1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Pojawia się na szarym końcu po projektach: studia, praca, dom, samochód, podróże. Przygotowywany i realizowany równie perfekcyjnie jak najlepszy projekt biznesowy. Efekt? Dzieci alfa wyposażone w najnowsze gadżety, z certyfikatami modnych kursów, ale niesamodzielne, rozpieszczone, nieszczęśliwe.

Kinga (39 lat, dyrektorka w firmie reklamowej) i Paweł (40 lat, wiceprezes dużego banku) mówią ściszonym głosem. Błażej (4 lata) właśnie został uśpiony, a to wymaga wielu sztuczek. Dzisiaj na przykład Paweł woził go samochodem po osiedlowych uliczkach.

– Udało się po godzinie, ale może obudzić go byle hałas – przestrzega Kinga. – Dziwię się, jak to możliwe, skoro drzwi do jego pokoju są dźwiękoszczelne.

Kinga w ogóle dziwi się wielu zachowaniom synka. Ma wszystko: klocki, samochody, gry, a nawet swojego iPada, a ciągle mu mało. Na brak atrakcji nie może narzekać, bo w przedszkolu jest i angielski, i dżudo, i taniec towarzyski, i lepienie z gliny, i gotowanie, po południu wożą go z Pawłem na basen, zajęcia z robotyki, do szkółki piłkarskiej, kina, a on jest wiecznie znudzony, nie potrafi się na niczym skupić, nic tak naprawdę go nie cieszy.

– A co będzie, jak pójdzie do szkoły? – martwi się Kinga. – Teraz tylko przecież się bawi, a w szkole będzie musiał ostro pracować, bo to jedna z najlepszych dwujęzycznych szkół w Warszawie, do której trudno się dostać. Nam się udało, bo zapisaliśmy go, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Paweł tonuje lęki żony: – No, nie przesadzaj, Błażej jest zdolny, utalentowany, na pewno sobie poradzi. Nie wolno mu tylko odpuszczać.

Na kilku etatach

Kinga i Paweł wiedzą, jak to robić, bo sami sobie nie odpuszczali. Absolwenci słynnego Liceum im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni i równie prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wspinali się na zawodowy szczyt konsekwentnie, krok po kroku. Teraz chcą zapewnić tam miejsce swojemu synowi.

Nie oni jedni. W Polsce, na wzór krajów zachodnich, przybywa rodziców projektujących rozwój dziecka od urodzenia, a nawet od poczęcia. Znam ciężarną, która zaczyna dzień od godzinnej sesji z muzyką Bacha, a kończy na audiobookach medytacyjnych, bo gdzieś przeczytała, że to dobrze wpłynie na umysł jej dziecka.

Przejęci swoją rolą rodzice nazywani są helikopterowymi (bo krążą nieustannie nad głową dziecka), nadrodzicami, a w Skandynawii – rodzicami curlingowymi (od szczotkowania lodu, zanim dziecko zrobi pierwszy krok). W swoich zapędach nie są osamotnieni, mocno wspierają ich w tym media, państwo, reklama.

Carl Honoré, dziennikarz, jeden z rodziców helikopterowych, który jednak w porę się opamiętał, napisał ku przestrodze innych ojców i matek porażającą w swojej wymowie książkę „Pod presją”. Pisze ironicznie: „Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, by zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po rewolucji przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego”.

Plan zajęć Dziecka Zarządzanego przypomina rozkład dnia pracującego na kilku etatach dorosłego. Obowiązkowe lekcje plus dodatkowe zajęcia w szkole lub przedszkolu to tylko rozgrzewka, bo prawdziwa szkoła wszechumiejętności zaczyna się po południu. Czego tam nie ma! Są zajęcia sportowe, muzyczne, taneczne, synchronizacji pracy półkul mózgowych, szybkiego czytania, autoprezentacji, aktorskie, asertywności, a nawet, a jakże, nauka gospodarowania czasem. Każdego dnia inny zestaw. 15-letnia Zuzia, zresztą córka uznanych psychologów, żeby się nie pogubić, dostała na urodziny palmtop, który wyręcza ją w pamiętaniu o tym co, gdzie i kiedy.

Pod kontrolą nadrodziców

Psycholog dziecięcy Jarosław Przybylski: – Współczesne dziecko cały czas znajduje się pod specjalnym nadzorem. Bo nawet, kiedy chwilowo nie jest poddawane jakiejś obróbce i ma tak zwany wolny czas, to i tak skrzętnie monitoruje się każdy jego ruch. W przedszkolach, domach, szkołach czujne oko kamery rejestruje, co dziecko robi, a raczej czego nie robi. Śledzenie życia małego człowieka zaczyna się od wydruku USG i nagrywania bicia serca w łonie matki i właściwie nigdy się nie kończy. Uważam, że trafne jest porównywanie współczesnych rodziców do paparazzich tropiących każdy gest gwiazdy, bo oni tak właśnie traktują swoje dzieci – jak małe gwiazdy odgrywające napisaną specjalnie dla nich rolę.

