1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mam uczucie, że jestem w związku, w którym partnerowi zależy, żeby było mi źle...

Mam uczucie, że jestem w związku, w którym partnerowi zależy, żeby było mi źle...

...żebym była gorsza, czuła się głupsza i niewystarczająca. Raz potrafi mnie poniżyć, a chwilę później słyszę "Kocham cię". O co tutaj chodzi? - odpowiada Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

...żebym była gorsza, czuła się głupsza i niewystarczająca. Raz potrafi mnie poniżyć, a chwilę później słyszę "Kocham cię". Mam już niskie poczucie swojej wartości, a przed związkiem czułam się dobrze ze sobą. O co tutaj chodzi? - odpowiada Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

  • Niestety jest to jeden z głównych objawów toksycznej relacji. Jest taka opowieść: Szedł facet ulicą i usłyszał jakiś hałas. Nagle poczuł silny ból w głowie. Dotknął skroni, a tam krew. Bardzo się wystraszył, ale krew przestała płynąć. Poszedł więc do domu. Czuł się kiepsko, ale postanowił, że poczeka do jutra i jeśli będzie źle, pójdzie do lekarza. Następnego dnia czuł się niezbyt dobrze, ale jednak lepiej. Nie poszedł do lekarza. 10 lat później mężczyzna dostał ataku w pracy, pękała mu głowa z bólu. Okazało się, że miał w czaszce nabój. Operacja była skomplikowana i całkowity powrót do zdrowia zajął kilka miesięcy.
  • Tak też jest z toksyczną relacją. Znaki mamy na początku, ale ignorujemy je jakiś czas. Zaczynamy się zastanawiać dopiero wtedy, gdy nie da się z tym żyć.
  • Książki, filmy i piosenki utrzymują nas w przekonaniu, że miłość boli, czasem nawet bardzo. Często w bardzo złych sytuacjach upatrujemy romantyzmu i uczymy się przetrwać taką sytuację.
  • W każdej toksycznej sytuacji jest system nagrody. Czym większy dół, tym większa nagroda. I od tej nagrody się uzależniamy, myślimy, że znowu będzie lepiej.
  • Związek ma podstawowe zdanie: ma nam być lepiej w życiu, mamy się czuć lepiej ze sobą, związek ma podnieść nasze poczucie wartości a nie odwrotnie!
  • Niestety, wiele kobiet tkwi w związkach toksycznych. Najpierw jest łomot, a potem kwiaty. Taki związek wyniszcza. Im dłużej trwa, tym większe straty
  • Często kobieta w chwilach, gdy jest źle, posiłkuje się koleżankami, u nich wylewa swoje żale. Inne kobiety ją wzmacniają i utwierdzają w przekonaniu, że życie nie jest łatwe, by ona mogła zacząć taniec od nowa.
  • To co taka kobieta robi to taniec, bo jest w nim mnóstwo energii, która zamiast pójść w kierunku tworzenia idzie w kierunku utrzymania i wytrzymania.
  • Okresy klęski są jak pierwsze dni po odstawieniu używek typu alkohol, narkotyki. Człowiek czuje, że kończy mu się świat. Kobieta widzi tylko czarne scenariusze i nie wie, jak zacząć życie sama.
  • Nie wie, ponieważ jest bardzo osłabiona związkiem. Żyje z pasożytem, któremu tylko o to chodzi, by ją osłabić, by nie miała dość siły i przyjęła kwiaty z ulgą, że nie musi zmieniać swojego życia.
  • Niestety, ciosy są coraz silniejsze i z biegiem czasu wszystko zaczyna się coraz bardziej walić.
  • Kobieta, która zaczyna podważać swoją wartość, przyjmuje w końcu do wiadomości fakt, że jest nikim, że jest brzydka i nie zasługuje na miłość.
  • Cierpi na tym życie zawodowe i wszystkie inne aspekty. Facet może się czuć dobrze w takich okresach, bo zwykle buduje swoją siłę na słabości takiej kobiety.
  • Często panowie wybierają sobie taką udaną kobietę, która odnosi sukcesy i jest ogólnie zadowolona z życia, żeby ją tego pozbawić.
  • Zadaj sobie pytanie po co to znosisz i dlaczego poświęcasz siebie i swoje życie? On pewnie robi tak z każdą kobietą, bo sam nienawidzi siebie i uważa swoje życie za porażkę. Nie chce być w tym sam.
  • Potrzebna ci pomoc terapeutyczna, żebyś powoli stawała na nogi i wybudowała granice, które pozwoliłaś zniszczyć.
  • To, co on robi nie ma nic wspólnego z miłością.
  • Zadbaj o siebie, bo będzie coraz gorzej.
 

Więcej w książce "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

Instrukcja obsługi toksycznych ludzi Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny partner. Kiedy kochać mimo wszystko?

Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. (Fot. iStock)
Przemoc, nałogi, narcyzm, nieuczciwość... Jeśli on lub ona robi coś, czego nie akceptujemy, trzeba powiedzieć: „Dość. Kocham cię, ale nie mogę z tobą być”. Są jednak tacy, którym brak sił na radykalne cięcie, i ci, którzy rozstali się z pijakiem czy brutalem, by związać się z podobnym człowiekiem. Może więc zostać i zbadać, czy złu można zaradzić? Odpowiedzi na to trudne pytanie szuka Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Mamy prawo do rozwodów, do związków na próbę itd., ale liczba szczęśliwych par nie wzrasta. Może więc powinniśmy postarać się, by miłość, małżeństwo, związki trwały mimo wszystko, na dobre i na złe?
Nigdy nie słyszałem o badaniu, które policzyło ilość szczęśliwych par. Statystyki mówią tylko o proporcji związków trwałych do nietrwałych. Zakłada się, że związek trwały jest związkiem szczęśliwym. Ale nie musi tak być. Być może to tylko związek wytrwały – czyli bardziej odporny na frustrację i cierpienie, które się w wielu z nich plenią czasami i przez dekady. Nie wiemy więc, czy szczęśliwych par jest proporcjonalnie więcej, czy mniej. Być może jest tylko mniej związków wytrwałych. Wiele wskazuje na to, że to hipoteza uzasadniona. Liberalne przemiany obyczajowe oraz postęp technologiczny wspierają możliwość indywidualnego, autonomicznego przeżycia życiowego sukcesu poza związkiem. Po raz pierwszy w dziejach mogą z tego korzystać samotne kobiety i samodzielne matki. Na spadek wytrwałości w znoszeniu trudności i kryzysów niewątpliwie wpływa także upowszechniające się liberalne i realistyczne podejście do sakramentalnej przestrogi: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozłącza”. Można mieć przecież uzasadnioną wątpliwość, czy każdy sakramentalny związek kobiety i mężczyzny wsparty jest boską interwencją i ma boski atest. Kościół, jak się zdaje, też podziela ten pogląd, oferując unieważnienia małżeństwa. Uzasadniona wątpliwość co do boskiego atestu dotyczy, oczywiście, wyłącznie związków nieszczęśliwych i to ci, którym taki związek się przydarzył, słusznie zadają sobie pytania: Dlaczego dobry Bóg miałby mnie zobowiązać do dożywotniego trwania w nieszczęśliwym związku? Czemu miałoby to służyć? Wygląda więc na to, że współcześni coraz częściej uważają, że Bogu przypisywać można jedynie skojarzenie związków szczęśliwych. Niefortunnym pokłosiem tego słusznego poglądu jest pokusa zwalania na boskie barki całej odpowiedzialności za nasze szczęście i zapomnienie, że nawet w związku zaaranżowanym przez siły wyższe o szczęście trzeba troszczyć się codziennie.

Z trwaniem szczęśliwego związku nie mamy problemu, więc po co przysięgamy, że wytrwamy w nim i na dobre?
Z trwaniem na dobre na ogół nie mamy kłopotu, ale istnieją ludzie, którzy są przekonani, że szczęście im się nie należy, więc kiepsko tolerują dobre. Mało tego – nieświadomie robią, co mogą, by dobrze nie było. Gdy im się to uda, wracają do znanego piekła, w którym czują się jak ryba w wodzie. Ci mogą trwać w na złe latami. Z uznaniem odnotowuję więc psychologiczną przenikliwość twórcy małżeńskiego rytu, który postanowił uprzedzić kandydatów na małżonków, że czasami z dobrym jest wytrzymać tak samo trudno jak ze złym. Wokół zalecenia trwania w związku na złejest spore zamieszanie. Na ogół jest ono rozumiane jako zalecenie pokornego znoszenia – czytaj bycia ofiarą – upokorzeń, agresji, przemocy, niewierności, lenistwa, uzależnień i wykorzystywania. Ale i w tej sprawie coraz więcej ludzi ma wątpliwość. Po co dobry Bóg miałby nas nakłaniać do trwających całe dorosłe życie ćwiczeń sadomaso, które jedynie utwierdzają obie strony relacji w ich ograniczeniach i słabościach? Czy nie jest raczej tak, że przysięgając wierność na złe, zobowiązujemy się, że jeśli naszej kochanej i – co ważne – kochającej drugiej połowie przydarzy się zdrowotna, ekonomiczna, prawna czy wizerunkowa katastrofa, co uczyni ją zależną od nas, uznamy te okoliczności za wspólny los. Z jednym wyjątkiem: gdy dotknięta trudnym losem lub skutkami swoich błędów kochana osoba zrywa z nami więź, przestaje kochać i szanować. Wtedy czujemy, że zwalnia nas to z obowiązku trwania przy niej. Oczywiście, możemy kochać i wspierać nawet wtedy, ale nasza zdolność do poświęcenia na pewno ucierpi. Podobnie jak gotowość mieszkania pod wspólnym dachem. Skoro tak ludzie w sercu i sumieniu reagują, to kto wie, może Bóg też nie ma nic przeciwko temu?

