1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zgodzić się na bezsilność – rodzice w walce z uzależnieniami swoich dzieci

Zgodzić się na bezsilność – rodzice w walce z uzależnieniami swoich dzieci

Trudna miłość między ojcem a uzależnionym od metamfetaminy synem to temat znakomitego filmu
Trudna miłość między ojcem a uzależnionym od metamfetaminy synem to temat znakomitego filmu "Mój piękny syn", nakręconego na podstawie autentycznych wspomnień Davida i Nica Sheffów. (Fot. BEW PHOTO)
Co dzieje się z rodzicami, których dziecko jest alkoholikiem czy narkomanem? Chcą o to dziecko walczyć, do końca i za wszelką cenę. „To mój mały synek, muszę go wyleczyć, uratować”, mówią. Ale czasem powinni z walki zrezygnować. Dla dobra wszystkich. I chronić siebie. Chronić swoje terytorium, bo już tylko tu są władni coś zrobić.

Współuzależnienie to choroba. Bardzo ciężka choroba. Ale kiedy tym uzależnionym jest nasz partner czy partnerka, to – choć czasem tkwimy w takich związkach latami – zawsze gdzieś z tyłu głowy do przyjęcia jest rozwiązanie ostateczne – ucieczka. A co, gdy choruje dziecko? Kiedy to ono jest uzależnione? O ile możesz spróbować przekonać siebie, że nie masz wpływu na to, co dzieje się z drugim dorosłym człowiekiem, choć go kochasz i z całych sił chcesz go ratować, o tyle kiedy jest to twoje dziecko, swojego braku wpływu nie umiesz przyjąć. Przecież to człowiek, który został wychowany i ukształtowany przez ciebie. Przecież to człowiek, który mieszka pod twoim dachem. W końcu to człowiek, za którego odpowiadasz. Także przed prawem. Jak zaakceptować brak wpływu na kogoś, kto jeszcze wczoraj liczył się z twoimi uwagami, słuchał twoich rad? Czujesz, że dziecko jest bezbronne, czujesz, że na ciebie liczy, wierzysz, że cię posłucha… Tymczasem nie słucha. Robi sobie krzywdę. Nie możesz na to patrzeć, ale ucieczka też nie wchodzi w grę…

– Nie da się uciec. Bo mówimy o sprawach nieuleczalnych. Dla twojego dziecka jest nią uzależnienie. Dla ciebie są nimi miłość, strach i poczucie odpowiedzialności – mówi Iza, matka alkoholika. – I może ono będzie miewało lepsze momenty, może nawet będą one trwały długie lata, ale ty i tak już nigdy nie odzyskasz spokoju, nie odzyskasz swojego życia sprzed waszej wspólnej choroby. Jedyne, co możesz, a raczej musisz zrobić, to ratować siebie, czyli – żaden cud – nauczyć się z tym ciężarem żyć. Tylko tyle i aż tyle możesz zdziałać. Ale jeśli pójdziesz na psychoterapię, dowiesz się czegoś jeszcze: że… nie zbawisz świata, bo nie posiadasz takiej mocy. Brzmi banalnie? Zaakceptowanie tego faktu to wielkie odkrycie i olbrzymi wysiłek dla rodzica uzależnionego dziecka – opowiada Iza.

Kocham, więc nie wierzę

– Rodzic, który zgłasza się po pomoc, z reguły wie, że jego dziecko ma jakiś problem – mówi Barbara Szczyrba-Maroń, psycho-terapeutka z Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Narkomanii w Katowicach. – Przychodzi, ale jednocześnie bardzo nie chce usłyszeć potwierdzenia swoich przypuszczeń. Marzy, by terapeuta „wyprowadził go z błędu”, by powiedział, że to jedynie przejściowe trudności – tłumaczy psychoterapeutka.

Do gry włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne. Wiodącym jest zaprzeczenie. Stosuje je sama osoba uzależniona, która robi wszystko, by nie dostrzec, co się z nią dzieje, ale ma ona także dużą zdolność „zarażania” tym zaprzeczeniem swoich rodziców. I w ten sposób walka z przyjęciem strasznej prawdy trwa czasem u całej rodziny bardzo długo.

– Rodzicowi trudno przyjąć do wiadomości, że jego dziecko jest uzależnione, bo ten wyrok jest jak koniec świata. Szok i przerażenie są tak wielkie, że na początku nie ma miejsca na zgodę – mówi Barbara Szczyrba-Maroń.