Carl Honoré zauważa, że zarządzanie dzieckiem trwa w najlepsze w wielu krajach nawet po zakończeniu szkolnej edukacji. Brytyjczycy planują każdy szczegół tak zwanego gap year, czyli roku przerwy przed pójściem dzieci na studia. Amerykańscy rodzice z kolei, gdy ich dziecko dostaje się na studia, pomagają wybierać mu przedmioty, testują jedzenie w stołówce, robią korektę prac pisemnych, a nawet sprawdzają współlokatorów w akademiku.

Dziecko współczesnych nadrodziców jest pępkiem świata, centrum wydarzeń. Bywa nie tylko monitorowane, chronione, wyręczane, ale i wyposażone we wszystko, czego zapragnie. W wyszukane zabawki, gry, elektroniczne gadżety, kino domowe, wygody. „Według wszelkich znaków na niebie i ziemi wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii!” – grzmi autor „Pod presją”.

Starania nadrodziców ocierają się czasem o szaleństwo. W Warszawie głośno było o przemeldowywaniu dzieci w okolice renomowanych państwowych gimnazjów (obowiązuje rejonizacja), choć wiadomo, że to fikcja i dzieci nadal mieszkają w swoich domach na drugim końcu miasta. Nauczycielka z gimnazjum na Twardej opowiadała mi o uczniach wożonych do i ze szkoły nawet pięć godzin dziennie! Pewna znajoma mama, lekarka, tak bardzo chciała pomóc synowi dostać się do najlepszego w rankingach liceum, że przez całe gimnazjum wypisywała mu zwolnienie z wuefu. Po co? Żeby nie zaniżał sobie średniej.

Czym to grozi? Nietrudno przewidzieć, że przeciążanie dzieci odbija się na ich zdrowiu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań nad Otyłością ocenia, że 38 proc. młodzieży poniżej 18 lat w Europie i 50 proc. w obu Amerykach ma nadwagę. Coraz więcej dzieci zapada na choroby kojarzone dotychczas ze starością, czyli cukrzycę, miażdżycę, choroby serca.

Według gotowego scenariusza

Ale choruje nie tylko ciało, cierpi też dusza. Przybywa młodych ludzi ze zdiagnozowaną depresją, uzależnionych, samookaleczających się, targających się na swoje życie. ONZ ostrzega, że już u co piątego dziecka na świecie stwierdza się zaburzenia psychiczne, a Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że do roku 2020 choroby umysłowe znajdą się wśród pięciu głównych przyczyn śmierci lub inwalidztwa u młodzieży.

– Dzieci dźwigają dziś na plecach worek obciążeń ponad ich siły – mówi psycholog Justyna Nowakowska. – I nie chodzi tylko o to, że mają za dużo codziennych obowiązków, bo akurat z codziennych obowiązków rodzice często je zwalniają, a szkoda. To zresztą ciekawy paradoks, że z jednej strony mama wyręcza dziecko w podstawowych czynnościach, jak sprzątanie po sobie, samoobsługa, chucha na nie i dmucha, a z drugiej – śrubuje wymagania dotyczące zajęć w szkole. Dzieci są dzisiaj przytłoczone nie pracami, w których powinny ćwiczyć się od małego, ale nadmiernymi oczekiwaniami rodziców, tak zwanym parciem na sukces: „Musisz liczyć i czytać w wieku czterech lat, bo inaczej nie przyjmą cię do prywatnego przedszkola. A jak cię tam nie przyjmą, to masz mniejsze szanse na dostanie się do najlepszej podstawówki, która jest przepustką do świetnego gimnazjum, które z kolei daje szanse na miejsce w najlepszym liceum. Studia? Jeżeli w Polsce, to dwa kierunki. A najlepiej za granicą. Dziecko żyje pod olbrzymią presją rodziców. Ale rodzice też są pod presją. Innych rodziców, mitu sukcesu. Chcą dobrze, wypruwają sobie żyły. I oczekują efektu.

Jarosław Przybylski: – Dramat Dziecka Zarządzanego polega na tym, że wszystkie zabiegi wokół niego, całe to chuchanie i dmuchanie z jednej strony i śrubowanie wymagań w szkole z drugiej nie przygotowują go do prawdziwego życia. Już na etapie szkoły ma ono problemy z podejmowaniem decyzji, koncentracją, nie mówiąc o radzeniu sobie w relacjach społecznych. Wyniesione w domu na piedestał oczekuje, że wszyscy dokoła będą je wychwalać, że cały świat padnie do jego stóp. A nie pada.

Carl Honoré zauważa, że dzieci wychowane na narzuconej z zewnątrz definicji sukcesu, gdzie nie ma miejsca na porażkę, mają zawężone horyzonty. I zamiast wymyślać nowe strategie, ryzykować, czego wymaga współczesna gospodarka, nie wychylają się, tylko idą drogą wytyczoną przez innych. Studenci zajmują się uatrakcyjnieniem swoich CV, a nie, tak jak ich rodzice i dziadkowie, buntowaniem się, próbą zmiany zastanego porządku. „Nie ma w nich ognia, pasji, iskry bożej, determinacji, żeby podjąć ryzyko lub zakwestionować status quo. Wiele dzieciaków robi wrażenie, jakby czytało z gotowego scenariusza” – pisze.

