1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys w związku - mądrze przepracowany umacnia relację!

Kryzys w związku - mądrze przepracowany umacnia relację!

Kryzys to może być przystanek do szczęścia. (Fot. iStock)
Kryzys to może być przystanek do szczęścia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nawet nad najbardziej udanym związkiem zbierają się czasem czarne chmury. Dlaczego? Już choćby z tego prostego powodu, że nie ma relacji idealnych. Psychoterapeutka Katarzyna Miller przekonuje, że kryzysy są nieuniknione, ale też niezwykle cenne, bo – mądrze przepracowane – cementują miłosne więzi.

Kryzys w związku to ściana, która przed parą nagle stanęła czy raczej proces, który narasta?
To zdecydowanie proces i bardzo bym lubiła, żeby publiczność, czyli naród, wiedziała, że bez kryzysów się nie obejdzie, bo jest to normalny kawałek każdej długotrwałej relacji. Prowadziłam kiedyś warsztaty, które nazwałam „Kryzys – przystanek do szczęścia”, bo ja tak właśnie go widzę. Jako przystanek. Trzeba na nim wysiąść, postać, poczekać, pomyśleć, coś zrozumieć i wsiąść do autobusu jadącego prosto do szczęścia. Kryzysy dotyczą właściwie każdej sytuacji życiowej: w pracy, w związku, w przyjaźni, szkole – wszędzie, gdzie jest stała grupa ludzi, którzy coś razem robią i przeżywają. Ponieważ wszyscy oni są w jakiejś mierze podobni, ale też różni, to pewne ich żale, pretensje i niespełnienia prędzej czy później wychodzą na wierzch.

Powstaje pierwszy kryzys w związku - choć najpierw super się dogadywali?
Jak ludzie się w sobie zakochują, to chcą widzieć tylko podobieństwa. To jest taka pieśń miłosna: „Myśmy obydwoje wychowali się na Podlasiu, chodzili po drzewach, mieli paczki przyjaciół, on gra na gitarze i śpiewa, ja też”. Ona nie ma pojęcia, że po trzech latach on wyjmie gitarę i jak ona zacznie śpiewać, to usłyszy: „Przestań mi przeszkadzać”. Dlaczego? Bo na wierzch wyjdzie jego ambicja – to przecież on gra, do cholery, to on ma być tu gwiazdą!

A kiedyś był taki zachwycony, jak razem śpiewali...
No bo chciał ją zdobyć, wtedy wszystko mu się podobało. A teraz? Teraz ona wpieprza mu się w jego granie i śpiewanie. A nie mogłaby tak jak inni posłuchać i zachwycić się? Mogłaby, ale ona też chce śpiewać i chce, żeby on się zachwycał tym, jak śpiewa. Tym bardziej że najpierw przez te trzy lata się zachwycał, a tu nagle przestał. „To straszne, on już mnie nie kocha” – myśli ona. Ano kocha, kocha, tylko siebie kocha bardziej (śmiech).

Ona jednak czuje żal i pretensję.
On też. I tak zbierają się ich drobne pretensje, żale i smutki. Pierwszy kryzys, jaki dopada pary – jedne wcześniej, inne później – nazywa się „i skończyły się te dobre dni”. On jej już nie poświęca tyle uwagi, co kiedyś, a ona coraz częściej ma skwaszoną minę. Jak mu mówi: „Ale dlaczego tak często chodzisz na piłkę z kolegami, skoro masz mnie tu, w domu?”, to on się denerwuje: „Jak to, chcesz mi zabrać moją piłkę?”.

Czyli pierwszy kryzys w związku dotyczy kwestii: autonomia versus więź?
Raczej tego, że każdy z nas chce być kochany przez ukochaną osobę, a nagle ma poczucie, że już nie jest. Trochę na zasadzie: było obiecane co innego.

Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością?
Tak. Na przykład on był taki pogodny i zaradny, a teraz przychodzi zły z pracy, zalega na kanapie i nie chce powiedzieć, o co chodzi. A jak ona dopytuje, bo chciałaby wszystko o nim wiedzieć, to słyszy: „To nie twoja sprawa” albo: „A co ja ci będę opowiadał, jak ty nic z tego nie zrozumiesz, nie siedzisz w tym ze mną”. Wyobrażenia mieli takie, że ponieważ się sobą zachwycili i wszystko dobrze do tej pory szło, to będzie tak już zawsze. Dlatego  pierwszy kryzys w związku musi przyjść…

Musi?
Musi, jeśli ludzie nie są świadomi tego, że stan zakochania kiedyś minie. Następne kryzysy pojawiają się już z różnych powodów: chociażby dlatego, że jesteśmy w jednym gospodarstwie domowym, ale mamy do niego inne podejście. Bo ludzie się wcześniej ze sobą nie umawiają na to, kto będzie gotował, a kto sprzątał. Mężczyzna nie mówi kobiecie, że chciałby tradycyjnego podziału obowiązków – czyli tego, żeby ona była jak jego mamusia, która zajmowała się domem i dziećmi – bo ona najpierw pociąga go tym, że jest dokładnie inna niż jego mamusia, ale potem by jednak chciał mieć taki priorytet w domu jak tata.

Ten pierwszy kryzys w związku tak naprawdę dotyczy tego, że związek nie spełnia naszych oczekiwań?
Nasze potrzeby nie są w nim zaspokajane. Zresztą tak jak nie były w rodzinie. A wszyscy, mniej lub bardziej świadomie, oczekujemy, że małżeństwo nam wyrówna to, czego nie dostaliśmy. U mnie w domu będzie zupełnie inaczej...

…a okazuje się, że jest tak samo.
Niekoniecznie tak samo, ale wiele rzeczy jest podobnych. Nieprzypadkiem się mówi, że pobieramy się ze swoim tatusiem lub mamusią, bo nie mamy z nimi dokończonych spraw. Oczywiście, może nam się wydawać, że jest zupełnie inaczej, bo tata nie mówił mi w ogóle, że mnie kocha, a ten chłopak mówi to siedem razy dziennie, tylko że potem nagle przestaje – no bo już tyle razy powiedział.

