1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 9 zasad bycia szczęśliwym

9 zasad bycia szczęśliwym

123rf.com
123rf.com

Uczucie szczęścia to emocja najbardziej pożądana, gdyż uniezależnia przynajmniej na krótki moment od codziennego mechanizmu przyczyn i skutków. W jej obliczu najgorsze cechy rzeczywistości zaczynają blednąć, a przyszłość wyglądać pozytywnie. Nie ma człowieka, który nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili, a potem nie zapragnął jej powtórzyć. Jak to osiągnąć?

- Możemy skupić się na działaniu, które uczyni nas szczęśliwymi. Działań takich może być jednak wiele, nie za każde możemy się zabrać – na przykład ktoś, kto nie potrafi rysować nie będzie trenować umysłu malowaniem portretów. Spójrzmy więc od drugiej strony – co się stanie kiedy będziemy szczęśliwi? Odnajdziemy spokój, którego tak często i tak bardzo nam brakuje, a ponieważ nie istniejemy w oderwaniu od reszty wszechświata, nasze otoczenie zyska tym samym na harmonii – uważa Krzysztof Sadecki, trener mentalny. Jakie zachowania wzmacniają poczucie szczęścia? Oto „magiczna dziewiątka” według Krzysztofa Sadeckiego.

1. Przede wszystkim wdzięczność

Jeśli szczęście przekształci naszą rzeczywistość, z powodzeniem możemy przyjąć, że to jak ona wygląda obecnie jest echem chwil, w których już byliśmy szczęśliwi. Jeśli coś zrobiliśmy, to zapewne w konkretnym celu, który niekoniecznie musi być wyłapany przez świadomość i związane z nią ego ukształtowane przez społeczne oczekiwania i normy. Trudno byłoby określić kryteria, na podstawie których moglibyśmy wyrokować, jakie czynniki chwili bieżącej są pozytywne a jakie negatywne, ani które dadzą początek pozytywnym procesom, które wygasną, a które będą próbowały pogorszyć sytuację. Na wszelki wypadek bądźmy wdzięczni za wszystko co nas spotyka. Wdzięczność poza tym, że wskazuje systemowi nerwowemu drogę do odczuwania szczęścia, dobrze też robi na serce i pogłębia, poprzez umocnienie wewnętrznej akceptacji, samoświadomość. Kto uważa, że to bez sensu, powinien spotkać kogoś, kto ma gorzej od niego.

2. Bycie uważnym

Zwrócenie na coś uwagi dostarcza temu energii, a w stanie czujności łatwiej utrzymać równowagę. Świadomość działania pozwala nam odkrywać proste mechanizmy przepływu energii i zobaczyć jak ta pozytywna i życiodajna, która dzięki zwróceniu uwagi przede wszystkim na siebie i swój umysł, otacza nas samych i przyciąga inne. Rozpoznawanie wśród nich takich, które prowokują nieprzyjemne ruchy umysłu – np. skutkujące gniewem – uczy przewidywania skutków własnych działań i poprawia zdolności planowania.

3. Dbałość o dobrą energię

Koncentracja na pozytywnych aspektach sytuacji (wzmocniona wdzięcznością i uwagą) powoduje, że negatywnym energiom trudniej się przebić, a napędzane przez nie procesy zaczynają przejawiać tendencje do wygasania, a potem zanikać bądź przekształcać się w coś pozytywnego. Ciężka praca przynosi skutki w postaci pozytywnych zbiegów okoliczności, tym milszych im bardziej niespodziewanych. Jeśli zadbamy o dobrą energię, o resztę nie trzeba będzie się martwić, bo wydawać się będzie, że wszystko dzieje się samo.

4. Zwracanie uwagi na podstawy swojego samopoczucia, czyli odpowiednie odżywanie, wodę i sen.

Dieta, nawodnienie organizmu i odpowiednia ilość godzin snu mają bardzo duży wpływ na nasze zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Odpowiednia dieta to lepszy dostęp do energii, odporność na stres i lęk. Natomiast lepsza kondycja ciała poprzez regularne nawadnianie i odpowiednie odżywianie to lepsza projekcja rzeczywistości. Człowiek wyspany, wypoczęty łatwiej się koncentruje, jest przyjazny dla otoczenia i łatwiej mu być zadowolonym z życia.

5. Pomaganie innym

Wpływ na rzeczywistość nie polega na dowolnym jej przekształcaniu, wszystkie działania wymagają odpowiedzialności, ponieważ wszystkie przyniosą jakieś efekty, te zaś mogą nas uderzyć. Na dodatek rzeczywistość nie jest pustą abstrakcją, znajdują się w niej jeszcze inne istoty, które podobnie jak my cenią spokój i harmonię. Włożenie pozytywnej energii w otoczenie zgodnie z zasadą wzajemności wróci do nas, a chociaż to prawda, że energie są zaraźliwe to sama decyzja o udzieleniu komuś pomocy jest początkiem przekształcenia tej, która reguluje czyjąś sytuację w pozytywną. Nauka takiej energetycznej alchemii zapisana w niesieniu pomocy jest dla naszego umysłu bardzo ważną lekcją.

6. Świadomość podstaw, praca z myślą o nich

Nie jesteśmy wersją „super” samych siebie z lat młodzieńczych czy dzieciństwa. Niektóre wydarzenia zmieniły nasze postrzeganie świata i strategie działania, choć my sami nigdy się nie zmieniamy, inaczej trudno byłoby zachować ciągłość wewnętrznej tożsamości. Aby jednak energia, którą tworzymy była naprawdę pozytywna, warto czasem przypomnieć sobie niektóre epizody. Nie możemy już niczego zanegować, wszystko co przeżyliśmy jest cząstką nas samych, a siebie – takich czy innych – nie możemy się wypierać. Niektóre emocje albo działania trzeba czasem wyciągnąć i przynajmniej spróbować rzucić na nie światło zrozumienia i miłości. Lecząc w ten sposób stare rany uwalniamy się od strachu i lepiej rozumiemy, w jakim stopniu jesteśmy odpowiedzialni za swoje szczęście. A przy okazji praca u podstaw wzmacnia nawyk uważności.

7. Podążanie za pasją.

W gruncie rzeczy mówimy tu o uczeniu umysłu słuchania głosu Ducha, czyli o postępowaniu zgodnie z intuicją, zamiast analizowania jej. Zrozumieć co się lubi i robić to, przynajmniej dwa-trzy kwadranse dziennie, pozwala umysłowi na określenie wewnętrznego planu osiągnięcia szczęścia. Jeśli nie robimy tego co lubimy, nie jesteśmy w porządku wobec siebie, a czy nie taki warunek zawierała wskazówka do szczęścia, do której doszliśmy w pierwszej części tego tekstu?

8. Konsekwencja w działaniach.

Kropla drąży skałę, delikatne kroki przełamią każdy opór. Mnożenie małych działań napędza wielkie sprawy. I warto powiedzieć sobie jasno, że jeśli się za coś zabieramy, to po to, by dojść do finału, a nie zrezygnować w jakimś punkcie powodowani niewiedzą, jak daleko jeszcze do końca, czy przynajmniej do zrozumienia tego, co robimy. Możemy coś zrobić, możemy tego nie robić, ale lepiej nie próbować. Na drodze do szczęścia nie ma półśrodków i można to zrozumieć patrząc na powyższe punkty. Nie będą mieć sensu, jeśli postąpimy jak radzą zaledwie raz lub kilka razy. Każda sprawa wygasa, gdy dobiegnie do końca, każde działanie wykonujemy dopóki nie osiągniemy celu.

9. Spełnianie marzeń – innych lub swoich

Konsekwentne dążenie do spełniania marzeń nie jest niczym innym jak generowaniem wysiłków, by tak wpłynąć na rzeczywistość, by przyjęła kształt zgodny z naszymi oczekiwaniami i potrzebami. Co się dzieje, gdy się uda? Jesteśmy szczęśliwi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno, by odnaleźć swój talent

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
U niektórych ujawnia się bardzo wcześnie, inni odkrywają go dopiero w dojrzałym wieku. Jeszcze inni twierdzą, że los nie był dla nich łaskawy i cierpią, bo nie chcą być przeciętni. Mamy dobrą wiadomość: każdy ma w sobie talent, a nawet talenty. Trzeba je odkryć i nauczyć się z nimi obchodzić.

Bohatera książki Ursuli K. Le Guin „Dary”, Orreca z rodu Casprów, los obdarzył dzikim talentem unicestwiania ludzi, a to najbardziej niebezpieczna moc ze wszystkich, jakimi władają okoliczne rody. – Aby panować nad darem, musisz go używać. Inaczej on użyje ciebie – mówi mu ojciec. Ale chłopiec nie chce, boi się siły swojego daru, nie jest też do końca pewien, czy go rzeczywiście ma, skoro nie czuje, kiedy go używa. No bo skąd właściwie wiadomo, że jest w nas talent?

Porozmawiaj ze sobą

– Po raz pierwszy zobaczyłam farby, gdy miałam 3–4 lata. I dostałam objawienia. Wiedziałam, że będę malować – mówi Anna Wachaczyk, malarka, rzeźbiarka. – Moi rodzice nawet się ucieszyli, bo czemu nie, niech dziecko maluje. Kupili mi kredki, farby i wymalowałam nimi wszystkie ściany. Z czasem malowałam coraz częściej. Nie obchodziło mnie, czy to się komuś spodoba, ważne było, żeby mnie się podobało. Byłam niesamowicie żądna wiedzy.

Błagała rodziców, żeby kupowali jej książki o sztuce, a kiedyś było o nie bardzo trudno. Usłyszała, że w Łodzi, nie tak daleko od rodzinnego Płocka, jest liceum plastyczne. I tak długo męczyła rodziców, aż ją tam puścili.