Justyna Nowakowska: – Znakiem naszych czasów jest dzieciństwo zawłaszczone przez dorosłych, którzy nieustannie pilnują dziecka, wyręczają je i obarczają swoimi oczekiwaniami, przez co pozbawiają je prawa do przeżywania świata po swojemu. Do wolności bycia sobą. Do przygód, tajemnic, błędów, wpadek, chwil samotności, nudy i tej odrobiny dziecięcej anarchii, która buduje własną tożsamość. Od najmłodszych lat wtłaczamy dziecku przeświadczenie, że najbardziej liczy się nie znalezienie własnej drogi, ale ogólnie przyjęty schemat życia, nie nasze indywidualne prawo do szczęścia, ale powszechnie obowiązujący model sukcesu. Efektem tego bywa strasznie smutne dzieciństwo, tylko pozornie pełne wydarzeń, dziania się, konsumpcji, a tak naprawdę nijakie i puste. Pewna dziewczynka powiedziała mi wprost: „Czuję się jak projekt, nad którym moi rodzice pracują całe życie i ciągle nie są z niego zadowoleni. Nawet zwracają się do mnie w trzeciej osobie: dziecko to zrobi, choć siedzimy przy jednym stole”.

Dajmy im święty spokój!

Justyna Nowakowska podkreśla inny paradoks współczesnego wychowania: Dziecko nie ma lekko, bo wypełniamy mu całe dnie, a jednocześnie deklarujemy – w rozmowach i we wszystkich ankietach – że chcemy, żeby było mu łatwiej i lżej niż nam. Uszczęśliwiamy je więc po swojemu, kupując drogie prezenty, posyłając je na przeróżne kursy, nawet jeśli nas na to nie stać („Bo inni mają”). Zdaniem Justyny Nowakowskiej dziecko to dzisiaj wykalkulowana inwestycja obliczona na zyski.

Nie zgadzam się do końca z taką tezą. Owszem, nasze życie stało się dzieciocentryczne, całkowicie podporządkowane naszym pociechom. Sama zawsze tak układałam swoje sprawy, żeby uwzględniać plany synów. Ale nie to jest naszym największym grzechem. Najbardziej mści się co innego – nasza niepewność, niekonsekwencja, to, co Carl Honoré nazywa „plątaniną sprzeczności”. Chcemy, żeby dzieciństwo przygotowywało dziecko do dorosłości, a z drugiej – było wolne od trudów życia. Mówimy naszym dzieciom: „Pora dorosnąć”, a panikujemy, kiedy dorastają. Oczekujemy, że spełnią nasze marzenia, a mimo to jakoś pozostaną sobą. Sterujemy każdym szczegółem ich życia, a potem dziwimy się, że są niesamodzielne. Pompujemy ich ego, a zarazem bezustannie je krytykujemy. Chcemy, żeby były spokojne i radosne, a sami jesteśmy kłębkiem nerwów. I grzech największy – nie doceniamy wpływu swojego zachowania na rozwój dziecka.

Tymczasem, jak wykazała absolwentka psychologii SWPS Hanna Romanowicz, to, co rodzice mówią, a zwłaszcza to, co robią, rzeźbi dzieci na całe życie (w psychologii ten wpływ nazywa się efektem Michała Anioła). Badanie młodej psycholożki pokazało, iż matki najskuteczniej wpływają na syna poprzez pozytywne komunikaty, natomiast ojcowie – poprzez czyny.

– Gdy syn marzy o zostaniu piłkarzem, matka powinna mówić: „Podoba mi się twoja gra, jestem z ciebie dumna”, tłumaczy autorka badania. – Natomiast ojciec powinien grać z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. Córki z kolei przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu, a matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. Sposób, w jaki rodzice postrzegają dziecko, ma ścisły związek z tym, kim ono w przyszłości będzie.

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku rozwijać jego naturalne predyspozycje i talenty oraz szukać własnej drogi.

Jean-Jacques Rousseau, francuski filozof, już dwa wieki temu zalecał dorosłym: Uszanujcie dzieciństwo i jego atrybuty: zabawy, przyjemności, dziecięcy instynkt – jako wartość samą w sobie. Dzieci rodzą się spontaniczne i pełne radości, powinny więc uczyć się i żyć własnym rytmem. Dajcie im święty spokój!

Kinga i Paweł na razie nie rozumieją tego apelu. Ale przyłącza się do niego coraz więcej ludzi na całym świecie. Stu brytyjskich intelektualistów podpisało list otwarty wzywający do kampanii na rzecz ratowania dzieciństwa przed toksycznym wpływem współczesnego świata. Amerykańska Akademia Pediatrii ostrzegła przed plagą przeciążenia programów szkolnych i przywiązywania zbytniej wagi do wyników w nauce. Także w krajach azjatyckich słychać apele o mniej klasówek i więcej snu. W Polsce jednym z kryteriów zatwierdzających podręczniki dla najmłodszych jest ich waga. W niektórych szkołach wyposaża się klasy w drugie komplety książek, a wszystko po to, aby dzieci nie dźwigały swoich.

