1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. "Przy nim jesteś inna" – dlaczego kobiety nie są sobą w obecności partnera?

"Przy nim jesteś inna" – dlaczego kobiety nie są sobą w obecności partnera?

Powodem bycia
Powodem bycia "nie sobą" mogą być stereotypy dotyczące kobiecości - mówi Jagna Ambroziak. (Fot. iStock)
Poza domem: przebojowa i samodzielna. Przy swoim mężczyźnie: kokietka albo – przestraszona i zagubiona. Dlaczego kobietom często się zdarza nie być sobą przy swoich partnerach – wyjaśnia psychoterapeutka, Jagna Ambroziak.

„Byłam u przyjaciółki, śmiałyśmy się i gadałyśmy o czasach liceum. Kiedy przyszedł mój partner, serce zabiło mi szybciej, pomyślałam, że to z miłości. Zerwałam się i pobiegłam do niego, rzuciłam na szyje. Usiadłam najbliżej jak mogłam. Starałam się być zabawna i naturalna! Następnego dnia przyjaciółka zadzwoniła i powiedziała, że przy nim zachowuję się jak kretynka. "Sorry, ale jakbyś nagle stała się kimś innym, mniej fajnym i nieprawdziwym! Dlaczego?".

Takie opowieści słyszy się nie tylko w gabinetach psychoterapeutów. Samej zdarzyło mi się coś podobnego usłyszeć o sobie. Zebrałam więc świadectwa kilku kobiet, które chciały zrozumieć, dlaczego stają się kimś innym, gdy obok nich stanie ich mężczyzna. Moje rozmówczynie były w różnym wieku i miały różny status społeczny, ale wszystkie łączyło jedno: niepewność. Wynikająca z różnych przyczyn: schematu relacji wyniesionego z dzieciństwa, stereotypów, kompleksów, braku poczucia bezpieczeństwa…

Jaka jest twoja miłość startowa?

– Kobieta w relacje z mężczyzną nie wchodzi, jako tabula rasa, czysta karta – mówi psychoterapeutka Jagna Ambroziak. – Nawet jeśli to jej pierwszy związek erotyczny, ma za sobą to co można nazwać „miłością startową”, czyli relacje z matką i z ojcem.

Opowieść o miłości, jaką z tym mężczyzną napisze, uwarunkowana będzie tym, czego ta kobieta spodziewa się po bliskich osobach. Jak będą się wobec niej odnosić, jak zachowywać, jak oceniać? Jeśli może po chwili refleksji nazwać te obawy i odpowiednio zaadresować. Jeśli wynikają z przeszłości – pamiętać o tym, by nie wpływały na obecny związek. Warto też porozmawiać o nich z partnerem. To najprostsza droga by zacząć być przy nim sobą.

Trudniej, gdy doświadczenia budzące obawy, a wpływające na zachowanie, pozostają w sferze nieświadomości. - Można powiedzieć, że tym silniej kobieta będzie głupieć w towarzystwie swojego mężczyzny, im więcej nieuświadomionych lęków przed miłością doświadczyła w przeszłości - dodaje Jagna Ambroziak. - Będzie tym bardziej sztuczna, im bardziej obawia się tego, jak on może się wobec niej zachować, jak ją ocenić i co do niej czuje.

Co gorsza, im bliżej będzie z nim, tym silniej jej zachowaniem będzie kierować to, czego doświadczyła w pierwszych latach życia, a czego sobie nie uświadamia. Bliskość nie zniweluje lęku, wzmocni go tylko. Trudno nam się z tym pogodzić, wierzymy w rozum, w nasze projekty, ambicje, działanie. Tymczasem, jak mówią psycholodzy, aż w 80% kieruje nami to, co nieuświadomione. Dlatego czasem potrzebna jest pomoc psychoterapeuty w odkryciu tego, co wpływa na nasze zachowanie. Warto się tego dowiedzieć, warto pomówić o tym z partnerem. Zniknie udawanie, chowanie za maskami. Zaczniemy być prawdziwe.

To bardziej kobiece

"Chichoczesz przy nim, wywracasz oczami i poprawiasz włosy jak jakaś kretynka - usłyszałam od siostry, kiedy pierwszy raz jedliśmy we trójkę lunch z moim nowym partnerem. Myślałam, że dlatego, iż bardzo mi zależy, żeby się polubili. - Durniejesz przy nim, zachowujesz się, jakbyś dwa do dwóch nie umiała dodać - ciągnęła. - Aż mi się niedobrze robi. Przecież cię znam i wiem, że nie jesteś wcale taka. No, zatkało mnie".

- Powodem bycia "nie sobą" mogą być też stereotypy dotyczące kobiecości - mówi Jagna Ambroziak. - A właśnie dziecięce, nieodpowiedzialne, emocjonalne zachowania uchodzą za bardziej kobiece.