– Ten koszmar zaczął się 12 lat temu, mój syn miał wtedy 16 lat – wspomina Iza. – Nie mogliśmy nie zauważyć, że coś się dzieje. Wychodził ze znajomymi i wracał nieprzytomny, nie pod wpływem alkoholu czy nawet pijany, ale nieprzytomny. To może zdarzyć się raz, w porządku, ale zdarzało się w każdy weekend. Na nic nasze prośby, groźby. Żadnego efektu. Tak jakby nad sobą kompletnie nie panował. Postanowiliśmy poprosić o pomoc. Poszliśmy do poleconego psychoterapeuty. Sami. Bez niego. Dziś wiem, że chciałam się tylko upewnić, że to „może zdarzać się u nastolatka, z czasem minie”. Jednak kiedy przedstawiłam mu, jak wygląda sytuacja, powiedział jednoznacznie i brutalnie: „Państwa syn jest uzależniony od alkoholu”. Nie zostawił żadnego marginesu niepewności. Rozwścieczyło mnie to. „Co za buta, wydaje mu się, że jest nieomylny?! Idiota” – dokładnie pamiętam, że tak właśnie pomyślałam o człowieku, który postawił pierwszą diagnozę. Ponieważ terapeutę uznałam za idiotę, nie podejmowałam żadnych kolejnych kroków. Rozmawiałam z synem i czekałam… aż „zmądrzeje” – opowiada Iza.

Tomek jednak nie „zmądrzał”. Upijał się do nieprzytomności dalej. A ona wariowała. Prosiła, błagała, on mówił, że to był ostatni raz. I ostatnich razów było wiele. Sięgnęła po literaturę fachową i przeczytała, że trzeba jasno stawiać granice. Ostro i konsekwentnie, z wyrzuceniem z domu włącznie, kiedy znów zawali. – Pamiętam dzień, kiedy kazaliśmy mu się spakować i wynieść – mówi Iza. – Zrobił to, a ja dwie godziny później zaczęłam go szukać, dzwonić po jego kolegach. Myślałam, że oszaleję, musiałam wiedzieć, gdzie jest, czy nic mu nie grozi. Szybko go znalazłam i znowu na moment odetchnęłam, bo moje „małe i bezbronne” dziecko było „bezpieczne”. Był płacz, przepraszanie. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to wszystko była z jego strony gra – opowiada Iza.

Kocham, więc muszę wierzyć

– Po kilku miesiącach znowu poszliśmy do psychoterapeuty – wspomina matka Tomka. – Innego. I znowu ten sam wyrok: alkoholik. Wtedy rozpoczął się kolejny etap mojej choroby – zaczęło do mnie docierać, że syn jest uzależniony. I to ja stałam się bardziej chora od niego. On zaczął się leczyć – mówi Iza.

Kiedy okazuje się, że dziecko jest alkoholikiem czy narkomanem, to w naszym społeczeństwie wciąż wiąże się to z wydaniem wyroku – patologia. Ten wyrok obejmuje całą rodzinę. Dlaczego dziecko jest chore? Bo rodzina jest patologiczna. I ta potworna stygmatyzacja rodzica – zawalił, nawalił, źle kochał. Uzależnienie nie jest traktowane jak każda inna choroba somatyczna. Kiedy dziecko ma chorą nogę, rękę, ucho, czy nawet dotyka je inna choroba układu nerwowego, jak depresja, schizofrenia, wtedy pojawiają się żal, współczucie. A wobec rodzica dziecka uzależnionego jest naznaczenie, napiętnowanie.

– Z nikim nie chciałam o tym rozmawiać – mówi Iza. – Broń Boże. Temat tabu. Czułam taki fałszywy, idiotyczny wstyd. Wszystko toczyło się w mojej głowie, a ja coraz bardziej wariowałam – przyznaje.

– Jest bardzo wiele rodzin bez najmniejszych znamion patologii, które zgłaszają się do naszej poradni, bo dotyka je ten problem. Tak więc ta etykieta jest nieprawdziwa – mówi Barbara Szczyrba-Maroń. – A ponieważ funkcjonujemy w społeczeństwie nafaszerowanym takimi stereotypami, zwykle one wdrukowane są także w głowę rodzica uzależnionego dziecka, więc on automatycznie zaczyna szukać winy w sobie. I rozpoczyna się czasem bardzo długa droga samobiczowania. Jedna matka mówi: „Nie byłam konsekwentna, w naszym domu brakowało zasad, dlatego moje dziecko ma problem”. Inna mówi: „Były ostre i rygorystyczne zasady i ja myślę, że to jest powód uzależnienia”. Tych scenariuszy, co my, rodzice, zrobiliśmy źle, są setki. A człowiek uzależniony ma tendencję do przerzucania winy na okoliczności zewnętrzne, na innych ludzi, na rodziców w szczególności. Oni z kolei mają tendencję, by tę odpowiedzialność przejmować. Jednym z elementów pracy z rodzicami jest więc pozbycie się poczucia winy. Bo wytypowanie kozła ofiarnego w gruncie rzeczy nie ma żadnego sensu. To i tak już niczego nie zmieni, a trwanie w roli winowajcy nie pozwala rodzicowi pójść dalej – tłumaczy Barbara Szczyrba-Maroń.