– Od początku uważałam, że to jest wyjątkowa sprawa: ja i malowanie – wyznaje Ania. – To, że zdałam do liceum plastycznego, było pierwszym potwierdzeniem, że mogę się do tego nadawać. Choć bardziej niż na opinii nauczycieli zależało mi na opinii kolegów i koleżanek, ludzi, którzy startowali z takiego samego poziomu jak ja. Kiedy okazało się, że organizują plener malarski i sami mamy wybrać, kto na niego pojedzie – klasa wybrała mnie. Poczułam się wielka!

Aż przyszło załamanie. – Zdałam świetnie dyplom i nie dostałam się na wymarzone studia – ASP w Krakowie. Jakbym dostała obuchem w głowę – opowiada. – Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy. Że nie mam talentu? Że mi się skończył? Zainteresowałam się prywatną szkołą w Warszawie. Egzaminy były trudne, ale tym razem zdałam. Pomyślałam: „W tym Krakowie to nie mieli racji, jednak mam talent”. Potem była warszawska ASP i talent „wrócił” na dobre.

Mówi, że tak jest przez całe życie. Choć jest pewna, że ma talent, to zdarzają się chwile załamania. Bo jak nie dostajesz się na studia czy przez jakiś czas nie kupują twoich obrazów, to zaczynasz się zastanawiać, czy ty w ogóle potrafisz malować. Ale z drugiej strony, gdyby jej ktoś powiedział teraz, że nie ma talentu, to by mu po prostu nie uwierzyła. Jeśli byłby to jakiś znawca tematu, poszłaby spytać innego.

Psycholog twórczości Aneta Bartnicka-Michalska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej twierdzi, że osoby bardzo uzdolnione zazwyczaj mają wysokie poczucie własnej wartości. – One bardzo dobrze wiedzą, że coś im w duszy gra. Czują się inne. Z drugiej strony zdarza się im powątpiewać w swoje zdolności, co jest naturalnym elementem procesu dojrzewania i tworzenia. Ktoś, kto przestaje wątpić, łatwo może zacząć uważać się za osobę omnipotentną, wtedy trudno będzie mu podtrzymywać w sobie chęć dalszego rozwijania swojego kunsztu – dodaje.

Ważny jest też rozmiar tego powątpiewania. Czy to jest coś bardziej w rodzaju: „jeszcze się muszę wiele nauczyć”, czy całkowite negowanie swoich umiejętności. To pierwsze podejście jest jak najbardziej rozwojowe. A porażki? Zdarzają się nawet najlepszym. Jeśli jednak ktoś ma prawdziwy talent, szybko się podniesie i zacznie nad sobą pracować. Bo chęć robienia tego, co mu w duszy gra, jest silniejsza od strachu przed ponownym niepowodzeniem.

– Zdarza się, że ktoś, kto uważa, że śpiewa najlepiej na świecie, przeżyje poważne rozczarowanie, biorąc udział w jakimś castingu. Bo nie dość, że nie jest wcale najlepszy, to są inni, śpiewający równie dobrze jak on. Porażka nie musi jednak oznaczać, że nie jest osobą utalentowaną. Sam talent to często za mało. Trzeba nad nim pracować, szkolić go, a często o tym zapominamy – tłumaczy Bartnicka-Michalska.

Dlatego tak ważne jest, na kogo utalentowana osoba trafi w życiu, jakich będzie miała nauczycieli. Czy dostrzegą w niej iskrę bożą, czy pomogą ją rozwijać. Wiele zależy też od najbliższego otoczenia: bliskich, rodziny. Nic dziwnego, że tak szybko i spektakularnie rozwijają się np. kariery muzyków, którzy przyszli na świat w rodzinie wirtuozów, czy dzieci rodziców zainteresowanych ich rozwojem od najwcześniejszych lat i nie narzucających im żadnych życiowych wyborów. A jeśli ktoś nie miał tyle szczęścia?

– Jeżeli nie pochodzisz z domu, w którym inwestowało się w odkrywanie i rozwijanie zdolności, to pewnie miałeś ograniczone możliwości poznania pełni swoich talentów. Jako osoba dorosła masz możliwość zrekompensować sobie to, czego wcześniej nie zrobili dla ciebie bliscy, a więc zainteresować się sobą, tym, co lubisz, co cię pociąga, a co niekoniecznie jest zgodne z tym, czego oczekują od ciebie inni. Żeby rozpoznać i rozwijać w sobie talent, wszyscy potrzebujemy wspierać siebie zarówno w rozpoznawaniu zdolności, jak i odważnemu ujawnieniu ich otoczeniu, a więc wyróżnieniu się – mówi psycholog.

Jeśli nie masz wsparcia bliskich, znajdź je w sobie. Być innym, wyjątkowym, oznacza także być zauważanym i nie zawsze rozumianym. Trzeba będzie dużo samozaparcia, by poradzić sobie z ciężarem opinii innych. Z obawy przed ośmieszeniem czy zawiścią wielu woli się nie wychylać, pozostać w swojej bezpiecznej kryjówce. Aneta Bartnicka-Michalska uważa jednak, że jeśli naprawdę mają talent, w końcu będą musieli skonfrontować go z „publicznością”.

– Do tego trzeba odwagi, bo opinia, którą usłyszymy, niekoniecznie musi być pochlebna. Co wtedy? Nic. To, co nie podoba się jednym, może być wartościowe dla innych, dlatego warto poszukiwać swojego pola działania i wspierających ludzi. Przecież nie każdy rozpozna nas jako nieoszlifowane diamenty. Poza tym nie każdy z nas musi mieć talenty wybitne. Umieć docenić i cieszyć się tym, w czym czujemy się dobrze i do czego mamy smykałkę, to podstawa – mówi.

Pułapki geniuszu

Aneta Bartnicka-Michalska opowiada historię młodego chłopaka, bardzo uzdolnionego matematycznie: – W szkole i liceum wygrywał olimpiady, konkursy, ale za sugestią rodziny poszedł na studia medyczne. Po pierwszym semestrze był najsłabszy w grupie. Człowiek, który szedł przez życie z etykietką geniusza, który nie musiał się specjalnie uczyć, bo wszystko przychodziło mu łatwo, nagle okazuje się najmniej lotny. Zrezygnował z medycyny, zaczął studiować matematykę i równolegle informatykę. Z dwoma tak trudnymi kierunkami długo nie wytrzymał. W rezultacie nie skończył żadnych studiów, nie pracuje, jest zniechęcony do życia, nie może się odnaleźć. Cały czas nosi ciężar ogromnych oczekiwań – otoczenia i własnych. Czegokolwiek się podejmuje, szybko go nudzi. Tak prosta czynność, jak odkurzenie mieszkania, irytuje go, bo jest zbyt przyziemna.

– To przykład niewłaściwego rozumienia talentu: osoba utalentowana jest stworzona do celów wyższych i wszystko ma się jej udawać. A przy pierwszym niepowodzeniu zawala się jej świat. Ten chłopak w szkole nie pracował nad swoim talentem, nie doświadczył żadnej porażki, nie nauczył się obcować ze swoim potencjałem i go rozwijać – tłumaczy psycholog.

W powszechnym przekonaniu człowiek utalentowany jest naznaczony, wybrany, czasem przeklęty. Nie musi doskonalić swojego talentu, bo ten jest idealny i kompletny sam w sobie. To się ma albo nie, a jeśli nie, to jest się skazanym na zwykłe, przeciętne życie. – W rzeczywistości rzadko kiedy jakaś wielka kariera pojawia się na zasadzie rozbłysku – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – Wszyscy podajemy za przykład Mozarta, ale on – wychowany w umuzykalnionej rodzinie – od dziecka ćwiczył gamy, grał na fortepianie i komponował, bo miał do tego warunki. Wiele osób gaśnie właśnie z tego powodu, że hołubi w sobie definicję geniusza, która jest pewnym nieporozumieniem i uproszczeniem. Geniusz to mieszanka wybitnego talentu, otwartości, ciekawości, ale też wytrwałość w wytężonej, codziennej pracy i gotowość ponoszenia licznych kosztów – także psychicznych.

Znajdź 5 swoich talentów

Krzysztof Litwiński, anglista i coach, prowadzi szkolenia z odkrywania talentów i pracy nad nimi. Jego zdaniem, w tej dziedzinie narosło wiele mitów, które jak najszybciej trzeba zburzyć.

– Pierwszy mit: talent jest darem, mocą nie do ogarnięcia. Tymczasem on może być czymś namacalnym i wymiernym. A ponieważ jest wymierny, to jest o wiele mniej subiektywny niż nam się wydaje – mówi. – Drugi mit: talent to coś spektakularnego. Natomiast jest cała gama talentów, które wcale takie nie są. Na przykład „naprawiacz”. Taki ktoś jest często postrzegany jako maruda, ktoś, komu wiecznie coś się nie podoba. A on po prostu widzi, co trzeba zrobić, żeby było lepiej, i robi to.

„Naprawiacz” jest jednym z 34 tzw. talentów neuronalnych usystematyzowanych przez Instytut Gallupa. Inne to m.in. „osiąganie”, „aktywator”, „analityk”, „organizator”, „empatia”, „maksymalista”, „zbieracz”, „czar” czy „pryncypialność”. Pięć spośród 34 dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka. To, jakie talenty tworzą tę „piątkę” jest już indywidualną kwestią.

Według badaczy z Instytutu Gallupa, w tym Marcusa Buckinghama, który przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy pod kątem tych najlepszych, talent to: „każdy powtarzający się u ciebie wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd się biorą te wzorce? Otóż, tworzą się poprzez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu. Do około 3. roku życia w wyniku rozmaitych bodźców ze świata zewnętrznego w głowie każdego człowieka tworzy się niepowtarzalna siatka neuronalna. Do 15. roku życia część połączeń obumiera, a pozostają tylko te, które są najczęściej używane. Przez kolejne 10 lat umacniają się. Jak pisze Buckingham w swoich książkach (m.in. w „Teraz odkryj swoje silne strony”): „I tak właśnie powstajesz Ty – utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

Zdolny inaczej

Jak się przekonać, co jest naszą siłą? Można zrobić test (dostępny na przykład na stronie www.strengthsfinder.com), w wyniku którego zostanie wyłonionych twoich pięć głównych talentów, Można też udać się na warsztaty, na których oprócz wyników testu poznasz także receptę na to, co dalej zrobić z tą wiedzą. Jedną z firm, która prowadzi takie szkolenia, jest Brian Tracy Institute.

