1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Minimalista pełną gębą

Minimalista pełną gębą

123rf.com
123rf.com

Minimalizm to coś więcej niż tylko uporządkowanie najbliższej przestrzeni – to pozbycie się bałaganu we wszystkich rejonach życia, także w relacjach, pracy, finansach, odżywianiu czy dbaniu o swoje zdrowie. Ale posprzątanie domu to dobry wstęp.

Leo Babauta, autor bloga Zen Habits i autor „Książeczki minimalisty”, radzi, jak zostać minimalistą na stałe:

  • Uświadom sobie, że już masz wystarczająco dużo. Zrobienie porządków nie będzie miało żadnego sensu, jeśli wciąż będziesz pragnąć więcej.
  • Zacznij powstrzymywać się od gromadzenia dóbr. Przed każdym zakupem zastanów się chwilę, czy naprawdę tego potrzebujesz.
  • Uprość swój plan dnia. Ogranicz zobowiązania, wykreśl ze swojego kalendarza zbędne zajęcia i zostaw sobie chwilę wytchnienia.
  • Pomału zmieniaj wszystko, co robisz, zgodnie z zasadami minimalizmu.

Podstawowe zasady minimalizmu

  • Rezygnuj z rzeczy zbędnych – nie ze wszystkiego, jedynie z tego, co niepotrzebne.
  • Wybierz to, co najważniejsze – co daje ci szczęście i co ma największy wpływ na twoje życie i karierę.
  • Niech wszystko się liczy. Cokolwiek robisz lub zachowujesz przy sobie, niech będzie tego warte.
  • Wypełnij swoje życie radością. Nie wystarczy go posprzątać, trzeba je wypełnić tym, co daje ci radość.
  • Nanoś poprawki – minimalizm to droga, twoje priorytety i potrzeby będą się zmieniać, reaguj na bieżąco.
Minimalizm: jak zacząć? Czytaj TUTAJ.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Im mniej, tym więcej. Oczyść swoją przestrzeń z rozpraszaczy

Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
– Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii – przekonuje blogerka i minimalistka Katarzyna Kędzierska. Radzi też, by minimalizmu nie traktować jako życiowej filozofii, a jedynie jako źródło inspiracji.

W książce „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” zadajesz czytelnikom pytania, które wydały mi się bardzo trudne. „Jaki jest Twój plan na życie? Zastanawiałaś się kiedykolwiek, kim jesteś, jakim człowiekiem chcesz być i co jest dla Ciebie najważniejsze?”. To o wiele więcej niż tylko pozbywanie się obtłuczonych kubków z kuchennej szafki, a przecież powtarzasz, że minimalizmu nie traktujesz jak filozofii.
Rzeczywiście wychodzę z założenia, że jeśli potraktowałabym minimalizm jako filozofię, to oczekiwałabym, że to on dostarczy mi odpowiedzi na wiele pytań: jak żyć? gdzie szukać sensu? i tak dalej. Wydaje mi się jednak, że traktowanie go w ten sposób jest błędem. Każdy z nas ma przecież inny system wartości. Bez względu na niego możemy jednak skorzystać z minimalizmu jako narzędzia, chociażby po to, aby ten system wartości na nowo odkryć. Minimalizm pozwala zrozumieć, gdzie jest nasze „mniej”, a tym samym gdzie jest „więcej”, i tam przekierować zasoby i życiową energię. Mówiąc krótko, postawiłabym minimalizm o szczebelek niżej. Obawiam się, że jeśli zaczniemy mówić o minimalizmie jako o filozofii, to część osób będzie go utożsamiać z jakimś zbiorem zasad, którymi należy się w życiu kierować. A to byłaby pułapka.

Dlaczego?
Większość treści związanych z minimalizmem, które pojawiają się ostatnio w mediach i sieci, ma charakter mocno spłycony, uproszczony. Furorę robią artykuły typu „Mam 100 rzeczy. Jestem minimalistą”. Ludzie to czytają i tak jak wcześniej kompulsywnie gromadzili przedmioty, tak teraz zaczynają fiksować się na ich pozbywaniu; uzależniają się od wyrzucania. Wbrew pozorom nie jest to problem wydumany – pisze o tym do mnie w komentarzach i wiadomościach prywatnych wielu czytelników. Wstają rano i zamiast skoncentrować się na tym, co daje im radość, co jest dla nich wartością, za co są wdzięczni – zastanawiają się, co by wyeliminować ze swojego otoczenia. W takim układzie pozbywanie się staje się wartością samą w sobie, a to właśnie pułapka, o której wspomniałam.

Wprowadzenie minimalizmu do swojego życia dla wielu z nas jest pewną rewolucją, a neofici często mają skłonność do przesady.
Oczywiście; co więcej, tytuły takie jak wspomniałam, są bardzo nośne – ja nie chciałabym kierować moich czytelników w tę stronę. Uśmiecham się więc, gdy ludzie pytają, czy mając 101 przedmiotów, mogą być minimalistami, czy też jest to wykluczone... Jakiś czas temu zażartowałam nawet, że zacznę wystawiać certyfikaty dla minimalistów – to byłaby dopiero żyła złota! Masz 100 rzeczy, możesz dostać papier; masz 101 – już nie. Mówiąc zaś zupełnie poważnie – staram się zachęcać do świadomego pozbywania się lub kupowania rzeczy oraz do badania granic własnego dyskomfortu, co pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy coś naprawdę jest mi potrzebne.

Przyznam ci się więc, że kilka miesięcy temu dałam się wciągnąć w zabawę polegającą na codziennym pozbywaniu się zbędnych przedmiotów. Pierwszego dnia miesiąca wyrzucało się jeden, piątego – pięć, a trzydziestego – trzydzieści. Było ciężko, ale miałam też poczucie, że działam w pewnych granicach, ramach, ułatwiających mi te pierwsze wielkie porządki.
To, o czym mówisz, przypomina mi grywalizację – działanie mające na celu wpłynięcie na ludzkie zachowania przy użyciu mechanizmów zaczerpniętych z gier. Mówiąc wprost: obudowanie pewnej koncepcji w grę. Wcale się od tego nie odżegnuję – na swoim blogu proponowałam kiedyś czytelnikom akcję „Wyzwanie minimalistki”. W pierwszej edycji wypisałam dokładnie miejsca, w których należy szukać zbędnych rzeczy – na liście znalazła się chociażby obecna w każdym domu szuflada „na wszystko” czy pełna zbędnych okryć szafa w przedpokoju. Z każdą kolejną edycją zadania stawały się inne i coraz bardziej skomplikowane. Rok czy dwa lata temu zapragnęłam wskoczyć na poziom wyżej i zaproponować porządki... w głowie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wiele osób bardzo czegoś takiego potrzebowało: nie tylko posprzątać piwnicę i domowe zakamarki, ale też sięgnąć głębiej.

Co masz na myśli, mówiąc „sięgnąć głębiej”?
Wiele zaproponowanych przeze mnie zadań bazowało na uważności, nawiązywało do praktyk mindfulness. Zachęcałam do krótkiej, dwuminutowej medytacji, skanowania ciała, zapisywania pewnych myśli i odpowiedzi na pytania. Przyznam, że kiedy zaczęłam interesować się praktyką mindfulness, poczułam, że jest to ważne uzupełnienie, które bardzo pięknie się z minimalizmem łączy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że uważność to minimalizm w głowie.