Wielu mężczyzn pociągają kobiety szukające silnego męskiego ramienia, czyli pomocy, ochrony i oparcia. Zakochane w nich i paplające głupstewka partnerki dopasowują się wiec do tego stereotypu, nawet gdy z natury są inne. Co więcej, to się może opłacać - kobiety udające słabe potrafią manipulować pyszałkowatymi, pozującymi na macho mężczyznami. Małżeństwo histeryczne to właśnie związek pozornie słabej kobiety z pozornie silnym mężczyzną. Czyli dwojga ludzi udających kogoś, kim nie są.

- Nie tylko stereotypy mówią nam: "Bądź przy nim taka mała!". Jeśli relacja startowa, czyli ta z matką, nie była dobra, i nie dostaliśmy bezwarunkowej troski i miłości, to w dorosłym związku możemy mieć dziecięce oczekiwania, przeżywać w bliskich relacjach regres do dzieciństwa - wyjaśnia Jagna Ambroziak. - Oczekujemy wówczas od partnera, że będzie naszym tatą. Zachowujemy się jak dziecko, zmuszając go do wejścia w nienaturalną rolę ojca. W efekcie oboje gramy.

Rada? Trzeba pogodzić się z tym, że to, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie, już do nas nie przyjdzie. To jedyna droga do tego, by nauczyć się cieszyć dorosłą, erotyczną miłością.

Zaproszenie do szczerości

"Siostra zapytała mnie wprost, czy na pewno jestem z tym facetem szczęśliwa, czy czuję się kochana i akceptowana, bo zaczyna podejrzewać, że nie". Jagna Ambroziak: - Tego, jaka jest naprawdę nasza miłosna relacja, możemy się dowiedzieć dopiero wtedy, gdy będziemy w niej naturalne. Czy ten mężczyzna mnie akceptuje taką, jaka jestem? Czy taką mnie kocha? Jeśli tak - niczego nie muszę już udawać. Co więcej, dopiero gdy jasno powiem, czego chcę, mogę dowiedzieć się, czy partner zaspokoi te oczekiwania. I czy nie zaspokaja ich dlatego, że nie chce, czy dlatego, że o nich nie wie.

Ale jest jeszcze inny powód takich zachowań. - Wiele kobiet traktuje mężczyznę jak przedłużenie siebie. Może to brzmieć zabawnie, ale w praktyce oznacza, że jeśli on powie czy zrobi coś głupiego, odczuwają wstyd, tak jakby same to zrobiły - wyjaśnia Jagna Ambroziak. - Myślą, że inni oceniają je, patrząc na partnera. Dlatego gdy razem wychodzą, bardzo się denerwują, są sztuczne, spięte, zaczynają kontrolować, co on mówi czy robi. Wchodzą mu w zdanie, nie mogą skupić się na rozmowie z przyjaciółmi, bo wciąż nasłuchują i obserwują, co robi partner, aby w razie jakiegoś blamażu natychmiast interweniować.

Ten problem mija, kiedy zdamy sobie sprawę, że każdy dorosły człowiek odpowiada sam za siebie. A jeśli nie akceptujemy tego, jak zachowuje się czy nawet kim jest nasz partner - warto mu o tym powiedzieć. Oczywiście on może uznać, że nie chce się zmieniać, a my - że w takim razie nie jesteśmy w stanie tego znieść. Powinniśmy wtedy dać mu prawo do tego, by poszukał szczęścia z kimś innym. Bo inaczej ani my, ani on nigdy nie będziemy usatysfakcjonowani związkiem.

Określmy jasno granice

"Mój partner flirtuje na Facebooku, żartuje z moimi koleżankami, podrywa nawet kelnerki. Nie wiem, co go właściwie łączy z byłą żoną. Mówi, że bycie rodzicami ich dziecka, ale czy na pewno tylko tyle? Nie wiem właściwie, czy jesteśmy razem, czy to tylko "czasowe rozwiązanie problemu samotności", jak określił niby-związki jego przyjaciel. Mieszkamy razem, ale bez zobowiązań finansowych czy formalnych, tak jakby on był ze mną, ale nie przestał jednocześnie rozglądać się za kimś lepszym".

-Zachowujemy się głupio, czasem zabawnie, a czasem z pretensjami, gdy nie czujemy się bezpiecznie w relacji z danym mężczyzną - mówi Jagna Ambroziak. - Bezpieczeństwo daje jasne granice, które z jednej strony są bardzo sztywne, a z drugiej dzięki temu mogą być elastyczne.

Co to znaczy? Że obie strony muszą jednoznacznie wiedzieć, jakie zachowania są dopuszczalne tylko dla nas: seks, pocałunki, rozmowy o sprawach dotyczących związku, np. "Czerwone róże kupujesz tylko dla mnie, dla innych różowe albo herbaciane". Jeśli mamy wytyczone ramy i przestrzegamy tego, co wolno, a czego nie, to gdy on uściska na powitanie przyjaciółkę albo uśmiechnie się do byłej żony - jego nowa partnerka nie poczuje niepokoju.