– Życie zmusiło mnie do intensywnej pracy nad sobą. Po 25 latach najpierw własnych wysiłków, potem terapii, wreszcie rozlicznych szkoleń, warsztatów i kursów, znam siebie i rzadko coś mnie jeszcze we mnie zaskakuje – opowiada. – Co jak co, ale moje talenty, jak sądziłem, znam na wylot. Tymczasem po warsztatach przygotowujących do wykonania testu odkrywania talentów Clifton Strengthsfinder Gallupa i jego wykonaniu byłem ogromnie zaskoczony wynikami. Potem dowiedziałem się, że tak samo zaskoczona jest zwykle większość uczestników. Nie mogłem zaprzeczyć, że cechy, które mi „wyszły” faktycznie mam, ale żeby nazywać je od razu talentami?! Mało tego: niektóre z nich uważałem, jeśli nie za słabości, to przynajmniej za mało praktyczne i nieprzydatne w życiu. A jednak, popatrzywszy wstecz na wszystkie moje autentyczne, obiektywne, życiowe sukcesy, doszedłem do wniosku, że zawdzięczam je właśnie tym, nowo odkrytym talentom, jak „empatia” czy „bliskość”, a nie mocnym stronom, które mozolnie wypracowałem przez lata. Do tej pory za swoje talenty uważałem systematyczność, organizację czy precyzję. One jednak nigdy nie dały mi sukcesów porównywalnych z tymi, które przyniosło korzystanie z niedocenianych, a wrodzonych talentów neuronalnych. Jak pewnie większość ludzi uważałem, że to, co przychodzi bez wysiłku, nie jest wiele warte, że lepiej pracować nad swoimi słabościami i przekuwać je w atuty - mówi Krzysztof Litwiński,

Zajęło mu trochę czasu zanim pogodził się z tym, że jego największe talenty są zupełnie gdzie indziej, niż myślał. Ale gdy się z nimi w końcu „zaprzyjaźnił”, poczuł ogromną ulgę. – Całe lata mojego życia nagle nabrały sensu, teraz wiem, w co warto inwestować moją energię i gdzie wysiłek przyniesie ponadprzeciętne owoce – opowiada.

Według Instytutu Gallupa, talent łatwo przychodzi, jest dostępny i powtarzalny. No i sprawia radość, dodaje energii. Można go przekuć w mocną stronę, dołączając do niego wiedzę i umiejętności. Oczywiście, możemy wiele zdobyć w jakiejś dziedzinie dzięki wyłącznie wiedzy i umiejętnościom, ale nigdy nie będziemy w tym tak dobrzy, jak ci, którzy oprócz wiedzy i umiejętności mają także „to coś”. – Dlatego logicznie rzecz biorąc powinniśmy się skupiać na rozwijaniu w obszarach, do których mamy talent, bo w ten sposób możemy osiągnąć prawdziwe mistrzostwo, a zrezygnować z tych, do których nie jesteśmy predystynowani – napracujemy się, a i tak nigdy nie dościgniemy tych, którzy mają wrodzoną łatwość, nazywaną talentem, wspartą pracą – tłumaczy Krzysztof Litwiński.

Coach zwraca uwagę na to, że bardzo istotna jest kombinacja talentów u konkretnej osoby. Talenty bowiem wzajemnie się uzupełniają i wpływają na siebie. Warto wiedzieć, jak działa konkretny miks. – Jeśli ktoś ma np. talent „naprawiania” i talent „kontekstu”, zauważy nie tylko, co trzeba zmienić, ale też przewidzi tego wpływ na pozostałe elementy. Zaś ktoś z talentem „naprawiania”, ale z niskim poziomem „empatii”, może irytować, bo bez ogródek wytknie koledze wszystkie niedoskonałości jego w pocie czoła stworzonego dzieła – mówi. – Na co dzień staram się świadomie zarządzać talentami moich pracowników. To bardzo wzmacnia zespół. Przydzielam każdemu takie zadania, w których może być ponadprzeciętnie dobry, a ograniczam obarczanie go tym, do czego nie ma talentu.

Tęsknoty z dzieciństwa

Niespełniona aktorka, pianistka, tancerka, malarz… Znamy wiele takich przypadków. Być może sami czujemy się jednym z nich. Powodów takiego stanu rzeczy może być wiele: bo nigdy nie było okazji się sprawdzić, bo mieszkaliśmy w małym mieście, bo rodzice wybrali dla nas inną ścieżkę, bo mąż, dzieci i trzeba było dokonać wyboru…

Do niezrealizowanych marzeń z dzieciństwa można powrócić w dorosłym życiu. Kupić sztalugi i zacząć malować, zapisać się na lekcje gry na pianinie czy do szkoły tańca. Aby podjąć taką próbę, trzeba jednak wyjść poza utarte społeczne przekonania na temat tego, co nam wolno, a co nie, co w pewnym wieku wypada. Warto się przełamać, bo tęsknota z dawnych lat może zaburzyć spokój życia i rzucać cień na to, kim teraz jesteśmy i co robimy. Psycholog ostrzega jednak przed zbyt hurraoptymistycznym podejściem: – Trzeba być bardzo ostrożnym. To, czego nam kiedyś brakowało, niekoniecznie musi być tym, czego teraz potrzebujemy, bo po prostu jesteśmy już w innym momencie życia i mamy inne potrzeby, a także zdolności mogą być dla nas ważne i warte inwestowania.

A co jeśli czujemy, że zaniedbano w nas jakiś talent, ale do końca nie wiemy, jaki? Szukać. Aneta Bartnicka-Michalska wspomina o kilku ważnych zasadach:

  • Pozwolić sobie go rozpoznać jako umiejętność, ale nie nastawiać się na poszukiwanie znamion geniuszu.
  • Zapomnieć o stereotypach związanych z płcią, wiekiem.
  • Stanąć obok siebie i wyobrażeń na swój temat. Nabrać dystansu. Nasze oczekiwania wobec siebie i opinie otoczenia sprawiają, że często nie doceniamy tego, co faktycznie potrafimy, szukając czegoś, co chcielibyśmy umieć.
  • Zacząć oglądać świat pod kątem zaciekawienia, tego, gdzie przeczuwamy dla siebie jakąś łatwość.
  • Otworzyć się na sposób, w jaki uzdolnienie może się przejawić. Może mamy w sobie talent malarski, ale jego realizacja nie będzie dotyczyła malowania, tylko dekorowania.
  • Zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli odkryjemy w sobie talent w dojrzałym wieku, to prawdopodobnie nie będziemy mogli go rozwijać w takim wymiarze, jak osoby, które pracują nad nim od lat.
  • Być dla siebie przyjacielem. Doświadczać siebie w talentach, a jednocześnie sobie w nich towarzyszyć.

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. Jak mówi Aneta Bartnicka-Michalska, pozwolić sobie na to, żeby mieć talent, oznacza zgodę na to, żeby żyć swoją barwą. Odkrywając go i rozwijając, zaczynamy traktować siebie jako jednostkę wyjątkową. Ta zmiana sposobu myślenia może wielu osobom pomóc na nowo nadać sens ich życiu.

  1. Psychologia

Gimnastyka słowiańska - nauka szacunku dla ciała i słuchania jego potrzeb

Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dla wielu kobiet odkryciem jest to, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić  w końcu coś dla siebie -  bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę odpuścić napięcie. 

Monika Półrolnik od piętnastu lat zajmuje się pracą z ciałem. Przyznaje, że długo szukała przestrzeni dla siebie i takiej aktywności, która łączyłaby ciało z umysłem i duszą. Na początku wciągnęła ją Yoga Trilo Chi i po jakimś czasie zaczęła prowadzić własną praktykę. W pewnym momencie zauważyła, że coraz częściej w jej grupie ćwiczą niemal same kobiety. „Kiedy na sali nie było mężczyzn, zajęcia przebiegały w całkiem innym klimacie i czuć było zupełnie inną energię. – przyznaje Monika. „Dziewczyny były bardziej rozluźnione, opadało z nich całe napięcie, nie miały tego poczucia, że ktoś na nie patrzy, ocenia i obserwuje.” To właśnie wtedy Monika pomyślała, że byłoby cudownie prowadzić zajęcia skierowane wyłącznie do kobiet. Kiedy partner pokazał znaleziony na Facebooku artykuł o gimnastyce słowiańskiej, od razu wiedziała, że znalazła to, czego od dawna szukała.

Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska) Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska)

Pierwsze spotkanie w kobiecym kręgu

„O gimnastyce słowiańskiej dowiedziałam się z bloga blowminder.com Kasi Wiekiera. To była prawdopodobnie jedna z pierwszych publikacja w języku polskim, która poruszała ten temat. Niecały miesiąc później znalazłam zapowiedź pierwszego warsztatu w Polsce, który miał odbyć się w Łodzi. Zajęcia dla Polek przeprowadziła Jula Winogradowa. Wzięło w nim udział około 40 kobiet” - wspomina Monika. Julia Winogradowa, rosyjska nauczycielka i uczennica Oksany Pawłowskiej, która z kolei pobierała nauki u białoruskiego profesora Giennadija Adamowicza, przyjechała do Polski w 2015 roku na zaproszenie Pauliny Antipowej oraz Olgi Chorąży.