Carl Honoré podkreśla to, co potwierdzają wszyscy psychologowie: Dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń na rozwój. Jeśli czasem trochę się poobijają i ponudzą. Jeśli mogą bezpiecznie eksperymentować, podejmować ryzyko, mylić się, marzyć i bawić według swoich pomysłów. A to z kolei będzie możliwe wtedy, gdy wreszcie przekłujemy ten nadęty rodzicielski balon. Gdy damy dzieciom więcej wolności, luzu i pozwolimy im zająć się sobą. A wtedy może uda się przywrócić radość nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.

Korzystałam z książki Carla Honoré „Pod presją”, wyd. Drzewo Babel.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Podstawą szczęśliwego wychowywania jest prawda

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Terapeuta Daniele Gargano podkreśla, że dzieci najwięcej chłoną, obserwując swoich rodziców. Dlatego najlepsze, co możemy dla nich zrobić, to być prawdziwymi. – Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno, płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia – mówi w rozmowie z Julią Wollner.

Psycholodzy powtarzają, że szczęśliwe dzieci to te, które są wychowywane przez szczęśliwych rodziców. Tylko co to tak naprawdę znaczy? Jacy powinni być ci szczęśliwi rodzice?
Myślę, że warto na użytek naszej rozmowy spróbować ukuć pewną definicję szczęścia. Będzie ona dosyć prosta: szczęście możemy zdefiniować jako stan, w którym jest nam po prostu dobrze. Stan, w którym widzimy świat w sposób pozytywny. Szukając synonimu, moglibyśmy określić ten stan dobrobytem – pamiętając jednak, że nie chodzi o dobrobyt w sensie ekonomicznym, ale o dobrobyt psychofizyczny. Osoba szczęśliwa to osoba pogodna, budująca dobre relacje z innymi, zadowolona z tego, co ma, niepopadająca w skrajności, wolna od nałogów. Szczęściu blisko jest do równowagi, do stabilności.

Dla wielu z nas szczęście to raczej coś, do czego się dąży, niż coś, co jest nam dane raz na zawsze.
Ja powiedziałbym, że jest to coś, czego można się nauczyć. Najpierw jednak warto uświadomić sobie, że wszystko, co przeżywamy, ma swoje odbicie w naszych relacjach. Jeśli z jakiegoś powodu nie jest nam dobrze, to będziemy mieli kłopot ze spełnieniem się w swoich życiowych rolach, w tym w roli rodzica; co więcej, możemy wręcz źle wpływać na innych.

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. A skoro mowa o nauce, to warto podkreślić, że „uczenie się” jest w kwestii szczęścia terminem kluczowym. Szczęście zależy bezpośrednio od edukacji, od swego rodzaju instrumentarium, które otrzymujemy w dzieciństwie. Osoby szczęśliwe niekoniecznie wyrastały w rodzinach majętnych czy w warunkach, które można określić jako idealne, ale otrzymały od rodziców wiedzę o tym, jak wykorzystywać pewne narzędzia.

Jakie na przykład?
Przede wszystkim poczucie własnej wartości. To jego brak jest źródłem wszelkiego zła: kompleksów, napięć, depresji. Drugim istotnym narzędziem jest asertywność i umiejętność komunikowania własnych potrzeb. Na szczęśliwych ludzi wyrosną te dzieci, które nauczono być świadomymi samych siebie i którym pokazano metodę osiągania celów, które są dla nich ważne.

Szalenie istotna jest także zdolność wybrania i utrzymania właściwej perspektywy. Podam przykład: pracowałem wiele lat w szpitalu z rehabilitantami i poznałem tam chłopca, który stracił w wypadku jedną nogę. Wszyscy z góry uznawali go za nieszczęśnika; on jednak, mimo swojego inwalidztwa, wydawał się naprawdę pełen radości, ponieważ nie traktował tego jako przekleństwa. Wręcz przeciwnie, podchodził do swoich ograniczeń jak do wyzwania, które pozwala na wykorzystanie wspomnianych narzędzi. Wybrał perspektywę pozytywną. Warto pamiętać, że – jak nauczał już sam Platon – rzeczywistość jest swego rodzaju iluzją. To od nas zależy, jak na nią spojrzymy.

Załóżmy więc, że świadomi rodzice starają się patrzeć pozytywnie. Z drugiej strony, kiedy rozglądam się wokoło, większość dzisiejszych dorosłych albo jest w trakcie terapii, albo się do niej przymierza... Nie wydają mi się szczególnie szczęśliwi. Czy w takiej sytuacji jest w ogóle szansa, żeby szczęśliwe były nasze dzieci?
Oczywiście, że tak. Zamiast śledzić porady wychowawcze i wynajdywać coraz nowe trendy w wychowaniu, które zmieniają się co sezon, można zdecydować się właśnie na terapię. Jest to wybór, który podejmuje osoba świadoma, że coś w jej życiu wymaga naprawy, naprostowania. Odczuwa potrzebę zmiany. To już bardzo wiele; powiedziałbym nawet, że to pierwszy krok do szczęścia. Terapia służy bowiem dekonstrukcji pewnych mitów, w ramach których funkcjonujemy, które wtłoczono nam do głowy w dzieciństwie, nie respektując naszej prawdziwej natury. Teraz, zajmując się sobą, mamy szansę ją odkryć i nauczyć się ją pielęgnować.