Jeśli nie ma jasnych i szanowanych przez oboje partnerów granic zewnętrznych, chroniących ich intymny świat, jeśli nie wiadomo, co wolno, a czego nie - kobieta staje się bardziej czujna i czuje się zagrożona z byle powodu. - Dużo napięcia i sztuczności rodzi się zwykle w relacji, która nie ma ani ram, ani zasad funkcjonowania - mówi Jagna Ambroziak. - I wtedy jeśli mężczyzna przytula się w tańcu do innej kobiety, jego partnerka albo dystansuje się wobec niego, albo do niego przylega. Dystansuje, czyli udaje, że jej to nie obchodzi. Ale takie udawanie rodzi sztuczność. Nie jest więc sobą i inni to wyczuwają. Z kolei jeśli przylega do partnera, czyli kontroluje go - także nie jest sobą, stawia siebie w roli stróżą. I teraz tak: nie można skupić się na sobie i na swoich sprawach ani wtedy, kiedy się kontroluje, ani wtedy, kiedy jest się kontrolowanym.

Co zatem robić? Ustalić granice. Powiedzieć partnerowi: "Nie czuję się bezpieczna, nie wiem, co jest tylko nasze, a potrzebuje to wiedzieć". Mówmy partnerowi o naszych potrzebach, a nie co ma lub czego nie robić. Zamiast: "Nie tańcz tak objęty z innymi", powiedzmy: "Chciałabym wiedzieć, że przytulanki i seks są zarezerwowane tylko dla nas".

Dla bezpieczeństwa i skonstruowania ram dla szczęśliwego związku istotne są zwłaszcza dwie zasady. Pierwsza z nich to zasada odgraniczania pary od świata, czyli jej zewnętrznych granic. Druga: odgraniczania wewnątrz pary, czyli granicy między dwojgiem ludzi. Jeśli ta granica jest elastyczna i słabsza niż ta, która oddziela parę od innych, nawet od dzieci i rodziny - to wszystko w porządku. Ale bywa, że pomiędzy partnerami powstaje mur wyższy niż ten, który oddziela ich od świata. Dzieje się tak, kiedy boimy się bliskości, zostaliśmy zranieni, odrzuceni w dzieciństwie. W efekcie w dorosłym życiu bronimy się przed intymnością we dwoje, wchodząc w bliskość z osobami trzecimi. I uciekamy w zdrady, romanse, zwierzenia... No, a wtedy nie ma poczucia bezpieczeństwa. Jest niepokój i gra.

Nie spinaj się tak

"Poprawiam makijaż, siadam tak, żeby dobrze było widać mój kształtny biust i się uśmiecham. Za chwilę wróci mąż. Mój przyjaciel, patrząc na mnie, powiedział, że staję się lalką. - To nienaturalne starać się być atrakcyjną dla męża? - zapytałam. Usłyszałam, że to, co wyprawiam, jest sztuczne. I czy mąż w ogóle kocha, bo zachowuje się tak, jakbym wciąż o niego zabiegała".

- Interpretowanie wszystkiego jako krytyki czy ataku zdarza się, kiedy mamy wiele kompleksów - mówi Jagna Ambroziak. - W tym wypadku nasze zachowanie nie wynika z zachowania partnera. Dlatego najwłaściwiej będzie zadbać o realną ocenę swoich zalet i wad. Podobna postawa kobiety może być jednak efektem toksycznego działania mężczyzny.

"Zdałam sobie sprawę, że mąż mnie ciągle krytykuje. Zawsze zauważy coś, co trzeba poprawić. Dlatego zanim wróci z pracy, zastanawiam się, do czego może się przyczepić. Co tym razem może go zirytować? Widzę, jak bardzo mnie to spina".

Jagna Ambroziak: - W stresie organizm przetacza krew do mięśni, bo szykuje się do ucieczki albo do walki. Logiczne myślenie jest upośledzone, bo mózg jest niedotleniony. Kieruje nami bardziej instynkt niż rozum. Dlatego kiedy czujemy napięcie - warto skupić się na oddechu, uspokoić. Po chwili relaksu krew powróci do kory mózgowej z mięśni, a wówczas zobaczymy, jak jest: czy partner chce nas skrzywdzić, czy to tylko nasze kompleksy podnoszą głowę. Kiedy uspokoimy się, możemy szczerze powiedzieć mu, że nie chcemy, by nas krytykował.

Kolejna zasada, której warto przestrzegać, to dbanie o niezachwiane poczucie wartości obojga partnerów. Niezależnie od tego, kto więcej zarabia czy robi karierę, jesteśmy sobie równi - choć wnosimy do związku różne rzeczy. Równość może opierać się na przykład na tym, że emocjonalne centrum to kobieta, a materialne - mężczyzna. I ta równość musi być szanowana. Nie można poniżać partnera, który mniej zarabia czy stracił pracę. Nie można też krytykować i być ironicznym wobec partnerki, której zazdrości się sukcesu.

Zdarza się, że kobieta, która mniej zarabia, bierze kredyt, by zaimponować partnerowi. Zdarza się, że mężczyzna, który wstydzi się sukcesu, pozwala być poniżany, na przykład ośmieszany przy dzieciach czy znajomych. Jeśli tak się dzieje, równość zostaje zaburzona, a my - znów - przestajemy być sobą.