„Pamiętam, że spóźniłam się na zajęcia dwadzieścia minut i wszyscy czekali tylko na mnie. W pierwszym odruchu chciałam usiąść gdzieś w kąciku, żeby nie przeszkadzać. Ale powiedziałam sobie: „Przecież ten warsztat jest dla ciebie i tyle na niego czekałaś”. Przemaszerowałam przez całą salę i usiadłam blisko trenerki. Atmosfera była niesamowita. W drugim dniu warsztatów rozumiałam już wszystko bez pomocy tłumaczki, chociaż język rosyjski znam bardzo słabo. Wydaje mi się, że ta wiedza i ruch tkwią gdzieś głęboko w nas. Wiele kobiet w trakcie zajęć opowiadało, że one to pamiętają i czują. Dla mnie uderzające było uczucie niesamowitej jedności i bliskości z kobietami. Szczególnie mocno odczuwałam je drugiego dnia zajęć, kiedy wygłaszałyśmy intencje. Czułam, że każda z obecnych na sali kobiet jest mi bardzo bliska, a to o czym mówiły, znałam z własnego doświadczenia”.

„Po warsztatach podeszłam do Julii i powiedziałam, że chciałabym pracować taką metodą z kobietami w Polsce. Nie tylko mnie zafascynowała wtedy gimnastyka słowiańska. Kolejne spotkanie odbyło się we wrześniu tego samego roku, pojawiło się na nim sporo uczestniczek, które pamiętałam z pierwszych zajęć. Myślę, że wiele przyjaźni zawartych w trakcie tamtych warsztatów przetrwało i większość kobiet, która wtedy ukończyła kurs instruktorski, nadal pracuje z kobietami, a gimnastyka słowiańska jest bardzo ważną częścią ich życia.”

Inteligentna przestrzeń, która dopasowuje się do naszych potrzeb

O gimnastyce słowiańskiej wiadomo nieco więcej od 1995 roku dzięki naukowej pracy białoruskiego wykładowcy Giennadija Adamowicza. Na jednym z wykładów Adamowicz usłyszał od swojej studentki o ćwiczeniach, które dziewczyna znała od swojej babki. Zafascynowany niezwykłą opowieścią zaczął prowadzić miejscowe badania etnograficzne i rozmawiać z wiejskimi kobietami o specjalnej gimnastyce, którą praktykowano od pokoleń. Adamowiczowi udało się zebrać i opisać zestaw 27 ćwiczeń. Gimnastykę połączył z horoskopem słowiańskim i nadał jej kształt, w jakim dziś jest często praktykowana. Ćwiczenia znane jako system „Stojąca Woda” sięgały korzeniami do pogańskiej kultury naszych przodków i związane były z tradycją dawnych Słowian czczących Biereginie, boginie-opiekunki i obrończynie przed złymi mocami (nazwa Biereginie odnosi się dziś do ukraińskich motanek – słowiańskich lalek tradycyjnie wykonywanych przez matki i córki). Adamowicz prowadził wiele warsztatów na temat słowiańskiej gimnastyki na Białorusi i uważał, że ćwiczenia opierają się nie tylko na tradycyjnej wiedzy, ale są także zakorzenione w „pamięci genetycznej” słowiańskich kobiet.

„Kobiety w poszczególnych rodach miały swoje konkretne ćwiczenia, być może wyliczane z dat urodzenia. Pierwotnie gimnastyka słowiańska była tańcem. Kobieta czuła się związana z naturą, była połączona z energiami ziemi i nieba. Poprzez taniec i zestaw pewnych ruchów komunikowała się z otoczeniem i obszarami związanymi ze światem bogów, ludzi oraz przodków. Wiedziała intuicyjnie, w jak sposób powinna się poruszać, żeby uzyskać konkretny efekt. My dopiero uczymy się tego, w jaki sposób słuchać swojego ciała i czuć jego potrzeby.”

Gimnastyka słowiańska jest zestawem 27 ćwiczeń. Tyle udało się przynajmniej zrekonstruować Adamowiczowi. Każda pozycja niesie pewną informacje i energię. Ćwiczenia dzielą się na trzy grupy: Górny, Średni i Dolny świat, co odwołuje się bezpośrednio do wierzeń dawnych Słowian. Górny był światem bogów, Środkowy przestrzenią ludzi, Dolny był miejscem, w którym przebywały dusze przodków.

„Jako instruktorka nie jestem tak mocno osadzona w słowiańszczyźnie. Odnoszę się do niej z wielkim szacunkiem, ale bliższe jest mi podejście psychologiczne, w którym Górny świat jest naszą nadświadomością, Średni – świadomością, a Dolny odnosi się do obszaru podświadomego. Dla mnie gimnastyka słowiańska spaja bardzo wiele istotnych elementów, które się wzajemnie uzupełniają, a każdy jest tak samo ważny” – wyjaśnia Monika. „Gimnastyka jest żywym systemem i pewnego rodzaju inteligentną przestrzenią, która pracuje, i w której zawiera się głęboka mądrość o nas samych. Kiedy poznajemy gimnastykę słowiańską, zaczynamy wchodzić z nią w dialog. Dlatego każda z nas będzie ją odbierać po swojemu, inaczej odczuwać każdą pozycję. Dla niektórych kobiet ważne będą symbole umieszczone na kartach do ćwiczeń, dla innych nie będą one miały większego znaczenia. Gimnastyka słowiańska jest niezwykle pojemna i szeroka, można wybrać z niej to, co sprawia nam najwięcej radości.”

Jednym z niezwykłych elementów gimnastyki słowiańskiej są specjalne karty do ćwiczeń. Na każdej znajduje się symbol zaczerpnięty z tradycji ludowej. „Nie mamy stuprocentowej pewności, co oznacza każdy z nich i z jaką związany jest energią. Zgadzamy się na pewną umowność, oczywiście podpartą wiedzą, ale jednak zrekonstruowaną na podstawie różnych podań. Jest to koncepcja, którą można przyjąć lub odrzucić” – tłumaczy Monika.

Zestaw 27 ćwiczeń powiązany został ze strukturą słowiańskiego horoskopu, na podstawie którego opracowywano system indywidualnego doboru siedmiu pozycji, zwanych indywidulanym kompleksem. Każdy z mikrokompleksów miał rozwiązywać inne problemy: pierwsze trzy ćwiczenia zapobiegały chorobom ciała, druga trójka rozwiązywała problemy związane ze zdrowiem psychicznym, siódme ćwiczenie pozwalało harmonizować te dwa obszary.

„Gdy się o tym mówi, może wydawać się to nieco skomplikowane, ale na zajęciach wszystko dzieje się bardzo naturalnie – tłumaczy Monika. „Jest chwila na oddech i uziemienie, czas na indywidualne intencje, później omawiam każde ćwiczenie. Jedna z najważniejszych nauk, którą wyniosłam z warsztatów z trenerkami mówi, że w gimnastyce słowiańskiej nie ma miejsca na krytykę ani negatywne komunikaty. Wszystko opiera się na pełnej otwartość i akceptacji tego, co dzieje się w danym momencie.”

Pierwsze zajęcia: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Na pierwszym spotkaniu poznajemy siedem podstawowych ćwiczeń. Adamowicz opracował specjalne tabele, które na podstawie daty urodzenia, słowiańskiego horoskopu i kalendarza księżycowego pozwalały obliczyć zestaw siedmiu indywidualnych pozycji.

„Nie korzystam z tabel Adamowicza, ponieważ są niezwykle skomplikowane. Mam natomiast skrócone wersje, którymi się kieruję i ćwiczymy zestaw tylko tych siedmiu ćwiczeń, który jest przydzielony na konkretny dzień. Na zajęciach zaczynamy od Górnego świata (ćwiczenia wykonywane w pozycji stojącej), następnie przechodzimy przez Średni (ćwiczenia wykonywane na kolanach) i Dolny (pozycje na czworakach), ponownie wracamy do świata Górnego, Średniego i Dolnego. Ostatnie, siódme ćwiczenie jest najważniejsze, ponieważ symbolizuje energię danego dnia i konkretny zestaw ćwiczeń. W trakcie kolejnych spotkań poznajemy następne zestawy. Na ósmych zajęciach, które u mnie wypadają po dwóch miesiącach sukcesywnej pracy, każda z kobiet otrzymuje indywidualny zestaw ćwiczeń wyliczony na podstawie daty urodzenia. Przez te dwa miesiące można poznać podstawy gimnastyki słowiańskiej i poczuć swoje ciało, a dzięki indywidulnym zestawom ćwiczyć samodzielnie w domu. Są panie, które ćwiczą ze mną od pięciu lat i co tydzień przychodzą na zajęcia, ale są i takie, które praktykują gimnastykę w pojedynkę”.

„Dla mnie niezwykle ważna jest praca z intencją, czyli „co jest celem, do którego zmierzam”. Kiedy jestem już skupiona, wyciszona i przygotowuję się do realizacji ćwiczeń, intencja pozwala mi uświadomić sobie, co jest w tym momencie dla mnie ważne, na co kieruję moją uwagę i na czym skupiam energię. Poprzez ćwiczenia w pewnym sensie przybliżam się do realizacji tego pragnienia. Kiedy jestem w kontakcie ze sobą i wiem, czego pragnę, to mogę też przewidzieć, jaki kolejny ruch powinnam wykonać. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. I ta intencja jest właśnie takim pierwszym krokiem do realizacji mojego celu”.

Odzyskiwanie swojego ciała

Monika, tak samo jak większość kobiet, które praktykują gimnastykę słowiańską potwierdza, że ćwiczenia w fantastyczny sposób oddziałują na ciało i pozwalają poczuć się wspaniale. „Poranne zajęcia są dla mnie jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia.” Ćwicząc aktywujemy układ hormonalny do jak najbardziej optymalnej pracy. „Odpowiada za to oczywiście określony ruch, ale także sposób, w jaki dotykamy swojego ciała. Wykonując automasaż ogrzewamy i stymulujemy nadnercza, aktywujemy grasicę, stymulujemy tarczycę i przysadkę. Ruch, który powtarzamy codziennie sprawia, że gospodarka hormonalna zaczyna się regulować, co potwierdzają prowadzone na ten temat badania. Ćwiczenia przynoszą ulgę w bolesnych miesiączkach i pomagają kobietom w menopauzie. Pracujemy również z układem limfatycznym, więc ciało staje się bardziej odporne. Mięśnie się wydłużają i uelastyczniają.”