Rozwody kościelne to forma weryfikacji dla wierzących. Ale jak pozostali mają poznać, że o tę miłość nie warto już walczyć?
Religie nie są po to, by nakazywać ludziom, co mają robić, lecz po to, by otwierać im serca i budzić sumienie, dając w ten sposób niezbędne narzędzia do podejmowania autonomicznych, zgodnych z okolicznościami ich niepowtarzalnego życia decyzji. Ponieważ jednak instytucje religijne i ich pracownicy zachowują się z reguły autorytarnie, wierzący mają małe szanse na otwarcie serc i obudzenie sumień – w zamian uczą się konformizmu i często bezrozumnie kierują się w życiu sztywnymi niezasymilowanymi regułami. Konformizm i stosowanie sztywnych zasad sprzyja wytrwałości związków, ale rzadko czyni je szczęśliwymi. W tej sytuacji niewierzący nie są na straconej pozycji. Przeciwnie. Sami muszą zmagać się ze sobą i z losem, podejmować trudne decyzje, szukać wyjścia, uczyć na błędach. Ten trud nader często wynagradzany zostaje otwarciem ich serc i uwrażliwieniem sumień. Oni na ogół wiedzą, kiedy jednak odstawić spakowane już walizki, odetchnąć głęboko i spróbować dowiedzieć się, o co tu chodzi, choć partner jest toksyczny i ludzie wokół krzyczą: „Zakończ to czym prędzej!”. Błędy popełniamy, aby poddać je refleksji i dzięki temu poznać swoje destrukcyjne mechanizmy i uzyskiwać większą od nich wolność.

Często jednak powielamy złe związki. Znajoma w drugim, podobnie jak i w pierwszym, jest krzywdzona, a poznała mężczyznę – możliwe, że kolejnego partnera – który ma te same cechy co poprzedni, czego tylko ona nie widzi.
Dopóki sama nie zada sobie pytania: „Dlaczego wciąż ląduję w takich związkach?”, to ten schemat będzie się powtarzał. Lepiej by było, żeby nie wiązała się z trzecim partnerem z tego samego klucza, zanim nie dojdzie do rozumu i nie zobaczy, że ten narcyz, brutal i alkoholik itp. nie jest zdolny do miłości, że zawsze przy kimś takim będzie na drugim planie, że zawsze będzie przegrywać z tym, od czego jest uzależniony. Jeśli to zobaczy, powinna zadać sobie pytanie: „Co mnie w tym urządza i czy przypadkiem nie uważam, że nie zasługuję na nic lepszego?”. Po rozstrzygnięciu tych pytań można uznać, że ze złego wyboru zrobiliśmy jakiś użytek, i wtedy dopiero – jeśli partner okaże się niereformowalny – rozstać się z nim.

Źli partnerzy bywają też reformowalni. Koleżanka pozostała z mężem alkoholikiem, choć nie musiała, i ułożyli sobie życie...
Zacznijmy od tego, że miłość nie może być zła. Jeśli związek generuje cierpienie którejkolwiek ze stron, to znaczy, że miłość albo się już skończyła, albo się jeszcze nie zaczęła. To, co wtedy nazywamy miłością, jest albo współuzależnieniem, albo neurotycznym uwikłaniem. Ale jeśli kobieta czy mężczyzna decyduje się świadomie pozostać w związku z osobą uzależnioną, musi zdać sobie sprawę z konsekwencji. Pierwsza: nie doświadczy takiej miłości, o jaką chodzi. Druga: będzie użerać się do końca życia z kimś, kto nie zostanie postawiony wobec ultimatum: albo alkohol, albo ja. A więc są małe szanse, że się poprawi, bo nie będzie mieć wystarczającego powodu, by zmierzyć się ze swoim nałogiem czy wadami charakteru. Pozostanie w związku czyni w takiej sytuacji obojgu krzywdę, bo blokuje w ich sercach zdolność do otwarcia, ufności, szacunku, miłości i spokoju.

A więc warunkiem pozostania jest umiejętność postawienia ultimatum?
Ale ultimatum nie może być blefem, bo jak zostaniemy na tym przyłapani, to partner już się żadnym kolejnym nie przejmie. Jednak również w takiej sytuacji nie łudźmy się, że istnieje jeden przepis na rozwiązanie każdej – z pozoru podobnej – sytuacji. Nie ufajmy poradnikom, które zachęcają nas, by patrzeć powierzchownie i podejmować ważne decyzje bez dostrzegania wyjątkowości swojego losu. Nie ma rozwiązań dobrych dla każdego, bo nie ma dwóch identycznych osób, losów, związków. Dlatego przed podjęciem decyzji na tak lub na nie warto rzetelnie przyjrzeć się swojej sytuacji życiowej. Istotnym jej aspektem jest to, czy nasze rodziny wspierają, czy raczej dekonstruują związek? Mocnym wsparciem może być rzadko spotykana sytuacja, gdy teściowie z obu stron się lubią. Wtedy z pewnością będą wspierać opcję ratowania związku, chłodzić konflikty, odgrywać rolę rozjemców i negocjatorów. Ale jeśli się nie lubią, negatywnie oceniają partnera swojego dziecka i zatruwają komentarzami w stylu: „Bo ona się w ogóle o ciebie nie troszczy”, to szybko mogą doprowadzić do rozpadu związku. Szczególnie gdy para nie potrafi utrzymać rodziców na bezpieczny dystans. A więc podejmując ważne decyzje, powinniśmy brać pod uwagę specyficzny, niepowtarzalny kontekst i moment swego życia.