Kocham, więc walczę

– To był potworny etap. Moje życie przestało istnieć – opowiada matka Tomka. – Musiałam „pilnować” syna. Wieczory i noce spędzałam, wisząc w oknie z telefonem w ręku. Czekałam, aż zadzwoni, albo sama wydzwaniałam. Trzęsłam się, kiedy wiedziałam, że wychodzi, bałam się, w jakim stanie wróci. Całe życie kręciło się wokół jego choroby – wspomina. I włączył się w niej bunt. Musiała znaleźć winnego. Winni byli wszyscy: ona – zła matka, inni członkowie rodziny, jego znajomi, nawet sąsiedzi. Wszyscy byli przeciwko niej i jej dziecku. – Tylko on nie był w mojej głowie oskarżony – mówi Iza. – On był bezbronną ofiarą moich błędów wychowawczych, okropnych ludzi i koszmarnych zbiegów okoliczności: mały synek, którego muszę wyleczyć, uratować. Moja misja, mój zasrany obowiązek. On jest przecież chory, to nie jego wina, myślałam. Powtarzałam sobie, że to nie moje dziecko źle się zachowuje, to jego choroba – odrębny byt – przez niego przemawia. Tylko że to nie ma żadnego znaczenia. I to też dla matki, dla rodzica jest straszne do zaakceptowania, bo musisz połączyć tę potworną chorobę ze swoim dzieckiem i uznać, że „oni” grają w jednym zespole.

Rodzice uzależnionych dzieci mówią zgodnie, że to jest poczucie gigantycznej życiowej porażki. Poczucie bezsilności, które obezwładnia. Bo na tę chorobę nie ma cudownego lekarstwa. Dziecko nigdy nie wyzdrowieje, można to tylko zaleczać. I nigdy nie wiesz, kiedy bomba znowu eksploduje. Nie schodzisz więc z miny. – Musisz pogodzić się z bezradnością – mówi Iza. – Bo to nie jest tak, że będę z poświęceniem czuwać przy nim w szpitalu dzień i noc, pilnować, by przyjmował leki, trzymać kroplówkę, by jej nie wyrwał, i to da mi gwarancję, że któregoś dnia wreszcie będzie dobrze. Nie, być może nigdy nie będzie dobrze. To trwa kilkanaście lat, a on wciąż miewa kryzysy, sięga po alkohol. Wciąż może zdarzyć się wszystko. To najgorsze też. Już zawsze będę się bać. I to też muszę zaakceptować – opowiada Iza.

Kocham, więc odpuszczam

„Odpuścić” w rozumieniu rodzica to zostawić swoje dziecko, poddać się. I znowu pojawia się naznaczenie społeczne, czyli jednocześnie także w nas, rodzicach, głęboko zakorzenione przeświadczenia: „Co to za matka, która zostawia swoje dziecko!”, czy: „Dobra matka, kochający rodzic nigdy się nie poddaje”. Tylko co to znaczy pomóc? I to jest kolejna trudna lekcja dla rodziców. – Pomoc uzależnionemu człowiekowi polega na czymś innym niż pomoc w przypadku każdej innej choroby, kiedy ma się za zadanie stworzyć chorującej osobie jak największy komfort – tłumaczy Krzysztof Tylski, psychoterapeuta z warszawskiego ośrodka Polana. – Pomóc uzależnionemu to znaczy stworzyć mu jak największy… dyskomfort picia, ćpania. Sprawić, by dotykały go konsekwencje jego działania – mówi Krzysztof Tylski.

– Głowa mówi ci jedno, a serce wyje i krzyczy: „Przecież to moje ukochane dziecko” – potwierdza Iza. – I w końcu, choć wiesz, że nie powinnaś, wyciągasz rękę, łamiesz się: pozwalasz wrócić do domu, dajesz pieniądze. Czyli robisz krok w tył, bo miałaś mu pomagać, przeszkadzając w piciu – dodaje.

