1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mamo, tato nie jestem Waszym rodzicem!

Mamo, tato nie jestem Waszym rodzicem!

fot.123rf
fot.123rf
Wychowując dziecko, często oczekujemy od niego więcej aniżeli możemy dostać. Tak łatwo zapominamy, że dziecko zawsze pozostanie naszym dzieckiem; ono nawet, gdy dorośnie, nie zmieni roli względem nas, nigdy nie będzie tym, kim my powinniśmy być dla niego.

Przypomnijmy sobie, co robi dziecko, kiedy spada nasza atencja, zainteresowanie nim, jego sprawami?

Płacze, krzyczy, rozrabia, buntuje się, aktywnie próbuje wymusić to, czego mu zabrakło, a czego potrzebuje. My, często nieświadomie, jako rodzice, robimy coś podobnego, kiedy uwaga naszych dzieci skierowana jest „do świata”, a nie w naszą stronę. Kiedy czujemy, że „tracimy dzieci”, kiedy nasz autorytet względem nich naturalnie się detronizuje na rzecz ulubionego bohatera popularnej sagi, czy innej „charakternej” postaci.

I wtedy część z nas zamiast spróbować to zaakceptować i wspierać nasze dzieci w ich procesie indywidualizacji, budowania nowych perspektyw poznawczych, próbuje imać się różnych technik przywrócenia status quo.

- „Bycie ofiarą już na mnie nie działa”- powiedziała dorosła córka do swojego ojca, który próbował wzbudzać w niej notorycznie poczucie winy.

Dziewczyna była „karana” ponurą miną ojca, wykładami o należnym szacunku. To, czym była karmiona w relacji z nim, nie było tym, czego potrzebowała, by móc wzmocnić swoją pewność siebie, przekonanie o swojej sprawczości, zdolnościach, czy atrakcyjności. Nieustanne stawianie do pionu, gdzie uzmysławiała sobie, że zawsze jest na drugim miejscu w hierarchii potrzeb. Wysłuchiwanie kolejnych opowieści o „złym świecie” i ciągłych problemach ze zdrowiem, które po części były faktem, a po części narzędziem manipulacji w „skupianiu” atencji córki na sobie, były prozą jej życia.

W wieku, w którym powinna działać, ona nauczyła się reagować na nastroje ojca. Model kobiety opiekunki, reagującej, skupionej wokół mężczyzny i jego świata - stał się jej nawykiem.

Ona stała się rodzicem dla swojego rodzica… Nie potrafiła z radością budować swojej historii, kreować codzienności według własnych potrzeb i marzeń, bo miała w swoim umyśle filtr pt. „a co powie tata?”. Empatia w jego kierunku miała się nigdy nie wyczerpać, tak jak u matki, która wie, że jej pomoc i obecność 24/7 jest konieczna niemowlęciu do przeżycia.

W tym przypadku nie mamy do czynienia z relacją bezbronnego niemowlaka, tylko dorosłego mężczyzny i jego dorosłej córki.

Życie pisze różne scenariusze, które opierają się na takich relacjach.

Co byłoby najzdrowsze dla obydwojga? Dla rodzica, który nie daje rodzicielskiego wsparcia i dla dorosłego dziecka, które otacza „ rodzicielską” opieką swojego dorosłego ojca?

Gdybyśmy te postaci wyposażyli w takie wartości, jak: odpowiedzialność za swoje zdrowie psychiczne i fizyczne, poczucie własnej wartości, miłość oparta na wolności wyboru, a nie lęku przed karą w jakiejkolwiek postaci, umiejętne stawianie granic i ich komunikowanie w odpowiedniej nieocenionej formie - relacje między rodzicem, a dzieckiem nie zostałyby tak silnie zaburzone, a role odwrócone.

Rodzic z założenia pragnie wychować dziecko, po to, by potem mogło samodzielnie żyć, podejmować decyzje, realizować marzenia. Niepotrzebny, a jednocześnie bardzo szkodliwy jest ten cały sabotaż wychowawczy, polegający na wymuszonej zamianie ról.

Pamiętajmy, zarówno jako rodzice, jak i jako dzieci, że frustrat nie wychowa zdrowego dziecka, tak jak i dorosłe dziecko nie będzie chciało chętnie odwiedzać rodzica frustrata.

Warto więc żyć świadomie, poznawać siebie, stawiać na podtrzymywanie radości w naszym życiu i naukę z naszych doświadczeń. Bądźmy odpowiedzialni, ale nie z poczucia winy, czy obowiązku, ale z miłości i wolności wyboru.

Najpierw więc, jako rodzice, pokażmy, dajmy, potem to otrzymamy, bez wymuszania, czy imania się rozmaitych technik manipulacji. Najpierw wlejmy do serca dziecka zrozumienie, empatię, miłość, szacunek do samego siebie i innych, życzliwość, odpowiedzialność, by mogło cieszyć się swoim życiem, i dzielić się z innymi, łącznie z Tobą, tym co dostało. Bo z pustego… to i Salomon nie naleje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczni i krzywdzący czy kochający i troskliwi? Relacje rodziców z dorosłymi dziećmi

Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. O pogmatwanych relacjach dorosłych dzieci z rodzicami oraz bazie, jaką dostajemy w rodzinnym domu – z terapeutką Zuzanną Celmer rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło". 

Dorastamy, zakładamy rodziny, rodzimy dzieci, ale nawet gdy mamy 30, 40 czy nawet 50 lat i wydarza się w naszym życiu coś trudnego, to często mamy silną potrzebę natychmiast pojechać do matki i położyć głowę na jej kolanach. W takich chwilach pragniemy jej opieki, jej troski. Na powrót stajemy się dzieckiem.
Nasz związek z matką jest silnie symbiotyczny, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, ponieważ przez dziewięć miesięcy, w trakcie życia płodowego, dziecko jest z matką związane w sposób dosłowny, pępowiną, a po urodzeniu bliskość zostaje wzmocniona przez karmienie piersią i zabiegi pielęgnacyjne. W tym czasie matka wyczuwa i rozumie dziecko lepiej niż ktokolwiek inny, nic zatem dziwnego, że ten związek jest tak mocny i daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli więź nadal jest bliska, nawet myśl o niej jest jak powrót do bezpiecznego portu… Ta pierwotna więź stanowi fundament postawy emocjonalnej dorosłego człowieka. W trudnych chwilach możemy odwołać się do kapitału zgromadzonych we wczesnym dzieciństwie dobrych doświadczeń. Inaczej mówiąc, mamy się na czym oprzeć sami w sobie. Możemy na sobie polegać. Pozwala nam to przeżyć i znieść również negatywne doświadczenia. Dobre doświadczenia wyposażają nas w poczucie wartościowości własnego istnienia i bazową ufność wobec samego siebie.