Jednak jeszcze ciekawsze wydaje się nie to, co gimnastyka słowiańska „robi” z naszym ciałem, ale to w jaki sposób zaczynamy je odczuwać. „Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. Rozluźniają się barki, klatka piersiowa i biodra. Przypominamy sobie, że jako małe dziewczynki byłyśmy niezwykle gibkie, jednak z biegiem lat nasze ciała zaczęły się usztywniać. Oczywiście jest to związane z tym, że zbyt mało się ruszamy i często pracujemy w jednej pozycji, ale bardzo wiele tego usztywnienia pochodzi z napięć, które „przytrzymują” nasze ciało. W dzieciństwie wiele z nas nie zostało nauczonych sposobu prawidłowego uwalniania emocji i usuwania napięć ze swojego ciała, dlatego gromadzone przez lata przeżycia, doświadczenia i traumy tak bardzo je usztywniają.”

Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska) Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska)

„Dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma odkrycie, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić w końcu coś dla siebie - bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę zostawić napięcie - „Aha, nic nie muszę. Jak będzie, tak będzie.”

Kiedy udaje nam się zdjąć napięcie z barków, klatki piersiowej i bioder, zmienia się nasza postawa, prostujemy się, wydłuża się kręgosłup, który staje się też bardziej elastyczny i młodnieje. Zyskujemy także niezwykłą gibkość ciała, zwiększa się ruchomość w stawach. Zarysowuje się talia i ujędrnia biust. Część kobiet chudnie, inne nabierają ciała, optymalizuje się sylwetka. „Gimnastyka dopasowuje się do naszych potrzeb. Jeśli pracujemy na głębokich poziomach i schodzi z nas to, co powodowało, że miałyśmy np. nadmiar ciała – kiedy znika ta bezpośrednio przyczyna – to ciało zaczyna po prostu chudnąć, a my przestajemy z nim walczyć. Poprzez głęboki oddech, który jest bardzo ważnym elementem ćwiczeń, uwalniamy toksyny i wszystkie napięcia. Często się zdarza, że kobiety w trakcie ćwiczeń zaczynają płakać, pojawiają się bardzo silne emocje, bo gdzieś na tym głębszym poziomie coś zaczyna się oczyszczać.”

„Ciało jest zapisem wszystkich życiowych doświadczeń. Zdarza się, że ćwiczenie przywołuje w naszym umyśle konkretną informację, coś sobie przypominamy, a za tym mogą iść emocje. To jest oczywiście długi proces, nic nie dzieje się od razu. Ale uważam, że zmiany, które przebiegają łagodnie, są bardziej trwałe.”

Bez ograniczeń

Najstarszą uczestniczką warsztatów Moniki była pani koło osiemdziesiątki, która miała spore ograniczenia ruchowe. Część ćwiczeń wykonywała siedząc na krześle. „Później wyznała, że był to jeden z cudowniej spędzonych dni” – wspomina Monika. „Ta kobieta nie czuła dyskomfortu z powodu tego, że nie mogła wszystkiego powtórzyć. Cieszyła się tym, co mogła zrobić. Kiedy ćwiczymy nasze ciało, to z każdą pozycją zwiększamy zakres jego ruchu i to, czego nie mogłyśmy zrobić wczoraj, na pewno zrobimy za jakiś czas. Ruchy w gimnastyce słowiańskiej otwierają całe ciało. Można ćwiczyć nawet z przepukliną kręgosłupa, oczywiście za zgodą lekarza. Kobiety w ciąży również mogą praktykować wszystkie pozycje i wykonywać większość ruchów. Wyjątkiem jest pozycja pączka, w której podnosimy ręce w górę. Jedynym przeciwskazaniem do wykonywania ćwiczeń jest złe samopoczucie spowodowane chorobą oraz różnego rodzaju bóle, szczególnie kręgosłupa. Ból jest również przeciwskazaniem do pogłębiania jakiegoś ćwiczenia, nie wolno przekraczać tej granicy. Ból warto poznać, można przez chwilę w nim pobyć, ale nie należy wchodzić dalej w pozycję. Nie ma w gimnastyce słowiańskiej miejsca na działanie wbrew sobie i wbrew swojemu ciału. Podchodzimy do niego z pełnym szacunkiem i respektem. Większość kobiet dopiero się tego uczy i często nie potrafi słuchać swojego ciała. Gimnastyka wywraca takie myślenie do góry nogami i mówi „rób wszystko zgodnie z sobą, dokładnie jak czujesz”.

Monika Półrolnik, od 2015 roku certyfikowana instruktorka gimnastyki słowiańskiej, pomysłodawczyni Festiwalu Siostrzanego Bycia Kobieta – Kobiecie w Łodzi. Regularne zajęcia odbywają się w Łodzi w pracowni Twórcy Skrzydeł.

  1. Psychologia

Przygaszeni. Dlaczego mężczyźni tracą pasję życia?

Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Niezależnie od tego, jak wcześnie nauczyliśmy się rezygnować ze swoich pasji, ogień stale w nas jest. Żar może być ukryty pod popiołem, jednak – dopóki żyjemy – nie gaśnie. Możemy go rozniecić na nowo – mówi Benedykt Peczko.

Obserwuję mężczyzn – gdy spacerują w parku z dziećmi, robią zakupy, czekają na pociąg, kupują bilety do kina. Na ogół są zgaszeni, smutni albo znudzeni, zmartwieni. John Eldredge, autor książek o mężczyznach (m.in. „Dzikie serce”), pisze: „Jesteśmy jak drewniane kołki!”. Gdzie się podział błysk w oku mężczyzny, gdy patrzy na dziecko, na kobietę, gdy całym sobą angażuje się w to, co robi? Mężczyźni są odcięci od swojego serca i brzucha, a tam właśnie znajduje się źródło pasji życia, radości i twórczości. W książce „Radość” Alexandra Lowena opisany jest mechanizm odcięcia. Współczesny mężczyzna żyje w swojej głowie – analizuje, przewiduje przyszłość, kontroluje, układa strategie. Całe życie jest do tego trenowany. Jego smutek ma często charakter nieświadomy. Gdy idzie na spacer, w myślach roztrząsa, co się wydarzyło, zastanawia się, co zrobi. Nawet jeśli planuje wakacje z rodziną, traktuje to jak zadanie do wykonania. Tak naprawdę nie ma go na tym spacerze.

Często słyszę od mężczyzn: „kiedyś marzyłem o…”. Ale przyszło „prawdziwe życie”, marzenia zderzyły się z „twardymi realiami”. Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach.

Aż któregoś dnia odkrywają, że muszą jechać w Himalaje, do Meksyku albo do aśramy na trzy miesiące. Zostawiają kobietę z trójką dzieci, bo przecież trzeba wreszcie zrealizować jakąś pasję albo duchowo się rozwinąć. Jest dramatyczne pęknięcie między szarzyzną codzienności a zrywem pasji. No właśnie, co rozumiemy przez pasję? To nie jest coś odrębnego od codziennych zajęć. Pasja życia jest otwarciem na świat, na ludzi, radością z tego, w czym się uczestniczy. Grek Zorba był takim mężczyzną – żył, jadł i tańczył z pasją, grał z pasją na swoim santuri, kochał kobiety, przyjaciół, swoją pracę. Wkładał serce w to, co robił, niezależnie od tego, co to było.

Grek Zorba od dziesięcioleci jest wcieleniem archetypu dzikiego, zmysłowego mężczyzny. Współczesne kobiety marzą o Zorbie, wypatrują go, przywołują. Czasy nie sprzyjają Zorbom? Wyobraźmy sobie mężczyznę, który z pasją płaci rachunki przez Internet. Dlaczego nie? Zbyt często szukamy wymówek: „w tych warunkach mam się cieszyć?!”. Łatwo znajdujemy powody do narzekania, gorzknienia, co zatruwa życie nam, naszym bliskim i otoczeniu.

Eldredge pisze, że mężczyzna przygaszony, bierny budzi niepokój wszystkich, którzy mają z nim do czynienia. Taka energia działa przygnębiająco, ponieważ jest wbrew męskiej naturze – aktywnej i twórczej. Kiedy to się zaczyna? Kiedy mężczyzna zostaje odcięty od energii życia? Może się zacząć bardzo wcześnie. Dziecko potrzebuje przyzwolenia na to, by poznawać świat wokół siebie; dotyka, smakuje, aktywnie poszukuje. Dla rodziców to kłopotliwe, bo są zmęczeni, martwią się, żeby sobie nie zrobiło krzywdy. Jeśli dziecko konsekwentnie jest bite po rękach, gdy sięga po przedmioty, uczy się, że nie można tego robić. Bo to boli, jest przykre, a w dodatku zagraża utratą miłości rodziców. Dorosły człowiek pamięta to doświadczenie i mimo że już nikt nie bije go po rękach, pozostaje smutny i przygaszony, rezygnuje z radości płynącej z poznawania. Nawet jeśli dziecko w pierwszych latach życia doświadcza dreszczu emocji, gdy zdarza mu się odkrywać tajemnice świata, w którym żyje, to potem idzie do szkoły. Szkoła narzuca styl poznawania – naukę. To, co wcześniej było pasją, w szkole jest konsekwentnie niszczone, tłumione. Dziecko uczy się, że poznawanie polega na wykonywaniu zadań, są sprawdziany, oceny.

W szkole podstawowej odkryłem, że nie mogę uczyć się tego, co mnie interesuje, a to, czego mam się uczyć, jest strasznie nudne. Zapomniałem o dziecięcych pasjach. Okropna strata. Dopiero po studiach to się zmieniło. Pracowałem jako asystent na uczelni, wykładałem „metodykę pracy umysłowej”. I wtedy trafiłem na kurs „Rusz głową” według metody Tony’ego Buzana. Uczyliśmy się, jak się uczyć, jak zapamiętywać w sposób niekonwencjonalny, angażujący emocje, wyobraźnię, seksualność. Odzyskałem wszystko! Swoje ukryte, zapomniane pasje, dziecięcą otwartość i radość poznawania. Studiując podręcznik, nie muszę być biernym odbiorcą, mogę go współtworzyć, robiąc na przykład zabawne notatki pełne rysunków, symboli.