Przyznam, że ten minimalizm w głowie pociąga mnie najbardziej. Dbam o niezagracanie sobie życia, ale myślę, że gdybyś weszła do mnie do domu, to nie powiedziałabyś, że to mieszkanie minimalistki. Mnóstwo u mnie pamiątek z podróży, książek, kolorów i wzorów... Zastanawiam się więc, czy minimalistą można być wybiórczo? Akceptować posiadanie gigantycznej biblioteki, ale nie dołączać do pędu bycia ciągle lepszym, mądrzejszym, docenianym? Do zabiegania, robienia dziesięciu rzeczy jednocześnie, posiadania setek znajomych?
Gdybym nie zaczęła prowadzić bloga i pisać o minimalizmie, pewnie nigdy nie określiłabym się mianem minimalistki – choćby dlatego, że w ogóle nie byłoby mi to do niczego potrzebne. To tylko kolejna etykietka, która bywa pomocna, ale nie określa naszego jestestwa. Dziś mówię tobie i moim czytelnikom: „Bierz z minimalizmu to, co jest dla ciebie dobre. To nie ty jesteś dla minimalizmu, tylko on dla ciebie!”. Odpowiadając zaś na twoje pytanie o kolorowe i pełne przedmiotów wnętrze – warto pamiętać, że to, co wspaniale wygląda na zdjęciach na Instagramie, niekoniecznie sprawdza się w życiu. Z kolei wiele osób lubiących wnętrza surowe, nie ma nic wspólnego z minimalizmem – po prostu wybiera taką, a nie inną estetykę. Jeśli kochasz swoje książki i bibeloty i cieszy cię ich obecność, to wspaniale!

Tym, co do mnie przemawia, jest minimalistyczna prawda, że wszystkie przedmioty wymagają uwagi, a więc i czasu. Dziś każdy gdzieś pędzi, nikt nie ma czasu.
Ja mam. (śmiech) I czuję się uprzywilejowana w wielu kwestiach: jestem wykształcona, niezależna, prowadzę własną firmę i mam sporą dowolność w zarządzaniu swoim czasem. Wiem, że nie każdy ma takie warunki. Jedną rzecz, jedno zadanie, chciałabym jednak polecić wszystkim; mnie zaproponowała je kiedyś czytelniczka prowadząca badania do doktoratu, w których brałam udział. Zostałam przez nią poproszona o skrupulatne prowadzenie dzienniczka. Przez kilka tygodni rzetelnie zapisuje się w nim wszystko, co robimy, z dokładnością co do 5 minut. Ileż dzięki temu można odkryć! Nagle widzimy czarno na białym, co dzieje się z brakującymi godzinami... Zarówno przeprowadzenie ćwiczenia, jak i uważna analiza zapisków zajmuje czas, ale później naprawdę pomaga go odzyskać.

Ja też jestem przedsiębiorcą i choć nie mogę narzekać – to, porównując się ze znajomymi, myślę, że mam ciężej. Zawsze jest coś do zrobienia, projekt do poprawienia, telefon do wykonania... Trudno się też odmawia – a nuż klient więcej do nas nie wróci...
Wielu z nas zostało nauczonych, że zawsze możemy być lepsi. Dlaczego zadowolić się czwórką plus, skoro można dostać pięć? Myślę, że paradoksalnie wiele złego uczyniło nam popularne powiedzenie „bądź najlepszą wersją siebie”, wypaczone przez to, co nazywam instagramowym coachingiem. Od dążenia do osiągnięcia tej najlepszej wersji nigdy nie ma odpoczynku. Dawno temu uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie na to zgody – i, mając problem podobny do twojego, zdecydowałam się wykonać żmudną pracę na swoich przekonaniach. Zaakceptowałam, że nie muszę być zawsze w szczytowej formie. Mogę czasem zrobić coś nie na 120%, ale na 80 – i też jest OK. Co więcej, nikt poza mną tego nie zauważy... Truizm i banał, ale praca niełatwa.

Znajomy, widząc, że czytam napisaną przez ciebie książkę, rzucił z przekąsem: „o, kolejna, która chce ci wmówić, że masz pozbyć się ambicji i zrywać dmuchawce na łące”. Pokazałam mu twój biogram – jesteś prawniczką, przedsiębiorcą, blogerką. Nie spędzasz raczej dnia na wąchaniu polnych kwiatków.
„Mniej” przede wszystkim nie znaczy „wcale” i nie znaczy „za mało”. Podobnie jak „więcej” znaczy dla każdego co innego. Z całą pewnością nie oznacza wyzbycia się dobytku, ambicji, planów, pragnień i aspiracji. Oznacza wybranie tych, które rzeczywiście są dla nas istotne. Znowu wracam do tego, co powiedziałyśmy na początku – jeśli potraktujemy minimalizm jako narzędzie, to naszą uwagę, czas i pieniądze będziemy mogły skierować na to, co jest dla nas ważne. A ważnym rzeczom i sprawom warto poświęcać czas i energię, warto je świętować na co dzień i być za nie wdzięcznym...

Rozmawiałyśmy o minimalizmie w organizacji czasu; kolejna ważna kwestia to minimalizm w relacjach z ludźmi. Co w ogóle oznacza dla ciebie ten termin? Przyznam, że jestem raczej społeczniczką, a w swoich artykułach zawsze powtarzam, że za bardzo skupiamy się na sobie, a za mało na innych...
Dla mnie minimalizm w relacjach to po prostu zdrowe stawianie granic. Znowu – to, gdzie te granice stawiamy, jest właściwe każdemu z osobna. Przez długie lata miałam z tym trudność. Dziś wychodzę z założenia, że nie wszyscy muszą mnie lubić, nie z każdym muszę się przyjaźnić. Mogę wybrać, z kim chcę utrzymywać kontakty, podobny wybór mają osoby pozostające w relacji ze mną. Jeśli ktoś notorycznie narusza moje granice, to nie ma nic złego w tym, że wprowadzę w tej relacji swoisty minimalizm. Nie musi to zresztą oznaczać zerwania znajomości – może wystarczy sprowadzenie jej na inny poziom? Dzięki takim wyborom mogę odzyskać czas i poświęcić go osobom naprawdę dla mnie ważnym. Także w wypadku relacji może sprawdzić się prowadzenie zapisków. Może inwestujemy w relacje toksyczne? Może występuje w nich kolizja?