Często już jako dorośli mamy różne pretensje do rodziców. Ja sama też je miałam, ale to, co pozwoliło mi się od żalu uwolnić, to próba ich zrozumienia: domów, z jakich sami wyszli, czasów, w których oni byli dziećmi. Może wtedy, na tamten moment, nie byli świadomi naszych potrzeb, swoich możliwości?
Na początek oddzielmy wszelkie dramatyczne, raniące, chłodne i wykorzystujące dzieci relacje z rodzicami – bo to osobny, choć bardzo ważny temat. Mówimy o relacjach z rodzicami, których jest najwięcej: kochającymi, lecz popełniającymi błędy; troskliwymi, ale czasem bezradnymi. Nawet jeśli intencje rodziców są jak najlepsze, to w trakcie wychowania napotykają szereg problemów, na które nie byli przygotowani i dlatego zdarza im się niewłaściwie reagować. W tym długim procesie uczą się dopiero swojego rodzicielstwa, dorastając wraz z dzieckiem. To scenariusz pozytywny. Bywa jednak, że nie widzą takiej potrzeby, narzucając własne reguły i wymagania, nie starając się poznać i zrozumieć swojego dziecka. To boli.

Boli, często przez całe dorosłe życie… Oczekiwania i pretensje do rodziców często przenosimy na życiowych partnerów. Może dobrze by było pozwolić zarówno rodzicom, jak i partnerom na bycie niedoskonałym…
Jak wskazuje szereg badań, rodzaj więzi, jaką mieliśmy z rodzicami, ma znaczący wpływ na rodzaj naszych uczuciowych relacji w dorosłym życiu. I tak pacjentka zgłaszająca trudne relacje z matką, a jednocześnie mająca w sobie zasoby serdeczności dla własnych dzieci i życzliwości wobec innych, musiała w początkach swojego życia dostać je od własnej matki, czasem babci lub innej osoby. Natomiast później, jeśli więź uległa osłabieniu lub zerwaniu, w życiu jej matki musiało się coś wydarzyć. Zdrada, rozwód, poważna choroba lub śmierć jej rodziców, zmiany hormonalne, utrata pracy, depresja… Doświadcza, jak każdy, różnych kolei losu, wyzwań i zawirowań, co odbija się na jej samopoczuciu, generując określone zachowania.

Nie podważając prawa dorosłych ludzi do ich wspomnień i ocen, w jaki sposób byli traktowani przez swoich rodziców, warto przyjrzeć się uważniej swoim zapisom w magazynie pamięci. Może utkwiły tam określone, przykre sytuacje, przesłaniając inne, fajne rzeczy. Przypomnieniem mogą być zdjęcia z dzieciństwa: tak się dzieje, kiedy analizujemy je podczas terapii. Oczywiście nie przekreśla to naprawdę złych rzeczy doznanych w rodzinnym domu. Chodzi tylko o to, aby ocena rodziców była wyważona.

Matka jest centralną postacią w naszym dzieciństwie i dorastaniu, w okresie buntu często „spada z piedestału”, ale jest to rozwojowo konieczne, by się od rodziców oddzielić. Te relacje nie zawsze potem są łatwe, i często gdy same stajemy się matkami, albo gdy jesteśmy już dojrzałe, umiemy spojrzeć na matkę inaczej – z większym zrozumieniem.
Matka zostaje strącona z piedestału nie tylko dlatego, że córka zaczyna myśleć w nowy sposób, ale także dlatego, że jest kobietą, a córka już dziewczyną. Oczywiście konflikty tego okresu mogą mieć łagodniejszy przebieg, niemniej zawsze pojawia się jakieś tąpnięcie we wzajemnych układach, przejściowe oddalenie czy poczucie rozmijania się. Jeśli matka rozumie, że to, co się aktualnie dzieje, jest co prawda męczącym, ale tylko kolejnym etapem dorastania, łatwiej będzie jej przyjąć, że córce zależy na przekształceniu ich wzajemnej relacji, a nie – jak mogłoby się wydawać – na jej zniszczeniu. Pomocna może tu być świadomość, że bez względu na jakość wzajemnych kontaktów jest – i będzie zawsze – znaczącą postacią w jej życiu, a bunt córki stanowi tylko część procesu prowadzącego do jej usamodzielnienia się. Przy takim nastawieniu z wielu kłopotów udaje się wybrnąć. Z badań wynika, że szybciej dochodzi do porozumienia, jeśli matka nie ustawia się na pozycji osoby wszechwiedzącej i rygorystycznej, ale stara się ufać i wierzyć córce, okazując jej miłość i – bez oceniania – zrozumieć jej świat.

Jak kochać matkę, która, pomimo że jesteśmy dorosłe, wciąż nas ocenia, krytykuje, nie ufa nam, narzuca swoją wolę…
Trauma powstała w wyniku takich doświadczeń stanowi częsty temat w terapii, a uporanie się z nią wcale nie jest łatwe. Dużą część pracy zmierzającej do uporządkowania swojego życia poświęcamy właśnie na analizę stosunków, jakie nie tyle łączą, co dzielą dorosłe już córki z ich rodzicielkami. Czy postępowałyby tak, wiedząc, jak mocno ich zachowania i słowa raniły w przeszłości wrażliwą psychikę córki i jak znacząco odbiły się na jej dalszych losach?

Z postacią matki łączy się bezinteresowną miłość, zawsze gotową do wsparcia i pomocy, nawet kosztem siebie. Taka jest utrwalona w stereotypie treść jej roli i kierowane do niej – nawet, jeśli w nieco zmodyfikowanej formie – społeczne oczekiwania. Dlatego niechęć ze strony prawdziwej matki, jej chłód uczuciowy, złe traktowanie, ośmieszanie i odrzucenie jest trudne do pojęcia. Z czasem musi budzić sprzeciw, złość, ale wcześniej doznaje się cierpienia i bólu.

