszę bardzo.

– Wygląda świetnie. Jesteś z niej zadowolona?

– O tak, nie miałam z nią jeszcze problemów.

– Ja mam taką, ładna obudowa, ale często się zawiesza.

– Mogę zobaczyć? Fajna.

– Twoja też fajna. Dzięki.

Czy adwersarze scenki numer jeden też mieliby szansę tak sobie poradzić? Nie dowiemy się. Jej bohaterami są bowiem małe dzieci. A my, dorośli, zazwyczaj wkraczamy do akcji, gdy ich konflikt dopiero rozkwita. Ba, często najchętniej wyplenilibyśmy jego zarodki z dziecięcego życia jak chwasty. Czy słusznie? I czy to w ogóle możliwe?

Sokrates w przedszkolu

Konflikty między dziećmi są wszędzie tam, gdzie dwoje lub troje zbierze się w imię zabawy i wspólnego spędzania czasu. Kłótnie o przedmioty to tylko jeden z wielu scenariuszy, bo spory wybuchają najróżniejsze. Na tle frustracji z powodu przegranej w grze, porażki w rywalizacji, poczucia niesprawiedliwości w przydziale dóbr, niecierpliwości w czekaniu na swoją kolej, zazdrości o czyjąś uwagę, rozpaczy, że coś się nie udaje, z powodu czyjejś gorszej dyspozycji w danej chwili… Możemy starać się eliminować przyczyny, ale kłótnie i tak będą wybuchać. I choć czasem, gdy jesteśmy ich świadkami, mamy ochotę zatykać uszy, gdy we własnym domu czujemy się jak na polu bitwy, a na placu zabaw zataczamy się od sparingu do sparingu – konflikty są potrzebne. Branie w nich udziału to bowiem jedyna metoda, żeby przejść długą drogę od opisanej we wstępie scenki numer jeden do scenki numer dwa. – Dzieci uczą się przez doświadczenie – wyjaśnia Patrycja Rzepecka z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS. – Porażki, frustracje, konflikty to wszystko tak zwane sytuacje trudne, w życiu społecznym uczymy się, jak sobie z nimi radzić. I nie robi się tego przez analizy. Trzeba wziąć udział w iluś sytuacjach. Przekonać się, że słowo może być skuteczniejsze niż pięść i że jest się kompetentnym na tyle, aby poradzić sobie bez przemocy – wyjaśnia.

Cel zatem szczytny. Tylko czy aby na drodze ze scenki numer jeden do numeru dwa dzieci się przy okazji nie pozabijają?

– Ależ skąd – śmieje się Daniele Novara, włoski pedagog i psycholog, który zgłębia temat od lat. – W zdrowym środowisku konfliktów nie należy ucinać, bo pozbawiamy dzieci cennego doświadczenia. Nawet bójki nie trwają długo i nie prowadzą do poważnych uszkodzeń. To nie jest wiedza powszechna, bo gdy interweniujemy zbyt szybko, nie dajemy sobie szansy, aby się o tym przekonać. Taka interwencja zazwyczaj kończy się na ustalaniu, kto zawinił. A przecież nie o to chodzi. O co więc chodzi? O wyniesienie z konfliktu nauki. Daniele Novara wypracował metodę, jak to robić, i wdraża ją wraz z zespołem założonego przez siebie w Piacenzy Centrum Psychopedagogicznego Edukacji i Działania w Konflikcie. Napisał też wiele publikacji, które rozniosły się echem poza granicami Italii; a najważniejsza książka „La Grammatica dei Conflitti” [Gramatyka konfliktu] właśnie jest tłumaczona na angielski i może doczeka się też edycji polskiej. Stanowi ona podsumowanie 25 lat pracy naukowca, a jej główne tezy to: po pierwsze, dzieci dla dobra swojego rozwoju muszą się kłócić. Po drugie zaś, są w tym o wiele lepsze, niż to się nam, dorosłym, wydaje. Kluczowe jest przy tym rozróżnienie między pojęciami „konfliktu” i „przemocy”. Przepracować można tylko sytuację konfliktu: stanowi on istotę relacji, podczas gdy przemoc ma na celu wyeliminowanie przeciwnika, nie negocjacje. – Kłótnia pomaga poznać inny punkt widzenia, dostrzec, że istnieje perspektywa inna niż moje „ja” – przekonuje Novara w rozmowie ze „Zwierciadłem”. – My pomagamy dzieciom nazwać emocje, które towarzyszą kłótni, i zrozumieć, co się wydarzyło w konflikcie.