Jagna Ambroziak - psycholog kliniczny, psychoterapeutka, trenerka i coach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Odejść czy zostać? – Czy potrafimy przebaczyć kłamstwo w związku?

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Oto pytanie, które powraca od momentu, gdy kłamstwo zostaje odkryte. Czy mogę zostać z człowiekiem, który mnie okłamał? Czy uda mi się odzyskać zaufanie? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystko musi toczyć się szybko. Im bardziej wtapiamy się w tę mentalność, tym mniejszą mamy tolerancję na frustrację. Już nie umiemy czekać na odpowiedź, na spotkanie, na to, że będzie lepiej…

Podczas pierwszej konsultacji pacjenci zaczynają od następujących pytań: Ile czasu to zajmie? Z iloma sesjami należy się liczyć? Jak długo to wszystko potrwa? Gdy wyjaśniam im, że nie mam kryształowej kuli i nie wiem, jak będą „reagować” na terapię, że to zależy także od nich i okaże się w trakcie sesji, są rozczarowani…

Chęć szybkiego załatwiania spraw przenosi się na związek. Dziś nie chce nam się walczyć o to, żeby go utrzymać. Kiedy coś idzie nie tak, rozstajemy się. Nie akceptujemy ograniczeń, wysiłku i energii, których wymaga związek i stała praca nad nim. Niektórzy pacjenci przychodzący na terapię par (czyli zainteresowani odbudową i wysiłkiem na rzecz uratowania relacji) buntują się w końcu przeciwko zadawanym ćwiczeniom, ponieważ – jak mówią: „nie mają odwagi” albo są „zbyt leniwi”.

Dodatkowo, dziś to wiele kobiet odchodzi. Jakby dzięki rewolucji feministycznej rekompensują sobie setki lat, gdy były uwięzione w małżeństwie, i nie wyobrażają sobie, że mają nadal poświęcać własny rozwój dla rodziny. W efekcie w ponad 50 proc. par w odpowiedzi na moje pytanie „odejść czy zostać” pada odpowiedź: „odchodzę” (75 proc. w Paryżu). Marie-Claude Gavard w swojej książce o związkach pisze: „słowa «na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli» można by zamienić na: «na dobre, unikając złego, dopóki rozwód nas być może nie rozdzieli»” (Gavard, 2011).

Po pierwsze, musisz sobie zadać pytanie o to, jak widzisz ciąg dalszy: na co chcesz poświęcić swoje zasoby i energię psychiczną – na odbudowę swojego związku czy na odbycie żałoby po nim?
To nie pytanie pułapka. Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi, tylko wolny wybór. Być może jeszcze go nie dokonałaś. Nie martw się, czytaj dalej, a odpowiedź do ciebie przyjdzie.

Być może mówisz sobie też: „Chciałabym zostać z moim partnerem, gdyż mimo tego, co mi zrobił, nadal bardzo go kocham, ale wydaje mi się, że nigdy nie zdołam mu przebaczyć i na nowo zaufać”.

Choć można odbudować związek, to niekiedy trauma wywołana przez kłamstwo okazuje się tak niszcząca, że osoba oszukana nie czuje się zdolna – mimo że chciałaby – na nowo angażować się w daną relację. Jeśli czujesz, że chciałabyś, ale samodzielnie nie dasz rady, nie wahaj się poszukać pomocy w terapii indywidualnej albo terapii par.

Oto odpowiedzi 108 uczestników sondażu na pytanie: „Czy jesteś w stanie przebaczyć kłamstwa partnera?”:

  • Nie mam ochoty próbować – 8,30%
  • Nie zdołałabym – 25,90 %
  • Przebaczyłabym, ale nie zaufałabym na nowo – 13%
  • Po pewnym czasie przebaczyłabym i zaufała na nowo – 43,50%
  • Nie mam żadnych problemów z kłamstwem partnera – 9,30%
Na pytanie, co pomogłoby im odzyskać zaufanie, kobiety w większość wskazywały: komunikację, całkowitą przejrzystość, uważność, przeprosiny, poczucie szczerego żalu partnera, odbudowanie intymności i czas. Mężczyźni w większości wymieniali: czas, a niektórzy – komunikację.

Ważne jest to, żeby jeśli zdecydujesz się zostać, zrobić to w jak najlepszych okolicznościach, czyli pod warunkiem zaangażowania obu stron w odbudowę związku i zaufania. Oboje musicie uczestniczyć w tym procesie. Partner jest zobowiązany przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobił, a ty musisz zrezygnować z chęci ukarania go za to. Zrezygnować oznacza więc przebaczyć.

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. Zatem czy zostajesz, czy nie – czytaj dalej.

Akceptacja krzywdy - jakie przynosi korzyści?

Akceptacja to pierwszy krok na drodze ku odbudowie – związku lub twojej własnej. Poświęćmy nieco czasu wyjaśnieniu istoty akceptacji.

Zaakceptować nie oznacza godzić się, przyzwalać na zło, które partner ci wyrządził, czy je usprawiedliwiać. Nie oznacza także podporządkowania, rezygnacji ani kapitulacji. Podporządkować się to zrobić coś, nie mając wyboru, poddać się, być pasywnym. Akceptacja jest natomiast aktywna: aktywnie przyjmujesz emocje, akceptujesz realność zachowania, ponieważ rozpatrujesz je w kontekście ogólnym.

