1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co jest ze mną nie tak - czyli dlaczego winy szukamy w sobie?

Co jest ze mną nie tak - czyli dlaczego winy szukamy w sobie?

On nie może zmarnować ci życia, dlatego że miał trudne dzieciństwo. (fot. iStock)
On nie może zmarnować ci życia, dlatego że miał trudne dzieciństwo. (fot. iStock)
Choć teoretycznie dobrze wiemy, na czym polega opresja, to czasem nie potrafimy jej rozpoznać. Dlaczego tkwiąc w złych związkach, szukamy winy w sobie, a nie w zachowaniu partnera, który stosuje przemoc tak sprytnie, że trudno mu coś zarzucić –  zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Karolina ma dwie córki i wspaniałego męża, który - jej zdaniem - jakimś cudem z nią wytrzymuje. – Całe szczęście, że to on jest moim mężem, jest taki spokojny, gdyby był inny, pewnie byśmy się pozabijali. Mam problem ze złością. Wstydzę się tego, ale często wybucham. Wrzeszczę wtedy na męża, na dzieci, robię awantury bez powodu, potem mam straszne poczucie winy, wszystkich przepraszam, a po kilku dniach znów wybucham. Na szczęście męża nic nie wyprowadza z równowagi, czasem się obraża, ale w końcu daje się przebłagać i znowu jest dobrze. Bylibyśmy taką udaną rodziną, gdybym umiała sobie radzić ze złością! – opowiada.

Karolina wie, skąd się bierze jej złość. Rodzice pili, często się awanturowali, taki wzorzec wyniosła z domu. Przeszła już terapię DDA, cały czas pracuje nad sobą, ale ze złością nie umie sobie poradzić. – A w pracy też się pani złości? – pytam, bo Karolina zajmuje wysokie stanowisko w korporacji i zarządza dużą grupą ludzi, więc zapewne jest tam wiele stresujących sytuacji. – Nie. Oczywiście, często jestem napięta, robię wszystko, żeby było dobrze, a czasem nie wychodzi, ktoś zrobi błąd albo o czymś zapomni, bywam ostra i zdecydowana, ale nie wybucham. Ludzie uważają, że jestem świetną szefową, tylko mąż nie może w to uwierzyć – dodaje ze śmiechem. – A na ulicy zdarza się pani rozzłościć? Albo w sklepie? – Nie, jestem raczej miłą osobą, staram się dobrze traktować ludzi, jedynie w domu mi nie wychodzi. Mam cudowną rodzinę i tylko ja jestem problemem.

Być może Karolina przynosi wszystkie frustracje ze świata zewnętrznego i rozładowuje je w domu, bo to najmniej ryzykowne. Daje sobie prawo do wyżywania się na mężu i dzieciach, choć w innych miejscach potrafi swojej złości nie ujawniać. Uświadamiam jej, że nie ma takiego prawa, więc nie może z niego korzystać. Zamiast awantur proponuję, żeby opisywała sytuacje, które budzą jej złość, nim dojdzie do wybuchu.

Domowe manipulacje

Na następne spotkanie Karolina przychodzi z zeszytem, zapisała kilkanaście stron. – Ani razu nie wybuchłam – obwieszcza z dumą. – Wiem, że nie mam prawa wyżywać się na dzieciach i mężu. Gdy tylko czułam złość, wychodziłam z pokoju albo kuchni i pisałam.

Czyta mi swoje notatki. Mąż ogląda jakiś film w telewizji, dzieci razem z nim, a Karolina próbuje położyć je spać, to znaczy najpierw dać kolację, potem wykąpać i zapędzić do łóżek. Niestety, jej wołanie do stołu nie pomaga: dzieci ani drgną, mąż też, dalej spokojnie oglądają. Karolina przychodzi do nich i zaprasza na kolację, słyszy: „zaraz” i nic się nie zmienia, nadal wszyscy oglądają telewizję. Karolina chciałaby mieć trochę czasu dla siebie, kiedy tylko położy dzieci, może jej też uda się coś obejrzeć, ale dzieci nadal siedzą z tatą i patrzą w telewizor. Karolina bierze młodszą córkę za rękę i próbuje ściągnąć z sofy, córka chwyta ojca drugą ręką i się go trzyma, a mamę kopie. „Czy ty zawsze musisz stosować przemoc?” – pyta mąż Karolinę, nie przestając oglądać filmu. A ponieważ córka krzyczy, podgłasza dźwięk w telewizorze.

– No i wtedy wyszłam do sypialni i opisałam sytuację, zamiast wrzeszczeć – kończy. – I jak to się potoczyło? – Po godzinie skończył się film i mąż poszedł do kuchni coś zjeść, córki za nim. Potem udało mi się je wykąpać, było już po dziesiątej, wiedziałam, że się nie wyśpią i rano będą problemy. I oczywiście były.

Karolina czyta zapiski z kolejnych sytuacji, w których nietrudno dostrzec wspólny mianownik. Ona próbuje ogarniać życie domowe, dzieci jej nie słuchają, a mąż się nie włącza. – Mąż chyba nie wspiera pani w wychowaniu dzieci? – On uważa, że sama mam sobie radzić, bo jestem dorosła i powinnam być samodzielna. „A w pracy co?  Też cały czas ktoś ci musi pomagać?” – komentuje. Dziwi się, że mnie jeszcze nie wyrzucili. On mnie nie prosi o pomoc. Ale niby w czym miałabym mu pomagać? To ja muszę wszystko ogarniać, on niewiele od dzieci wymaga, siedzi sobie spokojnie i komentuje, czym doprowadza mnie do szału.

– A kiedy pani wybucha złością, to jak mąż reaguje? – Mówi mi, że powinnam się leczyć. Albo mówi córkom, że mama znowu ma atak szału. Albo mówi, żebym spojrzała w lustro, bo wyglądam jak własna matka. Tego najbardziej się boję, że jestem taka jak ona – Karolina płacze. – W dzieciństwie bardzo bałam się jej wybuchów, miała takie złe oczy, jakby chciała zabić. Boję się, że mam takie same. Nigdy nie chciałam być taka jak ona. Mąż często mówi, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i chyba ma rację.

No i co na to powiecie? Wspaniały mąż, który cudem wytrzymuje z Karoliną? Karolina naprawdę tak myśli. Jest wdzięczna mężowi, że jest taki spokojny i nic go nie wytrąca z równowagi. Ma poczucie winy, że jest nerwowa i agresywna, a on świetnie dba o to, żeby je miała.

Chodzi o władzę

Właśnie ukazała się książka Avery Neal „Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały? Subtelne formy przemocy w związku”. Autorka opisuje wiele historii, w których subtelna przemoc – choć zwykle nasilająca się z czasem – pozwala sprawcy przejąć władzę i kontrolę w związku, a druga strona nie jest tego świadoma. Karolina mogłaby być jedną z jej bohaterek. Nie rozpoznaje przemocy stosowanej przez męża, bierze na siebie całą odpowiedzialność za sytuacje, które on tworzy, obwinia się i wstydzi. Często w rozmowach z nim czuje się zdezorientowana, wydaje jej się, że ma prawo prosić go o pomoc, ale on tego nie przyjmuje, oskarża ją o brak samodzielności, o „rodzinną” skłonność do złości. Spokojnie mierzy i trafia w czuły punkt. Ustawia narrację w taki sposób, że jedynym problemem jest zachowanie Karoliny, a nie jego brak współpracy i zaangażowania w domowe sprawy.

„Oprawca to tyran, który chce cię poniżyć, żeby samemu móc się wywyższyć” – pisze Avery Neal, psychoterapeutka, która sama doświadczyła przemocy, choć długo tego tak nie nazywała. Dopiero po odejściu od partnera zdała sobie sprawę, jak bardzo była zastraszona, manipulowana, kontrolowana, jak dalece zatraciła siebie. Dzięki jej książce łatwiej nam będzie rozpoznać, co się dzieje w związku, zanim nasze poczucie własnej wartości spadnie do zera i zatracimy własną tożsamość. I łatwiej będzie odejść od niszczącego partnera.

Prowadzę właśnie grupę dla kobiet, które doświadczyły różnych form przemocy. Na jednym z ostatnich spotkań jedna z uczestniczek, Elżbieta, pracowała nad poczuciem winy wobec syna, którego nie potrafiła obronić przed „metodami wychowawczymi” męża. Mąż ciągle go karał, zabierał mu telefon i komputer, popychał, zamykał w pokoju, syn się buntował, więc karał go jeszcze bardziej. Gdy próbowała z nim o tym rozmawiać, mąż ją wyśmiewał, zbijał jej argumenty, wykazywał nieudolność, w końcu wybuchał i oskarżał ją o to, że go atakuje, a sama nie potrafi wychować syna. A potem się obrażał, karał ją milczeniem, dopiero gdy go przeprosiła i obiecała poprawę, zaczynał się do niej odzywać.

-Ciągle mu wybaczałam, usprawiedliwiałam go przed sobą i przed synem, bo wiedziałam, ile w życiu przeszedł. Miał bardzo trudne dzieciństwo, ojca alkoholika, tysiące kompleksów, nie radził sobie z emocjami. Starałam się go nie krytykować, myślałam, że wyleczę go swoją akceptacją i miłością. Czasem chciałam odejść, ale bałam się, że on się zabije, tym mnie szantażował, mówił, że nie umie beze mnie żyć – opowiada.

Trudne dzieciństwo i co z tego?

„Nie dawaj się wciągnąć w kompleksy partnera i niech ci się nie wydaje, że możesz je zaleczyć. Wiele kobiet całe życie skupia się na „cierpieniu” partnera, gdy tymczasem to one są ofiarami przemocy z jego strony” – przestrzega Avery Neal.

Historia Elżbiety poruszyła grupę. Niemal wszystkie uczestniczki odnalazły się w jej opowieści. Albo nadal w nim trwały albo miały za sobą taki związek, w którym „trudne dzieciństwo” partnera usprawiedliwiało jego najbardziej niegodne czyny. Te związki bardzo je męczyły, odbierały poczucie własnej wartości i radość życia.

„Związki nie mają być aż tak trudne” – czytam u Neal. – „Nie powinnaś czuć się nieustannie wykończona, jakbyś wciąż płynęła pod prąd. Powinnaś czuć, że twój partner będzie próbował cię zrozumieć, a nie atakować. Zasługujesz na to, żeby czuć, że twój partner jest naprawdę partnerem, kimś, z kim idzie się przez życie, a nie kimś przeciwko komu się walczy.”

Trzy lata temu Elżbieta rozwiodła się z mężem, który to przeżył i ma się dobrze, już założył nową rodzinę. Pewnie nie podjęłaby takiej decyzji, gdyby nie jedno zdanie wypowiedziane przez jej przyjaciółkę. To zdanie pracowało w Elżbiecie przez rok, sprawiło, że w końcu przestała się nad mężem litować, usprawiedliwiać wszystko daleką przeszłością, bać się o to, jak on sobie bez niej poradzi. To zdanie warto zapamiętać i sprawdzać co jakiś czas, czy nie odnosi się do naszej sytuacji. Jest proste i oczywiste: „On nie może zmarnować ci życia, dlatego że miał trudne dzieciństwo”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczna kurtyna. Dlaczego tkwimy w nieudanych związkach?

Toksyczna kurtyna to jedna z przyczyn nieudanego związku. (Fot. iStock)
Toksyczna kurtyna to jedna z przyczyn nieudanego związku. (Fot. iStock)
Dlaczego niektóre pary, mimo kłótni i nieporozumień, nie mogą się rozstać? Dlaczego równie mocno, jak kochać, potrafią się ranić? Przyczyną jest to, co psychologowie nazywają toksyczną kurtyną, czyli obszar zepchniętych do podświadomości deficytów z dzieciństwa.

W pomieszczeniu znajduje się grupa 20 ludzi, wszyscy są terapeutami i nigdy wcześniej się nie widzieli. Przez najbliższe dni będą uczestnikami grupy rozwojowej. Na samym początku, kiedy nie znają nawet swoich imion, zostają zaproszeni do tego, by wybrać spośród pozostałych uczestników kogoś, kto przypomina im osobę z ich rodziny, kto do niej by pasował, kto mógłby wypełnić puste miejsce, psychologiczną „lukę”. Gdy wszyscy dobiorą się w takie pary, jest czas na porozmawianie o motywach, które skłoniły ich do tego wyboru, a następnie o swoim środowisku rodzinnym. W dalszej części pary łączą się w czwórki, które staną się rodziną, a każda z osób ma przyjąć w niej konkretną rolę.