Można się z odrzuceniem matki uporać?
Aby uwolnić się od tej traumy, dorosła kobieta może przy pomocy terapeuty zanalizować sytuację z przeszłości, przepracować doznane urazy i odbudować swoje poczucie własnej wartości. Często pomocny w tym procesie staje się kochający życiowy partner. Może też rozgraniczyć dwie „części” swojej matki: zachować szacunek dla tej, która dała jej życie, i odciąć się od jej złego wpływu. Nie pozwalać więcej się sprowokować i wykorzystać swoje bolesne doświadczenia dla tym lepszej relacji z własnymi dziećmi. Na szczęście większość kontaktów między matkami i córkami układa się inaczej. Po burzach i utarczkach udaje im się nie tylko znaleźć wspólny język, ale naprawdę do siebie zbliżyć. Warto pamiętać, że mądre wspieranie córki na jej drodze do dorosłości procentuje z czasem przyjaźnią dwóch kobiet połączonych szczególną i niepowtarzalną więzią.

Co same, jako matki, możemy zrobić dla naszych dzieci, by zachować bliską, ale nie za bliską relację?
Przede wszystkim zadbać o siebie. Jeśli matka czuje, że jej życie ma sens, jeśli czuje się kochana, jest w serdecznej, życzliwej relacji z przyjaciółmi i światem, otwarta na uczenie się swojego macierzyństwa – będzie wystarczająco dobrą matką. Miłość jest oczywiście ważna, ale istotne jest także, aby lubić swoje dziecko jako odrębnego człowieka. Lubić z nim przebywać, wspólnie się bawić, słuchać go, poznawać i mądrze wspierać. Przy dwojgu czy więcej dzieciach nie wyróżniać jednego kosztem pozostałych. Nie startować z pozycji wszechwiedzącej, nie starać się być idealną. Jeśli dziecko czuje się kochane, wybacza nam nieuniknione potknięcia. W jakimś sensie wspólnie dorastamy i wspólnie się siebie uczymy. Jeżeli mamy jakąś trudność w kontakcie z dzieckiem, zastanówmy się, z czego w nas wynika ta trudność. Dom powinien być zarówno dla młodego, jak i dorosłego dziecka przyjaznym, bezpiecznym miejscem, bo w nim – jak ujął to pedagog Stefan Szuman – bierze początek rzeka naszego życia.

Zuzanna Celmer (zm. 6 marca 2020 r.) była licencjonowanym terapeutą i jedną z pionierek psychoterapii w Polsce. Była autorką książek o tematyce małżeńskiej, społecznej i rodzinnej. Prowadziła terapię par oraz indywidualną, świadcząc pomoc w różnorodnych problemach życiowych.

  1. Psychologia

Kultura zaczyna się od dziecka. Jakie książki czyta twoje dziecko?

Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję.(Fot. Getty Images)
- W konsumpcyjnym świecie rzeczy dla dzieci tworzy się często nie z myślą o nich, lecz o wielkich zyskach. Wykorzystuje się to, że dziecko jest niezwykle podatne na manipulację. Tymczasem dając mu kicz i szmirę, nie wychowamy wrażliwego i twórczego człowieka – mówi pedagog Katarzyna Szantyr-Królikowska.

Coraz więcej rodziców gubi się w wyborze książek, filmów i zabawek dla swoich pociech.
To prawda. Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, która z dziecka uczyniła klienta, przy czym – w odróżnieniu od dorosłych – jest to klient doskonały. Z racji wieku niewiele posiada, więc dużo chce mieć, a do tego jest łatwowierny i kompletnie bezkrytyczny. Stąd taka mnogość wszelkiej maści produktów dla najmłodszych, wyjątkowo tandetnych, często wręcz szkodliwych dla psychiki małego człowieka, ale obliczonych na duży zysk producentów. Ten zysk powstaje w momencie sprzedaży, dlatego tak wielką wagę przykłada się do atrakcyjności opakowania i reklamy. Rodzice, mający coraz mniej czasu na spokojny namysł, kupują to, co wybiera za nich dziecko.

Dlatego coraz więcej reklam kieruje się do dzieci.
Lub wręcz zatrudnia się w nich dzieci, nawet jeśli produkt nie jest przeznaczony bezpośrednio dla nich. W przeciwieństwie do rodziców dziecko ma na ogół sporo wolnego czasu, który spędza przed telewizorem i stąd czerpie wiedzę o świecie. W sferze wszelkich nowości jest zazwyczaj najlepiej poinformowaną osobą w rodzinie.

Ambasadorem marki…?
W konsumpcjonizmie chodzi o coś więcej: dziecko ma być ewangelistą marki! I pozyskiwać dla niej nowych wyznawców. Trzeba pamiętać, że dla małego człowieka najważniejszym punktem odniesienia jest grupa rówieśnicza. Jeśli wśród dzieci panuje kult jakiejś marki, rodzice przeważnie są bezbronni. Nawet ci, którzy sami zostali wychowani inaczej. Z jednej strony mają świadomość, że nie powinni hołdować snobizmom i spełniać kolejnych zachcianek dziecka, ale z drugiej – kochają swoje dziecko, więc nie pozwolą, aby czuło się inne, gorsze. Kupują mu więc to, co akurat jest modne, a tak naprawdę to, co dyktują reklamodawcy.

Nie kupując, naraziliby swoje dziecko na odrzucenie?
Bardzo się tego boją i na tym właśnie polega siła reklamy, która w kleszczach przymusu kupowania trzyma i dzieci, i dorosłych. Tymczasem mądrzy rodzice powinni umieć odmawiać dziecku. Pamiętam, jak w podstawówce marzyłam o prawdziwych dżinsach z Peweksu, bo koleżanki takie miały. Ale nie dostałam ich, ponieważ rodzice uznali, że byłoby to demoralizujące. Takie spodnie kosztowały dwie pensje mojej mamy nauczycielki! Wtedy było mi przykro. Dziś jestem ogromnie wdzięczna za tę stanowczość i konsekwencję, z jaką hartowano mój charakter. Będąc dorosłą osobą, nie boję się podejmować decyzji, nie muszę mieć tego co inni, robić jak inni i myśleć jak inni, by czuć się dobrze. Taka postawa jest rezultatem wychowania, którego częścią było właśnie racjonalne odmawianie.