Kryzys w związku - co robić? Jaka nauka płynie z pierwszego kryzysu?
Ano taka, żebyśmy sobie usiedli w miłej atmosferze, na wygodnej kanapie i opowiedzieli o tym, czego sobie nie wyjaśniliśmy, o oczekiwaniach, jakie mamy, a o jakich nie uprzedziliśmy naszego partnera, i sprawdzili, co można zrobić, żeby sobie trochę więcej dać, ale też nie być rozczarowanym i wiedzieć, że niektórych rzeczy nie dostaniemy nigdy od naszego partnera. I trzeba będzie ich szukać gdzie indziej. Ja zawsze dziewczynom powtarzam, że jeżeli marzy im się głębokie porozumienie, to proszę bardzo, ale z przyjaciółkami, a nie z facetem. Jak się z nim rozumiesz, to cud boski, czyli rzadkość, nie reguła. Często lepsi są w tym faceci wychowani przez siostry, bo oni wyczuwają pewne sprawy. A najbardziej to już życzyłabym nam wszystkim partnerów, którzy są najstarszymi z rodzeństwa w rodzinie.

Bo oni są najbardziej opiekuńczy, a dziewczyny to lubią.

A jedynacy?
Zgroza! Ja mam zawsze jedynaków, ale i ja sama jestem jedynaczką, więc nic dziwnego, ludzie w końcu dobierają się według pewnych jakości, które znają z domu. Myśmy z Edkiem mieszkali w kilku mieszkaniach i najlepiej jest nam teraz, kiedy każde z nas ma osobny pokój i łazienkę. Niedawno mieliśmy za małe mieszkanie, więc się bez przerwy kłóciliśmy. Przestrzeń niesamowicie wpływa na relacje między ludźmi. Na dodatek my jesteśmy jak dwie skrajności: on zawsze jest na „nie”, a ja zawsze jestem na „tak”. Ja włączam światło, on gasi, ja otwieram okno, on zamyka, ja lubię chodzić do różnych restauracji, on zawsze do tej samej. Teraz pomyśl, jak my bylibyśmy stale w jednym pokoju, tobyśmy się pozabijali. Można powiedzieć, że większość kryzysów bierze się ze wspólnej sypialni.

I nie masz na myśli seksu?
Ja mam na myśli przebywanie we wspólnym pokoju. Kobieta nie ma swojej części, facet nie ma swojej części, i wyobraź sobie, że on lubi się budzić rano, a ona długo spać, że wieczorem ona czyta, a jemu przeszkadza światło, że on lubi, jak w nocy jest otwarte okno, a jej jest wiecznie zimno, że on śpi jak zabity, a ona ma bardzo płytki sen, albo że on czy ona chrapie... Ewidentnie się nie zgrywają. Osobne sypialnie ratują wiele związków, naprawdę. A jak fajnie jest, jak się oboje seksualnie w tych sypialniach odwiedzają.

Brzmi cudownie, ale niewielu z nas na to stać...
Masz na myśli kwestie finansowe? Zgadza się, ale wiesz, że bardzo wielu na to stać i tego nie robią?

Ja mam wrażenie, że przyczyną wielu konfliktów jest już samo to, że jesteśmy mężczyzną i kobietą.
Słusznie mówisz. Konflikty biorą się już z tego prostego faktu, że jesteśmy innymi osobami, pochodzimy z innych rodzin, mamy inne doświadczenia, jak i tego, że jesteśmy innej płci. Z jednej strony nas to do siebie przyciąga, z drugiej strony jest przyczyną konfliktów. Bo to, co ci się w nim na początku najbardziej podoba, będzie cię potem najpewniej drażnić. Powiedzmy, że ty jesteś we wszystkim szybka, a on jest spokojny. Najpierw się zachwycasz: „Ach, jaki on jest spokojny”, potem mówisz: „A co ty tak siedzisz i siedzisz? Ruszyłbyś się gdzieś”. Na co on: „Ale o co ci chodzi? Przecież zawsze taki byłem. Takiego mnie brałaś”. „Ale już nie chcę!”. No właśnie. Dlatego ja jakiś czas temu powiedziałam sama sobie tak: „Nie chce iść ze mną do teatru? Dobrze, idę z przyjaciółką”, „Nie chce iść ze mną do kina? Świetnie, idę sama”. Trzeba się siebie nauczyć i właśnie po to są nam kryzysy.

Kryzys odganiany, oddala. Kiedy para go przyjmie, postara się zrozumieć i dobrze rozwiązać, to chwilowe kłopoty ich do siebie zbliżą. (Fot. iStock) Kryzys odganiany, oddala. Kiedy para go przyjmie, postara się zrozumieć i dobrze rozwiązać, to chwilowe kłopoty ich do siebie zbliżą. (Fot. iStock)

Kryzys to szkoła relacji?
Najwięcej o sobie i o związku uczymy się właśnie na kryzysach. Najpierw on tak cię wkurza, że myślisz, żeby go ciepnąć o ziemię i iść sobie w siną dal, ale kiedy już przejdzie ci złość, dochodzisz do wniosku, że będzie ci bez niego smutno – przecież nie ma drugiego faceta, który będzie cię tak rozśmieszał i znał. Zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej pewne rzeczy przecierpieć albo przemilczeć, żeby mieć te inne, które są istotne.

Powiem tak, zamiast dziwić się, że dopadł nas kryzys, powinniśmy dziwić się, gdy długo go nie ma. Bo na co dzień pędzimy gdzieś ciągle z głową pełną rzeczy do załatwienia, a wzajemna komunikacja nie mieści się raczej w spisie spraw na jutro. Wieloletni małżonkowie najczęściej przekazują sobie tylko polecenia: „Pamiętaj, żeby odebrać dziecko ze szkoły”, „Bądź w południe w domu, bo przyjdzie hydraulik”. W rezultacie po jakimś czasie zaczynają się traktować na zasadzie: „No i znowu zapomniał”, „Ma mnie w dupie”. Jak tak się o kimś myśli, to się go raczej nie znosi, prawda?

Ale tu chodzi też chyba o to, że on już się nie stara…
Jeżeli mi się w nim coś nie podoba, to mam dwie rzeczy do zrobienia. Najpierw zapytać się samej siebie, czy mogę to znieść. Jak mogę, to zacząć to znosić. Jak nie, to trochę spróbować na niego wpłynąć, ale jak nic nie działa – po prostu przestać. Nie ciosać facetowi kołków na głowie za to, że jest, jaki jest. „Bo on nie mówi, że mnie kocha”. Ale jest, kochana, jest przy tobie. Chcesz być sama, bądź. Dziewczyny, które są same, mają mnóstwo plusów w swoim życiu, ale nie mają tego jednego – kogoś do pary, kogoś w domu, kto czasem cię wkurza, ale też robi ci herbatę. Oczywiście, singielki wolą być same także dlatego, że widzą, jak niektóre pary się ze sobą żrą bez przerwy, a one tak nie chcą.