To ćwiczenie, nazywane „ćwiczeniem układów rodzinnych”, pokazuje, że w grupy dobierają się osoby pochodzące z rodzin, które funkcjonowały w bardzo zbliżony sposób. „Na przykład cała czwórka stwierdza, że pochodzi z rodziny, w której były trudności z okazywaniem uczuć; albo na przykład z wyrażaniem złości czy zazdrości, albo gdzie oczekiwano od każdego, że będzie stale wesoły i pełen optymizmu” – pisze w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” Robin Skynner, psychiatra, specjalista w zakresie terapii rodzinnej.

Czasami w trakcie ćwiczenia okazuje się, że cała czwórka straciła na ważnym etapie życia mamę, ich ojciec był przez jakiś czas nieobecny lub każde z nich przeżyło w dzieciństwie dużą stratę. Oczywiście, można by zanegować wyniki ćwiczenia, twierdząc, że osoby te miały za zadanie szukać podobieństw. Ale przeczą tej tezie ci wszyscy, którzy niechętnie brali udział w ćwiczeniu, nie wybrali nikogo, po prostu zostali sami na środku sali. Gdy Robin Skynner po raz pierwszy przeprowadził ten eksperyment, napisał: „nagle zacząłem się martwić, że osoby, które znalazły się razem jako ostatnie, będą miały poczucie, że są z odrzutu”. Okazało się, że ci wszyscy „z odrzutu” wychowali się w rodzinach zastępczych, domach dziecka albo byli adoptowani.

Kryterium doboru

W latach 50. Henry Dicks, pionier terapii małżeńskiej, opisał trzy powody, dla których ludzie dobierają się w pary. Pierwsze są motywy społeczne, takie jak pieniądze, pochodzenie, religia, status. Drugą kategorię stanowią indywidualne względy, takie jak wspólne zainteresowania, cechy charakteru, atrakcyjność fizyczna. Ostatnią – nieświadomy pociąg prowadzący do tzw. ślepego zakochania, powodowany silnym przekonaniem, że odnaleźliśmy właśnie tę osobę. Tak naprawdę, na nieświadomym poziomie, rozpoznaliśmy w tej osobie kogoś ze swojej rodziny. A ponieważ swoją rodzinę nosimy wszędzie ze sobą, wszyscy o podobnej psychologicznej historii także mogą nas rozpoznać.

To żadna magia, tylko logiczny, psychologiczny mechanizm. Podobnie każdy z nas bez trudu jest w stanie rozpoznać atmosferę panującą w pokoju, do którego właśnie weszliśmy, a w którym przed chwilą pokłóciła się dwójka osób. Im bliżej jesteśmy danej osoby, im bezpieczniej się przy niej czujemy, tym szybciej jesteśmy w stanie rozpoznać jej nastrój przez samo spojrzenie w oczy, na twarz. A sygnały wysyłamy cały czas, również sposobem chodzenia, siadania, tonem głosu, tym, jak budujemy zdania, jak sięgamy po kubek z herbatą.

Zakochujemy się i tworzymy nową rodzinę na zasadzie ukrytych podobieństw, które rozpoznaje nasza nieświadomość. Wszystko przez kurtyny, czyli bariery, jakie dla pozornego bezpieczeństwa tworzy nasza psychika. Za nimi instynktownie chowamy wstydliwe uczucia, spychamy traumy i przykre doświadczenia. W nadziei, że – schowane – nie będą miały na nas wpływu. Paradoks polega na tym, że mają, i to większy, niż gdybyśmy przyjęli je do wiadomości.

Para z defektem

Są małżeństwem od 19 lat, z czego 18 spędzili na kłótniach. Poznali się w pracy, na wyjeździe integracyjnym. Podczas tzw. rundek rozpoczynających i kończących dzień jako jedyni odmawiali dzielenia się swoimi emocjami. Po trzech miesiącach od poznania, wypełnionych szczęściem, seksem i poczuciem zupełnego zjednoczenia, pobrali się. On podziwiał jej elokwencję, to, jak stawiała granice swoim koleżankom i jak gardziła serialami, telewizją i damskimi fatałaszkami. Ona uwielbiała jego błyskotliwość, poczucie humoru, cynizm, którym wygrywał każdą dyskusję, oraz niezwykłą zaradność. Jednak już kilka tygodni po ślubie rozpoczęły się ciche dni, poprzedzone gwałtownymi wybuchami, często krzykiem, słowami pełnymi ocen i wyzwisk. I jego, i ją łatwo zranić, nie tylko słowem, również spojrzeniem. W każdym z nich tkwi bowiem pragnienie miłości, czułości, którym nie zostali nakarmieni w dzieciństwie. Ona pochodzi z rodziny alkoholowej, a on był ofiarą przemocy.

Zakochali się w tym, co znajduje się przed kurtyną, a co Robin Skynner nazywa „towarami w oknie wystawowym”. Dostrzegli w sobie nawzajem intrygującą, silną osobę i musieli przeczuwać, że za kurtyną mieszka przerażone, zrozpaczone i nigdy niekochane dziecko. Połączenie tych dwóch obszarów stanowi dziwnie kuszący, podniecający i znajomy przebłysk tego, że trafiło się na osobę ze swojego świata. I oto przed nim staje ona, a przed nią on, noszą w sobie tę samą pustkę, tę samą ranę, to samo pragnienie, a w końcu tę samą nadzieję na ratunek, a ratunku może udzielić tylko ktoś posiadający tę samą tajemnicę. Za ich kurtyną mieszka rozwścieczone dziecko, które nie potrafi poprosić wprost o miłość, które – aby przetrwać – wypracowało różne strategie, takie jak cynizm, elokwencja czy błyskotliwość. A to uwodzi. W takim związku prawie nigdy nie dochodzi do zawieszenia broni, podobnie jak w domu rodzinnym, partnerzy muszą być stale czujni, ponieważ w każdej chwili może spaść na głowę cios. „I dlatego ta ich część, która jest dzieckiem, jest zawsze sfrustrowana, rozgniewana i zawzięta. Ta złość narasta, dopóki nie osiągnie punktu, gdy rozwścieczone dziecko eksploduje zza kurtyny. Toteż muszą spędzić połowę życia na dziecinnej wściekłości na siebie nawzajem” – pisze Robin Skynner.

Nie potrafią dostrzec, że nie są wściekli na partnera, politykę, spóźniony autobus, tylko na to, że nigdy nie dostali miłości, której pragną coraz bardziej zaborczo. Naiwnie liczą na ratunek, na to, że druga strona odgadnie i zaspokoi ich potrzeby. A ponieważ do tego skłonni są jedynie zakochani w pierwszym okresie ślepego uczucia, w późniejszym narasta spirala wściekłości. Łatwiej zmierzyć się z demonem swojego partnera niż z własnym.

Raz w górę, raz w dół

Takim parom ciężko się rozejść. Dopóki są razem, mogą udawać, że jest z nimi wszystko w porządku, przez to czują się bardziej zaradni, mądrzejsi, dostrzegają wyraźnie chłód i braki emocjonalne drugiej strony, które ochoczo i skrupulatnie piętnują, ale nie potrafią dostrzec tego samego w sobie. Każde twierdzi, że tylko reaguje, że przecież jest cierpliwe, że to druga strona zaczęła.

Rozpoczyna się walka, po której może dojść do cichych dni, czasami krótkotrwałego rozstania, i znów wracają „anielskie” dni pełne bliskości, zrozumienia, łagodności. „Kiedy to się zdarza jednocześnie, obydwoje czują się i wydają innym nawet bliżsi i bardziej zajęci sobą nawzajem niż normalne pary, którym życie układa się całkiem dobrze. W takim okresie starają się wynagrodzić drugiej stronie wszystkie krzywdy, mówią, że nie zrobią tego nigdy więcej i naprawdę w to wierzą. Wczorajsza walka wydaje się złym snem. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego do niej doszło i naprawdę są przekonani, że nic takiego się nie powtórzy” – wyjaśnia Skynner.

A dzieje się tak dlatego, że autentyczny problem trafił ponownie za kurtynę. Zarówno jedno, jak i drugie nigdy nie zajęło się swoimi lękami, zakaz okazywania i brania miłości z dzieciństwa pozostał w nich wciąż żywy. Panicznie potrzebują związku, miłości, ale potrafią dawać i brać tylko taką miłość, jaką znają.

Co tam chowasz, miły?

Za kurtyną może mieścić się wszystko, a jeśli ona istnieje, to nie jest możliwe, abyśmy w tym momencie wiedzieli, co za nią się znajduje, bo – co logiczne – kurtyna nie byłaby wtedy potrzebna. Może być tam zakaz przeżywania złości albo smutku, przyzwolenie na odpoczynek i spokój, lęk albo okrucieństwo. „Towary w oknach wystawowych” są atrakcyjne dlatego, że intuicyjnie czujemy, że na tyłach sklepu, za kurtyną, znajdują się pewne wstydliwe obszary, które świetnie znamy z własnego życia. Ale kurtyna nie może być cały czas szczelnie zasunięta, bo kosztuje to zbyt wiele energii.

Czasami, gdy jesteśmy zmęczeni albo pijani lub wyjątkowo radośni, zapominamy o tym, co za kurtyną, i pozwalamy temu wypłynąć. Jeśli jakimś trafem zdarza się to obok innej osoby z podobną do naszej historią rodzinną, zakochanie jest prawie murowane. Trochę tak jak bliskość pojawiająca się pomiędzy uczestnikami eksperymentu opisanego na początku artykułu. Nasze kurtyny nie są szczelne, wymykają się świadomości. W tym, że dwie strony mają podobne słabości, tkwi wielki potencjał, by być zrozumianym i wyrozumiałym. Z drugiej strony osoba obok otrzymuje „klucz” do naszej psychiki, co wywołuje i lęk, i zaufanie, bo nie wiemy, jak go użyje.

Pocieszające jest to, że jeżeli potrafimy rozpoznać u siebie powyższy schemat, to problem nie znajduje się całkowicie za kurtyną, a to oznacza możliwość pracy nad sobą, np. w formie terapii. Opisana para stanowi tylko pewien procent związków, część osób pozostających w przeciętnie szczęśliwych układach nigdy nie zagląda za kurtynę, tkwiąc w dosyć bezpiecznej relacji. Cena, jaką za to płacą, to rutyna. Ale życie to zawsze kwestia wyboru.

  1. Psychologia

"Jeśli tylko się postaram…" - kobiety w toksycznych związkach

Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
Tłumacząc i broniąc partnera kobieta tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.(Fot. iStock)
„On ma zawsze rację. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba. Niewłaściwie się zachowuję. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze”. Kobieta, która żyje w toksycznej relacji, traci własne życie, traci orientację, kim jest – mówi psychoterapeutka Janina Węgrzecka-Giluń.

Oto opowieść jednej z kobiet: „Leżałam na kanapie, mogło wyglądać, że śpię. Wszedł mój mąż z kolegą. Kolega zapytał, wskazując na mnie: "To twoja żona?". Mój mąż odpowiedział: "Takie byle co, ale żona". Trudno opisać, jak się czułam, jak zero, nikt”. Ta kobieta od lat znosi przemoc emocjonalną, pogardę. Trudno w to uwierzyć, ale jest profesorką na uczelni.
Być może liczy na to, że jeśli będzie postępować tak, jak chce tego jej partner, coś się zmieni, związek się naprawi. Więc się stara. Być może czuje się winna sytuacji, w której się znalazła. Otoczenie może ją w tym utwierdzać, może usłyszeć od kogoś z rodziny czy znajomych: „A może to ty niewłaściwie postępujesz?”. Jeśli jest w relacji z mężczyzną o rysie psychopatycznym czy narcystycznym, może być jej trudno rozeznać się, w jakim jest położeniu. Tacy mężczyźni mają problem z odczuwaniem i nazywaniem własnych uczuć, nie potrafią też wczuć się w uczucia innych. Nie są skłonni, aby się w nie angażować. Zdarzają im się natomiast szczególnie na początku relacji gwałtowne uniesienia: „Tak cię kocham, zaufaj mi, tylko ze mną będziesz szczęśliwa, ja cię odgrodzę od zła tego świata”. Kobieta myśli: „Boże, co za miłość! On tylko o mnie myśli!”.