Jak to robią? Daniele i jego zespół stosują metodę majeutyczną, stworzoną jeszcze przez Sokratesa. Grecki filozof nie dawał odpowiedzi, tylko pomagał rodzić się prawdzie: rozmawiał z ludźmi, a jego sztuka polegała na umiejętnym zadawaniu pytań, powstrzymaniu się od sugerowania odpowiedzi. Był tylko „akuszerem”. – My też nie dajemy gotowych interpretacji. Nasz obraz tego, co się zdarzyło, jest zupełnie różny od wersji dziecka i trudno uznać, że któraś historia jest tą właściwą. Umożliwiamy dziecku przeżycie doświadczenia i patrzymy, co dziecko z niego wyciągnęło.

W praktyce wygląda to tak: gdy zaczyna się konflikt, Novara i ludzie z jego zespołu pozwalają uczestnikom samodzielnie przez niego przejść. Dzięki temu, że dorośli nie wkraczają do akcji, mają okazję przyjrzeć się kompetencjom dzieci. – A one mają naturalną umiejętność konstruktywnego działania w konflikcie – mówi Novara. – Sztandarowy przykład kłótni o zabawkę: po wymianie zdań „to moje”, „nie, to moje”, dość szybko jedno z dzieci zaczyna rozglądać się za inną zabawką. Samo dochodzi do wniosku, że warto zmienić obiekt zainteresowania – i nie jest to efekt porażki czy rezygnacji ani też poddanie się rozwiązaniu narzuconemu z zewnątrz. Gdy pracujemy potem ze stronami konfliktu, zaczynają rozumieć, że mają kompetencje działania w sporze tak, aby z sobą nie walczyć.

Ta praca odbywa się właśnie metodą majeutyczną. Psychologowie proszą dzieci, aby narysowały, co się stało, opisały to (te starsze) lub po prostu opowiedziały. – Nie chcemy rozwiązać konfliktu. Chcemy w nim pozostać i wyciągnąć wnioski – mówi Novara.

Ludzie z jego zespołu zachwycają się kreatywnością dzieci. Pokazują rysunki: na jednym mur przedziela pokój na pół. Na innym dwie smutne osoby stoją po dwóch końcach dywanu, a między nimi pusta kanapa. Na jeszcze innym głodni ludzie z wywalonymi językami patrzą na niedostępny garnek. Dzieci czasem rysują siebie z rodzicami i bywa, że z kłótni o zabawkę potrafi wyjść sprawa przemocy doświadczonej od kogoś z domowników. A psychologowie pytają tylko: „Co się stało? Czego się nauczyłeś? Czy masz pomysł, jak inaczej mogłeś się zachować?”. – Nie tylko wymyślają w odpowiedzi wspaniałe pomysły, ale zapamiętują je i potem potrafią wykorzystać przy następnej okazji. W ten sposób wzbogacają własne kompetencje – komentuje Daniele Novara. Stara się wręcz wzmocnić w dzieciach przekonanie, żeby nie bały się dyskusji, tylko wykorzystały ją jako coś wartościowego. To dlatego tworzy w klasach i grupach przedszkolnych „kącik konfliktu”, miejsce przeznaczone specjalnie na trudne sprawy. Czy takie podejście coś daje? Zespół Novary przeprowadził wieloletnie badanie opisane w „Litigare fa Bene” [Kłóć się dobrze], w którym obserwował dzieci w wybranych przedszkolach i szkołach. W jednej grupie trenerzy zespołu pracowali nad konfliktami metodą majeutyczną, w innej nie. W tej drugiej spory kończyły się zwykle interwencją nauczyciela. Nakazywał on: „Cicho, przestańcie!”, czy wręcz dysponował: „Dajcie sobie buziaka na zgodę”. Efekt? W tej pierwszej grupie klasy z czasem funkcjonowały lepiej, były bardziej zgrane, dzieci wykazywały wyższe umiejętności negocjacyjne i mediacyjne i rzadziej dochodziło do bójek. W drugiej grupie – hmm. Było normalnie. Pytanie tylko, co to za norma?