Zacząłem być świadomy, że nauka jest wspaniałą przygodą, że każda dziedzina życia, także obowiązki – praca, sprzątanie, gotowanie – mogą być wypełnione radością i zabawą. Gdy jestem przeciążony obowiązkami, zdarza mi się o tym zapominać.

My, mężczyźni, jesteśmy bardzo poważni, w pracy mamy zadania, zakres obowiązków, cele, określone procedury. Jednak praca to poważna sprawa, którą można się świetnie bawić. Co robi sześciolatek, gdy znajdzie się w miejscu, gdzie nie ma jego ulubionych zabawek? Wielokrotnie obserwowałem dzieci w poczekalniach u lekarzy, w sklepach, w urzędach, gdy rodzice załatwiają sprawy. Dziecko się nudzi, ale tylko przez chwilę. Natychmiast coś pochłania jego uwagę. Świat dookoła wydaje się taki fascynujący! Obserwowałem chłopca, który jechał z mamą autobusem, wyjrzał przez okno i z błyskiem w oku wykrzyknął: „mamo, patrz, jedzie śmieciarka!”. Mama poczerwieniała, zaczęła uciszać synka, bo przecież śmieciarka to nieładny samochód. Dzieci zauważają rzeczy dla nas niewidoczne. Mają tę świeżość spojrzenia, którą my zatraciliśmy. Odzyskać można ją tylko, będąc zanurzonym w chwili, która właśnie trwa.

Jak odzyskać ogień w brzuchu? Kobiety z trudem znoszą wewnętrzną martwotę mężczyzn. Jedna z nich wyraziła to w ten sposób: „Ja trzy razy oblecę kulę ziemską, a on się nie ruszy!”. Niech się wreszcie ruszy. Trzeba by to potraktować dosłownie. Wstać z kanapy i zacząć się ruszać. Ciało jest tak skonstruowane, że potrzebuje ruchu, ruch jest naszym przeznaczeniem. Brak fizycznego zmęczenia zaczyna powodować atrofię – mięśni, energii, twórczości. To z naszego ciała czerpiemy wszystko, co pozwala otwierać się na pełnię życia. Spróbujmy się martwić, analizować czy robić biznesplan w trakcie dużego wysiłku fizycznego – nie da rady. Mówimy tu o sprawach trywialnych, że ruch, sport to zdrowie, ale okazuje się, że wielu mężczyzn ciągle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Kolejny krok to powrót do marzeń. Cokolwiek by to było – podróże, modelarstwo, paralotnia, koncerty – ważne, żeby mężczyzna wrócił do pragnień, przypomniał sobie emocje z nimi związane; powiedział sobie: „właśnie tego chciałem, ale zaniedbałem, teraz spróbuję”. W realizowanych marzeniach jest energia, która ożywia wszystkie sfery życia. Miałem klienta, który przechodził kryzys, był zrezygnowany, wypalony, samotny. Zaczęło się od odkrycia, że jako młody mężczyzna miał dwa marzenia: nauczyć się latać na lotni i poznać język japoński. Ale skąd wziąć na to czas i pieniądze? Odkrywaliśmy, jak przeorganizować życie, aby znalazło się w nim miejsce dla pasji. Podjął konkretne działania, pojawiło się więcej ognia w jego życiu w ogóle, zmienił pracę, ustąpiły objawy psychosomatyczne – silne bóle żołądka.

Trzeci krok to trenowanie się w byciu tu i teraz. Jak spacer to spacer. Na początku mogą pojawiać się nawykowe myśli o problemach, o wizycie w szkole u syna w przyszłym tygodniu, o naprawie samochodu, rozmowie z szefem; cały ten Disneyland w naszej głowie – jak mawia jeden z nauczycieli. Nie trzeba walczyć ze strumieniem myśli, powstrzymywać go na siłę, wystarczy dostrzec: „znowu jest”. Wyszedłem na spacer, dookoła jest przyjemnie, a mnie się przewala w głowie Disneyland, ciekawe. Trenować zauważanie – to już duże osiągnięcie. W głowie przelatują myśli, a my czujemy słońce na twarzy, słyszymy, jak śpiewa ptak, widzimy rozkwitającą gałąź. I dzieci obok. „Moje dzieci! Jesteście!” Chwila obecna, spacer pochłania tak bardzo, że staje się przyjemnością. I zaczynamy tęsknić za takimi doznaniami.

[newsletterbox]

  1. Kultura

Polskie ludowe pająki zachwycają świat

(Fot. Ola O Smit)
(Fot. Ola O Smit)
Zobacz galerię 16 Zdjęć
Karolina Merska, artystka z Lublina, która tworzy swoje pająki w Londynie, opowiedziała nam dlaczego postanowiła ocalić od zapomnienia ludowe dekoracje, które do tej pory kurzyły się w skansenach. Wraz z odkrywaniem dawnego rękodzieła rekonstruuje historie ludowych twórczyń i przybliża polską sztukę ludową londyńczykom.

W pierwszej połowie XIX w. jednym z najważniejszych elementów dekoracyjnych wiejskich izb były pająki - wyrabiane ze słomy, włóczki, kawałków materiału i bibuły przestrzenne konstrukcje, przypominające żyrandole. Tradycja wykonywania pająków powszechna była w całej Polsce znacznie wcześniej i odwoływała się do magicznych obrzędów oraz koncepcji kosmologicznych.

Czy pierwsze pająki, które powstawały w Polsce na samym początku, różniły się od tych, które dziś znamy i które ty tworzysz? Pierwsze pająki były bardzo proste. Wykonywano je na przykład z buraka, w którego bulwę wbijano kawałki słomy. Ludzie starali się dekorować swoje izby tym, co mieli pod ręką. Dlatego używano ziemniaków, buraków, selera, a także farbowanego w łupinach cebuli i skorupach orzechów pierza. Dopiero później, gdy w sklepach pojawiły się kolorowy papier i bibuła, zaczęto wykorzystywać je do dekoracji pająków, jakie dziś znamy.

A czy wiemy, jaką funkcję, oprócz tej dekoracyjnej, spełniały pająki? Dawniej wierzono, że słoma ma magiczne właściwości, zapewnia dobrobyt i potrafi wypędzić z chałupy złe demony. Pozostałości tych magicznych praktyk zachowały się w wielu współcześnie praktykowanych rytuałach, takich jak topienie Marzanny czy umieszczanie sianka pod obrusem wigilijnej kolacji. Pająki wykonywano z żyta i wieszano je nad stołem podczas obchodów Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Na początku wykonywano je z okazji świąt, później przygotowywano pająki na chrzciny, wesela i inne ważne uroczystości. W jednym ze starych czasopism czytałam o przesądach związanych z pająkami. Na przykład kiedy do domu, w którym mieszkała panna na wydaniu przychodził kawaler, a pająk zaczynał kręcić się w lewo, to traktowano to jako zły znak. Uważam, że niezwykle ważne jest, żeby przypominać te dawne wierzenia, które związane są z pająkami.

Pająki były powszechną ozdobą w całej Polsce, ale ich kształty w zależności od regionu bywały rozmaite. Ty zajmujesz się przede wszystkim konstrukcjami, które są rozbudowane w poziomie i pionie. Wykonuję pająki, które nawiązują kształtem do żyrandola i w taki sposób są najczęściej określane. Składają się z obręczy, mają ramiona i ozdobione są pomponami. Pająki żyrandolowe można spotkać w całej Polsce, ale w każdym regionie wyglądają inaczej. Na Lubelszczyźnie ozdabiano je piórami, w łowickim miały charakterystyczną tarczę z kolorowej włóczki. Na Kurpiach na żyrandolowego pająka mówi się kierec. To efektowna podsufitowa dekoracja, której ramiona wykonane ze skręconych taśm papieru rozchodzą się promieniście od środka pokoju.  Na Podlasiu pająki robiono z grochu i fasoli, w niektórych regionach wykonywano je z pociętych kawałków lnu przypominających delikatne pierze, a nawet ze szczeciny.

Skąd w ogóle wpadłaś na pomysł, żeby zająć się ludowymi pająkami? Pamiętasz, gdzie zobaczyłaś je po raz pierwszy? Urodziłam się w Lublinie i z pająkami zetknęłam się po raz pierwszy w skansenie Muzeum Wsi Lubelskiej, w którym są pięknie zachowane chaty. Tak naprawdę moja miłość do pająków zaczęła się dopiero w Krakowie, do którego wyjechałam studiować historię sztuki. Od zawsze pociągała mnie sztuka ludowa, antropologia i etnografia. I chociaż nie studiowałam dizajnu, to chciałam pokazywać piękno ludowych pająków, żeby nie kurzyły się tylko w tych skansenach.

Po studiach od razu wyjechałaś do Londynu. Historyczka sztuki, która zaczyna zajmować się tworzeniem ludowych pająków w stolicy Wielkiej Brytanii to dość nietypowe. Jak wyglądały twoje pierwsze sufitowe dekoracje? Miałam ogromne szczęście, że znalazłam się właśnie w Londynie, to miasto, które niesamowicie chłonie inne kultury. Zaczęłam tworzyć ludowe pająki, ponieważ chciałam dzielić się z innymi tym, co od dawna mnie fascynowało i co związane jest moim dziedzictwem. Na początku analizowałam konstrukcję pająków przeglądając zdjęcia w starych czasopismach. Mam całkiem niezłą wyobraźnię przestrzenną, dlatego rozumiałam w jaki sposób są wykonane. Pamiętam swojego pierwszego pająka w kształcie gwiazdy. Kiedy rozłożyłam go na blacie stołu, wyglądał wspaniale, ale okazało się, że zapomniałam o jednym bardzo ważnym elemencie i  konstrukcja złożyła się w pół. Wtedy nie wiedziałam też w jaki sposób zrobić kwiaty, które ozdabiają pająki. Wycięłam po prostu kawałki krepiny i zszyłam je ze sobą. Teraz się śmieje, że to bardziej przypominało eksperymentalne krawiectwo papieru.