To ważny przykład: rodzice powinni mówić „nie”, ale muszą wiedzieć, co jest wartościowe. Jednak trudno poruszać się w takim gąszczu propozycji, np. książkowych.
Króluje publishing business. Weźmy choćby obrazkowe książki dla najmłodszych dzieci – są bez treści, za to z brokatem na okładce i pozytywką do kompletu. Produkuje się je przeważnie w Azji w milionowych nakładach i sprzedaje głównie w supermarketach. Nazwałabym je produktami książkopodobnymi, bo na pewno nie są to wartościowe książki, choć bardzo podobają się dzieciom. Często są tańsze niż paczka papierosów, aby rodzice nie mieli przy kupnie żadnych rozterek.

Jak rozpoznać dobrą książkę dla dziecka?
Nie bójmy się sięgać po książki autorów, których nie znamy z własnego dzieciństwa. Literatura dla najmłodszych nie skończyła się na Tuwimie, Brzechwie czy Chotomskiej. Swoich godnych następców wśród ilustratorów ma też Szancer. Wybierajmy książki stworzone z pasją i humorem. Książki z treścią, mądre, które traktują o sprawach istotnych dla dziecka, pomagają oswajać otaczający świat, uczą krytycznie myśleć i wyciągać wnioski. Takie, które budują system wartości małego człowieka oparty na szacunku do innych, kształtują kulturę uczuć i obyczaje. Piękne, żeby wzbogacały słownictwo i poczucie estetyki dziecka. I wreszcie – intrygujące, by mogły konkurować z telewizją i PlayStation.

Takie właśnie są bajki z Bajki, czyli książki, które pani wydaje?
Tak, bo tworzymy je z myślą o dzieciach. Bajka to wydawnictwo pasjonatów, skupia twórców od lat związanych ze „Świerszczykiem” i „Misiem”, zostało założone przez byłych redaktorów naczelnych tych czasopism. Nasze książki są i mądre, i pięknie zilustrowane, i frapujące, ale też dopracowane redakcyjnie i wydrukowane z wykorzystaniem najlepszych materiałów. Uważam, że to, co dajemy dzieciom: książki, filmy czy zabawki, zawsze powinno być najwyższej próby.

Dzieciństwo to fundamentalny okres w rozwoju człowieka, także dla kształtowania jego poczucia estetyki. Nie wolno zapychać dziecku głowy śmieciami.
Dając dziecku kicz i szmirę, nie wychowamy szlachetnego, wrażliwego i – co najważniejsze – twórczego człowieka. Niestety, bagatelizuje się w naszym kraju znaczenie wychowania estetycznego, a przecież światowej sławy twórca teorii takiego wychowania Stefan Szuman był Polakiem. W wychowaniu estetycznym bardzo ważna, niezastąpiona rola przypada książce. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zależy od jakości książek i w ogóle kultury dla dzieci. Dokonując pewnego skrótu myślowego, można powiedzieć, że ta jakość przekłada się na przyszły obraz naszych miast, ulic, domów, a nawet na stan przyrody. Dobrze wiedzą o tym Szwedzi. W Szwecji szanuje się w dziecku człowieka. U nas upatruje się w nim prawie wyłącznie małego klienta.

Na wydawcach książek dla dzieci spoczywa więc duża odpowiedzialność.
Prawda jest smutna: niewielu wydawców książek dla dzieci to ludzie z misją i odpowiednimi kompetencjami. Są wydawcy i producenci książek. Warto mieć tego świadomość. Ci ostatni często zaczynają pracę nad książką od… kalkulacji technicznej, to znaczy wyboru formatu, papieru etc. Dopiero potem kombinują, jak i czym te puste strony zapełnić. Jeszcze jako naczelna „Świerszczyka” odbyłam podyplomowe studia edytorskie. Pewien prezes dużego wydawnictwa dokładnie tak przedstawiał produkcję książki. Na koniec dowiedzieliśmy się, kim jest dla niego autor – „dostarczycielem wypełniacza tekstowego”. Powiedział to publicznie, bez cienia żenady. W taki sposób na pewno nie tworzy się wartościowych książek dla dzieci!

Napisała pani w katalogu, że chce przywrócić rangę beletrystycznej książce dla dzieci.
Oprócz wielkiego biznesu na rynku książki dziecięcej jest jeszcze inne, skrajnie różne zjawisko – lilipucie wydawnictwa, które publikują książki bardzo wysublimowane artystycznie. Takich książek dzieci nie chcą, i słusznie, bo dlaczego ośmiolatka ma bawić coś, co śmieszy dwóch panów, którzy mają po 50 lat i abstrakcyjne poczucie humoru? U dziecka myślenie abstrakcyjne wykształca się w pełni w wieku 12 lat. Wydawcy książek dla dzieci powinni posiadać elementarną znajomość psychologii rozwojowej. Ten kompletny brak myślenia o małym czytelniku, lekceważenie jego potrzeb i możliwości poznawczych lub traktowanie przedmiotowo, zarówno z chęci zysku, jak i osobistych ambicji wydawcy, spowodowały w ciągu ostatnich kilkunastu lat utratę znaczenia książki dziecięcej, zwłaszcza beletrystycznej. Czyż literatura dla dzieci nie jest traktowana w naszym kraju jako gorsza w stosunku do literatury dla dorosłych? Czy minister kultury zdołałby wymienić choć pięciu współczesnych twórców dla dzieci? A przecież kultura zaczyna się od dziecka. To myśl przewodnia naszej działalności wydawniczej. Postanowiliśmy wydawać książki według najlepszych wzorców, jakie sami pamiętamy z dzieciństwa, ale oczywiście rzeczy całkiem nowe. Zmienił się przecież świat i inne problemy nurtują dziś dzieci.

Jakimi kryteriami kieruje się pani, wybierając tekst do publikacji?
Po pierwsze, musi być znakomity pod względem literackim. Po drugie, musi mieć walory wychowawcze, uczyć wartości, tłumaczyć świat. Odrzucam banał i stereotypy. Z dziećmi można rozmawiać o bardzo poważnych i trudnych sprawach, nie tylko o radosnych misiach i kolorowych biedronkach. Książka jest po to, żeby wesprzeć małego człowieka we wspinaczce na coraz wyższe szczeble rozwoju. Powinna więc traktować o sprawach istotnych, koniecznie w sposób akceptowalny przez dziecko, czyli przystępnie. Oczywiście bardzo ważny jest humor, żeby dzieci czytały książki z przyjemnością.