Porzucić tabu agresji

W tej normie agresja jest nowym tabu – taką tezę stawia inny psycholog i psychoterapeuta, autorytet z Danii: Jesper Juul. W swej książce „Agresja. Nowe tabu?” przekonuje, że tytułowa bohaterka to jedna z podstawowych emocji człowieka. Bez niej „nie potrafilibyśmy stawiać sobie celów ani dążyć do nich. Nie bylibyśmy w stanie robić kariery, spełniać swoich marzeń, słabo gralibyśmy w tenisa i piłkę nożną, nie potrafilibyśmy przebiec do końca maratonu, bronić własnych granic ani chronić swoich dzieci. Nie wspinalibyśmy się w górach, nie walczylibyśmy z nowotworami ani nie obalalibyśmy dyktatorów. Całkowite wytępienie agresji oznaczałoby […]zubożenie naszych związków, wszak miłość i agresja idą często ręka w rękę”.

Co się dzieje, gdy zabraniamy agresji w imię ukrócenia konfliktu? Po pierwsze, nie pozwalamy dzieciom wziąć odpowiedzialności za niego i samodzielnie wypracować rozwiązania – a jeśli wierzyć doświadczeniu Novary, są do tego zdolne. Po drugie, tworzymy fikcyjny świat, w którym panują tylko dobre emocje. Tymczasem konflikty to naturalna część składowa każdej mocnej, zdrowej relacji. Układ, w którym mówimy do siebie tylko miłe rzeczy, cały czas się uśmiechamy i wymieniamy się uprzejmościami, nie zamieni się w prawdziwy związek.Po trzecie wreszcie, i to Juula oburza najbardziej, ukrócanie agresji to piętnowanie jednej z podstawowych emocji. Dorośli, aby to osiągnąć, stosują często werbalną i psychiczną przemoc. A wówczas używania przemocy uczą się same dzieci. Dowiadują się, że aby rozwiązać konflikt, trzeba komuś coś kazać, kogoś do czegoś zmusić, zażądać posłuszeństwa.

No bo wyobraźmy sobie parę ze scenki we wstępie tego tekstu. Gdyby szefowa, chcąc zakończyć konflikt o komórkę, poleciła stanowczym i odpowiednio łagodnym tonem: „A teraz na zgodę daj temu miłemu panu buzi”. Czy nie miałabyś ochoty rąbnąć i jej, i tego miłego pana w ucho? A gdybyście mogli z tym panem sami się dogadać? Czy w końcu wymienilibyście się telefonami? A może jest jakaś szansa, że kiedyś sama uznałabyś, że pan jest miły?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Konflikt - kiedy wejść w konfrontację, a kiedy przeczekać?

Kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające. (Fot. iStock)
Kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Często unikamy konfliktów, by czegoś nie stracić – ważnej dla nas relacji czy pozycji, którą już wypracowaliśmy. Czasem jednak pacyfizm jest tylko pozorem, a pod spodem aż kipi od pretensji, urazy i złości.

I po co te nerwy?

Basia wyrosła w rodzinie, gdzie na porządku dziennym stosowana była przemoc słowna i fizyczna. Jej ojciec alkoholik wymagał bezwzględnego podporządkowania, a każdy objaw niesubordynacji karany był biciem. Gorsza ocena, to znaczy czwórka zamiast piątki, kwitowana była stwierdzeniem: „co tak słabo?”. Przez wiele lat

Basia była świadkiem, jak jej matka próbowała zapobiec furiom męża dobrym obiadem, miłą atmosferą w domu, ale bywało i tak, że doprowadzona do ostateczności stawiała się i „odszczekiwała” w podobnym tonie, w jakim jej mąż szukał zaczepki. Basia miała pretensje do matki, że zamiast łagodzić sytuację, podsyca temperaturę.