Skoro każdy los jest niepowtarzalny, to może się zdarzyć, że bez ultimatum wygrywamy miłość?
Wszystko może się zdarzyć w nielokalnej i niedualnej rzeczywistości, w której żyjemy i którą współtworzymy. Tyle że niektóre zdarzenia są bardziej prawdopodobne, a inne mniej. Jeśli z pozostania w związku z osobą uzależnioną czy przemocową miałoby wyniknąć coś dobrego, to pod warunkiem, że decyzję podejmiemy świadomi niebezpieczeństw i konsekwencji współuzależnienia. A jest prawdopodobne, że już decyzja o nawiązaniu tego typu związku była determinowana nieuświadomioną tendencją do współuzależnienia. Trzeba więc zacząć od tego, by bez oszukiwania się spojrzeć na siebie – skorzystać z pomocy terapeuty od współuzależnień. Tylko ktoś taki oceni nasz stan obiektywnie. Jeśli uzna za wskazane podjęcie terapii, nie możemy z tym zwlekać. Współuzależnienie to nałóg jak każdy inny. Tyle że uzależniamy się od roli, jaką wypełniamy w relacji do uzależnionego partnera. Póki tego nie dokonamy, będziemy nieświadomie działać na rzecz utrwalenia związku, w którym czujemy się ofiarą lub wybawicielem. By podjąć działania, które rzeczywiście pomogą ukochanej, ale uzależnionej osobie, trzeba najpierw pozbyć się własnych ograniczających przekonań i nawyków – odzyskać wolną wolę. W przeciwnym razie decyzja o pozostaniu jest tylko pozornie świadoma. Jak każdy nałogowiec potrafimy ją racjonalnie uzasadnić, przebrać w pozór zbawczej misji czy lojalności wobec tego, co „Bóg złączył”. A więc tylko osoba niewspółuzależniona, wolna od zniewalającej i naiwnej nadziei, że destrukcyjny partner sam z siebie przejrzy na oczy i zacznie troszczyć się o związek, może pomyśleć: „Mamy dzieci, więc świadomie decyduję się zostać. Nie liczę na jego miłość ani na to, że będę ważniejsza od nałogu. Ale ponieważ trzeźwo widzę i mam wewnętrzną wolność, wiem, że nie muszę z nim być – mam więc szansę, by stawiać jasne granice i wymagania, a dzięki temu ochronić siebie i dzieci przed negatywnymi skutkami mojej decyzji”.

Właśnie, powiedziałeś o granicach. Ale jak sprawdzić, czy się umie je stawiać i które są naprawdę nie do przekroczenia?
Nie wolno pozwalać się upokarzać, bić, oszukiwać i nie dotrzymywać umów. Jasno i zdecydowanie trzeba wyrażać swoje niezadowolenie, rozczarowanie, protest, gniew i – jeśli to prawda – także wolność („Nie muszę z tobą być”). Gdy nazwiemy rzeczy po imieniu, w odpowiedzi z pewnością otrzymamy złość, oburzenie, ciche dni. Ale zbyt daleko idące, obraźliwe dla nas samych ustępstwa nic nie zmienią. Przeciwnie. Stracimy resztki szacunku partnera i szacunku do siebie samych, a nasz związek szybko zamieni się w piekło. Wprawdzie lepiej nie żywić nadziei, że uda się w toksycznej relacji zachować zdrowe granice, lecz prawdą jest, że świadomie podjęta decyzja ma szansę otworzyć destrukcyjnemu partnerowi drogę do terapii i refleksji, a w konsekwencji doprowadzić do kontroli uzależnienia czy przekroczenia neurotycznych lub charakterologicznych ograniczeń. Krótko mówiąc: tylko wolny człowiek może drugiego człowieka uczynić wolnym.

Co pomaga osobom, które zostały przy złym partnerze?
Wiedza, skąd się biorą i na czym polegają trudności w związku i na czyje wsparcie mogą liczyć, bo będą go potrzebować. Warto próbować, ale tylko wtedy, gdy głęboko w brzuchu i w sercu przeczuwamy, że jest szansa, by obie strony przekroczyły swoje ograniczenia i przekształciły związek w partnerski i dojrzały. Jeśli brakuje takiej wiary i zrodzonej z niej determinacji, to szkoda czasu. Każdy ma święte prawo troszczyć się o jakość swojego życia. Każdy ma też prawo wystrzegać się tych, którzy sami nie podejmują w tej sprawie wysiłku, a tylko liczą na innych, wikłają ich w niewykonalne przedsięwzięcie. Jak świat światem nikomu się nie udało uszczęśliwić drugiego człowieka. Uszczęśliwiacze i uszczęśliwiani potrzebują siebie nawzajem nie po to, by odkrywać swoją przyrodzoną wartość i wolność, lecz by wspierać się w podtrzymywaniu złudzeń, tego, co znane i ograniczające, czyli tzw. znanego piekła. Dlatego jeśli w złym związku ktoś odkryje swego wolnego ducha, to druga strona odczuje to jako zagrożenie. Wolnego człowieka nie da się związać ani uzależnić. A skoro tak, to toksyczna osoba, jeśli zależy jej na związku, musi próbować czegoś innego, by dojść do rozumu i się zmienić, w sprawie szczęścia licząc tylko na siebie. W przeciwnym razie grozi jej, że usłyszy od wolnego ducha niezłomne zapewnienie: „Jeśli w tym tygodniu nie zaczniesz się na poważnie leczyć, to któregoś ranka obudzisz się w pustym mieszkaniu”. W mniej łagodnym wariancie niepoprawny łowca uszczęśliwiaczy może nawet nie usłyszeć cicho zamykanych drzwi.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

"Jeśli tylko się postaram…" - kobiety w toksycznych związkach

Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
„On ma zawsze rację. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba. Niewłaściwie się zachowuję. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze”. Kobieta, która żyje w toksycznej relacji, traci własne życie, traci orientację, kim jest – mówi psychoterapeutka Janina Węgrzecka-Giluń.