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

Później zaczęłaś poznawać konstrukcję pająków u źródła, odwiedzając ludowe artystki w Polsce. Razem z moją przyjaciółką Karoliną, która również mieszka w Londynie i studiowała tutaj antropologię kultury, jeździłyśmy po Polsce i odwiedzałyśmy regionalnych artystów. Karolina jest też fotografką i filmowcem i oprócz tego, że interesuje się antropologią, potrafiła w odpowiedni sposób udokumentować działania artystyczne twórców. Zawsze robiło mi się smutno, gdy dowiadywałam, że niektóre wzory bezpowrotnie zaginęły. Młode pokolenia nie zawsze są zainteresowane kontynuacją sztuki ludowej.

W jaki sposób szukałyście twórczyń? Chodziłyście po wsiach i pytałyście, kto robi pająki? Niemalże. Do artystek docierałyśmy często dzięki poczcie pantoflowej, poprzedzonej wielogodzinnymi poszukiwaniami w Internecie. Odwiedzałyśmy regionalne jarmarki i kontaktowałyśmy się z gminnymi ośrodkami kultury. Często miałam do dyspozycji jedynie zdjęcie ludowego pająka z jakiegoś starego czasopisma z podpisem i w ten sposób próbowałam odnaleźć jego twórczynie. Poszukiwania tych osób było fascynującym zajęciem. Jeździłyśmy np. na Kurpie i tam kierowano nas do ludowych artystek, które nadal zajmują się tworzeniem pająków.

(Fot. Ola O Smit) (Fot. Ola O Smit)

Jestem ciekawa w jaki sposób reagowały starsze panie, kiedy nagle w ich domach pojawiały się dwie dziewczyny z Londynu i pytały, jak robi się ludowe pająki. To są zawsze bardzo miłe spotkania. Siadamy sobie przy herbacie i domowym cieście, oglądamy wspólnie ich prace – na przykład kwiaty z papieru czy właśnie pająki, przeglądamy archiwalne zdjęcia ze starymi wzorami. Często te spotkania przeradzają się w bardzo bliskie znajomości. Na przykład pani Zofia, która ma ponad osiemdziesiąt lat, zaproponowała po kilku latach spotkań ze mną, żebyśmy mówiły sobie po imieniu i zaczęła traktować mnie po prostu jak swoją koleżankę. Czasem zdarzało się, że poznawałam całe wielopokoleniowe rodziny, tak było w przypadku pana Józefa, który mieszka pod Zakopanem. Mam wrażenie, że wiele osób czuje się trochę zapomniana i bardzo cieszy je to, że ktoś interesuje się ich twórczością i chce dowiedzieć się o niej więcej. Zawsze pytam twórców i twórczynie o ich podejście do rękodzieła i tradycji. Wcześniej, kiedy nie było żadnych podręczników o sztuce ludowej, cała wiedza przekazywana była ustnie z pokolenia na pokolenie. Dziś zdarza się, że tworzeniem pająków zajmują się jeszcze dzieci tych artystek, ale wnuki nie bardzo garną się do nauki, dla nich to nie jest ani atrakcyjne ani ciekawe. Moje podróże po Polsce służą także temu, żeby pokazać te osoby oraz ich twórczość. Byłoby szkoda, gdyby to wszystko przepadło i zostało zapomniane.

Ludowe pająki, którymi zajmujesz się zawodowo to nie wszystko, co łączy cię z rękodziełem. W Londynie otworzyłaś również sklep, w którym popularyzujesz polską sztukę ludową. Po spotykaniach z artystami i dokumentacji ich prac narodził się pomysł sklepu “Folka”. Teraz dopiero widzę, jak wszystko, czym się zajmowałam zatoczyło koło i w bardzo piękny sposób się ze sobą połączyło. Zawsze zastanawiałam się nad tym, co będę robiła w życiu, a teraz wydaje mi się, że w końcu znalazłam odpowiedź.

Chciałam, żeby w sklepie “Folka” dostępne było rękodzieło z różnych krajów, nie tylko z Polski, ale także z Rumunii, Ukrainy, Niemiec, Francji czy Holandii. Niestety Brexit trochę pokrzyżował nam plany i utrudnił dostęp do wielu europejskich twórców. Polska tradycyjna sztuka ludowa jest bardzo ważną częścią sklepu i to dzięki niej to miejsce jest unikatowe. Polskie rękodzieło najbardziej podoba się klientom, którzy odwiedzają nasz sklep. Najzabawniejsze jest to, że wiele osób myśli, że sprzedajemy meksykańską sztuką ludową, ponieważ to co widzą na wystawie kojarzy im się właśnie z twórczością Fridy Kahlo. Dla mnie niezwykle ważny jest walor edukacyjny sklepu, kiedy mogę pokazywać, że w Polsce mamy taką piękną i kolorową sztukę ludową.

Czym najbardziej zachwycają się londyńczycy? Wielkanocnymi palemkami! Sama uwielbiam palmy ludowe i już od kilku lat sprowadzam je z Polski. Tutaj różnie były nazywane, mówiono na nie “szczotka” albo kwiatki na patyku. Starałam się znaleźć dla nich jakąś angielską nazwę, ale w pewnym momencie zauważyłam, że klienci zaczęli dopytywać, kiedy będą “Easter palm”, co uświadomiło mi, że doskonale wiedzą, czym są te nasze palemki. Co ciekawe, w Londynie palmy zyskały całkiem nową funkcję. W Polsce kojarzone są wyłącznie ze świętami wielkanocnymi, a tutaj traktowane są jak unikatowy bukiet i sprzedają się przez cały rok. Wiem, że wiele osób wręcza palmy zamiast kwiatów np. na Dzień Mamy. Nasze polskie mamy byłyby pewnie mocno zdziwione, gdyby w ramach bukietu otrzymały wielkanocną palemkę.

Ze swoimi pająkami trafiałaś w różne miejsca na świecie. Najbardziej egzotycznym było chyba New Delhi. Na festiwal designu do Indii pojechałam na zaproszenie Polskiego Instytutu. Wykonałam dużą instalację - kilkumetrowego pająka żyrandolowego - w której starałam się połączyć polską sztukę ludową z tamtejszą, dlatego ozdobiłam go girlandami żywych kwiatów, którymi hindusi dekorują wnętrza swoich świątyń. Pająk zawisł w centrum designu w Bangalur, a jego zdjęcie znalazło się we wszystkich krajowych mediach. Wbrew pozorom kultura hinduska jest bardzo podobna do polskiej, jest równie kolorowa.

Okazało się, że ludowe pająki doskonale pasują do współczesnych wnętrz i dziś znowu traktowane są jako element dekoracyjny. Staram się pokazywać sztukę ludową bardziej jako nowoczesny design, wyjść trochę z tej ludowości. W naszym kraju pająki nadal nie kojarzą się z nowoczesnymi wnętrzami. Polska była chyba ostatnim krajem, który zobaczył, że takie ozdoby mogą być fajne. Czasami tak bywa, że gdy mamy coś przed oczami, to nie potrafimy tego docenić. Media w Polsce zainteresowały się moją działalnością dopiero wtedy, kiedy o moich pająkach zaczęły pisać zagraniczne magazyny wnętrzarskie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę popularyzować polską sztukę ludową w Londynie i jednocześnie obserwować coraz większe zainteresowanie rękodziełem w Polsce. Wiele młodych osób zaczyna robić pająki, powstają ciekawe konta na Instagramie.

W maju ukaże się twoja książka poświęcona pająkom. To praktyczny poradnik, dzięki któremu krok po kroku będzie można stworzyć swojego pająka. Na razie dostępna będzie niestety wyłącznie w języku angielskim. Nadal nie mogę w to uwierzyć. W mojej książce chciałam skupić się przede wszystkim na pokazaniu projektów, ale także opowiedzieć historię pająków i związane z nimi tradycje. Przygotowałam piętnaście różnych wersji pająków, zarówno tradycyjnych, jak i nowoczesnych. Starałam się pokazać, że tradycyjne pająki można tworzyć również w oparciu o inne surowce, jak metalowe rurki, makaron czy wełniane pompony. Pokazuje też, jak zrobić pająka ślubnego z żywych kwiatów. Chciałabym zainspirować wszystkich do tego, żeby korzystając z tradycyjnych wzorów, tworzyli autorskie projekty. Książka „Making mobiles” na razie dostępna jest tylko w języku angielsku, ale wiem, że jest spore zainteresowanie w Polsce, dlatego liczę, że pojawi się także jej tłumaczenie. Projekt mojego jednego pająka można znaleźć w książce Doroty Borodaj zatytułowanej “Ręcznie robione”, która jest poświęcona współczesnemu rzemiosłu i rękodziełu. Wiem, że autorce udało się dotrzeć do wielu bardzo ciekawych stowarzyszeń i artystów z Polski, którzy tworzą z papieru, drewna, gliny, słomy czy wikliny wykorzystując tradycyjne techniki. Bardzo się cieszę, że mogłam się pojawić w tym opracowaniu.

Karolina Merska (Fot. Ola O Smit) Karolina Merska (Fot. Ola O Smit)

  1. Styl Życia

W czym pomaga nam medytacja? Co zmienia?

Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy – twierdzi dziennikarz Dan Harris. I jak zaznacza autorka tego tekstu - ta ścieżka bywa wyboista. A jednak – przekonują – medytacja to potężne narzędzie, które pozwala być spokojniejszym, szczęśliwszym i bardziej odpornym na kryzysy.