Praca z rodzicami polega także na tym, by dotarło do nich, że nie mają wpływu na zachowanie drugiego człowieka, nawet kiedy jest nim ich dziecko. Nawet kiedy ono mieszka pod tym samym dachem i wydaje się od nich zależne. Trzeba wykonać tytaniczną pracę ze swoimi emocjami, by z roli przywódcy stada, kogoś, kto miał realny wpływ, stać się jedynie obserwatorem dramatycznych poczynań swojej córki czy syna. Obserwatorem jego upadku. – Tu dużą rolę odgrywa także wiek dziecka – zwraca uwagę Barbara Szczyrba-Maroń. – Bo kiedy to jeszcze nastolatek, który wciąż pozostaje pod naszą opieką, to nadal jesteśmy przecież za niego odpowiedzialni, także prawnie. Kiedy to dziecko, które jeszcze z nami mieszka, to jak się zachować? Wyrzucić? Takie rozwiązanie dla zdecydowanej większości rodziców nie wchodzi w grę. Strach o jego zdrowie i życie jest zbyt wielki, wręcz obezwładniający. Czyli pozwolić mu zostać w domu. Ale na jakich warunkach? Nadal prać, sprzątać, podawać śniadanie? A kiedy to dziecko, które się uczy, czy dać mu pieniądze na bilet miesięczny? Przecież jakoś musi dojechać do szkoły. Ale może kupić ten bilet samemu, bo inaczej wyda je na narkotyki czy alkohol? A kiedy wiemy, że cała grupa po szkole idzie do McDonalda, to dać pieniądze na frytki czy nie? Czy one należą się komuś, kto złamał serce i wszystkie zasady? Komuś, komu już nie można ufać? Tak więc poza rozdzierającym bólem i strachem jest jeszcze cała masa „technicznych” problemów, przed którymi staje rodzic – dodaje psychoterapeutka.

Jednak najgorsza, i powtarzają to wszyscy rodzice uzależnionych dzieci, jest potworna bezradność. Możesz rozmawiać, możesz podejmować wysiłki, ale przychodzi moment, kiedy nie możesz zrobić już nic. – Kluczową, cholernie trudną sprawą jest ogłoszenie bezsilności – mówi Krzysztof Tylski. – Ogłoszenie bezsilności nie wobec własnego życia, ale wobec decyzji syna czy córki. Trzeba zacząć chronić swoje terytorium, bo tylko tu jesteśmy władni coś zrobić – dodaje.

– Po kilku latach wycieńczającej walki o zdrowie i życie mojego dziecka w końcu zdecydowałam się leczyć – wspomina Iza. – Poszłam na terapię. Dziś wiem, że to ona uratowała mi życie, ale to był potwornie trudny proces. Musiałam przyjąć i pogodzić się z myślą, że może zdarzyć się wszystko, a ja nie mam na to żadnego wpływu… Dla rodzica to chyba najgorsza rzecz na świecie – pogodzić się z myślą, że nie masz wpływu na zdrowie, bezpieczeństwo, życie swojego dziecka. Życie w sensie dosłownym. Nie chodzi o to, że chciałabyś, by był astronomem, a on woli kopać doły. Nie, ty chcesz po prostu, aby twoje dziecko… żyło! A tymczasem musisz pogodzić się ze świadomością, że może nastać dzień, w którym już go nie zobaczysz… Wyłam w myślach, kiedy terapeuta mówił: „A może pani syn chce być menelem, pijakiem? A może on chce się stoczyć? To jest jego decyzja! Wszystko w jego rękach, będzie chciał pić, będzie pił. A pani może być już tylko obserwatorem”. Nic ponadto. Bo są w życiu sytuacje, na które nie mamy wpływu – wspomina matka. Wracała do domu jak zombi, zamykała się w pokoju i płakała. Ale z każdą kolejną sesją czuła, że nie ma wyjścia, musi oswajać się z tym wszystkim, co słyszy.

Praca z rodzicami uzależnionego dziecka musi w pewnym momencie przejść na szerszy obszar – chodzi ogólnie o życiowe przekonania. Każdy dojrzały człowiek musi, prędzej czy później, uświadomić sobie, że ma ograniczony wpływ na wiele spraw w życiu. A są osoby, które mają przekonanie, że swoje życie kontrolują. Nierzadko dostawali na to potwierdzenie w innych obszarach. Ich działania były skuteczne. I tu nagle, w przypadku tak ważnego życiowego zakrętu, okazuje się, że są bezradni, że stają przed murem, który jest nie do przebicia. Trzeba nauczyć się, że są sytuacje bez wyjścia. I trzeba… ratować siebie. – O tym ratowaniu siebie powiedział mi terapeuta – wspomina Iza. – Jak to ratować siebie przed własnym dzieckiem?! Brzmi koszmarnie. Ale, niestety, tak właśnie trzeba zrobić. Trzeba ochronić siebie i ochronić swój dom, resztę rodziny. Tak wygląda brutalna prawda. Skoro moje dziecko niszczy siebie, to moim zadaniem jest nie pozwolić, by zniszczyło także mnie. Zaakceptować, że jedyne, na co mam wpływ, to własne życie. Kazano mi, a raczej serdecznie polecono, bym zajęła się sobą – opowiada Iza.