Oto opowieść jednej z kobiet: „Leżałam na kanapie, mogło wyglądać, że śpię. Wszedł mój mąż z kolegą. Kolega zapytał, wskazując na mnie: "To twoja żona?". Mój mąż odpowiedział: "Takie byle co, ale żona". Trudno opisać, jak się czułam, jak zero, nikt”. Ta kobieta od lat znosi przemoc emocjonalną, pogardę. Trudno w to uwierzyć, ale jest profesorką na uczelni.
Być może liczy na to, że jeśli będzie postępować tak, jak chce tego jej partner, coś się zmieni, związek się naprawi. Więc się stara. Być może czuje się winna sytuacji, w której się znalazła. Otoczenie może ją w tym utwierdzać, może usłyszeć od kogoś z rodziny czy znajomych: „A może to ty niewłaściwie postępujesz?”. Jeśli jest w relacji z mężczyzną o rysie psychopatycznym czy narcystycznym, może być jej trudno rozeznać się, w jakim jest położeniu. Tacy mężczyźni mają problem z odczuwaniem i nazywaniem własnych uczuć, nie potrafią też wczuć się w uczucia innych. Nie są skłonni, aby się w nie angażować. Zdarzają im się natomiast szczególnie na początku relacji gwałtowne uniesienia: „Tak cię kocham, zaufaj mi, tylko ze mną będziesz szczęśliwa, ja cię odgrodzę od zła tego świata”. Kobieta myśli: „Boże, co za miłość! On tylko o mnie myśli!”.

Romantyczna miłość jak w filmach.
Cena poddania się takiej miłości jest wysoka: trzeba spełniać oczekiwania. Na przykład takie, żeby nigdzie nie chodzić bez niego, ograniczyć do minimum kontakty ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Taki mężczyzna autorytarnie stwierdza, w co kobieta powinna się ubierać, co czytać, jak spędzać czas. Najlepiej, gdy spędza go tylko z nim, bo to dla nich najlepsze. „Gdzie będziesz chodzić? W naszym gniazdku jest najlepiej”. Robi wszystko, aby kobieta nie rozwijała swoich zainteresowań, nie pozyskiwała znajomych, bliskich ludzi, ponieważ to są siły, które mogą zagrozić jego pozycji. Chce ją mieć cały czas przy sobie, objaśnia jej świat, pokazuje, co dobre, a co złe, tym samym stwarza jej pozorne poczucie bezpieczeństwa. Świat na zewnątrz ich związku przedstawia jako wrogi i zagrażający. Jeśli kobieta ma wysoką pozycję społeczną, jest lekarką, dziennikarką, pracuje na uczelni, mężczyzna może być zazdrosny o jej sukcesy, może umniejszać jej osiągnięcia, ignorować je albo ośmieszać.

Czuje się zagrożony.
Niech ona nigdzie nie chodzi, bo zacznie paplać o mnie, o tym, co ja robię, a z tego mogą być kłopoty, może jej na przykład przyjść do głowy głupi pomysł, żeby mnie rzucić. A przecież jest mi tak dobrze i wygodnie: sprząta, daje mi jeść, chodzi ze mną do łóżka, mówi i robi to, co ja chcę. A że mam na boku kogoś jeszcze, co jej do tego? Życie kobiety jest zamknięte w puszce, do której klucz ma mężczyzna; zamyka i otwiera, kiedy chce. Kobieta czuje się nieustannie do czegoś zobowiązana. Partner ma nad nią władzę, może nią manipulować, zarządzać jej życiem. Gdy nie spełnia jego oczekiwań, jest karana: on chowa się za murem obojętności. Jest jakby za zasłoną z pleksi, widać go, ale nie można do niego dotrzeć. Kobieta ma się starać, nie wiadomo jak długo, może kiedyś uda jej się nawiązać z nim kontakt, może on na to pozwoli, a może nie. Jeśli próbuje rozmawiać, wyjaśniać, szukać porozumienia, słyszy: „To wszystko przez ciebie”.

Czuje się winna.
Jest szantażowana. Gdy zaczyna się wahać, czy z nim być, czy odejść, słyszy: „Jeśli ode mnie odejdziesz, zrobię sobie krzywdę”. I grozi: „Pożałujesz, jak mnie zostawisz”. Chodzi o to, aby kobieta miała przekonanie, że między nimi jest źle, ponieważ to ona zawiniła. Ludzie o rysie psychopatycznym w żadnym wypadku nie wezmą na siebie odpowiedzialności za to, co robią. To ona się beznadziejnie ubiera, porusza i zachowuje, jest głupia. Jest narażona na wyzwiska, poniżanie, obrażanie, dezawuowanie wartości osobistej. Także wśród ludzi, na imprezach towarzyskich mężczyzna pozwala sobie na niewybredne żarty, ośmiesza jej słabe strony. Tym samym umacnia swoją kontrolę i władzę. Im bardziej robi z niej ofiarę, tym bardziej ona czuje się słaba i bezradna. Gdy kobieta szykuje się do wyjścia, maluje się, ubiera, on dostaje ataków szału. Podejrzewa, że ona celowo ubiera się w taki sposób, żeby go zdradzić, oszukać. Ponieważ sam kłamie, uważa, że jego partnerka też kłamie. Kobieta mówi prawdę o tym, gdzie była i co robiła, ale tego typu mężczyzna będzie snuł daleko idące interpretacje, będzie nieustannie podważał jej wiarygodność, pokazując, że naraża ich związek na ryzyko. Z czasem kobieta uczy się kłamać, aby unikać awantur.