Romantyczna miłość jak w filmach.
Cena poddania się takiej miłości jest wysoka: trzeba spełniać oczekiwania. Na przykład takie, żeby nigdzie nie chodzić bez niego, ograniczyć do minimum kontakty ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Taki mężczyzna autorytarnie stwierdza, w co kobieta powinna się ubierać, co czytać, jak spędzać czas. Najlepiej, gdy spędza go tylko z nim, bo to dla nich najlepsze. „Gdzie będziesz chodzić? W naszym gniazdku jest najlepiej”. Robi wszystko, aby kobieta nie rozwijała swoich zainteresowań, nie pozyskiwała znajomych, bliskich ludzi, ponieważ to są siły, które mogą zagrozić jego pozycji. Chce ją mieć cały czas przy sobie, objaśnia jej świat, pokazuje, co dobre, a co złe, tym samym stwarza jej pozorne poczucie bezpieczeństwa. Świat na zewnątrz ich związku przedstawia jako wrogi i zagrażający. Jeśli kobieta ma wysoką pozycję społeczną, jest lekarką, dziennikarką, pracuje na uczelni, mężczyzna może być zazdrosny o jej sukcesy, może umniejszać jej osiągnięcia, ignorować je albo ośmieszać.

Czuje się zagrożony.
Niech ona nigdzie nie chodzi, bo zacznie paplać o mnie, o tym, co ja robię, a z tego mogą być kłopoty, może jej na przykład przyjść do głowy głupi pomysł, żeby mnie rzucić. A przecież jest mi tak dobrze i wygodnie: sprząta, daje mi jeść, chodzi ze mną do łóżka, mówi i robi to, co ja chcę. A że mam na boku kogoś jeszcze, co jej do tego? Życie kobiety jest zamknięte w puszce, do której klucz ma mężczyzna; zamyka i otwiera, kiedy chce. Kobieta czuje się nieustannie do czegoś zobowiązana. Partner ma nad nią władzę, może nią manipulować, zarządzać jej życiem. Gdy nie spełnia jego oczekiwań, jest karana: on chowa się za murem obojętności. Jest jakby za zasłoną z pleksi, widać go, ale nie można do niego dotrzeć. Kobieta ma się starać, nie wiadomo jak długo, może kiedyś uda jej się nawiązać z nim kontakt, może on na to pozwoli, a może nie. Jeśli próbuje rozmawiać, wyjaśniać, szukać porozumienia, słyszy: „To wszystko przez ciebie”.

Czuje się winna.
Jest szantażowana. Gdy zaczyna się wahać, czy z nim być, czy odejść, słyszy: „Jeśli ode mnie odejdziesz, zrobię sobie krzywdę”. I grozi: „Pożałujesz, jak mnie zostawisz”. Chodzi o to, aby kobieta miała przekonanie, że między nimi jest źle, ponieważ to ona zawiniła. Ludzie o rysie psychopatycznym w żadnym wypadku nie wezmą na siebie odpowiedzialności za to, co robią. To ona się beznadziejnie ubiera, porusza i zachowuje, jest głupia. Jest narażona na wyzwiska, poniżanie, obrażanie, dezawuowanie wartości osobistej. Także wśród ludzi, na imprezach towarzyskich mężczyzna pozwala sobie na niewybredne żarty, ośmiesza jej słabe strony. Tym samym umacnia swoją kontrolę i władzę. Im bardziej robi z niej ofiarę, tym bardziej ona czuje się słaba i bezradna. Gdy kobieta szykuje się do wyjścia, maluje się, ubiera, on dostaje ataków szału. Podejrzewa, że ona celowo ubiera się w taki sposób, żeby go zdradzić, oszukać. Ponieważ sam kłamie, uważa, że jego partnerka też kłamie. Kobieta mówi prawdę o tym, gdzie była i co robiła, ale tego typu mężczyzna będzie snuł daleko idące interpretacje, będzie nieustannie podważał jej wiarygodność, pokazując, że naraża ich związek na ryzyko. Z czasem kobieta uczy się kłamać, aby unikać awantur.

Nie widzi zagrożenia?
Na początku może nie zauważać niczego niepokojącego, ponieważ on deklaruje miłość, dzwoni kilkanaście razy dziennie, twierdzi, że nieustannie się o nią martwi. Z czasem jednak kobieta zauważa, że czuje się jak w matni, pogrąża w toksycznej relacji. W toksycznej relacji nie mamy poczucia bezpieczeństwa. Związek oparty jest na niepewności, chaosie, rozpadzie prawdziwej więzi. W takim związku kobieta czuje pustkę i samotność, mimo że może być symbiotycznie zrośnięta z partnerem. Partner jest obok, ale nie ma dostępu do jego świata, wszystko jest pod jego kontrolą, jego potrzeby są najważniejsze. Ten związek miał kobietę zbawić, zaspokoić wszelkie potrzeby, a tymczasem tak się nie stało. Coraz częściej czuje się rozczarowana i zła, może też zacząć chorować. Jeśli nie zbuntuje się od razu, potem może być trudniej odejść, ponieważ traci siły zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Jest uzależniona od miłości do niego, tłumaczy go: „On taki biedny. Sfrustrowany. Zdenerwował się w pracy. Koledzy mu zrobili przykrość, dlatego jest nieprzyjemny. Miał awansować, ale mu się nie udało”. Kobieta racjonalizuje, znajduje mnóstwo różnych powodów, żeby nie stracić związku. Nie chce się przyznać przed sobą, że jest w dramatycznej sytuacji, doświadcza upokorzeń, strat. Myśli: „No, może rzeczywiście ja jestem winna. Może nie powinnam podchodzić do niego i przeszkadzać mu, gdy czytał gazetę. Zdenerwował się przeze mnie. Może nie powinien aż tak krzyczeć, ale pewnie był bardzo zdenerwowany, skoro tak zrobił?”. Jest mnóstwo codziennych sytuacji, w których kobieta zarzuca sobie, że nie dość dobrze zrozumiała intencje partnera i on ma prawo być niezadowolony. Pociesza się: „Ale tydzień temu nie było tak bardzo źle, więc może za tydzień też nie będzie najgorzej?”. Tłumacząc, broniąc partnera, tak naprawdę broni siebie przed zmianą. Nie czuje dość sił, aby odejść. Pojawia się lęk: „Co ja zrobię, gdy będę sama?”.

Lęk przed samotnością.
Kobieta jest bardzo samotna w takim związku, tylko tego nie widzi, bo ma mężczyznę. Dużą rolę odgrywają tu stereotypy społeczne. Na przykład przekonanie, że wartość kobiety zależy od tego, czy ma mężczyznę, czy nie. Często się z tym spotykam. Albo przekonanie wyniesione z domu rodzinnego: o mężczyznę trzeba dbać, bo jest jak dziecko. Albo to, że wygląd męża i to, jak on się zachowuje, świadczy o kobiecie. Gdy coś źle dzieje się w małżeństwie, kobieta może usłyszeć: „Może nie zasłużyłaś na lepsze traktowanie? Co złego robisz?”. To są, oczywiście, skrajne postawy, ludzie rozsądni tego nie powiedzą, jednak stereotypy, które panowały w rodzinie, nie zawsze łatwo wykorzenić. Niektóre kobiety czerpią poczucie bezpieczeństwa z samego faktu, że są żonami, że funkcjonują w tej roli. No i, oczywiście, zależność finansowa, znaczenie ma także wysoki status społeczny mężczyzny. Jestem w klatce, ale za to w złotej.

To są kobiety, które kochają za bardzo.

Myślą, że gdy przychylą mu nieba, wyręczą go ze wszystkiego, będą czujne na jego potrzeby – zapiszą do lekarza, zadzwonią do pracy, że on się spóźni, wybiorą mu krawat, majtki, zrobią obiad, jaki lubi, załatwią wczasy, to on będzie kochał. Przecież jestem taka dobra, tak bardzo się o niego troszczę, pokazuję, że go kocham, no to chyba mnie nie odrzuci? Dużą rolę odgrywają tu deficyty i urazy z dzieciństwa, destrukcyjne modele rodzinne. Jeśli dziewczynka była odrzucana przez rodziców, nie była kochana, musiała zasługiwać na miłość i o nią zabiegać, w dorosłym życiu powiela ten wzór. Staje się niewolnicą miłości, byle tylko nie zostać odrzucona.

„Jestem od niego uzależniona, jestem w potrzasku”. Kiedy rodzi się taka świadomość?
To dla kobiety trudne do przyjęcia. Współuzależnienie kojarzy jej się z uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, hazardu. A na tym ciąży rys społeczny, to jest samo dno. Musiałaby się przyznać do choroby, słabości, upadku, do tego, że sobie nie poradziła w życiu, że jest bezradna wobec potrzeby miłości i poczucia bezpieczeństwa. Mocne doświadczenie. To jak współuzależnienie od alkoholika. Cała rodzina skupia się na osobie uzależnionej, wierząc, że jeśli będziemy się dostatecznie starać, on wyzdrowieje. Ale w końcu staje się jasne, że choć się staram, jego zachowanie i tak się nie zmienia. Wtedy jest szansa, że dojdzie do głosu złość i bunt. Kobieta, która żyje w takim związku, nie ma wykształconej tożsamości związanej z istnieniem w świecie. Ma silną potrzebę przynależności do kogoś. Ma słabe granice, przepuszczalne, nie umie ich stawiać. Nie potrafi zareagować na przemoc słowną, autorytarność. Nie potrafi powiedzieć: „Nie zgadzam się”. Nie potrafi bronić swoich poglądów, łatwo można ją zepchnąć na dalszy plan. I choć kiedyś potrafiła wyrażać swoje myśli i potrzeby, z czasem traci taką zdolność. Zaczyna rozumieć, że to nie ona jest najważniejsza w tym związku.

Mężczyzna w swoim postępowaniu nie widzi niczego niewłaściwego?
Ci o rysie narcystycznym są skupieni na sobie, na swoim wewnętrznym świecie i czujni na reakcje świata zewnętrznego wobec nich. Wydaje się, że tacy ludzie jako dzieci byli rozpieszczani, wszystko dostawali, dlatego teraz mają roszczeniową postawę wobec świata. Niekoniecznie. Mogło być tak, że doznali w życiu wiele cierpienia, krzywdy i bólu, i teraz za wszelką cenę próbują udowodnić sobie i wszystkim wokół, że jednak są coś warci, nie są zerem, nikim. Dlatego stawiają siebie na pierwszym miejscu, grają w teatrze jednego aktora, chcą być ważni i potrzebni, warci uwagi.

Rozpaczliwie walczą o siebie.
Nie widzą i nie słuchają innych. Gdy mówimy coś do takiej osoby, ona od razu przerywa i zaczyna mówić o sobie, wtrąca swoje komentarze, pokazując siebie, swoje zdanie, swoje życie, pozycję, mądrość. Jej „ja” jest wyolbrzymione.

Co mówią takie kobiety, gdy przychodzą po pomoc?
Czuję się samotna. Czuję wewnętrzną pustkę. On ma zawsze rację. Nie pomaga mi. Nie rozmawia ze mną wtedy, kiedy ja tego potrzebuję. Muszę być taka, jaką on mnie chce. Gdy robię to, co on chce, też nie jest zadowolony. Wyglądam nie tak, jak trzeba, mówię nie to, co trzeba, nie potrafię zachować się w towarzystwie. Zawsze przegrywam. Już nie wiem, jaka mam być i co mam zrobić, żeby było dobrze.