Zamknięci w domach na skutek pandemii, mieliśmy i pewnie nadal będziemy mieli sporo czasu na myślenie o tym wszystkim. Przy okazji oczyszczamy też przestrzeń – wielu z nas wyrzuciło ostatnio sporo zbędnych przedmiotów. Jednocześnie bardzo wzrosła sprzedaż internetowa.
Uwięzieni w domach rzeczywiście zaczęliśmy je sprzątać, bo pewne rzeczy zaczęły nam po prostu zawadzać, mocno skonfrontowaliśmy się z przestrzenią, w której żyjemy. Natomiast nie do końca zgadzam się, że tak wiele kupujemy. Na początku pandemii owszem – ludzie rzucili się na zakupy online. Jednak ostatnio trafiłam na raport, który pokazuje, że poza zakupami spożywczymi kupujemy w tej chwili dużo mniej. Dla mnie, propagatorki minimalizmu, niezwykła była odpowiedź 30% respondentów, którzy oświadczyli, że ograniczyli zakupy, bo mają zbyt dużo rzeczy. 72% powiedziało, że rzadziej kupuje rzeczy przypadkowe. Krzykliwe nagłówki w prasie są więc nie do końca prawdziwe. Myślę, że ograniczyliśmy kupowanie kompulsywne, a zakupy w sieci cieszą się wielką popularnością, bo wybieramy tam teraz niezbędne produkty dotąd znajdowane w sklepach stacjonarnych. Oczywiście istnieją i trendy przeciwne – akcją napędzającą konsumpcję stało się popularne hasło „wspieraj lokalne biznesy”. Z jednej strony chwalebne, bo zachęcające do pomagania ludziom prowadzącym małe firmy; z drugiej – trochę wypaczone, bo prowadzące do kupowania tego, co wcale nie było potrzebne.

Popularność twojego bloga i książki świadczy o tym, że za minimalizmem wielu z nas tęskni; z drugiej strony bycie ubranym codziennie w inne ciuchy, otaczanie się masą gadżetów, bycie wiecznie zajętym ciągle jeszcze świadczy o wysokim statusie społecznym.
Sześć czy siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać o minimalizmie, było to zagadnienie zupełnie nowe, a na mnie patrzono jak na internetowego dziwaka. Dziś nadal daleko mi do mainstreamu, jednak większość z nas słyszała już co nieco o minimalizmie. Możemy więc mówić o pewnym, nawet znaczącym, postępie. Ci, którzy prognozowaniem trendów zajmują się zawodowo, wspominają o czekającej nas „kwarantannie konsumpcji”, o powrocie do lokalnego rzemiosła, o tym, że produkty staną się tak drogie, że siłą rzeczy będziemy kupować mniej. Inni mówią nawet, że wrócimy do kultury niedostatku. Czy tak będzie? Nie wiem. Tylko czas zna odpowiedź. Mam jednak poczucie, że „mniej” to nie tylko nowy luksus; w obecnych czasach „mniej” to konieczność. „Chcieć mniej” to nasza nowa rzeczywistość.

Jak zaciskanie pasa w czasie pandemii zmienić w fajną filozofię, która da nam zadowolenie, ulgę i radość?
To, że dużo wydajesz, nie sprawia, że żyjesz bardziej i mocniej. Oznacza tylko, że dużo wydajesz. A rzeczy... rzeczy mogą być piękne, użyteczne, mogą przywoływać wspomnienia, ale to nadal tylko rzeczy. Nie będą się z nami przyjaźnić, nie będą nas kochać. Może wystarczy zwykłe przesunięcie akcentu? Zamiast skupiać się na tym, czego mieć nie chcemy czy nie możemy, świętujmy radośnie to, co mamy i za co jesteśmy w życiu wdzięczni. Minimalizm to pozbycie się ze swojej przestrzeni rozpraszaczy, zagłuszaczy i odwracaczy uwagi. To szansa na odnalezienie i zrozumienie siebie, poznanie swoich prawdziwych potrzeb i wartości. To wyzwolenie wewnętrznej siły i energii, które sprawią, że doba będzie miała aż 24 godziny, a zwykłe codzienne czynności staną się magiczne. Życzę tego każdemu z nas.

Katarzyna Kędzierska, blogerka, prawniczka, minimalistka, autorka bloga Simplicite.pl oraz podcastu „Sztuka prostego życia”. W maju ukazało się nowe, poszerzone wydanie jej bestsellerowej książki „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”, wyd. Znak.

  1. Styl Życia

Minimalizm a kompulsywne pozbywanie się rzeczy - jak znaleźć równowagę?

Jedną z pułapek minimalizmu jest zaprzestanie gromadzenia na rzecz pozbywania się rzeczy. (Fot. Getty Images)
Jedną z pułapek minimalizmu jest zaprzestanie gromadzenia na rzecz pozbywania się rzeczy. (Fot. Getty Images)
Jedną z pułapek minimalizmu, w którą łatwo wpaść, jest zaprzestanie nałogowego gromadzenia na rzecz... nałogowego pozbywania się rzeczy. W ten sposób nie tylko od niczego się nie uwalniamy, ale tracimy z oczu główny cel, którym jest uproszczenie życia. Dlatego zamiast bezkrytycznie poddawać się trendom, poczuj, czego naprawdę chcesz.

Ogranicz liczbę rzeczy, najnowszy model iPhone'a wymień na starą Nokię, rzuć pracę w korporacji, a poczujesz się szczęśliwy – tak brzmi to w teorii. W praktyce prowadzi do niezłego zespołu abstynencyjnego. Nie chcę nikogo straszyć, ale przez lata namawiani byliśmy do zagłuszania „niefajnych” uczuć robieniem sobie przyjemności i nauczyliśmy się regulować emocje za pomocą kupowania. I weszło nam to w nawyk. Zatem zanim zaczniesz planować swoją szafę kapsułową (to swoisty symbol minimalizmu), zastanów się, czym jest dla ciebie nabywanie kolejnej rzeczy. Kompulsywne gromadzenie zaspokaja bowiem wiele potrzeb: podnosi poczucie wartości i ważności, zaspokaja apetyt na luk- sus i sukces, skutecznie obniża poziom lęku i stresu. Jeśli zrezygnujesz z tego bez przygotowania, to... efekt jo-jo murowany.

Przeanalizuj swój stan posiadania

Popatrz na wszystkie przedmioty, które znajdują się w zasięgu twojego wzroku, i pomyśl, czym są dla ciebie i czy naprawdę jesteś gotowy je wyrzucić. A jeśli tak – to dlaczego. Pamiętaj, że nie chodzi o mechaniczne pozbywanie się, ale o rozważną selekcję stanu posiadania, i to nie tylko w kwestii materii. Dla świadomych minimalistów uwalnianie się od nadmiaru to przede wszystkim narzędzie samopoznania. Każda rzecz, która kiedykolwiek znalazła się w twoim posiadaniu, symbolizuje coś, co jest albo było dla ciebie ważne. Czas sprawdzić, jaka to ważność i czy nadal jest aktualna.

Kiedy rozglądam się po swoim pokoju, widzę, że królują w nim książki. Potrafię sobie przypomnieć okoliczności kupienia niemal każdej z nich. Niektóre mam w dwóch egzemplarzach albo jedną w wersji papierowej, a drugą w e-booku. Już nie zliczę, ile razy próbowałam robić selekcję swojej biblioteki i prędzej czy później dawałam za wygraną. Dziś już mam pełną świadomość tego, że książki od dzieciństwa były moją odskocznią od codzienności, zabierały mnie do krainy magii, zaspokajały potrzebę przyjemności, pozwalały bezkarnie płakać, ale też śmiać się i nie mam wcale zamiaru minimalizować mojej biblioteczki, a już na pewno nie zrobię tego radykalnie i pod dyktando. No tak, ale... mam mnóstwo książek, kupuję prawie wszystkie nowości, a nie mam czasu, żeby je czytać.