Mamy więc nauczyć się szanować własną naturę, a jednocześnie szanować także naturę dziecka. Co jednak, jeśli wzajemnie się one wykluczają?
Szukanie konfliktu na tej linii jest moim zdaniem zabiegiem sztucznym. Jeśli jesteś osobą nauczoną szczęścia, posiadającą narzędzia, o których mówiłem wcześniej, równie ważna jak twoje dziecko, jesteś ty sama. Dziecko nie jest dla ciebie ciężarem, kimś, dla kogo musisz poświęcać siebie. Analogicznie jest na przykład z pracą i wypoczynkiem: osoba zrównoważona wie doskonale, że relaks i przyjemność są jednakowo istotne jak czas wzmożonego wysiłku.

Mam wrażenie, że odnosisz się do sytuacji idealnej. Jestem przekonana, że wielu rodzicom zdarzają się decyzje powodujące wewnętrzne konflikty. Załóżmy na przykład, że rozwiodłam się z ojcem moich dzieci i chciałabym wyjść ponownie za mąż, a syn czy córka nie akceptują mojego nowego partnera.
Przede wszystkim trzeba im dać do tego prawo. To doskonała okazja, by nauczyć dziecko ważnej kwestii: wspomnianego już szacunku do samego siebie. Dziecko jest samodzielną jednostką, może kogoś lubić lub nie lubić i warto nauczyć je respektowania tego, co czuje.

Brzmi pięknie, ale co mam powiedzieć dziecku, które nie chce, by mój ukochany zamieszkał z nami?
Jeśli dziecko nie akceptuje takiej decyzji, to robi to zapewne z obawy, że nowy mężczyzna będzie próbował zastąpić kogoś niezwykle ważnego. W tej sytuacji matka powinna przede wszystkim wytłumaczyć dziecku, że o żadnym zastępowaniu ojca nie ma mowy, a następnie pracować nad komunikacją malucha i nowego partnera – tak, aby stworzyć im możliwość nawiązania pozytywnej relacji.

Zostawmy kwestie uczuciowe, a przyjrzyjmy się niebezpiecznym pasjom. Mój brat jest zapalonym spadochroniarzem. Czuje się rozdarty, bo uwielbia dreszcz ryzyka, który daje mu ten sport; z drugiej strony wie, że jego córeczka bardzo się o niego niepokoi i wolałaby, żeby zrezygnował ze swojego hobby.
Podobnie jak w kwestii nowego partnera, chciałabyś usłyszeć ode mnie gotową receptę: trzeba wybrać to, a nie tamto. Osobiście zupełnie nie wierzę w taką dwubiegunowość. Kiedy urodziła się moja córka, w sposób naturalny zacząłem starać się ograniczać wszelkie ryzyko do minimum. Przestałem na przykład jeździć na motorze. To kwestia wartości. Dla mnie najważniejsze na świecie jest moje dziecko, a żadne hobby nie może się z nim równać. Możemy także potraktować tę sytuację jako lekcję i okazję do rozmowy – o tym, czym jest ryzyko, czym jest pasja. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, dlaczego twoje hobby jest dla ciebie tak istotne. Być może przy takim postawieniu sprawy będzie potrafiło je zaakceptować?

Każda okazja jest dobra do tego, by zastanowić się, jakie nauki o życiu przekazuję swojemu dziecku. Z drugiej strony świadomość tego może stanowić nie lada obciążenie. Życie nie jest usłane różami, a ja jako rodzic mogę przechodzić kiepski moment w życiu. Czy powinnam starać się ukryć to przed dziećmi, oszczędzając im stresu?
Zdecydowanie nie! Dzieci rozumieją wszystko, jeśli tylko odpowiednio im się to wytłumaczy. Są w stanie pojąć każdy kłopot, wojnę, chorobę, śmierć. To nie problemy przychodzące z zewnątrz niszczą relacje rodziców i dzieci; robią to niedopowiedzenia. Oczywiście ważny jest dobór odpowiednich słów i przykładów, dostosowanych do wieku i wrażliwości dziecka, jednak z całą pewnością nie warto przed dziećmi niczego ukrywać, chować czy maskować.

Skoro mówimy o trudnościach, to warto wspomnieć, że sama koncepcja szczęścia też łączy się z pewnymi obciążeniami, czasem nawet z dramatami. Warto pokazać dzieciom tę prawidłowość. Szczęście ma swoją cenę. Kosztują nas nasze wybory, kosztuje wysiłek wkładany w pozostanie lojalnym wobec samego siebie. Patrzenie na świat własnymi oczami – a nie oczami reszty społeczeństwa – nie przychodzi zupełnie bez trudu. Trud jest wpisany w naszą egzystencję. Nie ma jednak innej drogi do szczęścia niż prawda. Człowiek szczęśliwy to taki, który znalazł odpowiedź na pytanie: co jest moją prawdą, a co tylko formą narzuconą przez innych? Czego ja właściwie chcę? Jaka jest moja prawdziwa natura?