Są też kryzysy wywołane nagłymi zmianami: przeprowadzką, zmianą pracy, chorobą, romansem.
Oczywiście. Kupa kobiet reaguje najgorzej na zdradę, bo myśli, że nic gorszego je spotkać nie może. Ja im mówię: „Żeby cię tylko takie rzeczy spotykały, bo jak cię chłop oszukuje, okrada, bije albo gwałci, to dopiero jest nieszczęście”. Ale one wolą być bite, oszukiwane niż zdradzane.

Judith Viorst w książce „To, co musimy stracić” przytacza wyniki badań na temat przyczyn kryzysów w związku. Jeden z nich jest taki, że mężczyźni dążą do autonomii, a kobiety do głębokiej więzi.
Jest to z grubsza prawda, choć zdarzają się bardzo głęboko wiążący się mężczyźni i bardzo autonomiczne kobiety. Poza tym odnoszę wrażenie, że kobietom bardziej niż na więzi zależy na władzy i kontroli. Ale jeżeli umiesz zachować więź, to nie trzeba kontroli.

Inne badania mówią, że to więcej żon niż mężów mówi o niezadowoleniu ze związku, więcej żon ma depresję i więcej się rozwodzi.
Bo mężczyźni są dużo bardziej zadowoleni z tego, co mają, niż kobiety. Oni jak coś chcą, to sobie to zwyczajnie biorą. Poza tym są bardziej realistyczni. Pamiętam, jak wiele lat temu spytałam kolegę, którego przypadkiem spotkałam na mieście: „A jak tam twoje małżeństwo?”. On na to: „A dziękuję, średnio”. Najpierw miałam taki dysonans, że jak to, średnio to dobrze? Potem chwilę z nim porozmawiałam i on mi wyjaśnił: „Średnio to jest bardzo dobrze, bo to znaczy, że my się już dotarliśmy i dogadaliśmy. Ja się nie spodziewam fajerwerków. Ona też. Liczymy na siebie, wiemy, ile jesteśmy w stanie sobie dać, i jest bardzo spokojnie”. Pomyślałam: „Boże, jakie to mądre”. Złoty środek jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Jeszcze jeden fakt: kobiety dostosowują się bardziej do oczekiwań mężów niż mężczyźni do oczekiwań żon.
Owszem, dużą mądrością jest ustępować, ale ustępować i nie mieć o to pretensji, nie zapisywać tego w kominie jako „ja zawsze..., ty nigdy...”. Faceci robią dla siebie więcej, toteż mniej ustępują. Dostają od cywilizacji na to pozwolenie, a kobiety nie, dlatego powinny się tego nauczyć.

A na ile przyczyną kryzysów w relacji są nasze marzenia o idealnym związku?
Mit romantycznej miłości więcej robi nam szkody niż pożytku. Podobnie jak wiara w ideały. Kryzysy są nam niezbędne, mamy je szanować i czerpać z nich naukę. Nazywać je. Dopadł was kryzys? Usiądźcie i porozmawiajcie, co z nim możecie zrobić. W którym miejscu on by coś chciał od ciebie, a ty od niego. I nie nastawiajcie się od razu, że i tak tego nie dostaniecie albo nie umiecie dać. Jeżeli będziecie odganiać kryzys, to być może się nie rozstaniecie, ale będziecie od siebie coraz dalej. Natomiast jeżeli go przyjmiecie, postaracie się zrozumieć i dobrze rozwiązać, to się do siebie zbliżycie. I może nawet przeżyjecie kolejny miesiąc miodowy. Znam pary, które zaczęły być ze sobą bliżej niż kiedykolwiek wcześniej – po zdradach, stracie majątku, a nawet dziecka. Bez wygranych i przepracowanych kryzysów nie ma prawdziwie scementowanych związków.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

Instrukcja obsługi toksycznych ludzi Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

  1. Psychologia

Zazdrość - rozgrywka z krytykiem wewnętrznym

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To uczucie obudowane szeregiem różnorodnych emocji. Złością, irytacją, żalem. Bezradnością, poczuciem krzywdy i odrzucenia. Zazdrość wiązać się może wręcz z agresją. Jaką informację o nas niesie?

Zazdrość w relacji pojawia się wtedy, kiedy ktoś czuje się zagrożony. Może to być poczucie braku bezpieczeństwa w życiu w ogóle lub może wiązać się z brakiem dostatecznej pewności, że druga osoba jest zaangażowana w związek. Każde z nas w różnym stopniu potrzebuje takiego potwierdzenia. To się zmienia w trakcie trwania związku. Zazwyczaj na pierwszym etapie bycia razem, kiedy jesteśmy zakochani i zafascynowani sobą, dostajemy dużo uwagi. Jest nam dobrze, a nawet wspaniale, cudownie, euforycznie. Mamy poczucie, że partner zawsze staje po naszej stronie i to czyni nas nie tylko szczęśliwymi, ale też wewnętrznie zintegrowanymi. W jakimś momencie ten stan zaczyna się zmieniać. Uwaga, która była skierowana na relację, przesuwa się na inne obszary. I często nie dzieje się to równocześnie u obojga partnerów. Wówczas jedna strona może zacząć się zastanawiać - o co chodzi? Rano zawsze patrzył mi w oczy, obsypywał pocałunkami i robił kawę, a teraz wstaje, łapie za telefon komórkowy i sprawdza, czy nikt do niego nie dzwonił. We mnie zaczyna budzić się niepokój. Taki może być początek zazdrości w związku.

Gdy jesteśmy zazdrości to znak, że potrzebujemy zadbać o swoje poczucie wartości. Sygnał pokazujący, że bardzo potrzebujemy wewnętrznej siły i akceptacji w ogóle w życiu lub od partnera. Ważne jest pytanie kto o kogo i o co jest zazdrosny. Zazwyczaj tak czuje się zagrożone dziecko w nas. Ale uwaga - tu może kryć się postawa tyrana, wymagającego żeby ktoś postępował tak, jak ja chcę, po to żebym czuł się bezpiecznie. Warto się przyjrzeć, na co reagujemy. Bo partner zaczął patrzeć na kogoś z większym zainteresowaniem? Dłużej niż zwykle rozmawia przez telefon albo wieczorem dostaje sms-y? Zazdrość pokazuje, że model związku, który obowiązywał do tej pory, musi ulec zmianie. Pytanie - jakiej? To są zwykle pierwsze sygnały kryzysu. Nie warto ich lekceważyć, tylko odkrywać co się za nimi kryje. Może okazać się, że potrzebuję mieć tego mężczyznę bardzo blisko siebie, a on tak nie chce i w pewnym momencie zaczynam się tego bać. Albo że jestem kontrolująca, a ktoś zaczyna stawiać mi granice i z tego powodu pojawia się napięcie między nami. Dobrze, żeby najpierw rozeznać się w sobie - co ja o tym myślę, jak się z tym czuję. Zazdrość pojawia się u osoby, która ma silniejszego krytyka wewnętrznego. Ktoś taki szybciej reaguje na sytuacje zagrożeniowe.