Nie widzi zagrożenia?
Na początku może nie zauważać niczego niepokojącego, ponieważ on deklaruje miłość, dzwoni kilkanaście razy dziennie, twierdzi, że nieustannie się o nią martwi. Z czasem jednak kobieta zauważa, że czuje się jak w matni, pogrąża w toksycznej relacji. W toksycznej relacji nie mamy poczucia bezpieczeństwa. Związek oparty jest na niepewności, chaosie, rozpadzie prawdziwej więzi. W takim związku kobieta czuje pustkę i samotność, mimo że może być symbiotycznie zrośnięta z partnerem. Partner jest obok, ale nie ma dostępu do jego świata, wszystko jest pod jego kontrolą, jego potrzeby są najważniejsze. Ten związek miał kobietę zbawić, zaspokoić wszelkie potrzeby, a tymczasem tak się nie stało. Coraz częściej czuje się rozczarowana i zła, może też zacząć chorować. Jeśli nie zbuntuje się od razu, potem może być trudniej odejść, ponieważ traci siły zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Jest uzależniona od miłości do niego, tłumaczy go: „On taki biedny. Sfrustrowany. Zdenerwował się w pracy. Koledzy mu zrobili przykrość, dlatego jest nieprzyjemny. Miał awansować, ale mu się nie udało”. Kobieta racjonalizuje, znajduje mnóstwo różnych powodów, żeby nie stracić związku. Nie chce się przyznać przed sobą, że jest w dramatycznej sytuacji, doświadcza upokorzeń, strat. Myśli: „No, może rzeczywiście ja jestem winna. Może nie powinnam podchodzić do niego i przeszkadzać mu, gdy czytał gazetę. Zdenerwował się przeze mnie. Może nie powinien aż tak krzyczeć, ale pewnie był bardzo zdenerwowany, skoro tak zrobił?”. Jest mnóstwo codziennych sytuacji, w których kobieta zarzuca sobie, że nie dość dobrze zrozumiała intencje partnera i on ma prawo być niezadowolony. Pociesza się: „Ale tydzień temu nie było tak bardzo źle, więc może za tydzień też nie będzie najgorzej?”. Tłumacząc, broniąc partnera, tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.

Lęk przed samotnością.
Kobieta jest bardzo samotna w takim związku, tylko tego nie widzi, bo ma mężczyznę. Dużą rolę odgrywają tu stereotypy społeczne. Na przykład przekonanie, że wartość kobiety zależy od tego, czy ma mężczyznę, czy nie. Często się z tym spotykam. Albo przekonanie wyniesione z domu rodzinnego: o mężczyznę trzeba dbać, bo jest jak dziecko. Albo to, że wygląd męża i to, jak on się zachowuje, świadczy o kobiecie. Gdy coś źle dzieje się w małżeństwie, kobieta może usłyszeć: „Może nie zasłużyłaś na lepsze traktowanie? Co złego robisz?”. To są, oczywiście, skrajne postawy, ludzie rozsądni tego nie powiedzą, jednak stereotypy, które panowały w rodzinie, nie zawsze łatwo wykorzenić. Niektóre kobiety czerpią poczucie bezpieczeństwa z samego faktu, że są żonami, że funkcjonują w tej roli. No i, oczywiście, zależność finansowa, znaczenie ma także wysoki status społeczny mężczyzny. Jestem w klatce, ale za to w złotej.

To są kobiety, które kochają za bardzo.

Myślą, że gdy przychylą mu nieba, wyręczą go ze wszystkiego, będą czujne na jego potrzeby – zapiszą do lekarza, zadzwonią do pracy, że on się spóźni, wybiorą mu krawat, majtki, zrobią obiad, jaki lubi, załatwią wczasy, to on będzie kochał. Przecież jestem taka dobra, tak bardzo się o niego troszczę, pokazuję, że go kocham, no to chyba mnie nie odrzuci? Dużą rolę odgrywają tu deficyty i urazy z dzieciństwa, destrukcyjne modele rodzinne. Jeśli dziewczynka była odrzucana przez rodziców, nie była kochana, musiała zasługiwać na miłość i o nią zabiegać, w dorosłym życiu powiela ten wzór. Staje się niewolnicą miłości, byle tylko nie zostać odrzucona.