Znalezienie odpowiedzi na te pytania nie jest jednak proste, szczególnie w dzisiejszych czasach. Każdy z nas ma setki możliwości, a wiele z nich wzajemnie się wyklucza.
Właśnie dlatego często podkreślam, że jeśli mielibyśmy nauczyć nasze dzieci tylko jednej rzeczy, to być może powinna być nią medytacja. Żyjemy coraz szybciej, robimy dziesięć rzeczy naraz, gubimy się we własnych myślach. Medytacja pozwala nam odnaleźć sens prostych, codziennych czynności, przywraca zagubioną gdzieś umiejętność do bycia tu i teraz, pomaga odnaleźć świadomość samego siebie. Aby zacząć medytować, nie trzeba wcale zapisywać się na drogie kursy ze wschodnimi guru, wyjeżdżać do dalekich krajów ani nawet siadać w pozycji kwiatu lotosu. Warto zacząć od prostej metody zwanej walking meditation, czyli zwykłego spacerowania, podczas którego staramy się skupić wszystkie myśli na wykonywanych krokach. Medytacją może być też sprzątanie pokoju albo krojenie cebuli. Wystarczy, że przypomnimy sobie – i pokażemy dzieciom – jak bardzo uspokajający wpływ może mieć zanurzenie się w chwili obecnej. Tylko ona jest w pełni prawdziwa, a powiedzieliśmy już, że to prawda jest podstawą szczęścia.

Przypomina mi się pewna ważna historia, która wiele mnie nauczyła. Kiedy pracowałem w szpitalu, na oddziale onkologicznym przebywał młody chłopak, któremu zostało zaledwie kilka miesięcy życia. Wysłano mnie do niego z jakimś kwestionariuszem, którego wypełnienie miało zająć około godziny. Pukając do jego pokoju, zapytałem, czy znajdzie dla mnie trzy-cztery kwadranse, na co odpowiedział, że nie bardzo, ponieważ właśnie uczy się do egzaminu. Nie rozmyślał o tym, ile czasu da mu jeszcze choroba – koncentrował się na chwili obecnej, na tym, że na uczelni czeka go ważny sprawdzian. Porozmawialiśmy chwilkę; opowiedział mi, jak bardzo lubi swoje studia, jak wiele przyjemności sprawia mu nauka. Formularza nie wypełniliśmy. Nie było zresztą po co – traktował on o kwestii bycia tu i teraz, a ten chłopak ewidentnie był w tym po prostu mistrzem.

Aby osiągnąć szczęście, powinnam więc być świadoma własnych potrzeb, asertywna, umiejętnie komunikować się z otoczeniem, znać swoją wartość i skupiać się na chwili obecnej. Osiągnięcie tego stanu warunkuje też szczęście mojego dziecka. Dla niektórych może to brzmieć jak ciężkie i skomplikowane zadanie...
Wiesz dlaczego? Dlatego, że wielu z nas stosuje w życiu rodzaj imperatywu – koncentrujemy się na słowie „muszę”. Muszę być asertywny, muszę znać swoją wartość, muszę uczynić moje dzieci szczęśliwymi. To narzuca nienaturalny – czyli nieprawdziwy – punkt widzenia. Zamiast skupiać się na tym, co muszę, lepiej starać się być prawdziwym. Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno – płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia. A smutek jest po prostu emocją, która, jak wszystko inne, przemija. Obok prawdy to właśnie pojęcie przejściowości może być najważniejsze dla nauczenia się szczęścia. Odkrycie faktu, że prawie nic nie jest w życiu ostateczne, daje ogromną ulgę. Podobnie jak współodczuwanie, dzielenie się zarówno rozpaczą, jak i radością. „Ja muszę” zupełnie je wyklucza, a przecież prawdziwe szczęście to coś, co mnoży się, jeśli je dzielimy. Wtedy właśnie jest najprawdziwsze.

Daniele Gargano włoski psycholog i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny mieszkający i pracujący w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną, dla dzieci i dla młodzieży; zajmuje się także problemami związanymi z wielokulturowością i życiem poza własnym krajem. 

  1. Psychologia

Co świadczy o tym, że doświadczyłeś emocjonalnej niedojrzałości ze strony swoich rodziców?

Fot. iStock
Fot. iStock
Jeśli doświadczasz większości z poniższych objawów, prawdopodobnie któryś z twoich opiekunów lub rodziców (a może oboje) przejawiał niedojrzałość emocjonalną. Pamiętaj, że nie jest to diagnoza, a jedynie kierunkowskaz prowadzący w stronę samopoznania. Jeśli uznasz, że potrzebujesz pomocy w uwolnieniu się od toksycznej relacji, sięgnij po profesjonalne wsparcie.

Emocjonalne osamotnienie
– czujesz, że (czasami) możesz liczyć na rodzica w ekstremalnych doświadczeniach takich jak choroba, ale nie istnieje między wami przestrzeń na bycie z codziennymi, trudnymi uczuciami takimi jak np. złamane serce.

Jednostronne i frustrujące interakcje
– gdy rodzice skupieni są przede wszystkim na sobie, własnych przeżyciach, oczekują czasu i zaangażowania, ale tak naprawdę nie wiedzą, co dzieje się w twoim życiu, a ty nie czujesz, że masz swobodę, przestrzeń, a nawet ochotę dzielić się z nimi własnym życiem.