Zaakceptować to przyjąć doświadczenie takie, jakim jest tu i teraz. Zaakceptować to pozwolić na to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Czujesz bolesne emocje, nie ma co ich wyganiać, bo tylko wrócą jeszcze mocniejsze. Nie chodzi o to, żeby pławić się w swoim nieszczęściu ani robić z siebie ofiarę, a pozwalać sobie na odczuwanie.

Przeżywasz bardzo bolesne doświadczenie, masz prawo źle się czuć i potrzebować czasu, żeby poczuć się lepiej. Psycholog Ilios Kotsou słusznie zauważa: „Życie jest momentami nieprzyjemne, ale nie sposób uniknąć wewnętrznego dyskomfortu bez, w pewnej mierze, unikania życia” (Kotsou, 2014).

Zaakceptować to także wyrazić zgodę na konfrontację z rzeczywistością: partner cię okłamał, wasz związek przechodzi kryzys albo się skończył. Nie możesz zmienić tego, co się zdarzyło. Chodzi o to, żeby przyjąć fakty, a energię wkładaną w wyparcie, w powstrzymywanie bolesnych emocji i pragnienie zemsty przeznaczyć na wyleczenie ran.

Akceptacja jest początkiem wglądu. Pozwala działać zamiast reagować, przyjmować to, czego nie można zmienić, i działać wtedy, kiedy można (Kotsou, 2014). Pomaga wprowadzać zmiany niezbędne, żeby sytuacja się nie powtórzyła – zmiany w związku albo w drodze do rozstania.

Oczywiście nie sposób zaakceptować po prostu dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Akceptacja wymaga czasu, zachodzi w sercu i w trzewiach, a nie w głowie. Zbyt szybka akceptacja w myśl „i tak nie mam wyboru, muszę zaakceptować, nie odejdę” jest czymś sztucznym. W ten sposób będziesz tylko gromadzić negatywne emocje, żal, gniew i ten ropiejący wrzód ukryty w głębi twojego jestestwa w końcu pęknie, a wtedy – zakażenie gwarantowane! Zatem trzeba go oczyścić, zoperować i zdezynfekować teraz. Teraz, nie za dziesięć lat.

Żeby wyleczyć się z tego doświadczenia, musisz uświadomić sobie, że przebaczasz dla siebie, nie dla partnera. Pielęgnując żal, gniew, nienawiść, karzesz samą siebie – nie kogoś innego. Te emocje powodują niepokój twojego serca i twojej duszy – nie jego. To siebie najbardziej krzywdzisz. Jak twierdzi Christophe André „szczęście odpornych polega na tym, że mają broń” (André, 2015).

Podkreślam te słowa, bo to podstawa: zaakceptować nie oznacza godzić się. Nie chodzi o to, że jeśli podczas lektury uświadamiasz sobie, że partner stosuje wobec ciebie przemoc emocjonalną lub fizyczną – masz usprawiedliwiać jego zachowanie albo powiedzieć sobie: „Biedak, miał trudne dzieciństwo, akceptuję to, że traktuje mnie przemocowo”. Możesz sobie powiedzieć: „Akceptuję fakt przeżytego doświadczenia, akceptuję moje negatywne emocje, przebaczam sobie, że pozwoliłam na takie traktowanie, a teraz akceptuję to, że odejście będzie dla mnie bolesne mimo tego wszystkiego, co mi zrobił”.

Jednym z pierwszych etapów pojednania jest to, że twój partner przejdzie swoją część drogi. Ważne, aby uzmysłowił sobie, że mimo wszystkich powodów, które skłoniły go do kłamstwa (historia rodzinna, kontekst związku itd.), dokonał wyboru: wyboru kłamstwa i zdrady twojego zaufania. Ważne jest i to, żeby uznał swój błąd i poprosił o wybaczenie. To etap istotny dla pojednania i niezbędny, żebyś mogła mu przebaczyć – te dwie sfery należy rozgraniczyć. Najpierw trzeba przebaczyć, potem zdecydować lub nie o pojednaniu, a następnie kontynuować lub zakończyć relację.

Olivier Clerc doskonale ilustruje ten koncept następującym przykładem. Wyobraź sobie, że w szemranej dzielnicy zostajesz zaatakowana białą bronią i tylko twój napastnik może ci zrobić opatrunek. Byłoby to dramatyczne i źle rokowało dla twojego przeżycia. Być może wykrwawiałabyś się, w desperacji czekając, aż przyjdzie zszyć ranę, którą właśnie ci zadał. Na szczęście możesz iść do lekarza, który ją zszyje, i sama ją odkazić oraz pielęgnować, aż się zabliźni (Clerc, 2015).

Fragment pochodzi z książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”. - Jej autorka, Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, szeroko rozpatruje problem kłamstwa i zdrady. Udziela także praktycznych porad (ćwiczenia, medytacje): jak poczuć przebaczenie? jak okazać sobie współczucie? jak ukoić emocje? w jaki sposób komunikować problemy dzieciom i innym osobom?