– Mówiła pani, że kiedyś lubiła tańczyć, to proszę zapisać się na kurs salsy – doradziłem pacjentce, matce uzależnionej córki – mówi Krzysztof Tylski. „Ale jak to, ja mam chodzić na salsę, kiedy moje dziecko się stacza?!”– wykrzyczała. „Tak, bo pani musi żyć”. Na początku choćby na siłę, wbrew sercu – tłumaczy psychoterapeuta. Bo rodzic musi rozpocząć proces wracania do własnego życia, które w imię walki o dziecko zostało zawieszone na kołku. Rodzice, często po raz pierwszy, muszą skonfrontować się z myślą, że dziecko nie jest wszystkim, co mają w życiu. A to arcytrudne, szczególnie w sytuacji, kiedy to dziecko jest chore.

– Brzmi niewiarygodnie, ale mnie bardzo pomogły ćwiczenia fizyczne – mówi Iza. – Takie fizyczne zmęczenie. Chodzi o to, by padać z nóg i nie mieć siły, by się wciąż tylko martwić. Najpierw ćwiczyłam na siłę, potem to stało się nawykiem i przynosiło poczucie ulgi. Zaczęłam też rozmawiać o tym, co mnie spotkało, z przyjaciółmi, i to też była ogromna ulga. Tego koszmaru nie wolno nosić w sobie. To najgorsze, co możemy zrobić. Moja terapia trwała dwa lata. Jest lepiej, zdecydowanie lepiej. Uśmiecham się, a czasem nawet się śmieję. Dbam o siebie, o bliskich, wyjeżdżam na wakacje, żyję. Ale nikomu nie życzę takiego doświadczenia. Zmienia świat na dużo gorszy. Bezpowrotnie. Jedyne, co dał mi ten horror, to poczucie, że jestem silną osobą. A zawsze miałam siebie za słabeusza. Okazuje się, że nim nie jestem. Bo nie zwariowałam tak na dobre. Jednak ból, że nie mogę uratować mojego syna, zostanie ze mną na zawsze – mówi Iza.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

Jak wychować nastolatka? Doceniać, a nie oceniać

Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Uważność w relacji z nastolatkiem jest niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Inaczej będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z uczuciami ludzi. (Fot. iStock)
Wiele problemów w kontaktach z nastolatkami bierze się z mylnych wyobrażeń dorosłych na temat potrzeb i marzeń dorastającej młodzieży. Jak przejść od rodzicielskiego „widzimisię” do prawdziwego poznania własnych dzieci – pytamy promotora uważności w wychowaniu i edukacji Michała Zawadkę.

Jest wiele pomysłów na wychowanie nastolatków, jeden z nich to uważność. Do tej pory oznaczało to dla mnie, że mam usiąść w ciszy, koniecznie z prostym kręgosłupem i obserwować, jak oddycham. Ty rozszerzasz definicję uważności o codzienne relacje z dzieckiem. Sądzisz, że to sprawdzi się w domowej edukacji?
Uważność w relacji z nastolatkiem jest nie tylko skuteczna, ale i niezbędna. Prowadzi do ukształtowania człowieka z wysokim poczuciem własnej wartości. Kiedy ominiemy ten obszar, to będziemy wypuszczać w świat rozchwianych emocjonalnie, bojących się codzienności i niepotrafiących radzić sobie z odczuciami młodych ludzi.

Wiele osób twierdzi, że współczesny nastolatek ma gigantyczne ego, nic mu się nie chce, więc dlaczego mamy się z nim obchodzić jak z jajkiem i jeszcze dopytywać, jakie emocje w nim buzują, co chce zrobić, co go gryzie...
Często dostaję od rodziców taki właśnie portret ich dziecka: leniwe, nieambitne, przemądrzałe. I jeśli tak je widzą, to takiego młodego człowieka wychowają. Przemawia za tym chociażby tzw. efekt Rosenthala, który mówi o tym, że ludzie dostrajają się do naszych wymagań i sposobu, w jaki ich traktujemy. Założenie, że pokolenie dzisiejszych nastolatków jest leniwe i nadęte, ma odzwierciedlenie w metodach wychowawczych, co więcej, staje się też  filtrem, przez który interpretujemy ich zachowania i słowa – bardzo często zakłamującym rzeczywistość.

Jesper Juul twierdził, że dzieci dobrze się czują, gdy włącza się je w projekty i działania dorosłych, jednak nie znoszą być projektem dla swoich rodziców. Jak zatem wprowadzić uważność do codziennych relacji, ale nie robić z tego wychowawczego projektu i nie narazić się na śmieszność?
Jesper Juul sam na to odpowiada: wychowanie to nie tresowanie dziecka, a relacja, do której potrzebne są dwie strony. Zatem nie róbmy z nastolatka królika doświadczalnego, wypytując go o dziwne rzeczy, a wprowadźmy uważność dla wszystkich i w stosunku do wszystkich w rodzinie – dzieci wtedy staną się uczestnikami projektu, a nie projektem. W moim przekonaniu uważność w wychowaniu to świadome skupienie się na dziecku w każdym obszarze: słuchania, akceptowania, oczekiwań, zasad, wspierania, dawania przykładu, dzielenia pasji czy zainteresowań.