Kobieta już wie, że potrzebuje wsparcia – przełomowy moment.
Pragnie ocalić resztki godności. Jednak boi się budować własne życie, ponieważ straciła nad nim kontrolę. Straciła orientację, kim jest. Słyszała tyle pogardliwych komunikatów na swój temat, że przestała w siebie wierzyć. Nie wie, czy jest wartościowa, czy nie, czy jest atrakcyjna, czy może się podobać. Budujemy program zmiany. Uświadamia sobie swoje stare wzorce; dlaczego tak bardzo się stara, dlaczego tak bardzo chce zasłużyć na miłość, dlaczego wykształciła tak nadmierną potrzebę związku z tym właśnie partnerem. Poznaje swoje ograniczenia, które pozwolą jej wyplątać się z sieci niezaspokojonych potrzeb, z pułapki, w której utkwiła.

Zmiana może być bolesna.
Kobieta mówi: „No dobrze, ja zacznę się zmieniać. Ale co mam właściwie robić? Dokąd pójdę? Nie mam już żadnych znajomych ani przyjaciół. Kiedyś miałam, ale przestałam dbać o te relacje, bo mój partner chciał mnie tylko dla siebie. Wtedy mi się to podobało… Rodzina też nie chce się ze mną kontaktować, bo już tyle razy radzili mi, co mam robić, a ja ciągle robię to samo. Jak mam wyjść do świata? Kto mnie przyjmie?”. Przez lata słyszała przecież: „A kto ciebie zechce? Do niczego się nie nadajesz”. Stopniowo krok po kroku kobieta odbudowuje poczucie własnej wartości, nawiązuje relacje z ludźmi, uczy się akceptować siebie, także własne słabości i błędy. Uczy się radzić sobie z różnymi problemami, z kryzysami. Uczy się lubić i szanować siebie. W pierwszej kolejności jednak wzmacniamy zasoby, ustanawiamy granice, żeby mogła skutecznie ochronić siebie przed przemocą. Uczy się wyrażać niezgodę i radzić sobie z reakcją partnera. Musi też zobaczyć siebie, zanim powie „nie” partnerowi. Musi zrozumieć, na czym polega toksyczność związku, dlaczego w nim tkwi, i nie może się wyplątać, jakich potrzeb nie realizuje i jakie to ma skutki. Musi poczuć, że coś znaczy, że jest osobą, która może i powinna zawalczyć o swoje miejsce w życiu. Niekoniecznie związek musi iść na straty, ale kobieta musi przestać bać się wyrażać siebie. Przekraczanie lęków i ograniczeń wyniesionych z przeszłości może być przygodą w poszukiwaniu siebie i straconego szczęścia. Nie jesteśmy sami w świecie. Są instytucje, w których można uzyskać pomoc, są grupy dla współuzależnionych, można iść na terapię. Szczególnie pomocne są grupy, ponieważ zyskujemy wiedzę, że nie jesteśmy odosobnione w tym, czego doświadczamy i co przeżywamy, wiedzę o tym, w jaki sposób inni sobie radzą, wspólnotę. Źródła wsparcia to także nasze mocne strony, miłość płynąca od dzieci, od innych, zasoby finansowe, jeśli są. A także nasze marzenia, które czekają na spełnienie.

Janina Węgrzecka-Giluń terapeutka, trenerka, absolwentka Studium Terapii Uzależnień i Współuzależnienia. 

  1. Psychologia

Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w sieć toksycznej relacji?

- Od toksycznego człowieka nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
- Od toksycznego człowieka nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
Fałszywy przyjaciel, krytykujący partner, wymagający, a nie wspierający rodzic albo kolega rzucający seksistowskie żarty – potrafią popsuć nam nastrój jedną uwagą, spojrzeniem czy gestem. Dlaczego tak na nas działają? Po czym rozpoznać, że wpadliśmy w ich sieć? Jak ich odróżnić od ludzi, którzy są trudni we współżyciu, ale nietoksyczni? Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Co to znaczy, kiedy mówimy, że ktoś jest toksyczny?
Że nas truje. Że przy nim jesteśmy w gorszym stanie niż bez niego. Że psuje nam nastrój, zabiera poczucie pewności siebie. Wypija z nas energię, chce rzeczy, które są niemożliwe do dania, ale mimo to my się bardzo staramy, by go zadowolić. I tracimy drogowskaz, czego tak naprawdę sami chcemy. Temu wszystkiemu jest bardzo blisko do określenia „zła energia”, które zwykle stosuje się, gdy w wyniku czyjegoś działania czy obecności czujemy się fizycznie i psychicznie wyczerpani. Na pewno kontakt z kimś takim nie rozwija, nie przynosi rozwiązań problemów ani zadowolenia, że coś zostało ustalone, zrobione albo przeżyte.

Jest też chyba ważny szczegół – to działanie nie wprost, nieoczywiste
. Jeżeli ktoś na nas wrzeszczy i mówi, że nas nie lubi – to go unikamy albo z nim walczymy. Ale jest to jasna sprawa. Podobnie jak wtedy, gdy ktoś nas o coś prosi, a my tego nie możemy czy nie chcemy dać, to go o tym informujemy (jeśli umiemy odmawiać), i też po sprawie. Natomiast w tym wypadku ktoś czegoś od nas chce, ale nie prosi o to, tylko manipuluje. Często osoby toksyczne mówią wręcz, że robią to dla naszego dobra, z miłości i troski. W ten sposób jesteśmy wciągani w pułapkę, no bo gdybyśmy od początku wiedzieli, o co chodzi – a chodzi o to, by to temu komuś było dobrze, nie nam – to nie bylibyśmy tam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w tę pułapkę zostaliśmy złapani o wiele wcześniej.

To znaczy?
Jeżeli rodzice czy opiekunowie dziecka są toksyczni, to ono od początku jest wciągnięte w jakiś rodzaj gry czy udawania, i to dla niego jest codzienność. Niektórzy zapewniają: „Moja rodzina była wspaniała, w domu zawsze było spokojnie, wszyscy wiedzieli, co mają robić, zgadzali się ze sobą, nikt się nie kłócił”. No ale to, że nikt się nie kłócił, wynikało prawdopodobnie z tego, że nawet nie można było powiedzieć, co się myśli. Zamykane były wszystkie nurty naturalności, które są przecież różne. Nie można być zawsze jednakowym. Człowiek zdrowy jest raz w takim nastroju, a raz w innym, co nie znaczy, że skacze od jednego do drugiego, tylko po prostu nie ustala sobie: „Będę zawsze uprzejma”, bo się nie da. Dziecko w ogóle nie jest uprzejme, dziecko jest prawdziwe. Dopiero gdy uczy się je uprzejmości, to przestaje być sobą.

Nie wyczuwamy toksyny, bo od dziecka jest nam sączona w małych dawkach? W kryminałach podtruwa się kogoś odrobiną cyjanku, by uodpornił się na jego działanie.
To dobra metafora. Dlatego nie umiemy tego od razu wychwycić, nie wiemy, o co tak naprawdę chodzi. Co tu mi nie pasuje? Co tu nie gra? Jeśli szef nas nie chwali, tylko nam dogryza, to jest jasne, czemu źle się czujemy. A tu intuicyjnie wiemy, że coś nie gra, ale nie umiemy tego nazwać, bo z jednej strony czujemy brak życzliwości i bliskości, a z drugiej ta sama osoba jest naszym przyjacielem czy chłopakiem. Jeśli jeszcze manipuluje nami w podobny sposób jak to robiła nasza mama lub jak to robił tata – to jest to ogromnie trudne do wykrycia. Przynajmniej na początku. Niektórzy jednak stopniowo się orientują. Sądzę, że ma to związek z poziomem inteligencji emocjonalnej i może jeśli jest mniej toksyny, to więcej jest szansy na to, by się rozwinęła.

Poza tym jako dzieci nie mamy jeszcze własnej struktury doświadczenia – no bo skąd mielibyśmy ją mieć – nie mamy też potrzebnego słownictwa, matrycy wzorów, do której możemy coś przyłożyć i porównać. Wszystko, co znamy z domu, jest pierwsze, jedyne i ostateczne. Uratować nas może to, że z czasem wchodzimy w inne środowiska i odkrywamy, że jedni tak robią, a inni tak nie robią. Nie muszą się obrażać czy intrygować…

I jest tak łatwo się z nimi dogadać…
Tylko to, że z kimś jest ci trudniej, nie oznacza, że on jest toksyczny. Pamiętam, że dość długo sądziłam, że skoro nie wiem, co ludzie myślą, to znaczy, że mnie nie lubią. Bo na przykład nie mówią: „Och, jaka ty jesteś fajna”, tylko patrzą się na mnie. I czekają, co będę robić. Potem do mnie dotarło, że to jest inny typ odbierania rzeczywistości niż mój – czyli introwertyzm – i że ja, nie wiedząc, projektuję na tę osobę moje obawy. Jeśli ktoś jest inny, to trzeba się nad nim napracować, a nie zawsze się chce. Bo nie jest to zwieńczone tym, że idzie nam potem jak z płatka. Co nie znaczy – znów to powiem – że ten ktoś jest toksyczny. Jest mi z nim trudniej, ale nie jest mi z nim źle. Może dzięki niemu zobaczę coś z innej perspektywy i się wzbogacę?

Po czym poznać, kiedy trudno oznacza jednak źle?
Od toksycznego nigdy się nie wzbogacisz. I będziesz głównie zajęta tym, by zrobić coś ze swoim stanem. Masz wrażenie, że jesteś poobijana, że coś straciłaś.

A jednak trudno się z takich relacji wykaraskać. Dlaczego?
Ponieważ wszyscy doświadczyliśmy jakichś aspektów toksyczności ze strony rodziców, którzy też mieli te toksyczności fundowane od dzieciństwa ze strony swoich rodziców, a potem często też byli źle instruowani w kwestii tego, jak być dobrym rodzicem. Na przykład te słynne rady, by nie iść do dziecka, gdy płacze, tylko pozwolić mu się wypłakać. Matki chciały dobrze, radziły się autorytetów i robiły swoim dzieciom krzywdę. Zresztą sobie też, bo się pozbawiały możliwości kierowania intuicją. A berbeć, który się nauczył tego, że on płacze i to niewiele daje, traci niewiarygodną ilość wiary w siebie i wiary w komunikację. Bo jego komunikacja, czyli płacz, została całkowicie olana. I potem gdy ktoś mu mówi: „lubię cię”, to on jest gotów zrobić dla tej osoby wszystko. W „Instrukcji obsługi faceta” pisałam, że jak łajdak i oszust chce cię omamić, to on dokładnie wie, co do ciebie mówić. Jeśli jesteś spragniona, a kobiety są spragnione ciepłych słów, to pójdziesz za nim do piekła. I dopiero tam się zorientujesz, że jest ci źle. „Ale przecież on mnie kocha. Dlaczego ktoś, kto mnie kocha, robi mi niedobrze?”.

No to jest jedna z największych zagadek ludzkości.
A dlaczego rodzice, którzy mieli się mną opiekować i mnie rozumieć, są dla mnie niedobrzy? To nie jest wcale taka wielka zagadka. Są niedobrzy, bo sami nie poznali dobra, bo nie mają z czego dać, bo sami są straumatyzowani. I teraz tak, jak mówimy o traumach dzieciństwa, to mamy poczucie, że dotykamy prawd podstawowych, archetypowych, a jak mówimy o toksycznych ludziach naokoło, to myślimy: wredna sąsiadka, co nie toleruje, kiedy ktoś się dobrze bawi; głupi szef, który żałuje ludziom pochwały; chamski mąż, który kiedyś był dla mnie czuły, a teraz mówi „a co ty taka kretynka jesteś?”. Nie zdajemy sobie sprawy, że toksyczność tych wszystkich osób to jest tamta toksyczność, która ciągnie się za nami od dzieciństwa. Jeżeli rodzice zawsze wiedzieli lepiej i nie mogliśmy przetestować i posprawdzać, co jest dla nas dobre, to jesteśmy takimi ofiarami, które z chęci zyskania aprobaty innych, robią mnóstwo rzeczy przeciwko sobie. Czyli zaczynają być toksyczni dla siebie.