  1. Psychologia

Gaslighting - nie daj się zgasić

Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
Udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. (Fot. iStock)
„Przesadzasz”, „histeryzujesz”, „wydaje ci się”... Czy ktoś robił z ciebie kiedyś wariata? Wmawiał, że mylisz się co do swoich wrażeń i emocji? Że nie możesz czuć tego, co czujesz? Jeśli tak, możliwe, że stałeś się ofiarą gaslightingu. Czym on jest i jak go pokonać? – pytamy terapeutę Pawła Przybysza.

Jako dziecko często słyszałam, że jestem przewrażliwiona, że coś mi się wydaje, więc kiedy partner powiedział coś takiego, zrobiło mi się bardzo przykro. Potem dowiedziałam się, że jeśli podobne komentarze się powtarzają, to możemy mówić o tzw. gaslightingu. Jak reagować na takie słowa?
Zacznę od tego, że gaslighting, co możemy przetłumaczyć jak „przygaszanie światła”, to rodzaj psychicznej manipulacji. Intencjonalnej, adresowanej do konkretnej osoby. Jeśli trwa dość długo, to manipulator przejmuje kontrolę nad tym, jak jego ofiara postrzega rzeczywistość. Ona już nie wie, w co ma wierzyć; ma poczucie, że traci rozum.

Ofiarą gaslightingu pada zazwyczaj ktoś, kto przyjmuje postawę uległą, ale także manipulującą, do czego jeszcze wrócimy. Ktoś taki da sobie wmówić wszystko, bo nie ma jasnego i mocnego systemu przekonań i wartości. Nie ma więc oparcia w sobie, które pomogłoby mu rozeznać, co jest prawdą, a co fikcją – zwłaszcza gdy ktoś ważny zaprzecza jego ocenom i odczuciom. Dlatego zdanie i postawy innych ludzi przyjmuje za własne. Staje się jednak tą ofiarą niejako na własne życzenie, a to dlatego, że w głowie ma wciąż wątpliwości: „czy dobrze zapamiętałam, to co mówił partner?”, „czy dobrze widziałem, co się właściwie stało?”.

Jak to „stajemy się ofiarą na własne życzenie”? Mam w tym swój udział, że znów to słyszę?!
Możesz mieć. Choćby dlatego, że człowiek uległy często dopytuje się innych: „Jak to było? Co myślisz?”. Zatem niejako się podkłada! No a wtedy albo słyszy potwierdzenie, albo zaprzeczenie. Jeśli kolejny i kolejny raz jest to zaprzeczenie, to w pewnym momencie doświadcza dużego dysonansu, czyli poczucia, że myśli i osądy nie zgadzają się z jego wartościami. Na przykład partner kobiety mówi, że nie jest chamem, że się jej wydaje! A ona źle się czuje czy nawet boi, słysząc, jak on klnie. Trudno jej jednak powiedzieć: „przestań zaprzeczać faktom”, bo usłyszała kiedyś, że ludzie po studiach nie mogą być chamami, a on ma dwa fakultety! Czuje się zagubiona, bo nie wierzy sobie i stara się siebie przekonać, że zachowanie partnera nie powinno jej przeszkadzać. Ale tak naprawdę ją męczy. No i tu dotykamy delikatnej struny, dasz radę?

Postaram się!
Zatem udając, że jest w porządku, ofiara manipulacji staje się manipulatorem. Nie wierząc w siebie, manipuluje sama sobą, ale także partnerem. Dla własnego komfortu przemilcza to, co czuje, aby osiągnąć własny cel, choćby spokój w domu. Zapewne wyniosła ten sposób działania z dzieciństwa. Bo jeśli rodzice szanują się, mówią sobie prawdę, nie przeklinają, nie upijają się – to ich dzieci będą mieć w swoich zasobach ważne wartości: szczerość, empatię i chęć pomagania innym. A to przełoży się na pewność własnych ocen i emocji. Kiedy więc zakochają się w manipulatorze, to szybko się orientują, z kim mają do czynienia.

Kłopot z rozpoznaniem rzeczywistości będą mieć natomiast ci, którzy wychowali się w domach, gdzie się kłamało. Matka manipulowała ojcem: „Ta sukienka jest z ubiegłego roku!”, a ojciec manipulował matką: „Po prostu musiałem zostać dłużej w pracy”. Słysząc to, dziecko wie, że któreś z rodziców coś ukrywa. Nie wie jednak które. Może nawet nie chcieć wiedzieć, bo kocha i mamę, i tatę, i nie chce wybierać.

Nie chce poznać prawdy...
Tak, i dlatego staje się podatne na wpływy i niepewne siebie. Dlatego wciąż się o wszystko dopytuje. Kiedy wejdzie z tą swoją niepewnością w dorosłą relację, będzie prowokować partnera do tego, żeby podpowiadał, prowadził za rękę, przekazywał swój system wartości. Jeśli uległą osobą jest dziewczyna, która ma wrażenie, że cudem udało się jej poderwać chłopaka, bo on taki piękny i chodzi na siłownię, to uzna każde jego słowo za prawdę. Nawet jeśli będzie jej kłamał w żywe oczy.