Szkoła w Polsce pokazuje coś odwrotnego. Systemowo wypuszcza młodych, którzy nie mają pojęcia, co zrobić ze swoimi emocjami.
Jeśli ich tego nie uczy, to znaczy, że nie jest nowoczesna. Bo nowoczesne szkoły wprowadzają rozwój osobisty, ja też pracuję nad tym od lat i wierzę, że dam radę taki program lub przynajmniej odpowiednie książki do szkół wprowadzić. Tylko czym innym jest zmiana programu edukacji i dodanie szeroko rozumianego rozwoju osobistego i społecznego, kompetencji miękkich, a czym innym jest wychowanie i podstawowe kształtowanie młodego człowieka. Jestem przeciwny przerzucaniu odpowiedzialności na szkołę. To z domu powinno się wynosić kulturę, uważność, zasady i poczucie własnej wartości.

Mam wrażenie, że budowanie poczucia wartości sprowadza się do przyzwolenia na ignorowanie zasad, na przykład nastolatek zaspał do szkoły, a my mówimy mu: „w porządku, nic się nie stało”...
Wręcz przeciwnie. Odpowiedzialność to ważny temat i zależy od przykładu, jaki dają rodzice. Proponuję, żeby rodzic od teraz patrzył na każde zachowanie swojego nastolatka przez pryzmat intencji: czy on na pewno łamie zasady celowo? Za łatwo oceniamy nasze dzieci, zamiast zrozumieć. Kiedy przechodzimy do ataku, nie ma miejsca na dialog i wychowanie. Na deptaku w Sopocie widziałem, jak ojciec wrzeszczał na nastoletnią córkę i wyzywał ją od „ciamajd i głupich”. Wiesz, co takiego sprawiło, że odbierał jej godność i publicznie upokarzał? Wypadł jej z ręki lód, a on z tego powodu wylał na nią cały swój zakorzeniony wstyd przed światem.

Dlaczego rodzice wciąż reagują tak przesadnie? Czy dlatego, że jak wynika ze statystyk, ponad połowa z nich przynajmniej raz w życiu dostała tak zwane porządne lanie od własnych rodziców?
Na pewno, ale nawet ci rodzice,  którzy nigdy nie byli bici, zostali wychowani w panicznym lęku przed „co ludzie powiedzą” oraz w przekonaniu, że autorytet buduje się siłą i narzuceniem własnej woli. Ogromna część rodziców, z którymi spotykam się na warsztatach, ma duży problem z mówieniem dobrze o sobie. Są nauczeni, że są tym, co o nich sądzą inni, i to przekazują swoim dzieciom. Badania Instytutu Carnegiego w Waszyngtonie – już sprzed ponad 100 lat – pokazują, że sukces zależy od trzech rzeczy: wiedzy, umiejętności i nastawienia, przy czym wiedza i umiejętności to tylko 15 proc., reszta to nastawienie.

Czyli jeśli ja jestem słaba, niepewna siebie, to moje dzieci będą skazane na klęskę?
Ode mnie tego nikt nie usłyszy, ja na pierwszym miejscu stawiam akceptację, również siebie jako nieidealnego rodzica, bo idealni nie istnieją. To daje możliwość rozwoju i dawania dobrego przykładu dzieciom bez poczucia winy. Czyli nawet rodzic z niskim poczuciem własnej wartości ma szansę wychować pewnego siebie człowieka. Wystarczy, że proces wdrażania uważności w relacjach zacznie przechodzić równolegle ze swoim dzieckiem.

A czy uważność w pewien sposób nie knebluje ust rodzicom? Czy nie będą się bali powiedzieć czegoś, żeby nie urazić dziecka?
Nie, uważność niesie prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem. Stawianie ustalonych i zrozumiałych przez obie strony wymagań się w to wpisuje. Mój syn Makary miał sześć lat, kiedy podczas gry w „Pytaki” wylosował pytanie: „co jest najważniejsze, żeby dobrze wychować dzieci?” i sam odpowiedział: „Zasady, bo wtedy dziecko jest bezpieczne”.