Ostatnio panuje moda na bajki pisane przez gwiazdy i tzw. bajki terapeutyczne.
Oba te zjawiska odnoszą się do marketingu książki dziecięcej i potwierdzają tezę o degrengoladzie kultury dla dzieci. Bo nie jest tak, że dla dzieci „pisać każdy może”, że nie potrzeba do tego literackiego kunsztu. Natomiast tzw. bajki terapeutyczne, niestety równie często nieudolnie napisane, są podsuwane rodzicom jako antidotum na wszelkie problemy wychowawcze. Tymczasem każda wartościowa bajka ma charakter terapeutyczny.

Czy książki mogą wygrać z telewizją?
Myślę, że nie muszą z nią przegrywać. Dzieci mają bardzo chłonne i otwarte umysły. Jeśli zaproponujemy im coś wciągającego, np. wspólne czytanie ciekawej książki, zabawę, to telewizor będzie mieć poważną konkurencję. Ale nie wyłączajmy go dziecku przed nosem. Szanujmy w nim człowieka i dajmy możliwość dokonania samodzielnego wyboru. Do nas należy zadbanie o to, aby dziecko miało z czego wybierać.

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Matki i córki - czasem ciepło, czasem dreszcz

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Dziecko może być dla matki centrum wszechświata, ale i wielkim ciężarem. Matka dla dziecka zawsze będzie postacią centralną. Jaka by nie była.

"Jest dla mnie najważniejsza na świecie” – tak o swojej mamie mówi 36-letnia Asia. „Nie wyobrażam sobie życia bez mojej mamy” – rozczula się Beata, która sama już jest mamą dwóch przedszkolaków. „Moja matka mnie nie lubi” – twierdzi 27-letnia Agata, a Karolina, 40-latka, mówi, że to ona zawsze się czuła matką swojej matki…

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. Bez względu na to, czy faktycznie uczestniczy w życiu rodziny.

– Córka dlatego jest na świecie, że matka związała się z mężczyzną – mówi Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Gdy mamy te trzy punkty odniesienia, wiele zaczyna się wyjaśniać. Na przykład możemy przyjąć, że matka jest tak silnie skupiona na relacji z mężczyzną, że relacja z córką znika jej z pola widzenia, co może być przeżywane przez córkę jako porzucenie.

Nie bez znaczenia jest także płeć dziecka oraz to, czy było oczekiwane, czy przeciwnie. Także sposób, w jaki przyszło na świat: szybko i bezproblemowo czy może po wielogodzinnych zmaganiach matki. A ojciec: sprawdził się w swojej roli czy odszedł? A jeśli był – to tylko fizycznie czy także emocjonalnie? To wszystko składa się na to, czy matce i córce się uda: nawiązać dobrą relację, dogadać, wspierać się nawzajem i kochać. Bo do zagrania są dwie główne role, ale scenariuszy tego filmu życie może napisać bez liku.

Matka symbiotyczna

Gdy matkę opuścił mężczyzna lub w inny sposób ją zawiódł czy zranił, może ona całą swoją emocjonalną inwestycję umieścić w córce. To może zrodzić między nimi symbiozę w cierpieniu, będą się odnajdywać, dzieląc podobny los – zranienia przez tego samego mężczyznę. Ta wspólnota przeżyć daje poczucie bliskości i więzi, porozumienia bez słów. Na pozór – szczęśliwa relacja, pełna zgoda, ale… niech no tylko znów pojawi się jakiś mężczyzna. Zwłaszcza w życiu córki. Matka może poczuć się oszukana, zdradzona. W obawie, że utraci tę wieź, może wytrenować córkę tak, by ta nie związała się z żadnym mężczyzną.

– Sojusz między matką a córką wyrosły wobec nieobecnego mężczyzny – męża i ojca – narusza rodząca się seksualność córki – twierdzi Droździak. – Trzeba więc wykorzenić seksualność, by mogła trwać więź. W taki sposób, by córka albo musiała się matką opiekować, albo zaczęła bać się mężczyzn.

Symbioza zrodzi się też, gdy ojciec przedwcześnie umarł. Może stać się dla obu kobiet albo idealizowaną z czasem legendą, której w rzeczywistości żaden mężczyzna nie dorówna, albo kimś, kto zostawił je same, może z problemami do rozwiązania albo kredytem do spłacenia.

W poczuciu winy bądź z wdzięczności za matczyny trud wiele córek czuje potrzebę rezygnacji z własnego, osobistego życia na rzecz zajęcia się matką. Mogą też do takiej opieki być „trenowane”.

– Bliska więź jest potrzebna, gdy dziecko jest małe. Jednak gdy charakter tej bliskości się nie zmienia i przedłuża, więź staje się patologiczna – mówi Paweł Droździak.

Matka rywalka

Ta sama płeć to dodatkowa więź, ale i powód do rywalizacji. Gdy córka dorasta i jej kobiecość rozkwita – u matki przeciwnie, uroda zaczyna przemijać. Na nieuświadomionym poziomie może zacząć się rywalizacja o względy mężczyzn, zazdrość o fizyczną atrakcyjność.

Paweł Droździak: – Pewna ambiwalencja w stosunku do córki może wynikać stąd, że z jednej strony matka córkę kocha, a z drugiej – gdy ta zaczyna dojrzewać i być istotą seksualną – pojawiają się wszystkie obawy związane z seksualnością, które matka umieszcza teraz w córce.

Jakie? Przed rozwiązłością córki, przed tym, że będzie wykorzystana, zdradzona albo zajdzie w przedwczesną ciążę. Pojawia się też nieuświadomiony lęk, że w tej rywalizacji kobiecości córka matkę wyprzedzi, zwycięży. Stąd niektóre matki nieustannie krytykują urodę swoich córek albo to, w co się ubierają jako nastolatki.

– Gdy córka dorasta, u matki pojawia się lęk o jej własną seksualność. Ale też chęć uchronienia swojego dziecka przed zranieniem i cierpieniem – tłumaczy Paweł Droździak. – Stąd te wszystkie kłótnie z nastolatkami na temat ubioru. Czasem sprawia to wrażenie, jakby matka w ten sposób odreagowywała na córce własną traumę z czasów, kiedy była tak ćwiczona przez swoją matkę.