Pierwszym etapem radzenia sobie z zazdrością jest rozgrywka z własnym krytykiem. Dlaczego uważam, że coś jest ze mną nie tak, jeśli partner nie przychodzi na każdą kolację do domu? Dlaczego nie wpadam na pomysł, że mogę sobie w tym czasie poczytać książkę albo dwa razy w tygodniu spędzać wieczór na kursie tanga argentyńskiego, tylko myślę, że nie umiem stworzyć doskonałej atmosfery ogniska domowego. I zaczynam rozmyślać - może powinnam zrobić na kolację kalmary, albo może on by wolał steki, albo zapalić świece, albo powinniśmy iść do restauracji. Stajemy na baczność, ponieważ słyszymy od krytyka - coś robisz źle, skoro nie jesteś w stanie przyciągnąć tego faceta do domu.

Trudno jest przyjąć, że w związku czasem potrzeba zwiększyć dystans. Co to oznacza? Zazwyczaj w relacji każdy z nas konfrontuje się z konfliktem na ile chce być razem, a na ile osobno. Na początku związku zazwyczaj decydujemy się na „my”. Po jakimś czasie, kiedy w sferze tej nie ma już nowości lub też potrzebujemy bardziej skupić się na sobie, zaczynamy wybierać siebie. I wtedy myślę sobie na przykład, że jak pojadę na weekend sama w góry, świat się nie zawali. Skoro mam go przez miesiąc namawiać, a potem on i tak będzie na tym wyjeździe niezadowolony, lepiej będzie, jeśli sama coś przeżyję i wrócę z poczuciem nowych doświadczeń. To jest zgoda na to, żeby w danym związku sfera „ja” każdego z nas też była realizowana.

Jest jeszcze sfera „ja” bardziej wewnętrzna, związana z tym w jakim wymiarze dzielić się sobą z partnerem. Kobiety często są wylewne, otwarte. Oczekują codziennej bliskości, zakładającej że nie mamy przed sobą tajemnic, dzielimy się wszystkimi emocjami. To jest tęsknota za symbiotycznym związkiem. Takim, w którym będziemy jednością, będziemy tworzyć pełnię, a z dwóch osób będzie jedna. I będzie nam tak bezpiecznie. Tego typu uczucie pojawia się w różnych momentach - pierwszego pocałunku, seksu, wspólnej pasji. Ale na dłuższą metę jest to nie do utrzymania i nie do wytrzymania. Mężczyźni w naszej kulturze są inaczej kształtowani, niż kobiety. One pragną zjednoczenia w związku, a dla nich zwykle dramatem jest, że są wypytywani, naciskani, że oczekuje się od nich całkowitego otwarcia. I na tym tle często pojawia się zazdrość. Czujemy niepokój, bo on ma swoje tajemnice, swoją strefę „ja”, a ja? Nie mam własnego życia, bo wszystko wrzuciłam do wspólnego worka. Te układy się jednak zmieniają - jest coraz więcej związków, w których mężczyźni są zaciekawieni światem, w jakim uczestniczą kobiety.

Przed zazdrością chroni zachowanie równowagi między strefami „my” a „ja”. Problem jest wtedy, kiedy wybieramy „my” ze strachu. Na przykład jadę z nim na zorganizowaną wycieczkę, chociaż nienawidzę imprez grupowych. Jest to kiepski pomysł. Na takiej wycieczce i tak będę miała zły humor i w pewnym momencie odbije się to rykoszetem. On też nie będzie szczęśliwy, bo wyczuje, że jestem z nim nie dla własnej przyjemności, ale w imię kontroli. Poza tym sama ze sobą będę się czuła źle, bo robię coś tylko po to, żeby mi facet nie uciekł. W konfrontacji z zazdrością ważne jest, żeby powiedzieć sobie - stop, wybieram siebie.

Warto zacząć od rozprawienia się z krytykiem, który mówi, że może już mu się znudziłaś, że może tam, na wycieczce, pozna jakąś inną, młodszą, ładniejszą. W tym momencie dobrze jest obronić się przed takim głosem i odpowiedzieć mu - trudno, jak mu się jakaś inna spodoba, niech się mu podoba, znajdzie się ktoś, komu ja się spodobam. Im bardziej czujemy się wartościowi, tym więcej przestrzeni jesteśmy w stanie dać partnerowi. A przy tym należy mieć świadomość, że każdy związek może w dowolnym momencie się zakończyć, może dojść na przykład do romansu. Jednak jeśli mam dobrze ugruntowane poczucie własnej wartości i dobrze zagospodarowaną strefę „ja”, zdrada nie sprawi, że mój świat legnie w gruzach.

Jeśli zazdrość pojawia się w związku, może to być sygnał na konieczność jego transformacji. Często jednak nie widzimy kierunku tej zmiany, bo czujemy się zagrożeni, wydaje nam się że dzieje się coś strasznego. Stawiamy się w roli ofiary albo postanawiamy wymusić coś na partnerze. Wydaje się nam, że on nie ma prawa się tak zachowywać, bo skoro jesteśmy w związku, to musi zrobić wszystko, żeby mnie było komfortowo. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć szerszej perspektywy i celu tej całej historii. Nie chcemy sami coś z tym zrobić, tylko oczekujemy, żeby ta druga strona się zmieniła. Czasem jest tak trudno, że warto iść po pomoc do psychoterapeuty, który może spojrzeć na to, co się dzieje, z zewnętrznej perspektywy. A także pomóc uporać się z odczuwaniem zazdrości, przejść przez różne uczucia, które w nas drzemią, może jeszcze z czasów dzieciństwa. Psychoterapeuta może trochę odczarować ten dramat.

Agnieszka Wróblewska, psychoterapeutka, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie.

  1. Psychologia

Życie w iluzji - kim jest kobieta współuzależniona?

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Twój wewnętrzny mikroskop nastawiony jest na niego: co robi, jaką ma minę, czy zjadł, czy wypił kawę, co czuje, czy załatwił sprawy, których sam powinien pilnować? Nie bawisz się na imprezie, kopiesz go pod stołem, żeby więcej nie pił. Myślisz: „Czemu siedzi z boku? Może już wypił? Gdzie schował butelkę?” Jeśli tak, to ten artykuł jest dla ciebie i o tobie.