A jak to wygląda u ciebie? Masz dość czasu, by zajmować się swoim stanem posiadania? Czy i czego masz za dużo, a czego za mało?

Odkryj, czego ci brak

Każda kupiona rzecz, a także sam proces kupowania wymagają naszej uwagi, zaangażowania, decyzji i troski. Uświadomiła mi to Gosia Janiszewska, założycielka bloga „Chcę mniej”. Na swoim profilu na Facebooku przedstawia się: ,,Cześć, jestem Gosia i chcę mniej... decyzji, które muszę podjąć każdego dnia, natłoku docierających do mnie informacji, domowych obowiązków i otaczających mnie przedmiotów, które ciągle przekładam z miejsca na miejsce”.

Niby nic, ale jej słowa trafiły w czuły punkt. Zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie mam czasu na czytanie, ale generalnie nie mam czasu na nic, podobnie jak większość znanych mi kobiet. Przyznajmy, często wydaje nam się, że jesteśmy albo mamy obowiązek być wielozadaniowymi robotami. Małgosia przypomniała mi, że nasz mózg wcale nie jest wielozadaniowy, a na dodatek nie rozróżnia ważności decyzji. To prawda, że kobiety potrafią jednocześnie prasować, rozmawiać przez telefon, odpowiadać na pytania dziecka i zerkać na ekran telewizora, ale... tracą przy tym mnóstwo energii, przerzucając uwagę z jednej czynności na drugą. A świadomy minimalizm to także zajmowanie się jedną czynnością w danym momencie, czyli działanie w blokach czasowych. – Zamiast robić wszystko od razu, zbierz swoje zadania i posegreguj je – radzi Gosia – trochę tak, jak segregujesz pranie na białe, czarne i kolorowe. Gdy zaplamisz bluzkę, nie zdejmujesz jej od razu i nie włączasz pralki. Czekasz, aż się zbierze odpowiednia ilość prania. Tak samo nie pierzesz białych bluzek z czerwonym swetrem. Podziel swój czas pracy na część merytoryczną (zadania, które wymagają największego skupienia), komunikację (maile i telefony) i odpoczynek (posiłek, media społecznościowe, wiadomości ze świata) i nie „włączaj” wszystkiego jednocześnie. Ja pierwsze godziny pracy przeznaczam na zadania najtrudniejsze, wymagające największej koncentracji. Mam wtedy wyłączony telefon i zamkniętą skrzynkę mailową. Dopiero później poświęcam czas na komunikację mailową i telefoniczną. Można powiedzieć, że jak kiedyś w szkole miałam plan lekcji, tak teraz mam plan pracy. Staram się go przestrzegać. Gdy skupiam się na zadaniu, nie sprawdzam poczty, nie odbieram telefonów, nie zaglądam do mediów społecznościowych. Wszystko ma swój czas.

Minimalizm to również odkrycie i przestrzeganie swojego indywidualnego rytmu dnia po to, by obowiązki, które masz codziennie do wykonania, robić automatycznie, bez konieczności podejmowania za każdym razem decyzji. Bo mózg tyle samo energii zużywa na wybór kubka do porannej kawy, co na decyzję o poślubieniu konkretnego mężczyzny czy wyjeździe na drugi koniec świata. I tu dochodzimy do słynnej szafy kapsułowej.

Najpierw zadaj sobie pytanie, ile czasu, uwagi i energii każdego dnia zajmuje ci podjęcie decyzji, co dziś na siebie włożysz (tu piszę do kobiet, bo łatwiej mi wyobrazić sobie kobiecą argumentację). A jeszcze wcześniej ile czasu, uwagi i energii zajęło ci serfowanie po sklepach internetowych i wybieranie ciuchów, zamawianie, mierzenie, oddawanie itd. Jeśli pomyślisz : „No i co z tego? I tak nie mam zamiaru rezygnować z przyjemności serfowania, wybierania, kupowania i całej reszty, bo po prostu to lubię i w miejsce każdej wyrzuconej rzeczy kupię sobie dwie nowe?” – to zostaw na moment ideologię „chcę mniej”, usiądź, spokojnie pooddychaj i przywołaj uczucie, które ostatnio najczęściej ci towarzyszy, zwłaszcza jeśli jest ono z rodzaju „negatywnych”, albo potrzebę, której nie rozumiesz.

– Kiedy zostałam mamą, zaczęła się we mnie pojawiać silna potrzeba samotności, mimo że moja rodzina jest wspaniała – opowiada Gosia Janiszewska. – Na początku nie rozumiałam, gdzie leży problem, ale po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jak każda kobieta mam mnóstwo ról, podejmuję ogrom decyzji i wyczuwam wiele emocji w rodzinie, na które muszę jakoś zareagować. Zrozumiałam, że moja potrzeba samotności wynikała po prostu ze zmęczenia mentalnego.

Odkryłaś już swoje dominujące uczucie? Może to smutek, rozczarowanie albo poczucie bycia nierozumianą czy wykorzystywaną? Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że minimalizm w niczym ci tu nie pomoże, to gdy uprościsz swoje życie, ograniczysz codzienne obowiązki do tych naprawdę niezbędnych oraz pozbędziesz się rozpraszaczy i pożeraczy uwagi i energii – zyskasz przestrzeń na bycie ze sobą i przy sobie. Może tego właśnie potrzebujesz, a minimalizm ma być jedynie środkiem do celu?

Zdaniem blogerki dokładnie o to chodzi. Wcale nie o liczenie, ile sztuk odzieży masz w szafie, ale o to, by stworzyć przestrzeń w swoim otoczeniu, kalendarzu i relacjach na rzeczy dla nas ważne. A jeszcze wcześniej o zadbanie o czas, uważność i energię, by odkryć to, co ważne, i oddzielić je od tego, co tylko wydaje się ważne.

Poczuj, co oznacza mieć mniej

Minimalizm nie jest lekiem na całe zło. Zwłaszcza jeśli wprowadzasz go do swojego życia na siłę, bez refleksji, ulegając modzie czy łudząc się, że zagwarantuje ci szczęście. Warto o tym pamiętać po to, by świadomie zdecydować się na ten styl życia albo świadomie go odrzucić. Może warto skusić się na próbę, nie od razu na rok, ale na przykład na miesiąc bez zakupów; świadomie kontrolując czas spędzony na portalach społecznościowych czy rozmowach o niczym; rozpoczynając dzień bez automatycznego sięgania po smartfona, ale obserwując swój oddech czy przeciągając się leniwie. Spróbuj choć trochę ograniczyć swój apetyt na rzeczy, ludzi, doznania, a także emocje (czuj zamiast w nieskończoność analizować, dlaczego czujesz to, co czujesz), zamiast wyciągaćręce po kolejne coś, co musisz mieć. Połóż dłoń na sercu i poczuj jego bicie, potrzymaj w dłoniach swoją głowę, w której aż huczy od myśli, i pozwól jej choć trochę odpocząć. Stań przed lustrem i popatrz, kim jesteś bez tych wszystkich polepszaczy nastroju, wartości i ważności. Poczuj, czego naprawdę chcesz. Spróbuj odnaleźć swoją równowagę pomiędzy więcej a mniej, pomiędzy nadmiarem a prostotą.