Gdy Basia związała się z Piotrem, pragnęła, by zobaczył, jak wspaniale mu z nią będzie. Wymyślała obiady z trzech dań, organizowała weekendy i wakacje. Robiła wszystko, by Piotr był szczęśliwy, bo wtedy i ona mogła być w harmonijnej, niezakłóconej żadnym konfliktem relacji. Piotr zauważył, że każda uwaga lub niewinny żart odbierana jest przez Basię jak koniec świata, nauczył się więc omijać „trudne tematy”, ale czuje powoli, że się utopi w tym lukrze.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Doświadczenia z domu rodzinnego Basi doskonale tłumaczą jej aktualną relację. Kłótnię kojarzy z przemocą, dlatego za wszelką cenę chce stworzyć relację diametralnie inną niż ta, którą zna ze swojego dzieciństwa. Zamiar, niestety, graniczący z utopią. Więź dwojga ludzi, w której nie ma różnicy zdań, tarć i sprzecznych potrzeb, jest nierealną fantazją. Można ją próbować realizować, tak jak Basia, ale prędzej czy później Piotr nie wytrzyma tego, a Basia „odchoruje” to na swój sposób (fizycznie czy emocjonalnie). Basia obawia się, że kłótnia spowoduje rozpad związku, bo patrzy przez pryzmat swoich wczesnych doświadczeń.

Aby być w dojrzałej relacji, potrzebuje nauczyć się, że kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające.
Potrzebne będzie przepracowanie historii z domu rodzinnego i zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Musi nabrać poczucia bezpieczeństwa, by mogła być sobą, a nie tylko ugrzecznionym dodatkiem do partnera. Rozmowy na trudne tematy i przechodzenie przez konflikty często są tym, co paradoksalnie buduje intymność.

Przyjaźń na dobre, nie złe

Klaudia i Iwona znają się od podstawówki, razem przeżywały pierwsze zauroczenia chłopakami, zwierzały się sobie z kłopotów, jakie mają z rodzicami, snuły plany, kim będą po studiach. Potem ich drogi trochę się rozeszły – inne licea, inne kierunki studiów. Ale wciąż się spotykały. Klaudia była przy Iwonie, gdy rzucił ją chłopak, choć już byli zaręczeni, Iwona przygarnęła do siebie na trzy miesiące Klaudię, gdy ta musiała szybko wyprowadzić się z wynajętego mieszkania, bo straciła pracę.

Zgrzytać zaczęło, gdy Iwona musiała nagle wyjechać na pogrzeb i nie miała z kim zostawić psa, Klaudia wymówiła się w zasadzie bez podania powodu, mówiąc po prostu „nie”. „OK” – pomyślała Iwona – „ma prawo odmówić”, ale w głębi duszy poczuła zawód. Chodziło o jedną noc, i to nie z byle powodu, Iwonie przecież umarł ktoś bliski. Potem pojawiły się dowody na nielojalność Klaudii i Iwona zaczęła odczuwać, że ta relacja jest nierówna w kwestii dawania i brania… Przestała odpowiadać na SMS-y i e-maile Klaudii, nie odbierała od niej telefonów. W zasadzie zakończyła ich relację, nie mówiąc, co leżało jej na sercu.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Szkoda, że Iwona nie zdobyła się na szczerą rozmowę z Klaudią, może mogłyby wyjaśnić tę sytuację, a przynajmniej określić, jak każda z nich działa w tej relacji. Ich przyjaźń trwała, dopóki wszystko szło zgodnie z oczekiwaniami. Trochę jakby Iwona w ogóle nie zakładała, że ludzie (nawet najbliżsi) zawodzą. Z jakiego powodu Iwona czuła opór przed konfrontacją? Może bała się zniszczenia idyllicznego obrazu ich przyjaźni? Może bała się usłyszeć coś na swój temat? Możliwe też, że jej zdaniem w przyjaźni nie ma miejsca na trudne emocje, i skoro się pojawiły, to z relacją jest coś nie tak. Oczekiwała bezwarunkowej lojalności, a gdy jej zabrakło, nie było innego wyjścia, niż się wycofać. Z drugiej strony z jakiegoś powodu Iwona czuła nierówność w tej relacji – zatem też mogło być tak, że obie wyrosły z tej przyjaźni.