Jeśli dziewczyna z domu, gdzie nie ceniło się szczerości, trafi na manipulatora, będzie miała o wiele większy kłopot. Bo gaslighting oznacza wieczne zdenerwowanie, trudności w podejmowaniu najprostszych decyzji czy obniżone poczucie wartości.
Co więcej, ona prawdopodobnie już je w sobie wykształciła. Dlatego podatne są Dorosłe Dzieci z Dysfunkcyjnych rodzin, bo one nie wiedzą, co czują, czego chcą i co im wolno chcieć... Skupione są za to na odczytywaniu potrzeb bliskich i dbaniu o ich dobrostan kosztem swojego. Co więcej, kiedy słyszą od partnera: „ja tego nie powiedziałem”, „tobie się wydaje”, „o co ci, do cholery, znowu chodzi?” – mają wrażenie, jakby słyszały rodziców. A to sprawia, że wracają mentalnie do dzieciństwa i zgadzają się z partnerem, który mówi: „wiem lepiej, jak masz przeżywać orgazmy”, „przecież lubisz do nich chodzić”. Jeśli wciąż się tej manipulacji ulega, to cena jest wysoka: dysonans i zagubienie, frustracje i niezaspokojone potrzeby. Dlatego takie osoby potrzebują głębokiej refleksji nad tym, czego doświadczyły jako dzieci, aby wreszcie przestało się im mylić, co jest prawdą. A myli im się od lat...

I mogą nie wiedzieć, że nie można zaprzeczać ich emocjom i osądom?
Dokładnie tak. Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że mężczyzna, który mówi partnerce „przesadzasz”, „wydawało ci się” – stosuje przemoc, zaprzecza temu, co ona przeżywa swoim sercem, umysłem i ciałem! Mówi na przykład: „Przecież skok ze spadochronem jest bezpieczny. Masz tam sznurki. Czego się boisz?!”. To jej sprawa, czego się boi. Ma prawo się bać i nikt nie może wypychać jej z samolotu, nawet wyposażonej w najlepszy spadochron. Szacunek wymaga, aby liczyć się ze zdaniem, odczuciami i decyzjami drugiego człowieka. A więc każda uwaga, która podważa to, co mówi o sobie drugi człowiek, jest manipulacją i przemocą.

Trzeba też wiedzieć, że podstawą gaslightingu jest kłamstwo. A kłamstwo to każde mówienie nieprawdy, ale też przemilczanie, przeinaczenie, zaprzeczanie, np. „nie mogę być pijany, wypiłem tylko kieliszek wina!”, podczas gdy partnerka widzi, że mężczyzna ledwo stoi. Manipulacją jest każde umyślne wprowadzanie w błąd drugiego człowieka dla własnej wygody czy wygranej.

Jak się wydostać z tego pokoju krzywych luster, jakim staje się świat wewnętrzny kogoś, kto nie wie, co się dzieje i co czuje?
Pracować nad zasobami, czyli nad systemem wartości. Jeśli nie wynieśliśmy go z domu, warto znaleźć jakiś autorytet – może nim być wykładowca, a może też przyjaciel, lekarz czy osoba duchowna. Albo ktoś z dalszej rodziny, stryj czy ciocia? Ważne, aby system wartość tej osoby był jasny i oparty na odróżnianiu prawdy od kłamstwa, na uczciwości, empatii, szlachetności. To będzie fundament, na którym zbudujemy solidne poczucie własnej wartości i własny system ocen i osądów, czyli wewnętrzne zasoby.

Dlaczego prawda jest tu tak ważna?
Bo tylko ona ochroni nas przed manipulacjami innych, mocno postawi nas na ziemi. Może jesteśmy grubi, ale za to gościnni i pomagamy przyjaciołom, którym się nie przelewa. Nie mamy studiów, ale umiemy naprawić każde urządzenie. To prawda o nas, o naszej wartości, której nie zaprzeczamy. Jeśli to wiemy, to nie pozwolimy nikomu innemu, by wmówił nam, że nie możemy bać się skoku ze spadochronem czy…

...że to nie ślad szminki na kołnierzu!
Właśnie. Jeśli wiem, kim jestem, to nikt mi nie wmówi – ani mąż, ani kochanek, ani przyjaciółka czy nawet matka – że czarne jest białe. Ale jeśli nie wiem, kim jestem i co jest w życiu ważne, to każdy może wmówić mi, co tylko zechce. Zwłaszcza gdy mam do tego predyspozycje, czyli np. jestem Dorosłym Dzieckiem z rodziny Dysfunkcyjnej, czyli takiej, gdzie panowała jakaś forma przemocy czy zaniedbania, gdzie baliśmy się opiekunów, zamiast im ufać.