Co się stanie, jeśli wszyscy postawimy sobie za cel bycie uważnym wobec dzieci i kilka razy dziennie będziemy pytać, jak się czują, jak zamierzają poradzić sobie ze smutkiem czy pokazywać, że trzymanie kubka z ciepłą herbatą w zimnych dłoniach to rozkosz? Wychowamy ludzi, którzy dostrzegają rzeczywistość: w sobie samych i wokół siebie. W pędzie za życiem nie będą mijać samych siebie. Pedagogika nie powstała wczoraj, bazuje na osiągnięciach wielu mądrych ludzi, których lubię cytować, więc odpowiem słowami twórcy popularnej platformy społecznościowej poświęconej relacjom i parentingowi „Faithful Man” Matthew L. Jacobsona:

„Za każdym dzieckiem, które wierzy w siebie, stoi rodzic, który uwierzył w nie jako pierwszy”
Ten cytat przypomniał mi, że moja mama nie tylko nigdy mnie nie uderzyła, ale gdy się stroiłam przed wyjściem, zawsze powtarzała, że to niepotrzebne, bo mądremu we wszystkim ładnie. Ciekawe, czy ja przekazałam to córce. Muszę spytać... Czy możesz podać przykład zachowania, które nazwałbyś uważnością w relacji?
Proszę bardzo, oto najprostszy: kiedy twoja córka wraca ze szkoły, nie pytaj, co ma zadane, co dostała, tylko, co u niej słychać, jak się czuje, co ją dziś zainteresowało. Zapytaj o jej emocje, kolegów, powiedz, że cieszysz się, że już jest. Niech poczuje, że to ona jest w tej relacji ważna. Tymczasem badania pokazują, że zagajenie o pracę domową czy oceny stanowi 80 procent pytań rodziców do dzieci. I potem rodzice żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, zamiast wiedzą o nich – stąd biorą się problemy.

Niby takie proste... Może rodzice powinni odbyć obowiązkowe szkolenia?
Oj tak. Ja na przykład prowadzę program „Prawo jazdy na rodzica”, poświęcony w całości uważności na siebie i dziecko w dziesięciu obszarach, coś w stylu „dekalogu świadomego wychowania”. Na szczęście wielu rodziców, gdy coś nie gra w ich relacjach z dzieckiem, poszukuje pomocy i na przykład pisze do mnie. Klucz do powodzenia leży w zmianie podejścia również do siebie jako rodzica. W uważności chodzi o to, żeby, zadając dorastającemu dziecku pytania, odciąć się od własnych odpowiedzi i słuchać, co ono mówi. Uważność to zmiana oceniania na docenianie.

Ale jeśli w domu nauczymy dziecko, że liczą się starania, to jak ono odnajdzie się w cywilizacji, która nagradza wyłącznie efekty?
Dobre efekty osiągają ludzie z wysokim poczuciem własnej wartości. Rozbierzmy ten zwrot na wyrazy: poczucie – własnej – wartości. Zatem „poczucie” jest pierwszym krokiem dobrej samooceny. Chodzi o to, żeby tu i teraz być świadomym tego, co odczuwamy, co nas otacza, co ma wpływ na nas i na co my mamy wpływ. „Własnej” oznacza świadomość pewnej niezależności i „własności samego siebie”, poczucia sprawczości, zdolności do podejmowania decyzji, mierzenia się z wyzwaniem: czuję dumę, popełniam błędy, pozwalam sobie na chwile słabości, marzę bez pytania, czy mogę… Oraz „wartość”, czyli świadomość, że daję sobą wartość i że jestem wartościowy dla siebie. Szerzej opisuję to w „Wartościowniku dla rodziców”.

W książce jest też test wiedzy o swoim dziecku. Czytając go, zdenerwowałam się, bo nie umiałabym odpowiedzieć na wiele pytań...
Wielu rodziców pisało mi nie tylko o zdenerwowaniu, ale i często o łzach. Podczas tego pozornie prostego testu zdali sobie sprawę, jak wiele chwil w relacjach z dziećmi jest tylko ich „widzimisię”, założeniem czy wyobrażeniem. Właśnie w tej przestrzeni pomiędzy „wydaje mi” się a „wiem” kryje się większość problemów młodych ludzi. Jedyne, co trzeba zrobić, to wypełnić tę lukę uważnością.

Michał Zawadka
, trener, ekspert komunikacji, autor książek motywacyjnych dla dzieci i młodzieży, zwany współczesnym Januszem Korczakiem.