Na zakończenie wyobraź sobie, że minimalizm pozwoli ci zyskać więcej czasu i... to naprawdę kuszące. Choć mam w pamięci bajkę o czasie, której treść bardzo mnie poruszyła. W bajce tej ludzie w pewnym miasteczku postanowili oszczędzać czas i w tym celu robili wszystko bardzo szybko, a zaoszczędzone minuty gromadzili w banku, zupełnie jak pieniądze na koncie oszczędnościowym. I była w tej bajce mała, rezolutna dziewczynka, która widząc wszystkich biegających w panice, w zawrotnym tempie, padających ze zmęczenia, spytała, po co im zaoszczędzony czas, co mają zamiar z nim zrobić. Ale zmęczeni, zagonieni biedacy patrzyli na nią niewidzącym wzrokiem i nie rozumieli, o co ich pyta.

To teraz ja zapytam ciebie – i co masz zamiar z nim zrobić?

  1. Psychologia

Przestrzeń potrzebna do życia - co robić, gdy jest jej za mało?

Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Brak przestrzeni może mieć destrukcyjny wpływ na nasze samopoczucie (Fot. Getty Images)
Żyjemy z zatłoczonych miastach, jeździmy przepełnionymi autobusami, siedzimy w biurach w open space’ach, wiecznie skazani na czyjeś towarzystwo. Co z nami robi brak przestrzeni dla siebie? Trenerka Renata Mazurowska pyta psychoterapeutę Pawła Droździaka.

Według kanadyjskich naukowców mieszkańcy dużych miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastroju i depresji. Jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń?
Kiedy rozmawiamy o przestrzeni fizycznej, tak naprawdę chodzi o granice przestrzeni psychicznej, o poczucie własnej odrębności – bo psychologicznie, żeby się oddzielić, wystarczy telewizor, książka albo smartfon i już jesteśmy gdzie indziej, nie tam, gdzie naprawdę jesteśmy. Każdy człowiek potrzebuje odrębności swojego świata psychicznego. Mała przestrzeń powoduje więcej interakcji, bo ja dokądś idę, ktoś wchodzi mi w drogę, albo patrzę na coś i inni też na to patrzą – muszę brać cały czas pod uwagę inne osoby. I zaczynam tracić to poczucie psychicznej odrębności.

Z drugiej strony potrzebujemy też być w grupie.
Dlatego nie każdy może być kosmonautą czy popłynąć w długi rejs jachtem. Ale też  nie każdy może pracować w open space. Potrzebujemy być w grupie, o ile ta grupa nie jest dla nas inwazyjna. U dziewczynek wychowanych w rodzinach, gdzie niezachowana była odrębność, występują często zaburzenia odżywiania. Bo, metaforycznie rzecz ujmując, miały swoją szufladę, ale nie miały do niej kluczyka – każdy do tej szuflady zaglądał, mógł coś do niej wkładać i coś z niej wyjmować, trzymać też tam coś swojego, ale dziecko nie miało poczucia, że ta szuflada jest tylko jego. Kiedy wszystko jest wszystkich, a każdy się interesuje każdym, przez dorastającą dziewczynę jest to przeżywane jako nieustająca inwazja, opresyjność braku granic, także na poziomie ciała, pojawia się presja wyrzucenia ze swojego ciała pokarmu. Nie może, nie chce go przyjąć. Podobnie człowiek, który siedzi biurko w biurko z kimś w pracy, potrzebuje mieć taką „swoją szufladę”, własną teczkę albo cokolwiek własnego, a gdy tego nie ma, przenosi swoją uwagę i aktywność psychiczną w inne miejsce, na ekran smartfona, w słuchawki z muzyką, przeglądanie Internetu. Musi mieć psychicznie coś swojego.

Gdy się zmusi ludzi do bycia razem, na wspólnej przestrzeni, w biurze, na szkoleniu, w przedziale pociągu, wychodzą na wierzch ciekawe rzeczy, ujawniają się role, jakie przyjmujemy, to, w jaki sposób się dogadujemy lub rozwiązujemy konflikty…
I mogą się zadziać rzeczy traumatyczne, szczególnie jeśli nie ma kogoś, kto profesjonalnie nad tym procesem czuwa. Dlatego trzeba być ostrożnym w przypadku wszelkiego rodzaju zamkniętych zajęć coachingowych, grupowych, warsztatowych czy szkoleniowych dla pracowników tej samej firmy. Ich uczestnicy są często zachęcani do ujawniania swoich osobistych kawałków. O ile odsłanianie się w grupie terapeutycznej jest bezpieczne i służy terapii, bo grupa ta zwykle składa się z obcych sobie ludzi, którzy później się rozejdą – to w pracy zostajemy potem z tymi prywatnymi informacjami i ujawnionymi przeżyciami na kolejne miesiące czy lata, w tej samej grupie osób. To bywa niebezpieczne. Dlaczego w więzieniach nie dopuszcza się, by ludzie, którzy dzielą jedną celę, cały czas spędzali ze sobą? Boby się pozabijali. Rotuje się więc ich między celami, a nawet między zakładami karnymi. Dlaczego na uroczystościach rodzinnych mamy odruch włączania telewizora? Bo potrzebujemy poczuć własną odrębność psychiczną, na chwilę przenieść uwagę na coś innego niż znane twarze.

Wyłączając się psychicznie, chronimy swoje fizyczne i psychiczne granice?
Podstawowy w kontakcie z innymi jest kontakt wzrokowy. Możemy być w takim kontakcie przez kilka, kilkanaście sekund, ale nie jesteśmy w stanie zachować ciągu myśli i skojarzeń, wpatrując się nieustannie w czyjeś oczy. Telewizor czy kominek pomagają się zresetować.

Ale i słuch jest ważny – nie da się długo siedzieć z kimś, kto bez przerwy ma coś do powiedzenia.
Jeśli ktoś bez przerwy gada, to radzimy sobie w taki sposób, że przestajemy go słuchać.

Dlaczego się izolujemy, czego boimy się doświadczyć?
Boimy się wszystkiego, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć.  Na statkach handlowych marynarze chronią się w ten sposób, że uciekają w strukturę hierarchiczną, w porządek, którego tam nikt nie kwestionuje, bo jakby zakwestionowali, to trzeba by go na nowo ustalać, a to na zamkniętej przestrzeni, w grupie rywalizujących mężczyzn, mogłoby się skończyć tragicznie.

Do izolowania się służą nam też alkohol, narkotyki czy wszechobecne dopalacze. Uciekamy w te odmienne stany, bo jesteśmy przebodźcowani?
Cały czas zalewani jesteśmy informacjami, a na dodatek wszędzie jeszcze są jacyś ludzie, którzy czegoś od nas chcą. Zwłaszcza w dużych miastach. Dla osób o strukturze psychotycznej bycie z ludźmi jest szczególnie trudne. Z zadowoleniem witają oni pojawienie się kas automatycznych w sklepach, odpraw przy automatach na lotniskach, bo nie muszą wchodzić w żadną interakcję. Zamiast jeździć komunikacją miejską, co jest przecież i szybsze, i tańsze, każdy woli mieć swój samochód, by choć przez chwilę pobyć samemu.