Wymuszanie zachowań i usidlenie
– niekiedy przybiera formę manipulacji, wywoływania w tobie poczucia winy, wstydu albo lęku, innym razem rozmowa z rodzicem może sprawiać wrażenie powierzchownej, nudnej, pozbawionej życia i ognia. Dotyczy to rodziców, którzy nie wykraczają poza tematy, w których czują się bezpiecznie, więc wasze spotkania stają się monotonne.

Zepchnięcie na drugie miejsce
– pierwsze zajmują rodzice i oczekują, że usuniesz się na dalszy plan.

Ukrywanie wrażliwości
– niedojrzali emocjonalnie rodzice mogą być niezwykle ekspresyjni, wybuchowi, potrafią kłócić się i bronić własnego zdania, ale unikają wyrażania wrażliwości, czułości i delikatności. Może im zależeć na tym, by dziecko czuło, jak bardzo cierpią, ale nie pozwolą sobie na przyjęcie prawdziwej, emocjonalnej pociechy.

Zarażenie emocjonalne
– przejawiające się głównie niewerbalnymi interakcjami, które mają nauczyć dziecko odczytywania nastrojów oraz potrzeb rodzica. Stoi za tym przekonanie: „gdybyś naprawdę mnie kochał, wiedziałbyś, co zrobić”. Zamiast komunikacji niedojrzali emocjonalnie rodzice wolą pokazać, jak bardzo są zmęczeni lub cierpiący.

Brak szacunku do granic i indywidualności
– niedojrzali rodzice mylą miłość z dzieleniem się wszystkim, oczekują, że dzieci będą myślały i czuły to samo co oni. Nie potrafią wręcz zrozumieć potrzeby własnej przestrzeni czy prawa do odrębnego zdania, opinii, które utożsamiają z odrzuceniem.

Spychanie odpowiedzialności na ciebie
– w relacji z niedojrzałymi rodzicami musisz podejmować nieustanny wysiłek przystosowywania się do ich potrzeb, a później wszystkich innych ludzi. Szybko reagujesz na zmiany nastroju, rozpoznajesz energię tkwiącą za spojrzeniami, gestami czy słowami. Być może przepraszasz, chociaż to ciebie skrzywdzono, i prawdopodobnie dążysz za wszelką cenę do pojednania.

Utrata autonomii emocjonalnej i wolności psychicznej
– niedojrzali emocjonalnie rodzice traktują cię jako przedłużenie samych siebie, więc uznają, że wiedzą, co myślisz i czujesz.

Rujnowanie przyjemności oraz sadyzm
– niedojrzali rodzice bywają malkontentami, rozwiewają marzenia dzieci, na sukces reagują tak, że dziecko szybko traci radość. Zamiast uczcić sukcesy i dokonania dziecka, ostrzegają o zagrażającym świecie albo marudzą, narzekają. Inną odsłoną jest przemoc fizyczna, bicie, wykorzystywanie dzieci, zadawanie im bólu – nieważne, czy w imię wychowywania czy z powodu potrzeby rozładowania własnych emocji.

Więcej w: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

  1. Psychologia

Niedojrzali emocjonalnie rodzice - jak uwolnić się od ich wpływu?

Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
Zwykle to rodzice uczą dzieci jak budować zdrowe, głębokie więzi. Często jednak dorośli wcale nie są dobrym przykładem. (Fot. iStock)
W idealnym świecie to rodzice uczą dzieci, jak budować zdrowe, głębokie więzi. Jednak w rzeczywistości dorośli często wcale nie są dobrym przykładem. Nigdy nie jest za późno, by uwolnić się od wpływu niedojrzałych emocjonalnie matek i ojców.

Dojrzałość emocjonalna to umiejętność tworzenia prawdziwej, opartej na szacunku więzi z drugą żyjącą istotą, bez względu na to, kim ta istota jest. Nie jednorazowy zryw, ale towarzyszenie sobie nawzajem w części lub całości wspólnego życia. Rodzice, którzy oczekują szacunku oraz wyjątkowego, specjalnego traktowania, a przy okazji kontrolują swoje dziecko i okazują mu lekceważenie, nie są emocjonalnie dojrzali. W relacji z takim rodzicem potrzeby dziecka nie są zaspokajane i doświadcza ono rozległego poczucia osamotnienia, które często niesie ze sobą przez dorosłe życie. Rodzic emocjonalnie niedojrzały „nie jest zainteresowany doświadczeniem bliskości emocjonalnej, rozumianej jako wzajemne poznawanie się i zyskiwanie dogłębnego zrozumienia drugiej osoby. Takie dzielenie się najgłębszymi uczuciami tworzy satysfakcjonującą, głęboką więź, która sprawia, że osoby zaangażowane w relację stają się sobie drogie, ale dla niedojrzałych emocjonalnie rodziców nawiązywanie tego typu bliskości jest krępujące” – pisze psycholożka kliniczna Lindsay C. Gibson w książce „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”.

Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Polecamy: „Jak wyzwolić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców”, Lindsay C. Gibson, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Emocjonalne zawłaszczenie

Niektórzy rodzice rzucają swego rodzaju urok na dzieci, który określa się niedojrzałym emocjonalnie systemem relacji, w skrócie EIRS (ang. emotionally immature relationship system). Osoby dojrzałe potrafią samodzielnie regulować swoją samoocenę i stabilność emocjonalną, innymi słowy nie potrzebują chóru, który zapewni lub przekona ich, jakie są wspaniałe. Nie ulegają również tak łatwo negatywnym ocenom zewnętrznym i presji, mają oparcie w swojej istocie. Bez arogancji i poczucia bycia lepszymi od innych, ale również bez poczucia niższości. W ten sposób pozostają zazwyczaj w stanie równowagi emocjonalnej.