„Jestem od niego uzależniona, jestem w potrzasku”. Kiedy rodzi się taka świadomość?
To dla kobiety trudne do przyjęcia. Współuzależnienie kojarzy jej się z uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, hazardu. A na tym ciąży rys społeczny, to jest samo dno. Musiałaby się przyznać do choroby, słabości, upadku, do tego, że sobie nie poradziła w życiu, że jest bezradna wobec potrzeby miłości i poczucia bezpieczeństwa. Mocne doświadczenie. To jak współuzależnienie od alkoholika. Cała rodzina skupia się na osobie uzależnionej, wierząc, że jeśli będziemy się dostatecznie starać, on wyzdrowieje. Ale w końcu staje się jasne, że choć się staram, jego zachowanie i tak się nie zmienia. Wtedy jest szansa, że dojdzie do głosu złość i bunt. Kobieta, która żyje w takim związku, nie ma wykształconej tożsamości związanej z istnieniem w świecie. Ma silną potrzebę przynależności do kogoś. Ma słabe granice, przepuszczalne, nie umie ich stawiać. Nie potrafi zareagować na przemoc słowną, autorytarność. Nie potrafi powiedzieć: „Nie zgadzam się”. Nie potrafi bronić swoich poglądów, łatwo można ją zepchnąć na dalszy plan. I choć kiedyś potrafiła wyrażać swoje myśli i potrzeby, z czasem traci taką zdolność. Zaczyna rozumieć, że to nie ona jest najważniejsza w tym związku.

Mężczyzna w swoim postępowaniu nie widzi niczego niewłaściwego?
Ci o rysie narcystycznym są skupieni na sobie, na swoim wewnętrznym świecie i czujni na reakcje świata zewnętrznego wobec nich. Wydaje się, że tacy ludzie jako dzieci byli rozpieszczani, wszystko dostawali, dlatego teraz mają roszczeniową postawę wobec świata. Niekoniecznie. Mogło być tak, że doznali w życiu wiele cierpienia, krzywdy i bólu, i teraz za wszelką cenę próbują udowodnić sobie i wszystkim wokół, że jednak są coś warci, nie są zerem, nikim. Dlatego stawiają siebie na pierwszym miejscu, grają w teatrze jednego aktora, chcą być ważni i potrzebni, warci uwagi.

Rozpaczliwie walczą o siebie.
Nie widzą i nie słuchają innych. Gdy mówimy coś do takiej osoby, ona od razu przerywa i zaczyna mówić o sobie, wtrąca swoje komentarze, pokazując siebie, swoje zdanie, swoje życie, pozycję, mądrość. Jej „ja” jest wyolbrzymione.

Co mówią takie kobiety, gdy przychodzą po pomoc?
Czuję się samotna. Czuję wewnętrzną pustkę. On ma zawsze rację. Nie pomaga mi. Nie rozmawia ze mną wtedy, kiedy ja tego potrzebuję. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Gdy robię to, co on chce, też nie jest zadowolony. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba, nie potrafię zachować się w towarzystwie. Zawsze przegrywam. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze.

Kobieta już wie, że potrzebuje wsparcia – przełomowy moment.
Pragnie ocalić resztki godności. Jednak boi się budować własne życie, ponieważ straciła nad nim kontrolę. Straciła orientację, kim jest. Słyszała tyle pogardliwych komunikatów na swój temat, że przestała w siebie wierzyć. Nie wie, czy jest wartościowa, czy nie, czy jest atrakcyjna, czy może się podobać. Budujemy program zmiany. Uświadamia sobie swoje stare wzorce; dlaczego tak bardzo się stara, dlaczego tak bardzo chce zasłużyć na miłość, dlaczego wykształciła tak nadmierną potrzebę związku z tym właśnie partnerem. Poznaje swoje ograniczenia, które pozwolą jej wyplątać się z sieci niezaspokojonych potrzeb, z pułapki, w której utkwiła.

Zmiana może być bolesna.
Kobieta mówi: „No dobrze, ja zacznę się zmieniać. Ale co mam właściwie robić? Dokąd pójdę? Nie mam już żadnych znajomych ani przyjaciół. Kiedyś miałam, ale przestałam dbać o te relacje, bo mój partner chciał mnie tylko dla siebie. Wtedy mi się to podobało… Rodzina też nie chce się ze mną kontaktować, bo już tyle razy radzili mi, co mam robić, a ja ciągle robię to samo. Jak mam wyjść do świata? Kto mnie przyjmie?”. Przez lata słyszała przecież: „A kto ciebie zechce? Do niczego się nie nadajesz”. Stopniowo krok po kroku kobieta odbudowuje poczucie własnej wartości, nawiązuje relacje z ludźmi, uczy się akceptować siebie, także własne słabości i błędy. Uczy się radzić sobie z różnymi problemami, z kryzysami. Uczy się lubić i szanować siebie. W pierwszej kolejności jednak wzmacniamy zasoby, ustanawiamy granice, żeby mogła skutecznie ochronić siebie przed przemocą. Uczy się wyrażać niezgodę i radzić sobie z reakcją partnera. Musi też zobaczyć siebie, zanim powie „nie” partnerowi. Musi zrozumieć, na czym polega toksyczność związku, dlaczego w nim tkwi, i nie może się wyplątać, jakich potrzeb nie realizuje i jakie to ma skutki. Musi poczuć, że coś znaczy, że jest osobą, która może i powinna zawalczyć o swoje miejsce w życiu. Niekoniecznie związek musi iść na straty, ale kobieta musi przestać bać się wyrażać siebie. Przekraczanie lęków i ograniczeń wyniesionych z przeszłości może być przygodą w poszukiwaniu siebie i straconego szczęścia. Nie jesteśmy sami w świecie. Są instytucje, w których można uzyskać pomoc, są grupy dla współuzależnionych, można iść na terapię. Szczególnie pomocne są grupy, ponieważ zyskujemy wiedzę, że nie jesteśmy odosobnione w tym, czego doświadczamy i co przeżywamy, wiedzę o tym, w jaki sposób inni sobie radzą, wspólnotę. Źródła wsparcia to także nasze mocne strony, miłość płynąca od dzieci, od innych, zasoby finansowe, jeśli są. A także nasze marzenia, które czekają na spełnienie.