W wieku 28 lat narodziłam się na nowo. Choć brzmi to pompatycznie i mało wiarygodnie, dokładnie tak czuję. Właściwie nie było to jedno, spektakularne wydarzenie, tylko ciąg wielu małych następujących po sobie „przebudzeń”. „Słyszałaś o technikach oddechowych i medytacji? Odmieniły moje życie! Pomogły mi spojrzeć na wszystko z dystansu” – mówiła w trakcie wywiadu pewna młoda aktorka. Zabrzmiała na tyle wiarygodnie, że choć niepewnie i trochę wbrew sobie, postanowiłam pójść na warsztat medytacji, a później napisać o nim tekst. Nie wszystko w jego trakcie mnie przekonało, umysł opierał się i podpowiadał ucieczkę. Z trudem wytrzymałam 6 dni bez alkoholu i papierosów, które na tamtym etapie były stałym elementem mojego życia – ale udało się. Na kilka chwil – nie wiem, czy długich, czy całkowicie krótkich – udało mi się wyciszyć wszystkie głosy w głowie. Dotknęłam czegoś nienamacalnego, ulotnego i trudnego do opisania. Poczułam szczęście płynące z samego środka, niezwiązane z żadną konkretną rzeczą czy osobą, nienarwane, wypełniające radością i spokojem. Coś się we mnie zmieniło. Kilka miesięcy później wyjechałam do Indii.

Sztuka nicnierobienia

Medytacja to sztuka nicnierobienia” – usłyszałam w aśramie Fundacji Art of Living w Indiach. To do dziś najbardziej precyzyjna definicja, z jaką się spotkałam. Nierobienie niczego w pierwszych dniach pobytu było tak przytłaczające, że miałam ochotę krzyczeć i uciekać. Dni wypełniały długie medytacje i cisza, znów medytacje i znów cisza. Tylko że w owej ciszy dużo głośniej słyszałam wszystko, co wcześniej zagłuszałam alkoholem, narkotykami i burzliwymi relacjami. Nagle bez tych zagłuszaczy wypierane emocje wylały się na moją „wyciszoną głowę” niczym wiadro pomyj. Kiedy miałam wrażenie, że mnie zaleją, medytacja pomogła mi nabrać dystansu. Spojrzeć na lęki, stres i frustracje z zupełnie innej perspektywy, skonfrontować się z nimi i dotrzeć do samego środka.

Yogi Bhajan, twórca jogi kundalini, powiedział, że medytacja jest jak sprzątanie domu. Robiłam więc gruntowne porządki. Na początku wcale nie lubiłam medytować. Zamykałam oczy i z wyjątkiem kilku magicznych momentów nie byłam w stanie uwolnić głowy z myśli. Szybko zobaczyłam, że im mocniej z nimi walczę, im bardziej chcę się ich pozbyć, tym silniej wracają. „Pozwól im płynąć jak chmurom przepływającym po niebie” – mówił głos prowadzącego. Denerwował mnie, chciałam go zagłuszyć. W końcu posłuchałam i wtedy z każdym kolejnym wdechem i wydechem odczuwałam coraz mniej złości, a umysł produkował o wiele mniej myśli. Po 3 tygodniach wróciłam do Polski. Miałam wrażenie, że unoszę się nad powierzchnią. Choć szybko wróciłam na ziemię, wydarzył się kolejny mały wielki cud. Po latach zmagań wygrałam z nałogiem. Gdzieś między kolejnymi medytacjami, asanami i oddechami przestałam mieć ochotę się niszczyć.

Szczęśliwsza o…

Zasadniczo jestem pogodnym facetem. Zdarzają się jednak chwile, kiedy moja wewnętrzna rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. W książce przywołuję przede wszystkim takie właśnie trudne sytuacje. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy pozwoliłem, aby głos w mojej głowie się rozszalał…” – zatrzymałam się na wstępie książki „Szczęśliwszy o 10%” Dana Harrisa (wyd. Samo Sedno). Poczułam, że autor i ja mamy – a właściwie mieliśmy – ze sobą wiele wspólnego. Oboje poznaliśmy, na czym polega perfekcjonizm, balansowanie na skrajnościach, niechęć do nudy, zamiłowanie do pisania, do rywalizacji i w końcu do narkotyków (w szczególności do euforycznej kokainy). To dzięki niej – tak jak Dan – przeżyłam kilka najszczęśliwszych i jednocześnie najbardziej upodlających momentów w życiu. Tak jak Dan doświadczałam następnie powolnego spadania, zamartwiania się, poczucia winy, okresowych stanów depresji, a nawet ataków paniki. Też przez wiele lat zmagałam się z „rozszalałym głosem w głowie”. Podobnie jak on w krytycznym momencie życia trafiłam na medytację. Czy dzięki niej jestem szczęśliwsza o tytułowe 10%? Nie wiem. Wiem natomiast, że zdecydowanie rzadziej miewam napady depresji. Z drugiej strony praktycznie już nie odczuwam euforii. Kiedyś tęskniłabym za tym intensywnym, roztrzęsionym stanem – dziś preferuję nudę i bezmyślność. Rzadziej się złoszczę. Choć nie! Złoszczę się nadal, ale łatwiej jest mi złości nie ulegać, nie stawać się nią. A gdy jednak tak się zdarzy, nie zanurzam się już na całe godziny, a nawet dni w poczuciu winy.

Jestem pewniejsza siebie, a mniej zadufana w sobie. Łatwiej się koncentruję. Praktycznie przestałam korzystać z kalendarza. Mniej pracuję, ale jestem bardziej wydajna. Nauczyłam się działać intuicyjnie. Siadam nad białą kartką papieru, zamykam oczy, przenoszę uwagę do wewnątrz. Głowa opada mi swobodnie, opróżnia się z myśli. Wówczas pojawiają się najlepsze pomysły, czasem mam wrażenie, że przychodzą znikąd. Przenoszenie uwagi na oddech nauczyło mnie pokory. Trudniej jest mi teraz rywalizować i manipulować. Szczególnie ciężko przychodzi mi okłamywanie samej siebie i najbliższych. Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów, bo nie podkręcają już twojego poczucia wartości, a spełnianie pozornie nieosiągalnych marzeń i wspinanie się na kolejne trudne do zdobycia szczyty nie daje ci tyle frajdy co kiedyś. Ale – jak mawiają oświeceni mistrzowie – z jednej strony szczytu czai się smutek; po drugiej czeka pełnia. Ty siedzisz na płocie.

Najlepsza amortyzacja

Historia moja i historia Dana Harrisa są jednymi z wielu podobnych do siebie. Każdy z nas w pogoni za szczęściem i fasadowym poczuciem wartości sięgnął swojego dna. I właśnie tam poczuliśmy, że wszechświat wyciąga do nas rękę. Złapaliśmy się jej i z nadgorliwością neofity pragnęliśmy uratować cały świat, w efekcie znów za bardzo się nakręcając. W końcu zrozumieliśmy, że liczy się jedynie droga, która prowadzi do równowagi. Bywa wyboista, ale medytacja to najlepsza amortyzacja. „Oczywiście nie jest ona żadnym cudownym lekarstwem. Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy. Nie rozwiążesz też wszystkich twoich problemów. Odrzuć książki specjalistów od duchowości, którzy obiecują natychmiastowe oświecenie. Z mojego doświadczenia wynika, że dzięki medytacji człowiek staje się szczęśliwszy o 10%. Ta liczba nie jest oczywiście wynikiem jakichś skomplikowanych badań naukowych. Ale musisz przyznać, że to całkiem niezły zwrot z inwestycji” – pisze Harris.

Korzyści z medytacji – udowodnione naukowo

Badania nad skutecznością medytacji prowadzone są od lat 50. XX wieku. Czego dowodzą?
  1. W trakcie medytacji nasz mózg przełącza się na fale alfa (niskie) i fale theta (wysokie). Te pierwsze związane są z byciem „tu i teraz”, kreatywnością, odpoczynkiem i pełnym dostępem do obu półkul mózgu. Z kolei fale theta połączone są ze stanem głębokiej medytacji. Zwiększanie fal theta w trakcie medytacji pobudza intuicję, wpływa na poprawę kreatywności, wspomaganie procesów uczenia się i łagodzi stres. Dlatego osoby regularnie praktykujące medytację są zrelaksowane, ale jednocześnie dużo bardziej uważne.
  2. Jak twierdzi Karolina Zarychta, psycholożka zdrowia i psychoterapeutka z Centrum Badań Stosowanych nad Zachowaniami Zdrowotnymi i Zdrowiem w USWPS we Wrocławiu, medytacja jest skuteczna w obniżaniu poziomu stresu, lęku, poprawianiu nastroju oraz w leczeniu wielu zaburzeń, np. depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania.
  3. Hinduscy badacze, Wanpen Turakitwanakan, Chantana Mekseepralard oraz Panaree Busarakumtragul, udowodnili, że medytacja skutecznie obniża poziom kortyzolu i zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób będących skutkiem chronicznego stresu (zaburzenia psychiczne, wrzody żołądka i migreny). Według ekspertów powinna być stosowana jako uzupełnienie konwencjonalnej terapii.
  4. Odpowiednio dobrane techniki oddechowe i medytacja pomagają obniżyć ciśnienie krwi. Tym samym zmniejszają ryzyko wystąpienia chorób układu krążenia i są zalecane przez kardiologów.
  5. Badania neuroobrazowania pokazują, że osoby od lat medytujące mają więcej substancji szarej w hipokampie. Ta część tzw. układu limbicznego jest związana z pamięcią oraz reakcjami emocjonalnymi. Co ciekawe, zmiany można zobaczyć również w korze czołowej. U osób, które medytują, odnotowuje się zwiększenie gęstości neuronów w tym obszarze. Dodatkowo medytacja zmniejsza zagęszczenie komórek nerwowych w prawej części ciała migdałowatego. Dzięki temu łatwiej radzimy sobie z gniewem, strachem i smutkiem.

Karolina Szaciłło: dziennikarka, współautorka książek z dziedziny dietetyki. Z mężem Maciejem prowadzi warsztaty i bloga www.medytujemy.pl, łącząc medytację ze zdrowym odżywianiem.