Osoby, które doświadczają EIRS, podczas relacji z niedojrzałymi rodzicami nabierają nawyku, by bardziej zważać na stan emocjonalny swojego rodzica niż na własne samopoczucie. „Pozostając pod wpływem tego systemu interpersonalnego, dostrajasz się do emocjonalnych potrzeb rodzica, zamiast wsłuchiwać się we własne instynkty. Czujesz, że za wszelką cenę musisz łagodzić jego nastroje. Zaczynasz przedkładać jego potrzeby i uczucia ponad własne zdrowie psychiczne. Ta niezdrowa, nadmierna troska o podtrzymanie spokoju rodzica każe ci koncentrować się na nim i jego reakcjach do tego stopnia, że jego nastrój staje się twoją obsesją. Gdy tak się dzieje, to znak, że zostałeś zawłaszczony emocjonalnie przez swojego rodzica” – czytamy we wspomnianej książce.

Uwolnić się spod uroku

Wpływ niedojrzałych rodziców nie dotyczy tylko dzieciństwa i młodości. Rany, destrukcyjne wzorce, przykazania czy splątanie w takiej relacji mogą się utrzymywać przez dekady. Istnieje jednak szereg sposobów, by uwolnić się spod wpływu niedojrzałych emocjonalnie rodziców.

Pierwszym krokiem jest zrozumienie cech charakterystycznych, wspólnych dla takich osób:

  • Należy do nich skrajna postawa – ekstrawertyczna lub introwertyczna, której towarzyszy zniekształcenie rzeczywistości.
  • Rodzice mogą być dogłębnie przerażeni i niepewni siebie.
  • Mają potrzebę dominowania i kontrolowania.
  • Są egocentryczni i nieskłonni do refleksji.
  • Obarczają winą innych i usprawiedliwiają siebie.
  • Są impulsywni i nieodporni na stres.
Zrozumienie tego jest istotne, by dorosłe dziecko wiedziało, że postawa i zachowanie rodziców nie były reakcją na jego zachowanie, ale wypaczonym, zniekształconym sposobem radzenia sobie z rzeczywistością – a raczej unikaniem jej.

Kolejnym krokiem jest opieranie się zawłaszczeniom emocjonalnym. Innymi słowy – nie chodzi o to, by zmienić rodziców, lecz by nie pozwalać im decydować o swoim samopoczuciu. Oni nadal mogą roztaczać swoje uroki, rzucać nieporadne słowa i próbować wywołać nieprzyjemne doznania, ale ty dostrzegasz ich strategie i nie tracisz kontaktu ze sobą. Pomoże w tym uznanie – a nie tylko zrozumienie – że oni nie są najważniejsi.

Gdy zgłaszają się do ciebie z problemem, znajdź chwilę, by rozpoznać, czy twoja interwencja jest naprawdę potrzebna. A kiedy podejmiesz decyzję, że angażujesz się i pomagasz, określ granice: ile czasu, miejsca lub innych wartości materialnych i niematerialnych chcesz oddać, poświęcić. Jeśli ich nie postawisz, może się okazać, że zrobią to rodzice, a ty znowu wylądujesz pod ścianą, w samotności i bez sił. Przy czym niezmiernie istotne jest samopoznanie, by zrozumieć, dlaczego trudno jest ci odmawiać i czego w związku z tym się obawiasz.

Czasami dorosłe dzieci, przyzwyczajone do emocjonalnych kar za niespełnienie oczekiwań rodziców, wolą zrezygnować z samych siebie w imię spokoju lub mylnego przekonania, że są mniej ważne od własnych rodziców.

Wprowadzając zmianę w relacji z niedojrzałymi emocjonalnie rodzicami, nie musisz się śpieszyć, odnajdź w tym ulgę i wytchnienie. Gdy nie wiesz, co zrobić albo masz w głowie pustkę – nie rób nic, poczekaj, aż wrócą myśli, i obserwuj je. Idź na spacer, zamknij na chwilę oczy, oddal się od rodziców w sensie dosłownym. Znajdź się w dobrym dla ciebie miejscu i sprawdź, czego oczekujesz od spotkania z rodzicami i na co z pewnością już się nie zgadzasz. Nie musisz jednak pilnować ich sposobu wyrażania się, znajdź wewnętrzną tarczę, nie traktuj wszystkiego, co mówią, śmiertelnie poważnie. To ich zdanie, ty możesz mieć inne. Gdy się przeciwstawisz, przerwiesz toksyczną emocjonalnie grę. Nie musisz także dzielić się z nimi najbardziej skrytymi uczuciami, jeśli nie czujesz takiej potrzeby i nie czujesz się bezpiecznie. Ba! Masz prawo stosować uniki i odpowiadać wymijająco, jeśli w ten sposób chronisz siebie.

Znajdź swój wewnętrzny azyl i wracaj do tego miejsca jak najczęściej.