Zawsze sobie radzisz. Jeśli on roztrwoni wszystko i nie masz na mleko dla dzieci, pożyczasz od matki emerytki, sprzedajesz biżuterię po babci, nie idziesz na dodatkowe studia, choć pomogłyby ci w karierze. Myślisz, że to ostatni raz, ostatnie twoje poświęcenie. Ale alkoholik, hazardzista, każdy uzależniony, wywoła kolejny kryzys. Będzie tak, dopóki się z nim nie rozstaniesz. Wmówił ci, że pije, ćpa, gra itd. przez ciebie. Jak będziesz milsza, gospodarna, szczuplejsza, przestanie! Chodzisz więc wokół niego na rzęsach, spełniasz nierealne wymagania, żeby tylko był zadowolony. Ulegasz jego manipulacji, bo tak jak wy teraz żyli też twoi rodzice.

No więc pilnujesz jego spraw, umawiasz do dentysty itd. Napisałaś za niego pracę dyplomową i prosiłaś tylko, żeby przeczytał. Masz czas, bo rezygnujesz z siebie: „Kiedy już go uzdrowię, zajmę się sobą”, ale to „uzdrawianie” nigdy się nie kończy i każdego dnia pochłania tyle sił, że zapominasz o swoich ambicjach. Wierzysz, że poradzisz sobie z jego nałogiem, choć jest coraz gorzej. Ty jednak tego nie widzisz, bo sama już zachorowałaś, jesteś współuzależniona, jesteś koalkoholiczką. I jeśli nawet zdarzy się cud i on przestanie, ty będziesz potrzebowała odwyku od bycia współuzależnioną.

Kiedy on przestaje, ona zaczyna

Kiedy Robert, 36-letni inżynier, przestał pić, w lodówce zaczął znajdować wino. To Ewa, jego żona, do czasu gdy pił abstynentka, zaczęła przynosić alkohol i zapraszać koleżanki.

„Nie pijcie przy mnie – prosił. – Mogę się nie powstrzymać, dla mnie to męka”. Ewa: „Jak piłeś, to byłeś porządnym człowiekiem. Teraz jesteś śmieć, lepiej, żebyś pił”, i potok pretensji: „Nie nadajesz się na męża ani na ojca, tylko do zapłodnienia, a potem wykastrować!” – z byle powodu wszczynała awantury. Robert zwykle wychodził, nie zawiązując nawet sznurówek. Ale ile można wychodzić? Ewa była jedyną kobieta, którą uderzył. Miał tak straszne poczucie winy, że mogła nim dyrygować: „Zrób to, zrób tamto…” .

– Myślałem, że gdy zrozumiem, jak ją skrzywdziłem, pijąc, zmienię się tak, że będzie nam dobrze. Poszedłem więc na AL-Alone, grupę dla współuzależnionych, tam chodzą żony alkoholików – mówi Robert. – Trudno mi było: mężczyzna alkoholik i kobiety ofiary pijaków, ale też ze zdumienia otwierałem oczy, jak bardzo krzywdziłem bliskich…

Po roku na jednym z mitingów wszystkie kobiety jak w transie zaczęły utyskiwać na mężczyzn, że to podłe ludzkie śmieci, a Robert zobaczył w nich Ewę. Żadna, jak i jego żona, nie widziała swojego współuzależnienia, tego, że nie tylko pijak był winny temu, jak wyglądało ich życie. Zaczął namawiać Ewę, żeby teraz ona poszła z nim na miting AA i poczuła jego ból. Wyśmiała go: „Ja jestem ofiarą, ty sprawcą! Ty się lecz, ja jestem zdrowa!”.

Wziął się jeszcze raz w garść i postanowił żyć jak prawdziwy mąż, razem z Ewą gospodarować, pomagać jej, dowiedzieć się, na co idzie pensja, którą jej oddawał. Awantura była straszna. Ewa odmówiła wspólnego gospodarowania i powiedziała, że nie będzie już z nim spać. „Nie zasługujesz na mnie!” – usłyszał.

Ostatnie dwa lata Robert był z nią tylko ze względu na syna, ale gdy Piotruś wykrzyczał mu w twarz: „Wypier….. z domu”, zrozumiał, że chłopak rośnie w atmosferze wrogości i pogardy. Spakował się z poczuciem, że jeśli jeszcze choćby jeden dzień zostanie w domu, to zacznie pić. Do sądu Ewa przyszła w sukience, na szpilkach, z makijażem, piękna. Chciała, żeby widział, co traci. Poczuł się jak śmieć. Ale nie poszedł się napić, zadzwonił do sponsora z AA…

Współuzależnienie to adaptacja do złej sytuacji

Zofia Ignatowicz, terapeutka z warszawskiej Poradni Odwykowej „Petra”: – Żona alkoholika marzy, żeby mąż przestał pić, ale jeśli zdarza się ten cud, nie potrafi odnaleźć się w normalnej relacji. Zdrowiejący alkoholik chce sam o sobie decydować, kontrolować siebie. A do tej pory to ona musiała radzić sobie ze wszystkim i z tego czerpała poczucie wartości. Jeśli pozwoli mu być partnerem i prawdziwym mężem, straci to poczucie. Co dostanie w zamian? Wreszcie będzie mogła zająć się sobą, swoimi marzeniami, karierą, urodą, tym, co jej tylko przyjdzie do głowy. Ale ona zawsze żyła sprawami partnera: czemu pije, jak to zrobić, by przestał? I kiedy teraz niczego nie musi i może odpocząć, wpada w panikę: dopada ją poczucie pustki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. A to tak jakby jej samej nie było... Z łatwością odganiała od siebie to przerażające poczucie, kiedy żyła na baczność, skupiona na pokonywaniu kolejnych kryzysów. Łatwo pozbywała się rozpaczy z powodu tracenia samej siebie, strachu przed tym, który ją krzywdził i złościł, bo miał kochać, a zdradza z butelką. Uciec przed tymi emocjami umie tylko w jeden sposób, dalej chce partnera kontrolować. Przeżyła z nim straszne chwile, pragnie zadośćuczynienia, a jeśli tego nie dostaje, prowokuje męża, aby się napił.

Mój tata pił jak mój mąż

Zofia Ignatowicz: – Istotą współuzależnienia jest adaptacja do życia w złych warunkach, w nieprawidłowej relacji z najbliższą osobą. Ta adaptacja zazwyczaj zaczyna się w dzieciństwie, bo osoby współuzależnione pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których jedno z rodziców piło, ćpało, stosowało przemoc lub chorowało psychicznie. Już więc w dzieciństwie nauczyły się uważać na każde słowo, bo byle co mogło spowodować wybuch. Nauczyły się nie liczyć na troskę bliskich, a raczej spodziewać złego traktowania. Ponieważ dobrych relacji nie poznały, kiedy dorosną, nie uciekają przed tym, kto się awanturuje, jest niegodny zaufania.