Matka równolatka

Niektóre dziewczyny dorastają w poczuciu, że są matką własnej matki. Gdy zastanawiają się, co zrobić z jej smutkiem, jak ją rozweselić, gdy widzą jej nieporadność i bezradność w postępowaniu z ojcem alkoholikiem lub gdy są świadkami przemocy wobec niej i chcą stanąć w jej obronie. Także wówczas, gdy matka obciąża córkę problemami przerastającymi jej możliwości znalezienia dorosłych rozwiązań albo gdy szuka w niej sojuszniczki przeciwko ojcu, a nawet przeciw całemu męskiemu światu. Inna wersja matki niedojrzałej to matka nastolatka – ubiera się i zachowuje, jakby wciąż miała 16 lat, choć dawno przekroczyła już czterdziestkę lub pięćdziesiątkę.

W każdym z tych przypadków poczucie, że jest się dojrzalszą od swojej matki, może prowokować w dorosłym życiu do bycia nadopiekuńczą i odpowiedzialną w stosunku do innych osób, co w konsekwencji prowadzi do próby kontrolowania życia wszystkich wokół… A to męcząca perspektywa – i dla kontrolującej, i dla kontrolowanych.

Matka samodzielna

Jeszcze sto, dwieście lat temu matka samotnie wychowująca dziecko skazana była na poniewierkę, pobyt w przytułkach lub oddanie dziecka do ochronki. Żyjemy w czasach, w których dla wielu kobiet samotne rodzicielstwo jest świadomym wyborem – one nie liczą na partnera, mało tego – niekiedy nie powiadamiają go o tym, że zostanie ojcem. Takimi samotnymi matkami stają się nieraz córki, które widziały swoje matki upokorzone i uzależnione od męża. – Jeśli córka obserwowała, jak strategiczna dla niej osoba jest zupełnie bezradna, w przyszłości sama sytuacja zależności od kogoś może być dla niej tak przerażająca, że nie będzie w stanie żadnej „miękkiej” części siebie pokazać światu – twierdzi psycholog Paweł Droździak. – Jeśli w dodatku ani ojciec, ani matka nie zaspokajają jej dziecięcej potrzeby bezpieczeństwa, może wykształcić w sobie radykalną obronę przed jakąkolwiek sytuacją zależności.

Takie córki, gdy dorosną, mogą pragnąć dziecka, ale nie chcieć męża. Albo – zwiążą się z mężczyzną, ale nie będą nic od niego chciały, niczego potrzebowały, by nie stać się w jakikolwiek sposób zależne, bezradne.

Matka nieobecna

Bywa też, że matki przedwcześnie zabraknie. Dziennikarka Hope Edelman straciła matkę w wieku 17 lat i nie umiała sobie z tym poradzić. Pomocy szukała w czytelniach, bibliotekach, bez skutku. Jej książka „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty” jest plonem 12 lat spotkań, rozmów z kobietami, które przeszły przez to samo co ona. W domu Hope temat śmierci matki był tabu – wszyscy żyli pozornie tym samym życiem co przedtem. A przecież strata matki nie była tylko faktem z jej biografii. – To był sam rdzeń mojej tożsamości, stan mojego bytu – twierdzi.

Żałoba po śmierci matki nigdy nie kończy się definitywnie. Zmienia intensywność, ale to droga, którą się idzie do samego końca, trwający całe życie proces przystosowywania się i akceptacji. Zwłaszcza gdy strata matki dotyka wcześnie i każe szybciej dorosnąć.

– Przekonując się w początkowych latach swojego życia, że relacje zależnościowe są nietrwałe, poczucie bezpieczeństwa jest efemeryczne, a definicję słowa „rodzina” można przeformułować, córka pozbawiona matki wykształca dorosły wgląd w rzeczywistość, choć wciąż pozostaje dzieckiem, wyposażonym tylko w dziecięce strategie życiowe – mówi Hope Edelman.

Córki pozbawione matki, bez względu na wiek, w którym zostały osierocone, mają cechy wspólne, m.in. dojmującą świadomość własnej śmiertelności, lęk przed utratą najbliższych, szukanie u partnera miłości rodzicielskiej. Ale także większą świadomość życia, która pomaga podejmować decyzje.

Matka psychopatka

Niestety, od życia bez matki niekiedy trudniejsze bywa życie z matką – w piekle krzywd i poniżenia, jakie zgotowała swoim dzieciom. Znany filozof i religioznawca, prof. Zbigniew Mikołejko, zszokował opinię publiczną, gdy wyznał w książce „Jak błądzić skutecznie”, że był przez matkę maltretowany i katowany. I że to cierpienie ciągnie się za nim całymi latami, miało i ma decydujący wpływ na całe jego życie. Mówiąc głośno o tym, o czym inni wolą milczeć, zastosował swoistą autoterapię. Zrobił to, żeby – jak sam mówi – nie rozpaść się na kawałki, zrzucić z siebie ciężar, który dźwiga już ponad 60 lat. Tym samym wskazał drogę innym.

– Moje dzieciństwo było tak drastyczne, tak naznaczone poniżeniem, przemocą, nędzą i strachem, że do końca życia będę musiał do niego powracać, starając się z niego jakoś wyzwolić – tłumaczył decyzję upublicznienia swojej prywatności. – I nie widzę innej możliwości, jak arcyszczere mówienie o tym. Nie da się uciec od jego powracających widm – trzeba zdobyć się na odwagę i przyjrzeć ich obliczom.

W telewizyjnym wywiadzie na pytanie, dlaczego matka go tak katowała, jako jedną z przyczyn podał to, że przypominał jej ojca, który od nich odszedł. – Matka bardzo kochała mojego ojca. Z czasem miłość do niego przekształciła się w nienawiść. A ja byłem jego ucieleśnieniem – wspomina Mikołejko.

Razem i osobno

Każda matka (no, prawie każda) to również matka akrobatka (stanie na głowie, by cię chronić) i matka adwokatka (zawsze cię obroni). Także matka wariatka (szaleńczo zakochana w swoim dziecku, starająca się mu zapewnić „wszystko, co najlepsze” i czego często sama nie miała).