Wielka przestrzeń też potrafi być zagrażająca.
Z tego samego powodu – poczucia odrębności własnego istnienia, z tą różnicą, że zamiast strachu przed zalaniem ujawnia się strach przed rozpadem. Nie mamy się czego uchwycić, kręci nam się w głowie, boimy się latać – to wszystko ma związek z poczuciem braku kontroli i z konstrukcją naszej osobowości. Niezależnie, na jakiej przestrzeni znajduje się człowiek, potrafi budować wewnętrzne bariery. Są ludzie, którzy nie mają na tyle poczucia własnej integralności, by wytrzymać, że np. ktoś cały czas obok nich przechodzi. Niektórzy z tego powodu nie są w stanie chodzić do galerii handlowych, gdzie tłum się przelewa jak natrętne myśli. A ktoś inny powie: „Niezależnie, czy ludzi wokół mnie jest milion czy pięciu, wewnętrznie jestem sam”.

Teoretycznie, jeśli mamy zdrową strukturę psychiczną, poradzimy sobie w każdej przestrzeni, ale przyznasz, że mało kto wytrzyma, jak co chwila ktoś mu za plecami przechodzi, gdy pracuje w jakimś komunikacyjnym ciągu.
To jest dla każdego nie do zniesienia, uruchamia paranoiczne myśli: „On może myśleć o mnie różne rzeczy, a ja nie mam możliwości myśleć o nim nic”.

Aż strach pomyśleć, co nam robią przestrzenie typu open space.
Wymyślono je po to, by obniżyć koszty budowy, oraz po to, by kontrolować pracowników. Dyrektorzy uciekają do gabinetów, a pracownik ma być pod nieustającą kontrolą, zero prywatności. Żeby przetrwać w open space, trzeba mieć dużą zdolność budowania wewnętrznych barier. Bo jeśli tego nie mamy, praca w takich warunkach prowadzić może nawet do psychozy.

Każdy potrzebuje granic?
Jest taka znamienna scena w jednym z reportaży o obozach jenieckich z czasów II wojny, gdy wyzwalano oficerski obóz – stoły podzielone były kredą na małe kwadraty i w miejscu, gdzie rękawiczki z jednego kwadratu przekroczyły granice drugiego, miały obcięte palce.

To się zdarza także w firmach, gdy przekraczamy czyjąś przestrzeń, rozkładając swoje rzeczy na cudzych stanowiskach, „pożyczając” sobie z innych biurek przedmioty…
Niebranie pod uwagę cudzych granic może się wiązać z tym, że ktoś sam także nie czuje dobrze własnych. Jeśli moje granice psychologiczne są stale ignorowane, niemożliwe jest utrzymanie stabilnego poczucia „ja”. Dlatego każdy powinien – dla własnego zdrowia psychicznego – i w głowie, i w domu mieć jakiś swój własny kawałek podłogi.

 

  1. Psychologia

Bałagan w głowie równa się bałagan w życiu. Jak uprościć życie? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Ganiamy z językiem na brodzie wykonując setki czynności, często całkowicie zbędnych. Namiastkę szczęścia znajdujemy kupując gadżety i sprzęty, które „trzeba mieć”. Przestrzeń się kurczy, długi rosną, a my biegniemy dalej, po więcej i lepiej… Czarne myśli się kłębią, życie wymyka z rąk, stres rośnie - jak żyć w tym bałaganie? Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Joanna Wilgucka-Drymajło.

Często powtarzamy - „nie mam czasu”. Pasje? Spotkania ze znajomymi? Odpoczynek? Jakoś trudno to wcisnąć do grafiku, gdy jest tyle pracy. Co się z tym czasem dzieje? Czyżby doba się skurczyła, a może nam tak obowiązków przybyło?
Doba nam się na pewno nie skurczyła, tylko obowiązków, pośpiechu i zamieszania lawinowo przybywa i obawiam się, że nadal przybywać będzie. Skoro więc nie możemy liczyć na to, że rzeczywistość się nad nami ulituje, to jedynym wyjściem i podstawowym zadaniem staje się walka z chaosem w naszej głowie. Bo tylko spokojna, jasna głowa umożliwi nam ustawienie priorytetów i pogodne nadążanie za przyspieszającym życiem. Jeśli nadal nie będziemy mieli ani chwili, ani sposobu, by uspokajać i ukierunkowywać nasz niespokojny, rozpędzony umysł, to nie usłyszymy własnych, istotnych potrzeb ani uczuć. W końcu całkowicie rozminiemy się z tym, co naszym życiu ważne.

W tym całym zagonieniu, w natłoku informacji - nie mamy raczej warunków do refleksji, rozliczenia się i poukładania sobie w głowie różnych spraw. Czy w tej sytuacji można stwierdzić, że nasz umysł zaczyna przypominać zagraconą szafę, w której trudno ustalić, co gdzie jest, że tworzy się jeden wielki chaos?
Dobre porównanie. Bałagan w szafie, chaos na biurku, zagracone mieszkanie. Gromadzimy i kolekcjonujemy rzeczy, sprawy i zadania, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, ani ich zagospodarować - a o cieszeniu się nimi możemy w ogóle zapomnieć. Robi się tego tak dużo, że coraz więcej odkładamy na później - a zaległości rosną, szafy pękają, półki się uginają. W końcu przytłaczają nas tak, że w głowach, sercach i 24 godzinach doby brakuje miejsca na cokolwiek nowego, świeżego, kreatywnego. Bezmiar niezałatwionych spraw więzi naszą uwagę i energię w przeszłości, a to gwarantowany smutek czy nawet depresja.

Nie sposób pędzić przez współczesne, pokręcone i skomplikowane życie, patrząc we wsteczne lusterko. To musi się skończyć jakąś kolejną kraksą. Uciekamy przed przeszłością, ale nie mamy gdzie uciec. Bo przyszłość też nie rysuje się różowo. Przerażające wyobrażenia o skutkach naszych zaniedbań i niedoróbek każą uciekać także przed przyszłością. Zakleszczeni pomiędzy smutkiem a strachem, nie mamy gdzie i jak się wyrwać, by złapać trochę luzu i oddechu. Tu i teraz nie istniejemy. Nie łapiemy kontaktu. Z nikim nie możemy się spotkać. Bo trzeba by wyhamować, rozejrzeć się, usłyszeć, poczuć. Kto ma na to czas? I jak to zrobić?

Jak taka sytuacja rzutuje na jakość naszego życia, na nasze zdrowie, finanse, relacje z bliskimi? Można mieć bałagan w głowie – a nie mieć go w życiu?
Prawie zawsze bałagan w głowie równa się bałagan w szafie, na biurku, w domu - a także w życiu. A ten ostatni jeszcze bardziej nakręca bałagan wewnętrzny. Gonitwa smutnych, lękowych i agresywnych myśli wyzwala bezładne, często skrajne emocje - a te napędzają chaotyczne i destrukcyjne zachowania. W efekcie wzrasta ilość stresu i poczucie braku kierunku w naszych wyborach i działaniach. Błędne koło, które trudno przerwać. Bo stres - gdy staje się chroniczny - prócz zdrowia odbiera nam również możliwość dokonywania inteligentnych wyborów, a także możliwość doświadczania empatii i współczucia. (Za mało krwi dopływa do płatów czołowych mózgu.) To wystarczy, aby nasze relacje z ludźmi dramatycznie się pokomplikowały. Błędne koło stresu generując depresyjne, agresywne, złowrogie myśli i wyobrażenia - utrzymuje nas w narastającym napięciu. Bo ludzki organizm nie jest w stanie odróżnić realnego zagrożenia od wyobrażonego. W realu może być wszystko OK., lecz my i tak tego nie zauważymy.