Kobiety wychowane w zdrowych rodzinach po dwóch, trzech latach, jeśli pijak nie zaczyna terapii, odchodzą. Nieważne, czy mają z nim dzieci, wspólne biznesy, czy nie. Wiedzą, że skrzywdziłyby dzieci, wychowując je w takim domu, i ile ryzykują, prowadząc interesy z kimś, kto nie panuje nad sobą, bo jest uzależniony.

– Mój tata pił, kiedy byłam mała – mówi Ewa. – Pamiętam, jak szarpie się z mamą na schodach, bo mama nie chce go puścić do kumpli. Albo jak wsiadał na motocykl, a mama na rowerze goniła go przez całe miasteczko… Mama była skupiona na ojcu, wszystko kręciło się wokół niego. Mówiła, że tatuś źle się czuje i dlatego krzyczał, że zgubił nasze pieniążki, bo jest chory. Zawsze go usprawiedliwiała. Miałam 20 lat, kiedy tato pijany wracał do domu i zginął w wypadku. Kiedy poznałam Roberta, nie przeszkadzało mi, że pił, bo pił jak wszyscy. Po ślubie, kiedy urodził się Piotr, chciałam, żeby więcej pomagał i wtedy zaczęły się awantury. Nie wierzę w żadne „współuzależnienie” – kręci głową Ewa. – To wymysły alkoholików, kolejne alibi. Faceci po prostu tacy są. Dlatego po rozwodzie nie szukałam kolejnego męża. Zajęłam się wychowaniem syna, żeby nie był jak jego ojciec, pijakiem, śmieciem.

Z pokolenia na pokolenie

Piotr, syn Roberta i Ewy, ma 24 lata, nie skończył studiów, nie zagrzał dłużej miejsca w żadnej pracy. Kiedy Robert się wyprowadził, cała uwaga Ewy skupiła się na synu. Kontrolowała każdy jego krok, pomagała, krytykowała, pouczała. Piotr uciekł od matki, ożenił się z pierwszą dziewczyną, jaką poznał. Matka nadal dawała mu pieniądze, starała się o przedłużenie urlopu dziekańskiego, załatwiała prace itp. Zażegnywała kryzysy, jakie syn wywoływał, podobnie jak robiła to w przypadku jego ojca.

Niedawno, pierwszy raz od rozwodu, Ewa zadzwoniła do Roberta: „Ratuj Piotra! Ty się na tym znasz, jak to zrobić, żeby przestać pić. Ukrywałam to przed tobą, ale on pije, a teraz jego żona odeszła. Boję się o naszego syna”. Robert miał  pretensje, czemu wcześniej mu nie powiedziała. Ewa broniła się, że chyba umarłaby ze wstydu, mówiąc komukolwiek, że jej syn pije. Była pewna, że sama mu pomoże, oduczy. Ale najwidoczniej złe geny Roberta przeważyły.

Zofia Ignatowska: – Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi. Myśli za nich, radzi im, jest przekonana, że wie, co dla nich najlepsze. Dla dzieci to szczególnie szkodliwe, bo nie pozwala im się rozwijać i usamodzielniać, nie daje przestrzeni i swobody. Nawet gdy mają 30 lat, dyktuje, jaką kanapę kupić do ich mieszkania. Ta wieczna kontrola i krytyka sprzyja temu, by dzieci powieliły wzory dostarczone przez pijącego rodzica.

Uderzyłeś mnie pięścią

Marta, 28-letnia menedżerka, zorientowała się, że Patryk pije, dopiero w dniu ślubu. Spił się jak świnia, a po powrocie do domu nie poszedł z nią do sypialni, pił dalej z kuzynem. Czekała, czekała... Wyszła przez balkon, wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Płakała: „To moja noc poślubna!”. Nie mogła wrócić do rodziców, było jej wstyd. Rano wróciła do Patryka. Zrobił jej awanturę, jak mogła, przecież w domu nocuje jego rodzina i on musiał się z nimi napić! Zaczęła go przepraszać…

Uderzył ją pierwszy raz miesiąc po ślubie. Jako jedyna trzeźwa wiozła do pracy jego i kuzyna. Poprosiła, żeby byli ciszej. Chciał uderzyć ją w twarz, ale trafił w szyję. Kuzyn kazał mu wysiąść i oddał cios: „Poczuj się jak Marta!”. Dalej pojechali we dwójkę. Kiedy Marta wróciła do domu, Patryka nie było. Przestraszyła się, że sobie coś zrobi. Już wcześniej straszył ją, że jest w rozpaczy i się zabije, bo ona jest dla niego niedobra, nie dba o dom, myśli tylko o pracy. Pojechała go szukać, bo czuła, jak musi być mu smutno i źle, przecież nie chciał nic złego, był pijany…

Kiedy wieczorem Patryk wrócił, pokazał jej podbite oko i wykrzyczał: „Zobacz, co mi się przez ciebie stało!”. „Masz przestać pić!” – powiedziała mu. I przez miesiąc nie pił. – Byłam szczęśliwa, zaczęłam myśleć o dziecku i o tym, że powinnam więcej uwagi poświęcać domowi – mówi Marta. – Praca pracą, ale przecież małżeństwo jest ważniejsze. Zaczęłam gotować i nie brałam dodatkowych zleceń. Ale Patryk zawsze miał jakieś „ale” i znów zaczął pić.

Po dwóch latach małżeństwa popchnął Martę tak, że stłukła szybę w drzwiach i pokaleczyła nogę. Uciekła zakrwawiona do koleżanki, a on krzyczał za nią, że to jej wina, bo z byle piwa robi problem, że jest jak jego matka. Wróciła po dwóch dniach, bo się o niego martwiła.

Jeszcze trzy razy wyprowadzała się i wracała. – Przecież Patryk to dobry człowiek, mówiłam sobie – wspomina Marta. – Kiedyś kupił mi wielki kosz kwiatów, grał dla mnie na gitarze, nazywał swoim cudem. Przecież to niemożliwe, żeby się tak zmienił!