Zresztą zbiór typów relacji z matką może być jeszcze bogatszy. Gdy ojciec wiąże się z inną kobietą albo gdy córka wychodzi za mąż, dochodzą także mniej lub bardziej matczyne relacje z macochą czy teściową, będącymi dla niektórych z nas jak matki, albo z którymi żadna bliskość nie jest możliwa... Trudna, ale naturalna przemiana czeka córki również wtedy, gdy będą musiały zaopiekować się starzejącą, chorą matką – role się wtedy odwracają, dziecko staje się opiekunem, a matka kimś, kto wymaga wsparcia. Z czasem większość z nas, córek, także zostaje matkami. Często dopiero wówczas akceptujemy w matkach to, z czym się nie umiałyśmy lub nie chciałyśmy utożsamić lub z czym wręcz walczyłyśmy.

– To, przed czym córka ucieka w swoim życiu, to być „jak matka” – uważa Paweł Droździak. – Wciąż ma wyobrażenie, że jest inna, lepsza i stanowi zaprzeczenie swojej matki. Powiedzieć kobiecie: „Jesteś jak twoja matka”, to często ugodzić w samo serce. A jednak matka jest zaprzeczoną częścią córki. Nawet jeśli nie identyfikują się ze sobą. I może tak się zdarzyć, że dopóki matka żyje, córka ucieka przed utożsamianiem się z nią w jakiejś części. Gdy matka umrze – córka zatrzymuje się, by matkę w sobie ocalić. Żeby jednak pojawiła się prawdziwa odrębność – a nie tylko rozpaczliwe zaprzeczanie zależności – powinien nastąpić moment, kiedy zarówno złe, jak i dobre rzeczy w matce zostają odnalezione.

Nawet jeśli twoja relacja z matką bywa trudna, jeśli wiele jej zarzucasz i nie jesteście sobie bliskie, prawda jest taka, że czy chcesz, czy nie, jesteś częścią swojej matki, a ona – częścią ciebie.

Tylko gdy obdarzysz matkę szacunkiem, jaka by nie była, będziesz też szanować siebie. Bo jesteś z Niej. Całkiem odrębną od matki być się nie da. A protest przeciwko niej wynika z tęsknoty za bliskością, której może nie doświadczyłaś, bo matka nie umiała  – choć wcale nie znaczy, że nie chciała – ci jej dać.

  1. Psychologia

Rodzicielstwo bliskości - rób, jak czujesz

Rodzicielstwo bliskości to rodzaj filozofii, która pozwala zbudować z dzieckiem trwałą i satysfakcjonującą więź. (Fot. iStock)
Rodzicielstwo bliskości to rodzaj filozofii, która pozwala zbudować z dzieckiem trwałą i satysfakcjonującą więź. (Fot. iStock)
Filozofia rodzicielstwa bliskości bazuje na prostym, ale obecnie niemal zupełnie zapomnianym fakcie, że każda matka jest najlepszym ekspertem w sprawach dotyczących jej dziecka.

„Pod żadnym pozorem nie bierz dziecka na ręce, gdy płacze! Odstaw je od piersi, gdy ma pół roku i bądź konsekwentna. Niemowlę musi nauczyć się samo zasypiać w pustym pokoju” – takimi radami unieszczęśliwia się dziś mamy. Rodzicielstwo bliskości to pomysł na wychowanie naturalne, w duchu zdrowego rozsądku i miłości do dziecka. Sposób na przywrócenie rodzicom należytego im miejsca w intuicyjnym wychowaniu dzieci.

Termin rodzicielstwo bliskości (ang. attachment parenting) stworzył amerykański pediatra William Sears, a swoją ideę zawarł w siedmiu zaleceniach. Nie jest to jednak system wychowania ani zbiór rad, a raczej rodzaj filozofii, która pozwala zbudować z dzieckiem trwałą i satysfakcjonującą więź. Jej credo to wzajemny szacunek i poszanowanie potrzeb obu stron. Głównymi założeniami są uwaga i czułość (zachowania bardzo trudne, bo wymagające dojrzałości). Oto siedem filarów tego coraz bardziej popularnego nurtu traktowania siebie i dziecka:

  1. Przygotuj się emocjonalnie do ciąży i porodu. Nawiąż więź uczuciową z dzieckiem podczas narodzin.
  2. Karm dziecko z miłością i szacunkiem.
  3. Zapewnij dziecku swój dotyk.
  4. Zapewnij mu bezpieczny sen – pod względem fizycznym i emocjonalnym.
  5. Reaguj na sygnały dziecka z wrażliwością.
  6. Praktykuj pozytywną dyscyplinę.
  7. Zachowaj zasadę równowagi w życiu osobistym i rodzinnym.

Wyzwanie dla rodziców

Brzmi prosto, ale nie jest łatwe, bo zgodnie z rodzicielstwem bliskości ty i tylko ty bierzesz całkowitą odpowiedzialność za to, jak postępujesz wobec swojego dziecka. Gdy słuchasz rad, czytasz poradniki, uczestniczysz w szkole rodzenia czy warsztatach dla rodziców, ktoś inny (autorytet, prowadzący czy autor) bierze odpowiedzialność za wychowanie twojego dziecka. Ty tylko stosujesz się do zaleceń. Rodzicielstwo bliskości zmusza do kontaktu z samą sobą, do podejmowania samodzielnych decyzji, do wybrania, co jest ważne i dobre, a co nie. Dla wielu kobiet jest to bardzo trudne, bo zakłada kontakt z dzieckiem oparty na uważności.

Nie sposób nie zgodzić się z założeniem, że dziecko jest w pełni kompetentnym źródłem informacji o samym sobie. Ono wie najlepiej, kiedy jest głodne, kiedy jest mu zimno, ciepło, źle czy nudno. Rodzicielstwo bliskości oddaje dziecku władzę nad nim samym, ale to wymaga ogromnej uważności i wyklucza powszechne dziś zniecierpliwienie w traktowaniu dzieci. – Rodzicielstwo bliskości przywraca mamie prym w byciu ekspertem w sprawach jej dziecka – piszą psychologowie Natalia i Krzysztof Minge w książce „Rodzicielstwo bliskości”. Mama i jej dziecko wiedzą najlepiej, czego im trzeba – tak ogólnie można streścić tę filozofię.