Koleżanki czy rywalki?

Magda i Beata od czterech lat pracują razem w agencji reklamowej. Zaczynały mniej więcej w tym samym czasie i dziś zajmują podobne stanowiska. Specyfika pracy w tej branży wymusza rywalizację. Oficjalnie są miłe dla siebie, pod skórą jednak niepewne swojego miejsca w hierarchii. Strach przed utratą pozycji skłania je do budowania sobie zaplecza i unikania konfrontacji, co najwyżej do wymieniania docinków. Szpila wbita raz na jakiś czas jest tym bardziej bolesna, że tak naprawdę Magda i Beata się lubią. Gdy w grę jednak wchodzą sprawy zawodowe, żadna nie kieruje się sentymentami. Tyle tylko że zamiast mówić wprost, rozgrywają „podskórną” grę.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Otwarta konfrontacja jest odsłonięciem się, wystawieniem na ciosy. Bierna agresja, czyli złośliwości, szpile, obmawianie za plecami, jest „bezpieczniejsza”, bo można się łatwo schować. Przy czym wywołuje większą frustrację u drugiej osoby, bo trudniej jest niż w otwartym starciu odnieść się do biernej agresji i obronić. Z pewnością atmosfera w pracy, poczucie zagrożenia i rywalizacja nie sprzyjają szczerym interakcjom. Niestety, w takiej sytuacji po prostu priorytetem staje się praca i pozycja, a nie dobra, pogłębiona znajomość.

Konfrontacja to nic strasznego

Czy można nauczyć się kłócić? Od czego zacząć? Od odkrycia tego, co powstrzymuje nas przed otwartą konfrontacją. Jaki może być najgorszy scenariusz takiej kłótni? Czego nie chcemy utracić? Zazwyczaj wewnętrzna blokada jest wynikiem trudnych, a nawet traumatycznych doświadczeń. Niektórym osobom wystarczy lekki kuksaniec, by zrozumiały, że konfrontacja to nic strasznego. Inne będą potrzebowały poważnie zająć się swoją osobistą historią. Można spróbować poszukać w swoim otoczeniu osoby, która wchodzi w konfrontacje, ale nie stosuje przy tym przemocy. Wyobrazić sobie, jaka jest taka osoba, jak podchodzi do świata, skąd czerpie swoją siłę, jak to jest mieć odwagę stanąć za sobą i swoimi przekonaniami oraz potrzebami.

A kiedy nie warto wchodzić w konfrontację? W sytuacji, gdy „przeciwnik” jest osobą agresywną, stosującą przemoc lub pod wpływem alkoholu. Nie chodzi tu o bierne poddanie się przemocy, ale o zadbanie o swoje bezpieczeństwo. Niektóre osoby kłócą się o byle co, wybuchają pod byle pretekstem. Wtedy nie warto wchodzić z nimi w kolejną sprzeczkę, ale zająć się stylem komunikacji w relacji. Kłótnie o przysłowiową tubkę pasty do zębów często kryją w sobie głębszy konflikt. Niektórzy złoszczą się, ale w środku cierpią lub nie radzą sobie ze swoim problemem (np. starością czy chorobą). Wtedy lepiej wytrzymać emocje i zastanowić się, jak taką osobę wesprzeć.

Joanna Boj, psycholog, psychoterapeutka, trenerka.

  1. Psychologia

Kreacja rzeczywistości, czyli jak pomóc marzeniom się spełniać?

W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.

  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia

Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.