Kiedy ktoś traktuje nas dobrze, to wtedy potrafimy rozpoznać, że ktoś inny traktuje nas źle?
Oczywiście. Dlatego dla wielu osób pierwszym krokiem do wyzwolenia się z tej wszechobecnej toksyczności jest poznanie ludzi i środowisk, w których dobrze się czują. Idziesz do domu przyjaciółki i myślisz: „Ach, jak tu jest mi fajnie, nie chcę w ogóle stąd wychodzić”. Tam jest wesoło, spokojnie, każdy robi coś innego, a jednocześnie wszyscy są wspólnotą. Tymczasem u ciebie wieczne napięcie: „zostaw to, odłóż na miejsce, nie tym tonem”. No ale przecież nie możesz zostać u przyjaciółki, musisz wrócić, bo to twój dom. Dziecko nie może wziąć torebki i wyjść. I uczy się swojej niemocy wobec toksyczności. Dlatego potem nas tak bardzo dużo ludzi może nabrać i oszukać. Ostatnio słyszałam ogromną ilość opowieści o oszustwach między przyjaciółmi. Przecież to koszmar! Zakładają spółkę i jeden przyjaciel okrada drugiego.

Powiem ci, że mnie to najbardziej boli, bo rodzic to rodzic – taki ci się trafił, może nie tyle nie chciał, co nie potrafił być lepszy. Ale toksyczny przyjaciel? To przecież oksymoron. On obiecywał, że będzie dla ciebie dobry. On się na to z tobą umówił.
Przyjacielowi ufasz i masz poczucie, że przy nim jesteś bezpieczna. Myślisz, że wreszcie znalazłaś pokrewną duszę. Od przyjaźni oczekujemy przede wszystkim zrozumienia, nawet bardziej niż w miłości. Przyzwolenia, akceptacji, bliskości.

I nagle taki ktoś cię oszukuje. Można było to jakoś przewidzieć, rozpoznać?
Kochana, jakbyśmy wiedzieli, po czym to poznać, to nie bylibyśmy tacy bezradni wobec toksyczności. Jeśli ktoś cię oszukuje od początku i miał taki zamysł, to jest to taki typ, który wie, co ci mówić, żebyś mu ufała. Jesteś dla niego przedmiotem do obróbki. Pomyśl, przecież jeżeli jesteś prawdziwa i zakochujesz się w facecie, to ty mu nie powiesz: „Ooo, jak ty mi się podobasz”, bo się boisz, że to będzie może za szybko, za mocno, bo ci zależy. Jeśli natomiast w ogóle ci na nim nie zależy, to nie masz cienia skrupułów. Mówię tu akurat nie o przyjaźni, a o uwodzeniu, które jest też toksycznością. Uwodziciele od lat szabrują po świecie i mówią to, co chcemy usłyszeć. Tak cię otoczą kokonem pseudobezpieczeństwa, że gubisz się, bo to jest coś, o czym marzysz, czego pragniesz. I potem się dowiadujesz, że on uciekł z twoją kasą, których to przykładów mam ostatnio na pęczki. Oczywiście można powiedzieć: „A powinnaś się zorientować”. Ale po czym? Na pewno jeśli ktoś mówi ci dokładnie to, co chcesz usłyszeć, to się nad tym zastanów.

Czy to nie jest tak, że dopiero gdy wykaraskamy się z jakiejś toksycznej relacji, to jesteśmy w stanie rozpoznać te symptomy, objawy u innych ludzi?
Dlatego napisałam, że każda kobieta powinna przejść przez łajdaka, żeby wiedzieć, jak go potem rozpoznawać. Ja też miałam takie relacje, co najmniej jedną mocną, i trochę  mniejszych. Ale na pewno taka mocniejsza da ci w kość tak, że ją na długo popamiętasz. Jest to bolesne, ale nieocenione doświadczenie.

Ja też mam takie doświadczenie i wyciągnęłam z niego kilka wniosków.  Pierwszy to taki, że toksyczny przyjaciel odcina cię od innych przyjaciół.
Tak, tak. Albo intryguje, donosi, skłóca. Powie ci: „Ona o tobie źle mówiła. Ty się pilnuj”. Akurat! Ja mówię moim znajomym: „Proszę mi nie powtarzać takich rzeczy”.

No i skoro tobie się to nie podoba…
…tak jest, powiedz temu komuś, że się nie zgadzasz, zaoponuj. Kiedyś mój przyjaciel czy raczej powinnam powiedzieć: mój niby-przyjaciel powiedział mi: „Wiesz co, ja nie wiem, jak mam reagować, jak przy mnie o tobie źle mówią”. Ja na to: „Naprawdę nie wiesz? To kim ty jesteś dla mnie? Rozumiem, że może ci zależeć też na tamtych osobach, ale się zastanów, co jest dla ciebie ważne”. Nie można być zaprzyjaźnionym ze wszystkimi, można mieć tylko kilka osób bardzo bliskich, nie przerabia człowiek więcej. A jeśli przerabia, to znaczy, że to jest pseudokontakt, pseudorelacja.

Z mojego doświadczenia wynika, że osoby toksyczne często mówią ci, że znają cię lepiej niż ty siebie.
I chętnie ci ciebie wytłumaczą.

A kiedy próbujesz zerwać znajomość, pokazują swoje prawdziwe oblicze. Obmawiają cię, twierdzą, że to ty ich skrzywdziłaś. Co w sumie powinno cię utwierdzić w tym, że robisz dobrze, ale wtedy przychodzi myśl: „A może zbyt surowo go oceniłam?”.
I to jest punkt krytyczny dla takiej relacji: czy pozwolę sobie na wyjście z toksycznego układu? Czy zaufam swojemu osądowi? Nawet jeśli inni mówią, że przesadzam? W każdym z nas jest taka obawa: czy aby na pewno mam rację? czy ja mogę sobie ufać? czy nie wybiorę źle? czy dobrze rozumiem i czuję? Człowiek siebie podważa, bo nas od dziecka podważano. I toksyczny przyjaciel czy partner to w tobie wzmagają, by łatwiej im było tobą sterować. Przecież kupę związków i małżeństw – już nie mówię o żonach alkoholików –  jest uwiązanych w takiej toksycznej relacji, że jedno mówi drugiemu same złe rzeczy, a jednak trzymają się razem, zakleszczeni. Wiele jest takich postaci w literaturze, to tacy ludzie-węże, co to się mówi o nich, że tak ugryzie, że nawet dziurki nie zostawi. A jego jad w tobie płynie.

I dlatego mamy takie złe samopoczucie po spotkaniu z toksycznymi osobami. Wychodzimy z niego z przekonaniem, że jesteśmy do niczego.
Pamiętam jednego faceta, który prawił mi takie oto komplementy: „O, jaką masz ładną sukienkę. Sama szyłaś?”. Byłam młoda i było mi przykro – czułam wbitą szpilkę. Wszyscy tzw. umniejszacze to toksyczne osoby. Co z tego, że czasem  potrafią być dowcipni i inteligentni… To sarkazm, ironia, to sztylety przeciw innym. I teraz przyznaj się, że ciebie boli. Wiadomo, tego się nie robi, bo wtedy reagujesz jak dziecko. Na żartach się nie znasz? Popatrz, co się dzieje, gdy faceci zaczynają opowiadać w towarzystwie seksistowskie żart. Kobiety będą robić dobrą minę do złej gry i nie odpalą im tym samym. Godzimy się. Za chwilę od żartów dojdziemy do molestowania i wykorzystywania – to wszystko toksyna!

Można też powiedzieć: „Nie życzę sobie”.
Czemu ludzie pozwalają ludziom toksycznym sobą rządzić? Na wszelki wypadek. Bo może się okazać, że to ja jestem trudna. Że na przykład powiem, że sobie nie życzę i usłyszę: „A co ty taka agresywna jesteś?”, a dziewczyna wychowana w przekonaniu, że ma być grzeczna, bo inaczej nie będą jej lubić – nie może być agresywna. Dlatego pierwszy krok to wiedzieć, że masz prawo sobie nie życzyć. A potem to powiedzieć. Mało tego, mieć ileś tam sposobów na to, by zareagować na taką sytuację. Zawsze możesz także odwrócić się na pięcie i wyjść, po prostu, nic nie tłumacząc. Dla wielu osób to jest bardzo wyzwalające.

Można też powiedzieć tak jak jedna mądra córka powiedziała swojej mamie: „Mamo, ja chcę się z tobą widywać, ale będę przychodziła do ciebie tylko wtedy, jeśli przestaniesz mnie traktować w sposób, który mnie boli”. A ponieważ matce też zależy, to powoli przestaje. To nie jest tak, że nie możemy nic zrobić. Uczmy się asertywności i budujmy krok po kroku wiarę w siebie. Rodzice nam jej nie dali, to weźmy ją od kogoś innego i od siebie. Nie dajmy się utoksyczniać. Bo jeśli się dajemy, to i dla siebie stajemy się toksyczni. Jeśli nie podejmuję decyzji, jeśli nie rozwiązuję swoich problemów, jeśli pozwalam ludziom na to, by zabrali mi moją energię i mój dobry stan, to znaczy, że jestem dla siebie toksyczna.

A można rozpoznać, kiedy stajemy się toksyczni dla innych?
Można, tylko wtedy zwykle nie chcemy tego wiedzieć. Bo jak zaczynamy być wobec innych toksyczni, to znaczy, że nie szukamy pozytywnych i konstruktywnych rozwiązań w sobie, tylko zaczynamy czerpać korzyści z destrukcji, na przykład z umniejszania. Czy umniejszacz się przyzna, że to robi? A skąd, on powie, że to żart. Dlatego uważam, że gdyby ludzie częściej się przyznawali do błędów, byłoby mniej toksyny na świecie.

 

 

  1. Psychologia

Jaki wpływ na waszą relację mają kłótnie?

Duże natężenie uczuć świadczy m.in. o bliskości w związku, a
Duże natężenie uczuć świadczy m.in. o bliskości w związku, a "kłótnie budują relację!" – przekonuje Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jest cudownie i kochasz go z całych sił, a za chwilę nie możesz na niego patrzeć. Kłócicie się, by potem czule się pogodzić, aż do następnego spięcia… Do czego to was zaprowadzi? Z psycholog Katarzyną Miller o zawiłej kolejności uczuć w związku rozmawia Joanna Olekszyk.

Mówią, że miłość i nienawiść to dwie strony tego samego uczucia. Prawda?
Prawda! Nie ma nienawiści tam, gdzie nie ma ważności, nikogo tak szczerze się nie nienawidzi, jak osoby, którą bardzo się kocha, a która nam daje miłość nie tak, jak chcemy, albo która w ogóle jej nie daje, albo która najpierw ją dała, a potem zostawiła.

Zastanawiające jest jednak to, że nienawiść albo bardzo silną niechęć można czuć do osoby, która nadal jest ci bliska. I że te uczucia się zmieniają jak w kalejdoskopie. W jednej sekundzie go uwielbiasz, w następnej nie chcesz go widzieć.
I oba te uczucia są bardzo żywe. Im bliższy związek, tym głębsze uczucia wywołuje, dlatego i miłość, i nienawiść są wtedy silniejsze. Poza tym większość z nas ma doświadczenie tego, że najbliższe i najważniejsze osoby w dzieciństwie – czyli rodzice – najmocniej nam dali w dupę. Tym bardziej boli, jeśli potem ten ukochany, który miał nam to wynagrodzić i kochać bardziej niż oni, wcale tego nie robi. Wiele osób wynosi też z domu potrzebę przeżywania ciągle skrajnych stanów emocjonalnych, raz góra, raz dół, jak jest spokojnie, to trzeba zaraz się pokłócić. Zwykle są to domy z problemem alkoholowym albo innym uzależnieniem, czasem domy pełne chłodu emocjonalnego. I są też osoby, które po prostu lubią, jak w związku coś się dzieje, jak są emocje, bo same są wybuchowe i namiętne.

Kłócą się, a potem czule się godzą. Tylko czy tak można w nieskończoność? Jeśli on cię tak często wkurza, to nadchodzi moment, w którym pojawiają się wątpliwości. Może jednak nie jesteśmy dobrani?
Wiesz, ja na to odpowiadam, że trzy razy się rozstałam i trzy razy wróciłam. Nikt mnie tak nie wkurwiał żywo, jak mój partner. „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” śpiewała Kalina Jędrusik. Znam jedną parę, która cztery razy się rozwiodła i cztery razy znów pobrała, a ile przy tym mieli zabawy. Ho, ho! Może nie trafiłaby na tylu fajnych facetów, a tu jeden wystarczył za czterech. Elizabeth Taylor i Richard Burton pobierali się co prawda tylko dwa razy, ale on był jej największą miłością. Tak zapadli głęboko w siebie, tak się przegryźli, a poza tym nie bali się ekstremów, były kłótnie, awantury. Owszem, można powiedzieć, że takie wieczne ekstrema to choroba, ale bez przesady – jedni są temperamentni, a inni nie. Bardzo wiele par żyje burzliwie, a są szczęśliwi. Bo najpierw sobie naurągają: „a ty taka owaka”, „a ty nie lepszy”, „a wynoś się, nie chcę cię więcej widzieć”, a potem się zaczyna gorączkowe myślenie: „Kurde, a co będzie, jak ona naprawdę odejdzie?”. Złość mija, nadchodzi czas powrotu do realności i oboje zdają sobie sprawę z tego, że nikt inny ich tak nie obchodzi.

Jeśli po rozstaniu zostaje tylko ulga, to nic z tego nie będzie, a jeśli zaczyna się rodzić tęsknota… no to może jednak jesteście dla siebie. Taka pełna skrajnych stanów relacja może jednak niektórych wykończyć, być nie do udźwignięcia – o tym też trzeba pamiętać.

Jeśli po rozstaniu zostaje tylko ulga, to szanse na powrót relacji miłosnej są nikłe. (Fot. iStock) Jeśli po rozstaniu zostaje tylko ulga, to szanse na powrót relacji miłosnej są nikłe. (Fot. iStock)

Skąd wiadomo, że te ciągłe napięcia nie świadczą jednak o tym, że to nie jest dobry związek?
To się zwykle okazuje w praniu: im dłużej pierzesz, tym szybciej możesz się przekonać, czy ten ręczniczek szybko wraca do formy i robi się czyściutki, mięciutki i świeży, czy raczej robi się z niego łach, bo jest z niedobrej przędzy. No cóż, są ludzie, którzy potrzebują mieć relacje w zygzaki, a są tacy, co wolą, żeby było cichutko i spokojnie. Jak się dobierze cichutki z zygzakiem, to będzie raczej ciężko, ale przeważnie dobierają się ze sobą dwa zygzaki i dwie cichutki. Jeśli do tej pory się nie rozwiodłaś z facetem, który co chwila cię wkurza, to chyba znaczy, że coś cię przy nim trzyma, nie?

Jest takie słowo – ambiwalencja, czyli dwuwartościowość uczuć. W ujęciu klinicznym jest objawem psychopatologicznym, ale w potocznym rozumieniu to sytuacja dość częsta w bliskim związku. Kochasz i nienawidzisz…
Ambiwalencja to stan polegający na tym, że masz do tej samej sprawy podwójny, sprzeczny stosunek wewnętrzny i że sprawia ci to kłopot. Na przykład podoba ci się facet, którego przed chwilą poznałaś, ale kiedy on siada zgarbiony, wyciąga daleko nogi i generalnie wygląda, jakby właśnie wrócił z młócki, myślisz sobie: „O kurde, przystojny, mądry, ale jak on siedzi… Nie chciałabym, żeby tak przy mnie siedział”. Pociąga, ale i odpycha, znamy to, prawda? Za którym z tych uczuć pójść? Na początek: nie śpieszyć się. Zbadać, nie skreślać od razu. Na pewno nie namawiałabym do przekraczania obrzydzenia, bo to znaczy, że ciało nam pokazuje, że nic z tego nie będzie.

Podobno tylko sprzeczne uczucia nas naprawdę rozwijają.
Wiesz, różnie to bywa, pewne rzeczy są rozwijające tylko dla tych ludzi, którzy chcą się rozwijać.

Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką, wydawało mi się, że albo kogoś czy coś lubię, albo nie cierpię…
Też to pamiętam, potem zrozumiałam, że mi to wtedy pomagało rozeznać się w sobie, dawało wewnętrzne oparcie, jakiś azymut. Człowiek wiedział, z kim się kolegować, na co chodzić do kina, jakie ciuchy kupować.

Dla mnie pierwszą lekcją dorosłości było to, że można kogoś lubić, ale jednocześnie mu nie ufać.
Ja to, o czym mówisz, odkryłam na niezwykle mocnym przypadku. Na odwyku, jak jeszcze pracowałam na oddziale, był bardzo fajny chłopak, inteligentny, artysta, do tego przystojny i zabawny. Kiedy skończył odwyk, okazało się, że od wszystkich osób pożyczył pieniądze, ode mnie też – dwa tysiące, co wtedy było prawie całą pensją. Pożyczył i zniknął. Pomyślałam sobie: „O nie, kochany, ja ci tych pieniędzy nie daruję”. Wszystkim, którzy go znali, mówiłam: „Jak spotkacie Maćka, powiedzcie mu, że Kasia go pozdrawia i czeka na swoje dwa tysiące”. Wytrzymał dwa lata i pękł. Przysłał mi wiadomość, że spotka się ze mną, by oddać mi pieniądze. I wtedy odkryłam bardzo ważną rzecz – ja go nie przestałam lubić. Wiedziałam, że jest naciągaczem, ale nadal jest inteligentny i zabawny, więc kawę mogłabym z nim wypić. To było niezwykle wyzwalające. Zrozumiałam, że nie muszę wyrzucać całego kawałka świata, dlatego że coś mi tam nie pasuje.

Czyli możesz kogoś lubić, ale mu nie ufać. Co więcej, możesz kogoś kochać, ale go nie lubić. Koleżanka powiedziała mi kiedyś o swoim chłopaku: „Wiesz, ja go kocham, ale my się nie przyjaźnimy”. A nam się przecież wmawia, że z mężem przyjaźnić się trzeba, a przynajmniej warto.
A właśnie niekoniecznie trzeba i niekoniecznie warto. Różni badacze mówią, że tam, gdzie jest dużo przyjaźni i czułości, tam jest mało seksu. Na dwoje więc babka wróżyła, co wolisz. Można kochać faceta, a jednocześnie być z nim mentalnie i osobowościowo bardzo daleko – i to może niezwykle rajcować. Trzeba zadać sobie pytanie: wolisz seks czy czułość? Bo czułość można mieć wobec dziecka, kogoś biednego, słabszego, kto nas wzrusza, a seks ma nas kręcić, a nie wzruszać.

Wszystkie chciałybyśmy jednak naszych partnerów rozumieć, znać...
Moim zdaniem dziewczyny nie chcą facetów poznawać, chcą, żeby oni im o sobie mówili. A to ogromna różnica. Jak chcesz go poznać, to go obserwuj, a nie wypytuj. Dziewczyny chcą, żeby faceci im o sobie opowiadali, żeby byli ich przyjaciółkami. A faceci nienawidzą o sobie opowiadać. Jak już coś mówią, to o tym, co ich naprawdę obchodzi, a tego z kolei my nie lubimy słuchać, bo to zwykle jest sport, samochody, polityka i gadżety.

No dobrze, chcemy ich zrozumieć albo tylko tak nam się wydaje, ale to nie zmienia faktu, że jeśli nie rozumiemy, to jednak bardziej nas ciekawią. A jeśli denerwują, to też bardziej pociągają. Ta ambiwalencja jest czynnikiem podkręcającym atmosferę. Chciałabym, ale się boję, coś mnie ciekawi, ale i odrzuca, wstydzę się, ale i pragnę…
Oj, tak. Ja bym powiedziała, że na tym zarabia wielki przemysł, ale też na tym bazuje wszelka sztuka. Taki markiz de Sade – coś ohydnego, ale jednak czytamy to z wypiekami na twarzy. Choć ja bym sobie akurat takiej seksualności nie życzyła. Przypomina mi się jednak pewne wydarzenie z mojego życia. Było to podczas jakiegoś wyjazdu plastycznego. Duża grupa i jeden facet, który od samego początku wydawał mi się wyjątkowo odpychający. Ale kiedy podczas wieczorku tanecznego nagle zaczęliśmy tańczyć, stało się coś niebywałego – nie mogliśmy się puścić. Na własnej skórze przekonałam się, że jakość bardzo silnie negatywna może przejść w silnie pozytywną.

Siła uczuć jest tu chyba kluczem.
Kto się lubi, ten się czubi. Dlatego się robi komedie romantyczne, w których oni na początku bardzo się nie cierpią, a potem się okazuje, że nikt na nich tak mocno nie działa. Dlatego warto zdawać sobie sprawę z tej ambiwalencji, akceptować ją i nie mieć sobie za złe takich sprzecznych uczuć. Nie zmuszać się do tego, żeby wybierać od razu jedno z dwojga, można mieć przecież do czegoś stosunek mieszany – dopóki się nie wykrystalizuje.

A czy jest takie uczucie, oprócz obrzydzenia, które ci powinno powiedzieć, że to jednak nie to? Nuda?
Nie, nuda nie, bo jak się pojawia nuda, to nie musi być jego wina, sama zrób coś, żebyś się nie nudziła.

Strach?
Tak, strach na pewno. Przemoc psychiczna czy fizyczna to absolutnie czerwona kartka w związku – jeśli on cię poniża, ubliża ci, jeśli się przy nim ciągle niepewnie czujesz, bo cokolwiek byś zrobiła, to mu się nie podoba. Oczywiście to świadczy o nim, nie o tobie, ale czy ty chcesz takiego faceta, który mówi ci, że jesteś głupia?

Obojętność?
Ludzie często żyją w uczuciowej obojętności, jest ona na pewno mniej męcząca niż takie skoki, o których mówiłyśmy. Dla niektórych obojętność jest lepsza niż uczucie. Inni bez tego usychają, ale ci to już wiedzą, że wtedy trzeba odejść. Kiedyś w pewnym sensie było jaśniej, bo mąż nie był od kochania, tylko od polepszania bytu. Od kochania byli kochankowie, dziś chcemy mieć wszystko, więc nie może być łatwo. No przepraszam.

  1. Psychologia

Toksyczny facet. Dlaczego łapiemy się na jego sztuczki?

Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock)
Toksyczni kochankowie dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Czarujący, przystojni, pociągający. Dużo obiecują, niewiele dają, często świadomie krzywdzą. Dlaczego więc łapiemy się na ich lep? Psychoterapeutka Katarzyna Miller przedstawia typologię najbardziej toksycznych partnerów i wyjaśnia, czym różnią się od tych dobrych, normalnych, ale niecieszących się takim powodzeniem.

Niejedna z nas zna ten scenariusz: toksyczny facet, który zmienia relację w toksyczny związek. Jak go rozpoznać? Jest czarujący, przystojny, pociągający. Dużo obiecuje, niewiele daje, często świadomie krzywdzi. Dlaczego więc łapiemy się na jego lep? Psychoterapeutka Katarzyna Miller przedstawia typologię najbardziej toksycznych partnerów i wyjaśnia, czym różnią się od tych dobrych, normalnych, ale niecieszących się takim powodzeniem. Pomaga zrozumieć, kiedy i dlaczego facet jest toksyczny oraz jakie są jego cechy.

W swojej książce „Instrukcja obsługi faceta” razem z Suzan Giżyńską odpowiadacie na wiele pytań kobiet. Mnie najbardziej zaintrygowało jedno: „Jak się czuje kobieta w związku z dobrym facetem?”. No i zobacz, jakie to wzruszające i smutne pytanie. Dziewczyna, która je zadaje, myśli, że może jest jakiś przepis, którego ona nie zna. A dlaczego tak myśli? Bo nie miała szansy ani popróbować, ani porozmawiać o tym z kimkolwiek. Oczywiście koleżanki w szkole gadają o facetach, ale ponieważ przeważnie mają ten sam poziom doświadczeń, więc to gadanie niewiele wnosi, nie mają się od kogo dowiedzieć, co powinno się robić, jak powinno się czuć. No, chyba że któraś wcześniej się całowała albo poszła z facetem do łóżka. To teraz ona strasznie dużo wie. Ale co ona tak naprawdę wie? Najwyżej może powiedzieć, jak jej było, jeśli w ogóle umie to nazwać. I nie przyzna się pewnie, że była rozczarowana, bo inne nie będą jej już tak zazdrościć. A nawet jeśli powie, że to nie jest taka bajka, jak innym się wydaje, to usłyszy: „No coś ty?! Czyli nie warto?”. I może nawet sama takie wnioski wyciągnie.

Dziś już na szczęście jest większe przyzwolenie na to, by mówić, że bywa też niedobrze. Że są mężczyźni, którzy krzywdzą. Psychopaci, socjopaci, sadyści, narcyzy, maminsynki - po prostu toksyczny mężczyzna. Jakiegoś pominęłam? Nie, nie, bardzo dobrze wymieniasz…

Co ich odróżnia od tzw. normalnych partnerów? W sumie te wszystkie typy są w jakimś sensie normalne. I występują w przyrodzie dość często. Czyli normalne w znaczeniu: powszechne.

A jak odróżnić normalnego od powszechnego, ale jednak toksycznego? W książce piszesz, że przeważnie najpierw trzeba się na takim przejechać, żeby nauczyć się go na przyszłość rozpoznawać. Ale też trzeba chcieć się tego nauczyć, umieć korzystać z życiowego doświadczenia. Może się zdarzyć, że dziewczyna jest tak uszkodzona, że za każdym razem daje się złapać na tych kilka dobrych słów. A potem, gdy facet zacznie ją maltretować psychicznie i, nie daj Boże, fizycznie, to jest za późno, bo już się dała wciągnąć. Oczywiście nigdy nie powinno być za późno, żeby się uratować, ale bywa różnie. Kiedy mówię o nabraniu doświadczenia, mam na myśli taką refleksję, że jeśli ten chłopak zachowuje się podobnie do poprzedniego, to wysnuwasz wniosek, że coś ich łączy. Zwykle chodzi o to, jak oni zachowują się potem. Bo na początku każdy ci powie „ach, och” i obieca, czego to ci nie zrobi dobrego. I czekasz, i czekasz na to, co obiecał.

Te wszystkie „typy“ albo „typki“ podświadomie wyczuwają, na jakie słowa jesteśmy najbardziej łase? Oczywiście, bo oni wszyscy, a zwłaszcza narcyzy i maminsynki, są zepsuci przez matki. Świetnie się orientują, na co mamusia najbardziej się nabierze, i ćwiczą to już od małego. Jak taki synek wraca późno do domu, a mamusia jest zła, to robi piękne oczy i mówi: „Ale ja nie mogę patrzeć, kiedy tobie jest przykro“. I ona od razu topnieje niczym masło: „Ale ten mój synek mnie kocha“. Oni wiedzą, jak babkę zbajerować.

A my, z naszymi dziurami emocjonalnymi, niezapełnionymi w dzieciństwie, jesteśmy dla nich łatwą zdobyczą. Mało tego, silnie reagujemy na takie właśnie typy, bo są podobne do naszych wczesnych oprawców, że użyję tak mocnego słowa, czyli rodziców. Przy nich czujemy się jak w domu, jak u siebie. Rozumiesz? Dziewczyna, która nie była szczęśliwa, czuje się normalnie, kiedy jest nieszczęśliwa. Ona nie wie, co to znaczy być szczęśliwą. Ona wie, co znaczy pragnąć, wyobrażać sobie. Ale to, co ona sobie wyobraża, zwykle jest nierealne. Trzeba by jej na przykład wytłumaczyć, że chłopak, który z nią idzie na spacer i który czasem coś mówi, a czasem milczy, czasem jest wesoły, a czasem niepewny – jest właśnie fajny i normalny. Bo nikogo nie udaje. No a jakie ona ma wrażenie? Że dziwny, bo jej ciągle nie zabawia. Za to taki, który umie się wokół niej zakręcić, zabawia świetnie, tyle tylko że kilka panienek naraz, a potem znika. Bo jego kręci zabawianie kolejnych, a ona jest już ugotowana. Klasyczny lowelas, taki fircyk w zalotach – działa głównie na uszy. Powie dokładnie to, co chcemy usłyszeć, obieca wszystko. Ma to oczywiście swój urok, bo przyjemnie jest słyszeć miłe rzeczy o sobie. A jeszcze jak facet umie cię rozśmieszyć... Najlepiej mieć takiego, co to potrafi cię rozśmieszyć, ale też jak obiecuje, że przyjdzie, to przychodzi. A nie najpierw pozabawia, a potem znika jak kamfora. I kiedy ona pyta, co się stało, on odpowiada, że był strasznie zajęty. „No tak, był zajęty” – myśli ona, zamiast uświadomić sobie, że tak naprawdę on ma ją w dupie. I może nawet za miesiąc umówi się z nią i przyjdzie, ale pewnie dlatego, że żadna inna panienka z tych, które teraz bajeruje, nie będzie miała dla niego czasu. Mówię teraz dość okrutne rzeczy, ale może warto ich posłuchać, by nie cierpieć bardziej. Jest taka świetna książka „Nie zależy mu na tobie” Grega Behrendta i Liz Tuccillo, która pozwala uświadomić wszystkim babkom, że nie spotyka ich nic innego jak to, co spotyka też inne kobiety.

Spróbujmy w kilku słowach określić symptomy, na które warto zwrócić uwagę, żeby zdefiniować swój związek jako toksyczny? Toksyczny facet - zacznijmy od maminsynka. Czym się różni od mężczyzny, który ma dobre relacje ze swoją matką? Na przykład tym, że fajny facet, jeśli zobaczy, że matka jest niezbyt sympatyczna wobec jego dziewczyny czy, nie daj Boże, stałej partnerki, to zawsze weźmie stronę partnerki. Powie: „Przepraszam cię, mamo, ale to jest moja kobieta. Nie musisz jej kochać jak córki, ale powinnaś chociaż szanować“. Najgorzej jeśli facet nie tylko nie staje w twojej obronie, ale się wycofuje, mówiąc: „To wy sobie to między sobą załatwcie” albo wręcz: „Przeproś mamę, wiesz, jaka ona jest wrażliwa”. Maminsynek nie naraża się mamusi i nigdy się jej nie stawia. Przykre to bardzo, ale mamusie nie wychowują odważnych mężczyzn. To znaczy te, które wychowują maminsynków. One nie mogą uczyć ich odwagi, bo wtedy oni będą się im stawiać. Taki maminsynek dla świętego spokoju będzie też ulegał żonie. Ale po cichu zrobi swoje. Będzie zwodził, obiecywał…

A po wszystkim ładnie przeprosi i zamruga oczkami. Ależ jak on zamruga! Tak zamruga, jak rzadko kto. I ona przez lata będzie się nabierała na te jego oczka, aż dotrze do niej, że tylko oczka tak naprawdę od niego dostaje.

Bywają teściowe, które ciągle czegoś chcą: a to trzeba im coś naprawić, a to są chore. Gdzie leży ta granica, kiedy jest to za częste? Trzeba powiedzieć, że wiele dziewczyn kompletnie nie wie, gdzie leży ta granica. Gdzie jest współczucie, bliskość, serdeczność. Bo same tego nie zaznały. Ale jeśli jego matka jest serdeczna wobec ciebie, zwykle to czujesz i mówisz wtedy: „Jedź do mamy” albo „Chodź, razem pojedziemy”.

Jak się czuje partnerka maminsynka? A do dupy (śmiech). Czuje się, jakby miała w domu dziecko. Do tego kompletnie bezradne. Bo on zwykle nie wie, co w takiej sytuacji zrobić, chce z nią być, ale jakże ma ugryźć dłoń, która przez lata go karmiła?

I wszystko jest na jej głowie? Oczywiście. No, chyba że tego wszystkiego nie weźmie. No ale jak chce się popisać przed teściową, że jest świetną żoną, to weźmie. Tylko że jeśli naprawdę ma do czynienia z matką maminsynka, to ona i tak nie da się przekonać, bo swoje wie. Baba zabrała jej dziecko i koniec.

Czy opór wobec matki i więzi, która łączy ją z synem, może zmienić maminsynka? Moja pierwsza teściowa potrafiła zadzwonić do mnie rano z pytaniem, czy Pawełek zjadł śniadanie. Z tym że ona była dla mnie bardzo miła i ją lubiłam, ale te telefony i matkowanie dorosłemu facetowi było dla mnie bardzo przesadzone i śmieszne. Kiedy przynosiła mu kanapki, to pytałam, czemu mu nie pogryzła, bo miałby jeszcze łatwiej. Polecam książkę „Mężczyzna pozwala kochać. Głód kobiety” Wilfrieda Wiecka. Napisana przez maminsynka, który przeszedł metamorfozę. Dzięki drugiej żonie, która była mądrą kobietą, bardzo wyraźnie stawiającą granice i jak sam pisze – bezwzględną. Dokładnie wiedział, czego ona chce, co jej się podoba, a co nie. I to go uratowało, ona go uratowała. Niektóre feministki powiedzą teraz: „Czyli znów cała robota spada na nas”. No a kto jak nie my ma to zrobić? Ja tam się bardzo dobrze czuję z tym, że jestem mądrą kobietą, oczywiście wolałabym, żeby mój facet też był mądrym facetem, ale skoro tak nie jest, to co mam zrobić?

Ale umówmy się: rzadko się zdarza, żeby spotkało się dwoje zdrowych, dorosłych i mądrych ludzi. Choć się zdarza. Tacy ludzie pochodzą ze zdrowych, ciepłych domów, w których drugiego się szanuje i kocha. Nie ma zbyt wielu takich domów. Czasem trafi się, że jedna osoba jest mądrzejsza i może podciągnąć drugą do swojego poziomu, jeśli ta ma wystarczająco dużo zasobów i motywacji. Ale większość to pogubieni w lesie Jaś i Małgosia.

Czyli toksyczny facet - maminsynek może się zmienić? Może, czasem sam bywa zmęczony dotychczasowym układem sił i pragnie tej zmiany. Mój mąż na przykład podziękował mi, że go uwolniłam od matki. Choć jakoś specjalnie na tym się nie skupiałam, po prostu jasno wyznaczałam granice jemu i jego mamie. Grałam z nią w antygrę. Polega to na tym, że idziesz za tym, co ona pozornie pokazuje. Na przykład teściowa szykowała dla nas stół tylko z dwoma nakryciami, a na pytanie: „No a ty z nami nie zjesz?“, odpowiadała, że nie, skąd, już się najadła, nie chce przeszkadzać. Wiele razy próbowałam ją nakłaniać do zmiany zdania, zapraszać, ale kiedy zobaczyłam, że to nie działa, powiedziałam: „Jeżeli nie chcesz przeszkadzać, to może idź do kuchni…”, i natychmiast usiadła z nami do stołu. Ludzie zwykle mówią: „O, ty to ostra jesteś”. Nie, ja po prostu wyciągam wnioski. Od dziecka czułam, że jeśli się o coś sama nie postaram, to prawdopodobnie nie będę tego miała. Bo dorosłych nie interesuje, czego chcą dzieci. Ich interesuje to, czego oni chcą od dzieci. Tylko przy niani mogłam być w pełni sobą.

Każdy chyba marzy o kimś, przy kim może być sobą. I nie musieć się starać. To pieprzone wieczne staranie się!

A ile się trzeba nastarać, by być z narcyzem... Narcyz to też toksyczny mężczyzna. Jest tak zajęty sobą, że nawet nie zwróci uwagi na to twoje staranie się. Jeśli go podziwiasz, to jeszcze jesteś potrzebna. A kiedy zaczynasz się zajmować sobą, następuje śmiertelna obraza i dostajesz po łapkach.

Ale na początku potrafi być uroczy i uwodzący? On nie uwodzi, a jedynie pokazuje: „Zobacz, kogo możesz mieć, jakiej dostąpić wspaniałości“. Jak w tym żarcie. Dziewczyna jest z chłopakiem na pierwszej randce i w pewnym momencie mówi: „Słuchaj, mam wrażenie, że ciągle mówisz o sobie“. On na to: „Przepraszam, zmieńmy temat i porozmawiajmy o tobie. Co o mnie myślisz?“.

No ale dlaczego dziewczyny i kobiety na to idą? Misiu, one się zwyczajnie łapią na wszystko. WSZYSTKO. Byle je ktoś chciał. Byle im się wydawało, że je chce. I zrobią dużo, żeby nie zobaczyć, jak on je chce, za jaką cenę je chce – cenę, którą one zapłacą. Co nie znaczy, że mężczyźni nie płacą ceny. Są przecież babki, które świetnie wiedzą, na co faceta rwać i czego od niego chcieć. Jeśli były od dziecka śliczne, wdzięczne i słodkie, to są wyedukowane w kwestii tego, co mogą w ten sposób zdziałać. Część traktuje więc seks bardzo instrumentalnie, a część bardzo go unika. Co może, ale nie musi znaczyć, że były też molestowane. A to są za trudne tematy, by je teraz w kilku zdaniach streścić. Dla osób, które tego nie doświadczyły, mogą być w ogóle niezrozumiałe. Ale ludzie wielu rzeczy nie rozumieją. Na przykład tego, jak można tkwić latami w toksycznym związku, gdzie jest facet, który obraża kobietę

W książce podajesz przykład dwóch myszek wrzuconych do beczki z wodą. Pierwsza męczy się, męczy, aż się utopi. Druga też się męczy, ale co jakiś czas dostaje patyczek, którego może się na chwilę uchwycić... ...i dostaje go bardzo nieregularnie. Raz po pięciu minutach, a raz po miesiącu. I ona ten miesiąc wytrzyma. Będzie się męczyć, ale wytrzyma. Przekładając to na związek: jeden facet zawodzi stale, umawia się i nie przychodzi. Ona się z nim pomęczy chwilę, ale ostatecznie odejdzie. Drugi facet najpierw umówi się z nią kilka razy i będzie przeuroczy, będzie ją bawił, komplementował i na koniec rzuci, że w sobotę zadzwoni. Ona czeka na darmo, wreszcie daje sobie z nim spokój. Aż tu nagle on znów dzwoni i obsypuje komplementami, kwiatami. I ona się cieszy: „Ach, jak cudownie, że się w końcu odezwał“. Nie dotrze do niej, że ją zawiódł i jeszcze nieraz zawiedzie. Nie mówię, że ona musi od razu go skreślać, może z nim co jakiś czas wyjść, nawet iść do łóżka, pod warunkiem że wie, że do poważnego związku on się nie nadaje, bo to toksyczny facet. Ja w ogóle zachęcam dziewczyny, żeby spotykały się z wieloma facetami, niekoniecznie z nimi jednocześnie sypiały, ale chodziły na randki, do kina, do knajpy. Żeby tak się strasznie nie nastawiały na tego jedynego, co ma im do końca życia wystarczyć i poza którym świata mają nie widzieć. I jeszcze się starać, żeby się nimi nie znudził.

Wracając do naszych typów, z tego, co mówisz, narcyz niewiele różni się od maminsynka. Bo znów wszystko jest na twojej głowie. I nie jesteś ważna. Choć dla maminsynka możesz być ważna, zwłaszcza gdy mamusi zabraknie, dla narcyza – nigdy. Dla niego ludzie nie są ludźmi, tylko cieniami. Jesteś najwyżej jego poduszeczką, wózeczkiem, na którym on jeździ.

Strasznie smutne musi być życie takiego narcyza. Owszem, ale ponieważ on jest bardzo zajęty sobą, a jeszcze może być do tego inteligentny, ładny i odnosić sukcesy, to w taki sposób tego nie odczuwa. Choć może być bardzo nieszczęśliwy, jeśli się nim nie będą zachwycać. Może wręcz znienawidzić ludzi.

Czyli jest jednak zależny od tych cieni. Ależ oczywiście, i to bardzo. Jeśli sama jesteś narcyzką i wspólnie dbacie o swój wizerunek, może wam być razem bardzo dobrze… Co się dziwisz? Nie widziałaś takich par, dwojga zapatrzonych w siebie narcyzów? A bo to wszystkie dziewczyny są normalne? One są tak samo pokrzywione jak faceci. Też bywają córeczkami tatusia lub mamusi, narcyzkami, egocentryczkami, psychopatkami... Jest oczywiście jakaś pula względnie normalnych i względnie zdrowych dziewczyn, tak jak i mężczyzn.

Przyznam, jest w tym jakaś sprawiedliwość, jak narcyz trafia na narcyzkę, a psychopata na psychopatkę. Tylko wtedy oboje muszą się ustawić w tym samym kierunku. On będzie prezydentem, a ona panią prezydentową, jak w „House of Cards“. I tak dochodzimy do kolejnego typu: toksyczny mężczyzna - psychopata i bardzo podobny do niego charakterologicznie socjopata. Na tle innych wyróżnia ich to, że nie znają uczuć wyższych. Z tym, że socjopatia to coś, co zostało wykształcone w trakcie wychowania lub raczej jego braku, a psychopatia to, jak wskazują badania, cecha, którą się ma już od urodzenia.

Czym pociąga toksyczny mężczyzna - psychopata? On wie, czego chce i jak ma to dostać. Postrzega innych ludzi, inaczej niż narcyz, jako tych, od których można dostać wszystko, co tylko się chce. Pod warunkiem, że się ich dobrze zażyje. A on świetnie wie, jak ich zażyć, bo psychopaci to często bardzo inteligentne osoby. Psychopaty nic nie boli, więc nie bardzo przejmuje się bólem innych. Dlatego może cię zwyczajnie wykorzystać. Ma władzę nad tobą i się nią upaja.

Umie być uroczy? Kupić kwiaty, recytować wiersze? Na początku tak. Potem odbierze sobie to, co zainwestował, i to w trójnasób. Jego nie da się zreformować, narcyza zresztą też. Przy narcyzie możesz tkwić, pod warunkiem że za bardzo cię nie niszczy i masz z nim jakieś wspólne cele, a razem łatwiej będzie wam je zrealizować. Natomiast psychopata cię zeżre. I powie jeszcze, że mało albo że byłaś żylasta.

Przy psychopacie czujesz się... ...jak ścierka. On jest właśnie tym, co daje te patyczki.

W książce piszesz: „w związku z psychopatą kobieta próbuje być idealna, cały czas pokazać się z dobrej strony, nie mówi, że czegoś nie zrobi czy nie ma na to ochoty, bo boi się jego reakcji“. Bo wtedy on huknie albo fuknie, albo złośliwie powie: „Nie no, ja myślałem, że ty jesteś wrażliwsza”. I jeśli ona nie jest pewna siebie, to strasznie się tym przejmie. Na dodatek często odcina ją od znajomych i przyjaciół, bo mu się nie podobają lub nie lubi, jak ona spędza bez niego zbyt dużo czasu, a tak naprawdę chce mieć nad nią kontrolę. Już on zadba o to, żeby być całym jej światem, a potem nie będzie miała komu się pożalić. W związku z psychopatą charakterystyczne jest też wieczne poczucie winy i przekonanie, że to z tobą jest coś nie w porządku. W takiej relacji kobieta traci swój blask, więdnie. Ile znasz pięknych kobiet, które przy mężusiu ledwo nogami powłóczą? On rośnie w siłę i muskulaturę, a one marnieją, tak jakby wysysał z nich życiową energię. I zostają tylko odruchy: wstać, uprać, kupić, ugotować, odwieźć dzieci, wyprasować mu koszulę.

Może zatem jeśli ktoś mówi ci, że więdniesz w tym związku – posłuchaj go i zastanów się, czy nie jesteś z kimś, kto cię niszczy. Oczywiście taka kobieta, żeby uratować iluzję, w której żyje, może sobie powiedzieć: „Mówi tak, bo mi zazdrości“, może też tak powiedzieć jej partner: „Nie słuchaj koleżanek, popatrz, jak na mnie lecą, przecież ja w każdej chwili mógłbym zamienić cię na każdą z nich” i ona czuje, że to prawda. Bo ani w szkole, ani w domu nikt nie zaszczepił jej nawyku myślenia o sobie ani dbania o siebie. Ma być zwierzątkiem, które jest na usługi.

A jaki jest ten normalny, nietoksyczny partner? Przede wszystkim jest wystarczająco miły, spokojny, zapobiegliwy, inteligentny i pracowity. Żaden heros czy George Clooney. Po prostu zwykły Grzesiek albo pan Czesiek.

A ty przy nim czujesz się jaka? W porządku, zwyczajna. Dobry związek to taki, w którym czujesz się normalnie, przeciętnie. Nie jesteś księżną Monako. I z tym najtrudniej się pogodzić. Że nie zabrał cię do Paryża i nie obsypał różami z helikoptera. Dlaczego babom tak się Grey podobał? Bo był przystojny i nieziemsko bogaty. A ona czuła się przy nim zawsze wyjątkowo.

To pragnienie wyjątkowości pcha nas tak w ramiona toksycznych kochanków? Samo pragnienie nie jest takie szkodliwe, tyle tylko że nie można czuć się wyjątkowo cały czas. Fajnie, jak mamy to od święta i umiemy się wtedy tym nakarmić, by starczyło też na ten czas, kiedy czujemy się zwyczajnie. A zwyczajnie znaczy bezpiecznie, normalnie, spokojnie, średnio, po prostu dobrze. Dużo ludzi nie zna tego stanu w ogóle, a te kobiety, które znają chaos uczuciowy lub lęk, nawet nie wiedzą, jak w nim można chcieć być, bo to dla nich nudne. Na szczęście można się tego nauczyć.

Jak rozpoznać, czy jesteś w dobrym, a nie toksycznym związku?

  • czujesz się psychicznie bezpieczna, co nie oznacza, że jesteś szczęśliwa 24 godziny na dobę, że nie ma kłótni i momentów samotności, tylko że ogólnie odczuwasz przy partnerze bezpieczeństwo emocjonalne;
  • możesz pokazywać swoje emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, możesz mówić prawdę, nawet jeśli jest ona dla partnera niemiła, nie boisz się, że go stracisz, umiesz się przed nim pokazać taka, jaka jesteś;
  •  czujesz się wartościowa, oczywiście czasami popełniasz błędy i nie jesteś idealna, ale twój rdzeń – poczucie bycia ważną – się nie zmienia;
  •  wasza relacja jest stabilna, nie chodzi o to, że zawsze odczuwacie fascynację, zazwyczaj jest „średnio“ z ewentualnymi romantycznymi momentami, ale na pewno nie ma w waszym związku skrajności;
  •  umiecie rozmawiać o kryzysach i przyznać się, jeśli coś się wypaliło, nie lubicie zadawać sobie bólu i się niszczyć, a kiedy uznacie, że związek nie czyni was szczęśliwymi, umiecie rozstać się po koleżeńsku;
  •  masz swoją wolność: możesz wychodzić z koleżankami, możesz zostawić z nim dzieci i spędzić czas tylko we własnym towarzystwie, pozwalasz też partnerowi na kontakty z innymi ludźmi i rozumiesz, że on także musi czasem samotnie spędzić czas, ludzie często i chętnie do was przychodzą, bo dobrze się czują w waszym towarzystwie;
  •  w waszym domu jest dobrze z finansami, nie chodzi o luksus, ale o to, że nikt nikogo nie utrzymuje, każdy ma własne pieniądze, lub macie je wspólne i od czasu do czasu robicie sobie jakieś miłe prezenty;
  •  masz ochotę dbać o siebie, czasem założyć szpilki, pomalować na czerwono usta, czujesz się lekko i dobrze także fizycznie;
  •   związek jest tylko częścią twojego życia, nawet jeśli najważniejszą.
Toksyczny mężczyzna to niestety pułapka, z której trudno się uwolnić. Tacy partnerzy tylko z pozoru wydają się idealni, w rzeczywistości jednak niszczą psychicznie i emocjonalnie, wypalają od środka. Powyżej Katarzyna Miller pomogła znaleźć odpowiedź na to, kiedy i dlaczego facet jest toksyczny oraz jak go rozpoznać, ale żeby zerwać taką relację, kobieta musi znaleźć na to siłę – choćby i z pomocą psychoterapeuty, przyjaciół czy rodziny.

Źródło: Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska, „Instrukcja obsługi faceta”, Wydawnictwo Zwierciadło 2017