Janina Węgrzecka-Giluń terapeutka, trenerka, absolwentka Studium Terapii Uzależnień i Współuzależnienia. 

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Psychologia

Dobrze być ze sobą

Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Są chwile, w których samotność jest błogosławieństwem, bonusem podarowanym przez życie. Nieraz już napisano, że dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia.

Jednak można rozsmakować się w byciu tylko ze sobą wieczorami. Spojrzeć na gorzką czekoladę i kisiel z jabłkami jak na okazjonalne wiktuały. Przygotowanie kanapki z pachnącym ogórkiem traktować jak wyczarowanie uroczystej kolacji. I nie bać się tego, że dwa pomidory w lodówce pokryła warstwa pleśni, że kupiona koszula może okazać się o rozmiar za mała, że pozostawiony na wierzchu wiersz utonie w powodzi kpin. Jak to dobrze móc zrobić sobie herbatę i pić ją bez obaw, że ktoś zastawi kolejną emocjonalną pułapkę i przyciśnie świeżutkim sarkazmem tak, że pozbawi tchu.

Herbatą sączoną w strachu można się łatwo udławić. Ale poniżające słowa i władcze gesty nie porysują zmarszczkami twarzy mądrej kobiety, nie poranią pewnego siebie ducha. Każda mądra kobieta wie doskonale, jak obronić się przed domowym piekiełkiem do momentu, aż… sama nie wpadnie w pułapki zastawiane co krok przez zniechęconego (rozczarowanego? znudzonego? zestresowanego? zakompleksionego?) towarzysza życia. I wtedy zaczyna się wyścig o zachowanie twarzy. Twarzy dla świata spoza czterech ścian. Wszystko sprowadza się do tego, aby słyszeć jak najmniej, a jak już się słyszy, to pewnie dlatego, że się zasłużyło. Do końca nie wiadomo czemu, ale to już nieważne, powód na pewno się znajdzie: nieistotna praca, nieudolne gotowanie, nudne zainteresowania, przygnębiająco lichy seks, brak wyobraźni, za mało uśmiechów, nie ta sukienka itd. Miny wybuchają na każdym kroku.

Czasem, gdy świat zewnętrzny zajrzy do środka, chwila wytchnienia, wówczas scenariusz dla obcych: piękne kwiaty, jakaś urocza błyskotka, a nawet całus dla publiczności. Uff… Podobno można się nie otrząsnąć. Przyzwyczaić. Jeszcze trudniej, gdy w czterech ścianach błyszczą oczka dziecka i żal ściska serce, bo może burząc „strukturę rodziny”, nie uda się posprzątać tak, aby maluch czuł się bezpieczny? A może coś się zmieni, wrócą wspomnienia dawnej miłości, czułość zaskoczy wszystkich, na przykład na urodziny? A jeśli to wcale nie prywatna gehenna, przed którą należy się bronić, tylko zwyczajne życie i wynik kaprysu, marudzenia? I można tak bez końca.

Wiem coś o tym. Wiem, że nawet mądra kobieta potrafi zgubić sierść wilczycy i pewnego dnia obudzić się w skórze niechcianego kundelka, który ma wciąż swój kąt, bo kochają go dzieci. Trudno się otrząsnąć. Bo do spokoju i równowagi niełatwa droga. Przeszkody lubią się mnożyć, bywa, że straszy widmo spraw o wymeldowanie, o opiekę nad dzieckiem, o alimenty. A małe miasteczko pyta i pyta. W takich momentach trzeba szczerzyć kły w uśmiechu, a w środku warczeć. Oby tylko nie uwierzyć, że jest się jedynie komicznym utykaniem: bez ciała, seksu, domowych umiejętności i marzeń.

Wiem, że można obudzić się z tego letargu. Rozedrzeć umęczony światek i pozbyć się raz na zawsze życiowej zgagi. Spojrzeć w lustro i zapragnąć wrócić do siebie.

Pamiętam, jak znajoma „od psychologii” mówiła mi, że gładko poddałam się przemocy psychicznej. Na pewno na domowe miny trafiają nie tylko mądre kobiety. Niejeden mądry mężczyzna utknął pewnie pośród fantomów udających gniazdo domowe. Każdy z nas może próbować żyć złudzeniami. Oby nie za długo.

Wiem, że mój samotny sen jest skromniejszy od śnienia we dwoje. Często żywi się tęsknotami i żalem za namiętnością, której nie ma. Ale mam na stole coraz więcej wierszy. Na półce czekają ulubione płyty. Wieczory rozgrzewam herbatą z miodem i cytryną. Spokojnie otwieram drzwi bez lęku przed plutonem lichych epitetów. Nie zasypiam z armią niespełnionych oczekiwań pod łóżkiem. Mam udomowioną samotność. Czasem smutną, czasem kojącą. Zawsze bezpieczną.

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.