Czyli potwierdza się przekonanie, że „Ludzie sami komplikują sobie życie”. Czy nie da się wyjść z tego błędnego koła?
Na szczęście – da się. Pierwsza lekcja: odróżniamy myślenie od myślactwa". To pomoże zdystansować się nieco od rozgadanego jarmarku w naszych głowach. Myślenie to uporządkowany proces uruchamiany pytaniem czy wątpliwością, prowadzący do rozwiązania. Rozwiązanie kończy myślenie na dany temat. Myślactwo" jest bezładną, samoistną, bezcelową gonitwą myśli. Można je porównać do spamu, który zawala nam skrzynkę mailową. Kradnie czas i energię, których i tak za mało mamy na sprawy naprawdę ważne. By przestać zajmować się mózgowym spamem - myślami, które odciągają naszą uwagę od tego, co w tej chwili rzeczywiście się dzieje i na co mamy realny wpływ - potrzeba wyostrzonej uwagi i dyscypliny.

Gdy choć trochę się tego nauczymy, to umysł zacznie się urealniać i porządkować, jak regularnie sprzątany i resetowany komputer. Wtedy na jego przejrzystym i przestronnym ekranie ujrzymy sprawy naprawdę dla nas istotne. Zrozumiemy, że najważniejszą z nich - bo nadającą naszemu życiu barwę, wyrazistość i sens - jest uważne, świadome i zaangażowane istnienie we wszystkim, co się nam realnie przydarza. Zapragniemy skończyć z przenoszeniem niespełnionej przeszłości w przyszłość, z życiem pomiędzy smutkiem i lękiem, aby w końcu odzyskać kontakt z naszym upragnionym, realnym, prostym życiem - tu i teraz.

„Nic nie poradzę, no taki mam nawyk...” - z uporem maniaka powtarza wiele osób, tłumacząc w ten sposób swoje np. problemy ze zdrowiem wynikające ze złego odżywiania czy długi będące efektem nieprzemyślanych zakupów. Czy raz nabyty nawyk to wyrok do końca życia?
Nie. Stosunkowo łatwo - jeśli się naprawdę do tego przyłożymy - możemy zmieniać nasze nawyki. Wystarczy przez 20 minut dziennie posiedzieć w spokoju, skoncentrować uwagę na oddechu, na jakimś harmonijnym dźwięku, na inspirującym symbolu/obrazie, albo na widoku kwiatu czy drzewa - do wyboru. I wtedy tylko patrzeć, tylko słuchać, tylko odczuwać. Te 20 minut to dla mózgu to samo, co resetowanie dla komputera. Uwolniony od nadmiernej, chaotycznej stymulacji umysł, zachowuje się jak pozostawione w spokoju szklane naczynie wypełnione wzburzoną, mętną wodą. Po jakimś czasie zanieczyszczenia opadają na dno, a woda robi się tak przejrzysta, że ku naszej ogromnej radości - można wreszcie zobaczyć przez nią świat. Wtedy to, co dla nas najważniejsze zostanie uświadomione, a szkodliwe nawyki ujawnią swoją szkodliwość z taką mocą, że wyzwolą ogromną, wewnętrzną, autonomiczną motywację i potrzebę zmiany. A to jest już połowa zwycięstwa. Umysł spokojny i prosty - poprowadzi nas prostą drogą do pożądanej zmiany.

Mówi Pan o tym, że warto dążyć do upraszczania swojego życia. Od razu przychodzi mi na myśl - „wyrzeczenia, rezygnacja, post”. Czy rzeczywiście może nam to przynieść jakąś korzyść? Czy sami się w ten sposób nie pozbawiamy czegoś istotnego, wartościowego?
Wręcz przeciwnie - minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. No bo na czym polega minimalizm? Na tworzeniu przestrzeni i czasu, w których możemy coś zauważyć w szczegółach, doświadczyć głębiej, przyjrzeć się, wsłuchać, zrozumieć. A to wszystko składa się na smak życia. Podobnie niemowlakowi, lepiej się żyje, gdy ma w swoim kojcu jednego ukochanego misia, a nie 20 kolorowych, konkurujących ze sobą pluszaków - i nie wiadomo, którym się zająć. W końcu rozkojarzone dziecko dostaje napadu wściekłej histerii i wrzeszcząc. wyrzuca z kojca wszystko. Dzieci odruchowo wybierają jedną rzecz, którą chcą się zajmować. Warto brać z nich przykład. Potrafią zająć się na długo najprostszą sprawą, której wagi, piękna i znaczenie zabiegani dorośli nie widzą - np. przez pół godziny z uwagą i zachwytem przyglądać się kałuży, kamykowi, mrówce czy kwiatu. To pouczająca demonstracja wrodzonej człowiekowi potrzeby minimalizmu. Niestety z upływem życia zostaje ona zagłuszona wyuczoną - destrukcyjną dla życia - potrzebą posiadania jak najwięcej i stymulowania się na wszystkie możliwe sposoby jednocześnie.

  1. Psychologia

Pieniądze szczęścia nie dają. Czy masz zdrowy stosunek do pieniędzy?

Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Warto o nie zabiegać? Nasza relacja z pieniędzmi odzwierciedla to, kim myślimy, że jesteśmy.

Iwona Pochitonow, projektantka mody, pięć lat temu, po 28 latach działalności, zamknęła firmę, ponieważ „przestała kochać to robić”. Projekty jej kobiecych sukienek, żakietów, spodni, kostiumów i płaszczy modelki prezentowały na okładkach kobiecych pism, także „Zwierciadła”. „Byłam bogata” – mówi Iwona. Wybudowała duży dom pod Warszawą w otulinie starych drzew, podróżowała. Teraz sama tworzy naturalne mydła i kremy. Nie chce już firmy. Żyje za grosze w porównaniu z tym, ile zarabiała jeszcze kilka lat temu. Kiedyś uwielbiała rzeczy, zakupy, piękne przedmioty przywożone z zagranicy. Dziś – jak mówi – nie potrzebuje już ani rzeczy, ani nowych ubrań. Jest szczęśliwa, żyć nie umierać. Zawsze już będzie „podążać za radością”.

Iza Pawelec, aktorka z Wrocławia, przez dziesięć lat przebijała się w branży – rólki w teatrze, rólki w filmach, chałtury w reklamie. „Ledwo spinałam budżet” – mówi. W tym zawodzie trzeba o siebie dbać. Gdy opłaciła czynsz za wynajmowane mieszkanie, reszta wystarczała na masażystę, dietetyczkę, kosmetyczkę, fryzjerkę. Trochę ekojedzenia i po pieniądzach. Wakacje u znajomych na Mazurach. „Trochę głupio to przyznać – Iza zawiesza głos – ale odżyłam, gdy bogato wyszłam za mąż. Jakie możliwości dają pieniądze! Lepiej być bogatą”. Dwóm siostrzenicom opłaca prywatne studia. Chorej na serce mamie leczenie w dobrej klinice. Wakacje, gdy nie trzeba myśleć o pieniądzach, mają znaczenie dla dobrego samopoczucia. I tak dalej, i tak dalej.

Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Podobno tylko szczęśliwym. Ale chcemy sprawdzić. Podobno nie dają szczęścia, ale – jak mawiała Marilyn Monroe – zakupy owszem. To też chcemy sprawdzić.

Warto o nie zabiegać? A co na to badania? Zdarza się, że wyniki badań się wykluczają. Jedne mówią o tym, że najszczęśliwsi są mieszkańcy krajów najbiedniejszych. Inne, że wręcz przeciwnie – największe zadowolenie z życia zgłaszają mieszkańcy zamożnych krajów Europy. Jeszcze inne badania pokazują, że nasze dobre samopoczucie nie rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Jeśli mamy środki na podstawowe potrzeby (jedzenie, dach nad głową), to zdobycie pieniędzy na większy dom, lepszy samochód czy droższe wakacje nie spowoduje wzrostu naszego poczucia szczęścia.

Niezmiennie zdumiewają badania dotyczące ludzi, którzy wygrali duże sumy na loterii. Wyniki są zawsze takie same: w przeciągu kilku miesięcy ludzie ci tracą miliony, przegrywają w kasynie, wpadają w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, a nawet popełniają samobójstwo. Publicznie żałują wygranej. Mówią nawet, że to był najgorszy dzień w ich życiu! Chcieliby wygrać może dwa tysiące euro, ale nie dwa miliony!

Energia, którą reprezentują pieniądze, jest mocna, ale i subtelna, może wzmocnić, ale może też zabić. Z całą pewnością uwrażliwienie na nią, przyjmowanie jej i oswajanie wymaga świadomości. Świadomości czego? Przede wszystkim tego, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. Bez udziału naszej świadomości to tylko kawałki papieru. Badacze rozwoju świadomości zwracają uwagę, że dobra moda na minimalizm i proste życie sprawiają, iż nasza relacja z pieniędzmi także się zmienia. Przechodzimy niezwykły, czasem burzliwy i chaotyczny proces przemiany. Coraz wyraźniej widzimy, że pożądanie rzeczy, aby uśmierzyć wewnętrzny ból i pustkę, ten ból dodatkowo pogłębia. Używając pieniędzy do wzmacniania własnej pozycji i wizerunku, paradoksalnie osłabiamy siebie. Widać to jasno wtedy, gdy odkrywamy, że posiadanie nie daje nam radości ani wolności. Jesteśmy znużeni, zmęczeni i wypaleni.

Na naszych oczach i w głębi nas rodzi się nowe. Nowa świadomość. Nowa era pieniądza – jak nazywa te zmiany Mayuri Onerheim, autorka książki „Pieniądze. Duchowość. Świadomość...”, jeszcze do niedawna główna księgowa światowych korporacji. Relacja z pieniędzmi dla wielu z nas staje się fascynującym źródłem nowego sposobu życia. Ten nowy sposób to zupełnie inna perspektywa, inna narracja. Przeczuwamy, a niektórzy z nas już to wiedzą, że istnieje całkowicie inny sposób doświadczania pieniędzy niż do tej pory; że ich zarabianie i wydawanie nie musi łączyć się z bólem i lękiem. Że możemy puścić w ruch inny taniec energii – pieniędzy i miłości.

Zaczynamy od świadomości obfitości poza pieniędzmi. Jak pisze Onerheim: Jeden kwiat wystarczy. A czy to ważne, gdzie rośnie ten kwiat – w twoim ogrodzie czy w ogrodzie sąsiada? Nie posiadasz gwiazd, a przecież możesz się cieszyć ich widokiem. Nie posiadasz ptaków szybujących, a przecież cieszy cię ich śpiew. Nie potrzebujesz więcej rzeczy. Potrzebujesz większej wrażliwości, większej uważności na piękno wokół, uszu bardziej wyczulonych na muzykę, oczu artysty. Potrzebujesz wyobraźni, która przemienia wszystko w coś istotnego i znaczącego. Jesteś już bogata. Dostałaś już to, czego potrzebujesz. Niech to się rozwija, a wszystko, co masz w świecie zewnętrznym, okaże się wystarczające.

Świadomość obfitości to też świadomość naszych wewnętrznych skarbów: spokoju, pogody ducha, pokory, prawdomówności, odwagi. I bogactwa natury. Rzadko na co dzień zdajemy sobie sprawę z tego, że na Ziemi jest więcej jedzenia, niż kiedykolwiek mogłyby spożyć zamieszkujące ją istoty. Słońce wytwarza więcej energii, niż Ziemia mogłaby kiedykolwiek zużyć. Gdy powstawało nasze życie, miliony plemników wyruszyły w drogę, by zapłodnić jedno z tysiąca jaj czekających na to w organizmie naszej matki od chwili jej narodzin. Zadaniem wiśni jest, by w trakcie swojego życia dać początek dwóm kolejnym drzewom wiśniowym. W tym celu rodzi ona każdej wiosny tysiące kwiatów, a w ciągu lata – tysiące owoców, ciesząc tym nasze oczy oraz dając pokarm tysiącom owadów i ptaków. To tylko niewielkie przykłady bogactwa życia wokół nas, przepychu i luksusu, w którym żyjemy i którym jesteśmy jako część natury.

Pieniądze mogą się stać częścią tego obfitego świata. Kiedy połączymy je z sercem, zechcemy wydawać je na wszystko, co wzmacnia i wspiera życie. Poczujemy, że dzięki nim współtworzymy rzeczywistość, że mamy wpływ. W nowej erze pieniędzy wiemy już, że nasze decyzje i wybory naprawdę tworzą nasz świat. Wyobraźmy sobie, jak zmieniłoby się życie nas wszystkich, gdybyśmy widzieli i odczuwali ten przepływ.

To już się dzieje – na naszych oczach i w głębi nas. Ten duchowy – bo powiązany z miłością do życia – stosunek do pieniędzy idzie w parze ze świadomością, w jaki sposób zarabiamy, wydajemy i inwestujemy pieniądze. Klarowność i przejrzystość naszych transakcji finansowych wzmacnia nas i czyni wolnymi – tu badania są zgodne. Także w tym, że wszelkie długi działają obciążająco na naszą psychikę, ograniczają swobodę wyboru, kreatywność i szersze spojrzenie na spektrum życiowych możliwości.

Obserwując nasz stosunek do pieniędzy, nasze myśli i emocje z nimi związane, a także proces zarabiania i wydawania, stajemy się świadomi. Od tej chwili to my decydujemy, co dzieje się w naszym finansowym imperium.

Wdzięczność jest początkiem prawa wzrostu i tworzenia. To, za co dziękujemy dziś, będzie pomnożone jutro. Jeśli mamy w kieszeni kilka złotych i ucieszymy się z nich, życie je pomnoży. Jeśli natomiast obrazimy się na sytuację i będziemy opowiadać wszystkim naokoło, czego nam brakuje, ten brak będzie się powiększał. Wdzięczność pozwala cieszyć się tym, co już stworzyliśmy dla siebie, ucisza obawy i lęki, a nawet – w miarę praktykowania wdzięczności – całkowicie z nich wyzwala.