Któregoś dnia, kiedy uciekła z domu, zanocowała u przyjaciela ze studiów. Przytulił ją, bo płakała, zaczął całować. – Zachwycał się moim ciałem, był taki delikatny, a ja czułam, jak mi tego brakuje: tej delikatności. Patryk śmierdział alkoholem nawet gdy twierdził, że nie pił, i jak kładłam się z nim do łóżka, to odwracałam głowę… Ale od ślubu z nikim się nie spotykałam: tylko Patryk i Patryk. Wtedy u Jaśka coś mi w głowie przeskoczyło i chyba dzięki temu poszłam do psychoterapeutki.

Koalkoholiczka trzeźwieje

Gdyby stłuczona szyba rozcięła tętnicę udową, a nie kolano, Marta mogłaby się wykrwawić na śmierć. Patryk by jej nie pomógł. Nie martwił się o nią. To ona martwiła się o niego. Terapeutka uświadomiła Marcie, że ryzykuje nie tylko szczęście, ale i życie.

Zofia Ignatowicz: – Kobieta współuzależniona ma zaburzoną ocenę rzeczywistości i myśli, że to tyran potrzebuje pomocy, że sam sobie nie poradzi. Głaszcze go więc po głowie, wierzy, że on się poprawi. Wie, że to mężczyzna, ale traktuje go jak dziecko. Tak zdejmuje z niego odpowiedzialność i wspiera nałóg. Myśli magicznie, nie pamięta, ile razy zdemolował mieszkanie, pamięta tylko, że na pierwszej randce był szarmancki i wierzy, że znów będzie taki cudowny jak wtedy. Nie będzie. Osobowość alkoholika, jego system wartości, zdolności intelektualne i wrażliwość – wszystko ulega degradacji i on staje się manipulantem i egoistą, dla którego alkohol jest najważniejszy. Mężczyzna, z którym ona sypia, nie jest tym, z którym chodziła na randki. Miłych chwil jest coraz mniej, ale ona żyje iluzjami. Jak obudzić się z tego złego snu?

– Terapeutka poleciła mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że stoję przed Patrykiem. Co czuję? Ścisk w żołądku, lęk… Czy takie emocje budzi w nas ten, kogo kochamy? No nie – wspomina Marta. – Podczas terapii zdałam sobie sprawę, że bagatelizuję chamstwo Patryka, usprawiedliwiam go, mówiąc, że pije, bo miał zimną jak butelka wódki matkę i ojca, który nigdy go nie przytulił. Analizuję jego zachowanie po to, by znaleźć uzasadnienie: w pracy ma ciężko i dlatego tak się złości. Ukrywam przed nim siniaki i łzy, żeby mu nie było smutno.

Zofia Ignatowicz: – Pierwszy krok ku ozdrowieniu to zrozumieć, że jest się uwikłaną w destrukcyjny układ. Kolejny to zmiana przekonań z: „kluczem do dobrego życia jest to, żeby on się zmienił” w: „kluczem do dobrego życia jest to, żebym ja się zmieniła i zadbała o siebie”.

Ku wolności

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Do tego natręctwa (np. przymus sprzątania, bo pomaga rozładować napięcie i stres), uzależnienie od leków uspokajających (pomagają pokonać poczucie krzywdy i winy) i depresja, bo rezygnując z realnego wpływu na życie, żyją iluzjami, że zmienią pijaka.

Marta poznała te statystki i to też ugruntowało ją w decyzji o rozwodzie. Musi tylko uniezależnić się finansowo od Patryka. Terapeutka pomogła jej skupić się na tym, jak to osiągnąć.

Zofia Ignatowicz: – Jeśli uda się jej całą energię, jaką wkładała w ratowanie męża, skierować na siebie, szybko zdobędzie to, co zaplanuje. Współuzależnione to silne i mądre kobiety, potrzeba im tylko tego, co daje terapia: zdjęcia z nich poczucia odpowiedzialności za picie męża. I przekonanie, że jeden człowiek nie jest odpowiedzialny za uczucia i zachowania drugiego. Mamy wolną wolę.

  1. Psychologia

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.

  1. Psychologia

Czy wierzysz w przeznaczenie?

W chińskiej filozofii istnieje określenie, według którego do przeznaczenia odwołujemy się wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jest tak jak jest.  (Fot. iStock)
W chińskiej filozofii istnieje określenie, według którego do przeznaczenia odwołujemy się wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jest tak jak jest. (Fot. iStock)
Wiara w przeznaczenie tłumaczy to, co niezrozumiałe, zwalnia z odpowiedzialności. Jest przeciwwagą dla racjonalizmu. A jednak się jej poddajemy. Dlaczego? Z Tomaszem Teodorczykiem rozmawia Agata Domańska.

Czy z punktu widzenia psychologii istnieje coś takiego, jak przeznaczenie?
Psychologia patrzy na wiarę w przeznaczenie inaczej: nie pyta „czy jest”, ale „czemu służy, jaką spełnia funkcję”. Z punktu widzenia psychologa, przekonanie: „przeznaczenie istnieje” – nie różni się od: „pod skórką jest najwięcej witamin”. Jedno i drugie jest próbą wyjaśnienia, jak działa świat. Większość ludzi tego potrzebuje. Należałoby jednak odróżnić odkrywanie ukrytego porządku zjawisk od wiary w przeznaczenie.

Jak?
Najbardziej podoba mi się określenie zaczerpnięte z chińskiej filozofii: do przeznaczenia odwołujemy się wtedy, kiedy nie rozumiemy, dlaczego jest tak jak jest. Bo kiedy człowiek styka się z czymś, czego nie rozumie, czuje się bardzo niekomfortowo. Takie pogubienie się w życiowych wydarzeniach i ich znaczeniu powoduje utratę nad nimi kontroli, a to z kolei zaburza poczucie bezpieczeństwa. I człowiek ląduje w chaosie. W takiej sytuacji jak tonący chwyta się brzytwy – szuka jakiegokolwiek wytłumaczenia. A najprostsze jest co prawda nieco magiczne i niewytłumaczalne, ale poprawia komfort psychiczny. I nieważne, czy ochrzcimy je Bogiem, ślepym losem, planem wszechświata, porządkiem rzeczy czy przeznaczeniem właśnie – odwołujemy się do siły wyższej, która mniej lub bardziej determinuje życie.

Czy to źle?
Nie, co więcej, czasem wiara w przeznaczenie jest psychologicznie bardziej korzystnym  rozwiązaniem niż podejście: „jestem kowalem swojego losu”, które nierzadko pociąga za sobą myślenie typu: „jeżeli zachorowałem na raka, to moja wina, bo tak działają moje myśli”. To pozwala nam wprawdzie z powrotem umieścić kontrolę wewnątrz nas, tylko że do zagubienia i chaosu dokłada poczucie winy, równie destrukcyjne jak samo zagubienie.