Możemy zrobić jakiś test, aby rozpoznać, czy ktoś nami manipuluje?
Wystarczy zadać sobie proste pytanie: „Czy chcę wiedzieć, jaka jest prawda? A może lubię być oszukiwany czy oszukiwana?”. Z kłamstwem jest tak jak z nadmiernym piciem alkoholu. Jeśli nie chcesz już pić, to popatrz na straty, jakie to przynosi, nie pij więcej! A kiedy nie dajesz rady, idź do specjalisty. Jeżeli więc nie chcesz być oszukiwana, to stań w prawdzie. Popatrz na koszty – jeśli zobaczysz, że są one większe niż zyski, to będziesz starała się to zmienić. Ale wiele kobiet nie chce prawdy, bo konfrontacja z nią wydaje się im zbyt bolesna. Odkrywają, że są nieszanowane, niekochane, oszukiwane i wtedy muszą coś z tym zrobić. W tym sensie prawda zmusza nas do zmiany, do dokonania trudnych wyborów.

Wiele kobiet zna takie sytuacje, kiedy partner mówi, że przesadzają, bo on nie ma żadnego romansu. Gdy tymczasem ciągnie go od lat. Aby poznać prawdę, trzeba często zajrzeć do jego telefonu, do bankowych wyciągów. A przecież tak się nie robi, to przekraczanie prywatności...
W związku granice prywatności są inaczej ustawione niż w przyjaźni czy nawet w rodzinie. Telefon może być użyty przez wszystkich domowników. Jeśli nie może, to coś mi tu śmierdzi. Komputer też jest wspólny, jeśli nie, bo ktoś zakodował wejścia, to coś jest niejasne. Owszem, grzebanie w czyjejś korespondencji jest przekroczeniem granic, ale szukasz prawdy, masz prawo wiedzieć, i jeśli coś znajdziesz, to należy to ujawnić: „Oszukujesz mnie, mówisz, że nie wydajesz pieniędzy odłożonych na dom, a już ich nie ma na koncie! Masz długi z hazardu? Robisz ze mnie wariatkę, a ja znalazłam to i to! Wyjaśnij mi to!”. Do tego jednak potrzeba bardzo dużo siły woli, odwagi, samozaparcia. Najpierw trzeba wyjść z postawy uległej ofiary, by skonfrontować siebie i partnera z prawdą.

Skąd tę siłę i odwagę wziąć?
Nie bać się prawdy, uwierzyć, że to jedyna broń na manipulację. I tu wracamy do tego, że warto mieć w sobie zasoby, pracować nad nimi. Można też iść do specjalisty i powiedzieć: „Coś ze mną nie tak, bo wydaje mi się, że mój mąż gasi światło, a nie zapala. Ale on twierdzi coś odwrotnego. Chciałabym dowiedzieć się, jaka jest prawda. Czuję, że mam już tego dość, że on mówi coś innego niż ja czuję”.

Można też iść do przyjaciółki, do autorytetu, do kogoś, komu naprawdę ufamy i wiemy, że jest po naszej stronie. I powiedzieć: „Marysiu, znasz mnie tyle czasu, wydaje mi się Franek mnie oszukuje, że tworzy mi jakąś alternatywną rzeczywistość. Głupia nie jestem, kocham go, ale czuję niepokój”. Konfrontując się z prawdą, skorzystać ze wsparcia przyjaciół.

A jak Franek zareaguje na żądanie wyjaśnień?
Zapewne będzie zaprzeczał, bo odkryliśmy jego tajemnicę. Może to być facet, który lubi mieć władzę, bo sam ma problem z poczuciem własnej wartości i dlatego podporządkował sobie partnerkę, a jej uległość bardzo mu odpowiada. W takim związku nie ma partnerstwa, ale jest symbioza, bo jak już mówiłem, osoby podatne na te manipulacje wręcz proszą się o to, żeby im podpowiedzieć, jaka jest rzeczywistość.

Czyli taki partner dowartościowuje się uległością…
Dlatego kiedy kobieta postawi go w prawdzie, on zaprzeczy i powie, że jest przewrażliwiona. Decydujące jest to, co wtedy ona zrobi. Może przyjąć te wykręty, bo okażą się dla niej wygodne, bo zda sobie sprawę, że prawda będzie zbyt kosztowna i doprowadzi do rozstania. Zwłaszcza jeśli wyniosła z domu zamiatanie rzeczy pod dywan, bo jej matka też udawała, że nie wie o zdradach ojca. Może się też bać! Jej partner był panem i władcą, a tu nagle stoi przed nią zdemaskowany. Jeśli więc poczuje się poniżany, może z „łagodnej” formy przemocy psychicznej przejść do karania kobiety bardziej wprost: „nie dam ci pieniędzy”, wyzywania jej: „całe życie ci mówiłem, że jesteś głupia i do cholery, jesteś” czy nawet bicia. Mimo wszystko do zdrowia psychicznego i poczucia dobrostanu prowadzi tylko jedna droga: prawda. Jakkolwiek byłaby trudna... Z takich związków trzeba uciekać jak najszybciej.

Paweł Przybysz, terapeuta uzależnień, współuzależnień i przemocy. Prowadzi terapię indywidualną i grupową, pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym.

  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.