Najważniejsza jest relacja

Beata, ekonomistka, mama 2-letniego Mateusza: – W szpitalu od momentu porodu trzymałam syna cały czas przy sobie, ale gdy wróciłam do domu, wszyscy mi tłumaczyli, że mam go zostawiać samego w łóżeczku, że go rozpieszczę, że nie wolno dziecka przez cały czas nosić, że nie mogę reagować za każdym razem, gdy zapłacze. Nic nie rozumieli. W tym pierwszym okresie nie myślałam o tym, co jest dobre dla dziecka. To mnie była potrzebna jego stała obecność

Rodzicielstwo bliskości nie skupia się na dziecku, ale na relacji – na tym, że mama nie jest od zaspokajania potrzeb, ale też czuje, kocha, chce być szczęśliwa i spełniona i ma prawo do realizacji siebie jako kobiety.

To naturalne, że w tym pierwszym okresie tulenie w ramionach dziecka uszczęśliwia przede wszystkim matkę. Po co zaprzeczać tej potrzebie, trzeba ją realizować, bo drugiej szansy nie będzie. Marta, prawniczka: – Kinga miała kilka dni, gdy przyszła do nas położna. Koniecznie chciała zdezynfekować dziecku pępuszek i uważała, że powinien jej już odpaść. Kinga zaczęła przeraźliwie płakać, gdy położna próbowała oderwać resztkę pępowiny. Ja też się rozpłakałam, a mój mąż chwycił dziecko i uciekł z nim do kuchni. Położna się obraziła, ale to przecież my, rodzice, wiemy, co jest dobre dla naszego dziecka, a nie obcy ludzie, nawet jeśli to wykształceni profesjonaliści.

W pierwszym okresie po porodzie organizm matki, a często i ojca, jest tak wypełniony oksytocyną, że z dzieckiem „nadaje się na tych samych falach”. Rodzice wyczuwają natychmiast, czego ich dziecko potrzebuje, o co mu chodzi. Justyna, gospodyni domowa, mama 6-letniej Julki, 4-letniego Janka i 9-miesięcznego Kubusia: – Już na trzecim dziecku praktykujemy rodzicielstwo bliskości. Polecam serdecznie, chociaż rozumiem, że celem wielu mam jest jak najszybsze odseparowanie siebie do dziecka, bo praca, bo XXI wiek, bo dziś tak się robi. Moja siostra, która aktualnie jest w ciąży, kupiła sobie detektor wykrywający przyczyny płaczu. Mówiłam jej, że będzie to wiedzieć sama, ale ona sobie nie ufa. Ufa producentowi tego czegoś.

Potrzebujesz niewiele

Rodzicielstwo bliskości wywołuje kontrowersje, bo jest opozycją dla popularnego nurtu szybkiego uwolnienia mamy od dziecka. Jest też sporym ciosem dla agresywnych kampanii reklamowych, które chcą wmówić rodzicom, że potrzebują mnóstwa gadżetów, by odpowiednio zadbać o swojego malucha. Prawda jest dokładnie odwrotna.

Martyna, redaktorka w wydawnictwie książkowym: – Jestem przesądna. Niczego w ciąży nie szykowałam. Kiedy urodził się Wojtuś, mój mąż był unieruchomiony na wyciągu ze złamaną nogą. Wyszłam ze szpitala z zawiniątkiem na rękach. Miałam tylko tetrowe pieluchy i kilka ubranek. Ponieważ jestem w złych relacjach z teściami, nie miałam kogo poprosić o pomoc. Przez sześć tygodni obywałam się bez łóżeczka, wózka, wanienki, mleka i odżywek. A kiedy mąż wyzdrowiał, już ich nie potrzebowałam. Nieświadomie zaczęłam praktykować rodzicielstwo bliskości. To prawda – nie potrzebujesz masy rzeczy. Autorzy „Rodzicielstwa bliskości” wymieniają całą listę przedmiotów, które zwyczajowo gromadzimy „dla dziecka”, a które nie są mu jednak niezbędne: łóżeczko, wózek, leżaczek, bujak, przewijak, butelki, grzechotki, pozytywki, podgrzewacz… Niełatwo zrezygnować z tych atrybutów miłości i „świadomego rodzicielstwa”, ale jest to możliwe.

Elwira, księgowa: – Mam dwoje dzieci i wiecznie słyszę: „Jak ty dajesz radę bez wózka?”. A to właśnie wózek utrudnia mi życie. Jak niby mam wjechać nim na plac zabaw, jak pohuśtać Jaśka, skoro cały plac jest na torfie? Musiałabym zostawić Tosię na chodniku, a tego nie zrobię. Chusta daje mi wolność. Wózek to straszne ograniczenie. Szkoda, że nadal tyle matek boi się z niego zrezygnować.

Dziecko mówi, mama słucha

Nawet noworodek dokładnie wie, czego potrzebuje. Rolą rodzica jest po prostu go wysłuchać. Marianna, studentka: – Mama mojego partnera uważa, że karmienie piersią nie jest dobre, bo nie wiadomo, ile maluch zjada. Ona jest pielęgniarką i wie, ile powinno jeść dziecko w danym wieku i o danej wadze. „Czy dziecko samo tego nie wie?” – zapytałam. „No, nie wie” – odparła całkiem poważnie.

Karmienie piersią, poza nieopisaną przyjemnością i satysfakcją dla mamy, ma aspekt bardzo pragmatyczny – zapobiega otyłości dziecka. Ssąc, szkrab musi się napracować, wysilić i, co najważniejsze, sam decyduje o tym, kiedy jest najedzony. Karmienie piersią to zatem oddanie dziecku jego spraw we własne ręce. Z kolei płacz malucha, będący zmorą świeżo upieczonych rodziców, to najważniejszy i przez długi czas jedyny sposób jego komunikowania się z otoczeniem. W ten sposób dziecko sygnalizuje: coś mnie boli, jestem głodne, mam mokrą pieluchę.

Z czasem rodzice uczą się rozpoznawać odmienny rodzaj płaczu (np. kwękanie na kupę, krzyk na głód). Bo na czym właściwie polega wczesna opieka nad dzieckiem? Na utrzymaniu go przy życiu? Socjalizacji? Natalia i Krzysztof Minge piszą, że głównie na pomocy w zadomowieniu się na świecie. Dziecko to bezradna, kompletnie od nas zależna istota, której celem jest tylko skuteczne utrzymanie się przy życiu. Jeśli mu w tym pomożemy, otrzymamy w nagrodę coś najważniejszego na świecie – bliskość.