Uważność od zaraz

  •  Zmień ocenianie na docenianie.
  •  Słuchaj z intencją zrozumienia.
  •  Zadając pytania, zapomnij o swoich odpowiedziach.
  •  Daj sobie i dziecku prawo do błędu.
  •  Kieruj się intencją.
  •  Buduj relacje z dzieckiem na wiedzy, nie na wyobrażeniach.
  •  Pamiętaj, że wartość twojego dziecka jest w nim, a nie w opiniach o nim.
Polecamy: 'Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia', Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream Polecamy: "Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia", Michał Zawadka, wyd. Mind&Dream

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Kultura

Warto walczyć o marzenia, warto walczyć o miłość – przekonuje nas brytyjska pisarka Kirsty Moseley

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Kirsty Moseley jest przykładem powieściopisarzy, którzy odnieśli sukces dzięki platformie internetowej poświęconej literatom-amatorom. Będąc na urlopie macierzyńskim, zupełnie przypadkowo trafiła na tego typu stronę. Opublikowanie na niej pierwszego materiału zajęło jej kilka miesięcy – tyle czasu zbierała się na odwagę, choć jej tekst od dawna leżał w szufladzie. Ciepłe przyjęcie, wsparcie i pozytywne recenzje zachęciły ją do zrobienia kolejnego kroku. W 2012 roku własnym sumptem wydała swoją debiutancką powieść – „Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno”. Książka skradła serca nastolatkom i młody kobietom w wielu krajach.

A potem przyszedł sukces za sukcesem.

Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" zdobył rzesze fanów i wysokie miejsce w rankingu Goodreads’ Choice Awards na najlepszą książkę dla młodzieży 2012 roku. W Polsce stał się prawdziwym hitem – nastolatki wręcz oszalały na punkcie historii stworzonej przez Moseley. Odzwierciedleniem tego była również nominacja w plebiscycie portalu lubimyczytac.pl do nagrody za najlepszą powieść młodzieżową 2016.

Moseley pisze przede wszystkim dla młodzieży, ale ma w dorobku również pozycje dla dorosłych. W jej powieściach istotny jest wątek romantyczny, niejednokrotnie autorka porusza w nich jednak poważne tematy związane z traumą czy nadużyciami w rodzinie.  W Polsce jej powieści były nominowane w kategoriach najlepsza powieść obyczajowa 2017: „Nic do stracenia. Początek”, oraz najlepsza powieść młodzieżowa: „Chłopak, który chciał zacząć od nowa” (Książka Roku 2017) i „Chłopak, który wiedział o mnie wszystko” (Książka Roku 2018) w plebiscytach portalu lubimyczytac.pl.

W tym roku autorka zaskoczyła nas lżejszym gatunkiem, w którym świetnie się odnalazła – komedią romantyczną. Również tym razem książka została gorąco przyjęta przez czytelniczki zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Polsce. Błyskotliwa, zabawna, nieoczywista. Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę to lektura, która rozgrzeje serce w zimne jesienno-zimowe wieczory.

 

Takie rzeczy przytrafiają mi się non stop. Heather nazywa mnie „przyjaciółką specjalnej troski”, taką, co to potyka się o ładowarkę podłączoną do prądu lub upuszcza lody i musi kupić nowe, gubi się w trakcie nocnej eskapady po klubach lub przez przypadek wciska Lubię to, śledząc nową dziewczynę byłego na Facebooku. Tak, zdecydowanie, jestem specjalnej troski.

Zagorzała singielka Amy Clarke jest dumna z trzech rzeczy w swoim życiu: różowych włosów, kolekcji conversów oraz zdolności do wypicia dużej ilości margarity bez wymiotowania. Nie szuka miłości. Jest całkowicie szczęśliwa, romansując jednocześnie z Netflixem oraz Benem i Jerrym. Problem w tym, że czasami miłość sama cię odnajduje, nawet gdy tego nie chcesz.

Pięć miesięcy temu on wsiadł do jej pociągu i od tej pory nic nie jest już takie samo. Amy jeszcze nie zna jego imienia, ale wie, że ten facet ją kręci. Wysoki, przystojny geek, który jeździ jej pociągiem co drugi poniedziałek, nie ma pojęcia, że na widok jego uśmiechu Amy traci głowę, a jej serce bije jak oszalałe.

Kiedy przypadkowe spotkanie poza pracą pozwala im na pierwszą normalną rozmowę, sprawy szybko przechodzą od platonicznego uczucia do bliskich – i bardzo bliskich – relacji. Czy mimo ciągu miłosnych katastrof w przeszłości, Amy znalazła w końcu swojego Pana Idealnego? A może los ma dla niej inne plany? Warto się przekonać!

Kirsty Moseley (fot. materiały prasowe) Kirsty Moseley (fot. materiały prasowe)

Kirsty napisała błyskotliwą i zabawną komedię romantyczną z niespodzianką na miarę epickiej powieści. Pięć jasnoróżowych gwiazdek dla Chłopaka, dla którego kompletnie straciłam głowę  – Natasha Preston, bestsellerowa autorka, nr 1 na liście „New York Timesa”

Książce patronują Radio Kolor! i Stylowi.pl, a po więcej informacji na temat twórczości Kirsty Moseley zapraszamy na www.harpercollins.pl