Od czego zależy, czy wierzymy w przeznaczenie?
W dużej mierze od kultury, która nas ukształtowała. Kultura Zachodu uczy myślenia racjonalnego i dualistycznego, czyli według schematu „albo–albo”: albo coś jest dobre, albo złe. Inaczej reagują ludzie Wschodu, mniej hołdujący indywidualizmowi i uważający, że dobrych rozwiązań może być więcej niż jedno. Ich zdaniem istnieje jakiś porządek świata i człowiek może się do tego porządku dopasować lub nie, ale wtedy tylko się umęczy. Jednak niezależnie od „macierzystej” kultury, przeznaczenie jest jak wentyl bezpieczeństwa: dzięki wierze w jego interwencję uchodzi z nas napięcie – a przynajmniej jakaś jego ilość. Ten wentyl znakomicie się sprawdza, gdy osiągamy masę krytyczną, czyli przekraczamy poziom tolerancji na ilość chaosu i niewiedzy w życiu. Dla każdego ten poziom jest inny. Jedni długo są przekonani, że to, co się dzieje w ich życiu, jest sensowne. A przynajmniej wytłumaczalne. To typowe dla ludzi, którzy mają większe poczucie własnej wartości i lepszy obraz samego siebie. Innych znaki zapytania dopadają dużo częściej.

Wierzymy w przeznaczenie, kiedy nie mamy zaufania we własne siły?
Tak, ale też wtedy, kiedy nasze działania są mniej skuteczne, gdy mamy niższe poczucie tego, że coś od nas zależy. Dlatego też myślenie w kategoriach przeznaczenia będzie częściej występować u ludzi starszych. Są oni zazwyczaj fizycznie słabsi, mniej elastyczni i żywotni. Młodzi zwykle mają wyższe poczucie sprawstwa i mniejszą wyobraźnię, więc rzadziej odwołują się do sił magicznych.

Czyli im bliżej spraw ostatecznych, tym bardziej ufamy w interwencję sił wyższych?
Niewiedza i niepewność w naturalny sposób kierują nas ku aspektom magicznym, religijnym lub duchowym, które pomagają ukoić strach. Choć to tylko część obrazu. Ludzie, którzy zdążyli już niejedno przeżyć, mają świadomość, że nie na wszystkie rzeczy mieli wpływ. To otwiera ich na myśl, że być może życiem rządzi coś jeszcze, oprócz naszej woli.

W psychologii istnieje coś, co nazywamy myśleniem narracyjnym, sposobem polemiki z tym, co przeżyliśmy, metodą na „uporządkowanie materiału”. Oczywiście ktoś, kto przeżył 70 lat ma tego materiału więcej niż 20-latek. A patrząc wstecz zaczynamy dostrzegać, że pewne fakty z naszego życia miały logiczne i często znaczeniowe połączenie z innymi, że się nawzajem uzupełniały i z siebie wynikały. Jesteśmy więc skłonni przypisywać to przeznaczeniu – łączyć w jakiś ogólny plan: „boski”, „diabelski”, „naturalny”...

W jakich jeszcze sprawach zwykliśmy zwracać się ku temu boskiemu planowi?
Oczywiście w miłości. Chcielibyśmy, by miała wydźwięk nie tylko biologiczny, reprodukcyjny, ale znaczyła coś więcej niż tylko popęd płciowy czy lęk przed samotnością. Jeżeli dodamy do niej element przeznaczenia, staje się wtedy niemal święta, cudowna, magiczna. Nasza kultura bardzo dużo zainwestowała w mit miłości romantycznej, tym bardziej więc mamy skłonność zwiększać jej wagę – także odwołując się do przeznaczenia. Ma ono funkcję uprawomocniania decyzji trudnych, nietrafionych czy niepoprawnych politycznie. Jeżeli biorę sobie za partnera kogoś, kogo nie aprobuje moja rodzina i świadomie robię to wbrew jej woli, wolę nazwać to przeznaczeniem, by się usprawiedliwić, także przed samym sobą. Gdybym nazwał rzecz po imieniu, mówiąc np.: „robię na złość rodzinie” albo „chcę się wyrwać spod tyranii bliskich” – nie czułbym się już tak dobrze, musiałbym też pewnie skonfrontować się z niewygodną dla siebie rzeczywistością.

Joanne Rowling, autorka sagi o Harrym Potterze, powiedziała kiedyś: „przeznaczenie to określenie, nadawane przez nas w retrospekcji wyborom, które miały dramatyczne konsekwencje”.
Dużo w tym racji. Do wiary w przeznaczenie odwołujemy się, gdy doznajemy poważnych strat, nie tylko materialnych. Jeżeli na przykład zaniedbamy coś i ucierpi na tym nasze dziecko, powiemy sobie „to przeznaczenie” i zwolnimy się z poczucia winy, które inaczej zjadłoby nas w całości. Ta wiara bywa naszym plastrem na rany: sprawia, że przez chwilę mniej boli. Gdy mężczyzna porzuca kobietę, ona ma dwa wyjścia: może pogrążyć się w poczuciu winy („to przeze mnie zawalił się ten związek”) lub odwołać do przeznaczenia („tak było nam pisane”). Oczywiście drugie wyjście jest tu lepsze od depresji, ale na dłuższą metę nic nie rozwiąże. Nie jest nośnikiem postępu, nie jest rozwojowe, bo zraniona kobieta niczego w ten sposób się nie nauczy. To może pomóc na początku, złagodzić napięcie, poprawić samopoczucie – ale ważne, by się na tym nie zatrzymywać. Przeczekać pierwszy ból, a potem zacząć pracować z sytuacją. Zrozumieć, w jaki sposób służy naszemu dobru, co ważnego może wnieść w życie, dziś i w przyszłości. Dopiero wtedy odkryjemy, że każde zdarzenie ma sens i będziemy umieli je odkryć.

I przestaniemy unikać brania odpowiedzialności za własne wybory.
Często winnych szukamy na zewnątrz, mówiąc: „to mi się nie udało, bo on coś zrobił” lub „nie dałem sobie z tym rady, bo ona mi nie pomogła”... Nie chodzi o to, by obarczać się winą, ale wziąć odpowiedzialność za konsekwencje naszych decyzji czy zaniedbań. Bo może nie mamy wpływu na suszę w Etiopii, ale na jakość komunikacji w naszym związku – tak. Dobrze to zrozumieć, by samemu kształtować zdarzenia zamiast oddawać je we władanie przeznaczeniu.

Tomasz Teodorczyk psycholog i terapeuta. Jeden z założycieli Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces.