1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Stres z perspektywy homara. Czy mindfulness jest lekarstwem na wszystko?

Stres z perspektywy homara. Czy mindfulness jest lekarstwem na wszystko?

Kiedy homar rośnie, jego ciało się powiększa, a skorupa nie. To sprawia mu ból, więc ją zrzuca. Mindfulness proponuje, by tak jak homar traktować trudne emocje jako okazję do rozwoju. (Fot. iStock)
Kiedy homar rośnie, jego ciało się powiększa, a skorupa nie. To sprawia mu ból, więc ją zrzuca. Mindfulness proponuje, by tak jak homar traktować trudne emocje jako okazję do rozwoju. (Fot. iStock)
W codziennym zabieganiu, przytłoczeni ciężarem własnych emocji i oczekiwań innych, szukamy cudownego środka, który ukoi nerwy i pozwoli cieszyć się życiem. Czy popularna w Polsce praktyka uważności jest w stanie nas uzdrowić? Pytamy trenerkę mindfulness Zuzannę Ziomecką. 

Czym właściwie jest praktyka uważności, czyli mindfulness? Kiedy o niej słyszę i czytam, to mam wrażenie, że sposobem na wszystko… To przez naukowców. Neurolodzy, lekarze i psycholodzy zakochali się w mindfulness i od dwudziestu paru lat robią coraz więcej badań, z których wynika, że uważność pomaga zmniejszać stres, zwiększać odporność, usprawniać pracę intelektualną i wzmacniać inteligencję emocjonalną. Co więcej, badania udowadniają, że medytacja mindfulness zapobiega nawrotom depresji i poprawia jakość życia osobom żyjącym z chronicznym bólem. Właściwie wskazań jest jeszcze więcej, bo w ostatniej dekadzie programy  mindfulness wyszły ze środowisk medycznych i zaczęły się roznosić w systemach szkolnych i akademickich, więzieniach i w środowisku biznesowym. Wygląda na to, że za cokolwiek byśmy się zabrali lub z czym zmagali, z mindfulness pójdzie nam lepiej. Mimo wszystko to nie jest narzędzie typu śrubokręt.

Jest rodzajem umiejętności, fachu? Raczej pewną postawą wobec siebie i świata, która jest bardzo trudno dostępna dla ludzi w warunkach naszej obecnej cywilizacji. Jon Kabat-Zinn, twórca programu redukcji stresu opartego na mindfulness, mówi, że to jakość, która płynie z uwagi poświęconej bieżącej chwili w sposób intencjonalny i nieoceniający. „Rewolucja mindfulnessowa”, która rozpoczął, wynika z założenia, że nasza uwaga jest jak mięsień, który można wyćwiczyć. Podobnie jak ciało, które nabiera formy dzięki treningowi, tak też uwaga dostosowuje się do sposobu, w jaki jest używana. A gdy nasza uważność jest w formie, wszystko to, na co kierujemy uwagę, działa lub wygląda lepiej.

Większość z nas ma tendencję do używania uwagi do kilku rzeczy jednocześnie. Takie czasy, taka technologia, takie możliwości. Tyle ról społecznych mamy, tyle czapek na głowie, każda wolna chwila to okazja do tego, by spojrzeć w tyle rożnych aplikacji na telefonie… Multitasking, czyli przełączanie naszej uwagi z jednej rzeczy na drugą, stał się standardem społecznym. Nabraliśmy tego nawyku w miarę rozwoju technologii i przekonania, że udane życie to takie, w którym jesteśmy cały czas zajęci. Dzieci, które dorastają w tym świecie, często nie znają innego sposobu funkcjonowania. To drugi po multitaskingu nawyk, który jest bardzo szkodliwy dla jakości naszego życia – nie dajemy sobie czasu na wytchnienie. Zawsze coś.

To powoduje także, że wielu rzeczy nie kończymy. Nie sądzisz, że obecnie raczej porzucamy pewne projekty czy relacje na rzecz innych, niż je domykamy? Tak własnie jest. Widać to doskonale na przykładzie rynku księgarskiego, który walczy o przetrwanie. To przetrwanie polega na tym, że co chwila trzeba wydawać coś nowego. Większość osób, które znam i które kochają czytać, zaczyna kilkanaście książek naraz i żadnej nie kończy, bo co chwila pojawia się nowa, fascynująca pozycja w katalogu wydawców, którą trzeba natychmiast kupić, ponieważ za moment zniknie z księgarni. Stos książek rośnie odwrotnie proporcjonalnie do możliwości ich przeczytania. Takich stosów jest więcej. Bo ludzie dziś maja strasznie dużo na głowie. Na kursach redukcji stresu poprzez medytację mindfulness, które prowadzę, staramy się wytropić momenty, gdy wyłączamy naszą świadomą obecność i zaczynamy działać na autopilocie. Okazuje się, że zazwyczaj zdarza nam się to na końcu jakiegoś działania. Ludzie nie są pewni, czy wyłączyli żelazko, „nie pamiętam, czy zamknęłam drzwi”, „czy wyłączyłam gaz?”. Na kursie uczestnicy odkrywają, że te czynności na końcu zadań często robimy bez poświęcania im uwagi, bo jesteśmy już myślami przy kolejnym działaniu na liście „do zrobienia”. Dlatego nie pamiętamy, co nasze ciało wtedy robiło. I bywa, że po prostu czegoś nie skończyło. Drzwi nie zamknęło, gazu nie wyłączyło, książki nie doczytało. Znak czasów.

Zmiana takich wypracowanych latami nawyków nie jest łatwa. Czy w ogóle możliwa? Uważność to pewna kompetencja i cecha charakteru, która wyrabia się przez całe życie. Są dowody na to, że po 8-tygodniowym kursie redukcji stresu metoda mindfulness jesteśmy w stanie wydeptać nową neurologiczną ścieżkę, mającą znamiona nawyku. Ale żeby ten nawyk pozostał i żeby ta jakość miała szanse wyrazić się w pełni, trzeba uważność zaprosić do swojego życia na stałe. Ukończenie kursu MBSR to dopiero początek.

Mówisz, że podstawa uważności jest używanie swojej uwagi w sposób intencjonalny i nieoceniający. Co to znaczy? Zacznę od drugiego aspektu. Nasza tendencja do tego, aby oceniać, że coś jest złe, fajne czy obojętne, to pewien kompas, według którego sterujemy i segregujemy doświadczenia. Jednak ta cecha umysłu bywa też źródłem negatywnych emocji i stresu. Bo kiedy w reakcji na coś małego, typu brak odpowiedzi na e-maila, oceniamy, że sobie nie poradzimy albo że świat jest dla nas niesprawiedliwy, to nagle nasz stan emocjonalny cierpi w sposób absolutnie nieproporcjonalny do tego, co się wydarzyło. Dlatego ćwiczenie brania życia takim, jakie jest, bez nakręcania dookoła każdego doświadczenia całego supła ocen i zbędnych myśli, jest bardzo istotnym elementem praktyki mindfulness. Kiedy uczymy się oceniać wydarzenia łagodniej albo wcale ich nie oceniać, nasza zdolność do utrzymania równowagi psychoemocjonalnej radykalnie się wzmacnia. To nam pomaga w relacjach, w pracy i we wszystkich sytuacjach, które sprawiają nam trudności. Drugim składowym praktyki mindfulness jest wspomniana intencjonalność. Jedna z cech rozleniwionej uwagi jest pomijanie rzeczy znajomych. To postawa na zasadzie: „To już znam, już widziałem, wszystko wiem na ten temat”. W ten sposób zwykłe rzeczy, które są nam znajome, przestają być dla nas widoczne. Gdy mimo bliskości tematu lub człowieka kierujemy swoją uwagę intencjonalnie na coś znajomego, nazywamy to „umysłem początkującego”. Pomaga to zobaczyć rzeczy powszechne świeżym okiem. Dzięki temu jesteśmy w stanie zauważyć, jak zmieniają się ludzie, my sami i świat dookoła nas. Nie przegapiamy istotnych zakrętów, momentów wymagających od nas działania. Nie przesypiamy okazji i nie tracimy głębokiego połączenia z bliskimi. Czyli: zauważamy nową fryzurę swojej zony.

Uważność jest wyborem polegającym na tym, że w wakacje nie jadę w zupełnie nowe miejsce, tylko w to samo co w zeszłym roku? Dobrze kombinujesz. Ale uważność jest jeszcze o krok wcześniej. To podejmowanie decyzji, dokąd chcę pojechać na wakacje, w zgodzie z tym, czego naprawdę potrzebuję. To sztuka zauważenia, co mi służy, a co osłabia. Czyli w przypadku wakacji to wybór polegający na tym, jaka forma odpoczynku na mnie działa najlepiej, versus wybór modnego kierunku lub takiego opartego na potrzebie konkurowania z Kowalskimi. Uważność jest bardzo skuteczna w przeprogramowywaniu się i wychodzeniu z krzywdzących nawyków. Dlatego medytacje mindfulness są prowadzone także w środowiskach trudnych, np. w więzieniach, gdzie pomagają osadzonym dokonać zmian pozwalających poruszać się nowymi ścieżkami na wolności i nie wrócić na stare koleiny po wyjściu z więzienia.

Więzienie to dobry przykład. W końcu wszyscy jesteśmy więźniami swoich nawyków. Lubimy tak myśleć: „jestem, jaka jestem, i nic nie jest w stanie tego zmienić”. Wierzymy, że tylko w dzieciństwie możemy zaprogramować człowieka w określony sposób, a potem to już pozamiatane. Mindfulness, ale też neurologia, mówią coś zupełnie innego. Nasz mózg jest plastyczny przez całe życie. Zdolność uczenia się oraz nabywania nowych umiejętności i przyzwyczajeń jest jego stałą cechą.

Co więcej, on dzięki temu w ogóle funkcjonuje. On się tym po prostu karmi. Mindfulness pomaga dokonać zmiany w sposób niesłychanie delikatny. Uważność do niczego nie zmusza, jedynie stawia przed tobą lustro i mówi: „Patrz, jest ci niedobrze w tej chwili. Dlaczego jesteś zła? Zdenerwowana? Co ci nie służy? Przyjrzyj się sobie”. I nagle, gdy zaczynamy się sobie przyglądać, zarówno na poziomie ciała, jak i myśli czy emocji wynikających z myśli, dochodzimy do wniosku: „Aha, ja zawsze czuje się gorzej po spotkaniu z tą jedną koleżanką”. Albo doznajemy olśnienia: „Boże, jak ja kocham moją pracę! To, że zarabiam mniej niż siostra, która mi imponuje, właściwie jest mniej istotne niż to, że uwielbiam swoje zajęcie”. Zaczynamy zwracać uwagę na to, co jest nam potrzebne do szczęścia, zamiast słuchać tych wszystkich ekspertów, w których ręce składamy swoje życie. Jak dziecko się źle zachowuje, idziemy do pedagoga, mamy trudną relację – zapisujemy się do terapeuty, a gdy zdarza nam się trudna sytuacja w pracy, to dzwonimy do coacha. Bardzo często sięgamy po pomoc, zanim zadamy sobie trud, by zrozumieć siebie, swoje potrzeby i to, co sami zrobiliśmy, żeby dany problem się pojawił. W ten sposób uniemożliwiamy zresztą tym wszystkim ekspertom prawdziwą pomoc, bo nie dajemy im pełnych danych na swój temat. Minfulness sugeruje zatrzymanie się i NIE-działanie, a to też jest sprzeczne z tym, co mówią nam dzisiejsze czasy. Mamy taki odruch, że gdy pojawia się problem, chcemy go od razu rozwiązać. Jeszcze nie zrozumieliśmy, na czym polega i skąd się wziął, ale już szukamy na niego sposobu.

Dlatego uwielbiam postać z „Davida Copperfielda” – Pana Dicka, który w momentach paniki lub zwątpienia zawsze proponuje herbatę. Moim zdaniem to najlepsza rada, kiedy nie wiesz, co zrobić. Napić się herbaty. Doskonałe! Świetne! Można się napić herbaty, pójść na spacer, „przespać się z tym” lub poćwiczyć na siłowni. Byle dać sobie czas i przestrzeń do ostudzenia i namysłu, zanim ruszymy do działania. Bo taka nawykowa reaktywność – samokrytyka, obżarstwo, papieros czy dziki atak – najczęściej pogarszają sytuację, zamiast ją poprawić.

W mojej pracy brakuje mi rytuałów związanych z kończeniem czegoś lub zaczynaniem. Takiej iście filmowej sceny kiedy pisarz kończy książkę, pisze „the end”, odchyla się na krześle, przeciąga, wypija filiżankę herbaty własnie albo lampkę wina, zapala papierosa… No bo jak znaleźć na to dobry moment, kiedy robimy wiele rzeczy jednocześnie? Kończymy artykuł, sprawdzając jednocześnie Facebooka i planując odebranie dziecka z przedszkola oraz to, co zjemy potem na kolację. Nie ma wyraźnego początku i zakończenia jakiejś czynności, bo te rzeczy dzieją się symultanicznie.

I dziwimy się, że ten czas tak szybko mija. Moja mama już w styczniu mówi, że za chwile będzie Wielkanoc. Najważniejszym rytuałem w mindfulness jest przeznaczenie dla siebie 40 minut każdego dnia. Przez tempo, w którym żyjemy, to jest największe wyzwanie dla moich kursantów. W tym czasie czasu medytujesz, czyli siedzisz i ćwiczysz wysyłanie swojej uwagi tam, gdzie chcesz, by ona była, z założeniem, że może być tylko w jednym miejscu naraz. Ten czas ma swój wyraźny początek, środek i koniec. Po czwartej sesji na kursach mindfulness, która dotyczy fizjologicznej reakcji na stres, kursanci dostają szereg propozycji, jak można bardziej uważnie przechodzić między jednym etapem dnia a drugim. Bo często właśnie w momentach takich „przejściówek” wyłączamy uwagę i bywa, że nie pamiętamy nawet drogi z pracy do domu. Tymczasem „przejściówki” są być może najlepszym momentem, by dać sobie trochę wytchnienia. Zamiast pisać SMS-y, planować obiad czy czytać gazetę, najlepiej potraktować drogę do domu po pracy jako czas wytchnienia. Jeśli jedziemy samochodem, wyłączmy radio, zwróćmy uwagę na to, jak mocno trzymamy kierownicę, wsłuchajmy się w dźwięki za oknem. Gwarantuje, że po takiej przerwie, kiedy uwaga ma okazje skupić się na bardzo niewielu bodźcach, w domu będziemy odświeżeni, z głową wolniejszą od chaotycznych wątków z życia zawodowego. Będziemy bardziej otwarci na domowników, którzy czekają na nas ze swoimi historiami. A już zdecydowanie polecam odosobnienia, czyli kilkudniowe wyjazdy, podczas których w ciszy spotykasz się ze sobą. Wyłączona komórka, zero kontaktu ze światem, tylko ty i skrawki myśli, jakie są w twojej głowie, wątki, których nie zdążyłaś sobie w całości wyświetlić, a teraz masz wreszcie na to czas. Ja wtedy czuje się, jakbym sama siebie zapraszała do kina na seans. Siedzę na widowni i wyświetlam sobie różne opowieści, jakie pałętają się po mojej głowie. Wreszcie mogę zobaczyć, jak się kończą. Na przykład opowieść o mnie w domku na wsi. Kiedy podczas jednego z odosobnię wyświetliłam ją do końca, okazało się, że ten scenariusz jednak nie jest dla mnie – kończy się sfrustrowana samotnością w zimowe wieczory z dala od przyjaciół i spotkań z kultura.

Odosobnienia mogą być wyzwaniem ponad siły. Kiedy spotykamy się z myślami, przed którymi uciekaliśmy… Nikt nie powiedział, że w życiu ma być tylko przyjemnie. Uważność wymaga odwagi. Bo to jest mierzenie się z rzeczywistością. I masz rację, wielu rzeczy na co dzień unikamy. I tu docieramy do pytania o to, co nas motywuje do przyjęcia postawy uważności w życiu. Jeżeli komuś chodzi o to, żeby było łatwo i przyjemnie, to się może rozczarować. Rożnica miedzy mindfulness a terapią polega miedzy innymi na tym, że tu mierzymy się z problemami w sporej samodzielności. To znaczy, że możemy kontrolować tempo stawiania czoła upchniętym pod dywanem zaległościom. Możemy w samotności oswajać się z niewygodami i swoimi prywatnymi prawdami, które nie zawsze są łatwe i piękne.

Czego jeszcze uczy medytacja uważności? Że wszystko przemija – to jedna z prawd, z jakimi oswaja medytacja. Nie da się zatrzymać chwili. Są bowiem dwie postawy, które sprawiają, ze cierpimy. Pierwsza to próbowanie zatrzymania czegoś, co jest dobre, tak by trwało wiecznie, druga to próbowanie unikania tego, co złe, bolesne. Obie rzeczy są niemożliwe. Mindfulness uczy, by, kiedy jest źle, nie ociekać w pracę czy używki, tylko w tym być. Wtedy okazuje się, że ból wcale nie jest taki ciężki do zniesienia. Jest o wiele trudniejszy, kiedy go unikamy. Co więcej, on zawsze w końcu mija. Świadomość tego pomaga znosić trudności z godnością i doświadczyć prawdziwej przyjemności.

Dla wielu osób unikanie bólu to unikanie emocji, a mindfulness to prosta droga do świętego spokoju. Tak, jest takie błędne przekonanie, że mindfulness daje spokój i wolność od wszelkich trudności, a to nieprawda. Jon Kabat-Zinn mawia, że nie jesteśmy w stanie powstrzymać fal, czyli cierpienia, ale jesteśmy w stanie nauczyć się po nich serfować. Bardzo zainspirował mnie ostatnio krótki filmik z wypowiedzią pewnego rabina, który tłumaczy, w jaki sposób rośnie homar. Jego ciało staje się większe, a jego skorupa nie. To sprawia mu ból i dyskomfort, wiec żeby sobie poradzić z tą trudna sytuacja, homar zrzuca swoją skorupę. Chowa się wtedy, bo jest zbyt podatny na zranienie, i wyrasta mu nowa skorupa na miarę jego większego ciała. Ten proces się powtarza, bo homar znów wyrasta ze starej skorupy. Rabin śmieje się, że, całe szczęście, homary nie mają dostępu do służby zdrowia, bo gdyby współczesny lekarz dostał homara w swoje ręce, to dałby mu środki przeciwbólowe i biedny homarek nigdy by nie urósł ani nie doczekał się wygodnej, szytej na swoją miarę skorupki. Bo to, co proponuje rabin, ale też mindfulness, to traktować stres czy trudne emocje jako okazje do rozwoju.

Kiedy w twoim życiu pojawiała się uważność? W momencie, kiedy wydawało mi się, że nic szczególnego się nie dzieje. W trakcie kursu dostałam jednak od życia dwa sierpowe: lewy i prawy. Posypał mi się duży projekt zawodowy i zmarła bardzo bliska mi osoba, moja babcia Wandzia. Dzięki mindfulness nauczyłam się, że można doświadczać takich trudności, nie roztrzaskując się o glebę i nie rozsypując na kawałki. Że będąc przy swoich emocjach, jestem w stanie głębiej przeżyć śmierć babci, a kiedy wali mi się coś w życiu zawodowym, to mimo że jestem głównym żywicielem rodziny, nie muszę panikować. Mogę się bać i dziwić, nawet być zła i smutna, ale nie muszę mieć natychmiast rozwiązania. Mogę przeczekać burzę wewnętrzną, a potem racjonalnie zacząć działać, bez nerwowych ruchów. Niedługo po tym byłam już na kursie dla trenerów MBSR.

Jest coś, czym praktyka mindfulness cię zaskoczyła? Czego się nie spodziewałaś? Dała mi coś, za co jestem bardzo wdzięczna. Do 18. roku życia byłam bardzo grzeczną dziewczynką, krótko trzymaną przez mamę. Kiedy wyjechałam na studia do Stanów, na drugi koniec świata, zmieniałam się w międzynarodową królową parkietów i balang. To odreagowanie trwało prawie 20 lat! Korzystałam na całego z wielkomiejskich rozrywek towarzyskich i w pewnym momencie uwierzyłam, że ja taka jestem, że muszę być poza domem. Dzięki praktyce uważności zauważyłam, że związane z tym zarywanie nocy, picie alkoholu czy przebywanie w papierosowym dymie od bardzo długiego czasu mi nie służy. Zmieniłam swój sposób gospodarowania czasem. Teraz gdy mam wolną chwilę, nie wychodzę odruchowo „w miasto”, tylko IDE do bliskich mi ludzi. To poprawiło jakość moich przyjaźni, a jednocześnie moje zdrowie i relacje z domownikami. Zaskoczona jestem też tym, że z każdym kolejnym kursem, który prowadzę, odkrywam coś nowego o sobie, a to, co odkryłam na poprzednim, niekoniecznie podczas kolejnego jest nadal aktualne! Mam taką cechę, że powtarzalność mnie nuży, a tu nic się nie powtarza. Utwierdzam się w przekonaniu, że mindfulness to praca na całe życie, ta zmiana nie ma końca.

Ale czy to jest bardziej nakładanie kolejnych warstw czy odzieranie z nich? Ani jedno, ani drugie. To raczej niebo, przez które przepływają obłoki, większe, mniejsze, czasem jeden wypływa z drugiego, potem jest pusto przez chwilę i znów pojawiają się cirrusy. Cały czas coś się dzieje. I to nie jest tak, że jak zobaczysz jedną chmurę i rozpoznasz w niej kształt słonia, to już wiesz wszystko o chmurach. O nie, niebo może cię jeszcze nieraz zaskoczyć.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poradzisz sobie z tym – dr psychologii Brian King o sposobach radzenia sobie ze stresem

Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Doktor psychologii i stand-uper w jednym? To jest możliwe, a nawet pomocne. Brian King, autor książki „Na luzie”, twierdzi, że poczucie humoru to jedno z podstawowych narzędzi radzenia sobie ze stresem. To plus dokonywanie świadomych wyborów, właściwe nastawienie oraz poczucie kontroli nad swoim życiem.

Czy jesteś szczęśliwy?
Szczerze mówiąc, to zależy. Jestem szczęśliwy przez większość czasu, a dzięki głębokiej pracy psychologicznej wiem, że doświadczam wyższego poziomu szczęścia niż przeważająca część ludzi, ale jak wszyscy mam też chwile słabości. Pandemia jest trudnym okresem, nawet dla takich ludzi jak ja – optymistycznych, odpornych psychicznie i szczęśliwych.

Piszesz, że stres jest prostą reakcją na postrzeganie zagrożenia, a kluczem do życia w mniej stresujący sposób jest dokonywanie świadomych wyborów.
Kiedy odczuwamy stres, mózg reaguje na sytuację jednym zestawem reakcji. Te reakcje mają nam pomóc przetrwać zagrożenie. Atakujący niedźwiedź jest zagrożeniem. Informacja, że bilety na koncert twojego ulubionego zespołu zostały wyprzedane – już nie. Dokonywanie świadomych wyborów dotyczących naszych reakcji na zagrożenie wymaga chęci zmiany naszego zachowania. Jeśli nasz mózg dostrzega zagrożenie, powodując, że jesteśmy źli, smutni lub przerażeni – możemy poświęcić chwilę na świadomą ocenę sytuacji przed podjęciem decyzji opartej na stresie. Problem polega na tym, że musimy o tym pamiętać. A kiedy jesteśmy pełni negatywnych emocji, bardzo niewielu z nas zatrzymuje się i myśli: „poczekaj chwilę, nie ulegaj pokusie zachowania się ponownie w destrukcyjny sposób!”. Bardzo szybko wykrywamy zagrożenia, a emocje zazwyczaj odczuwamy, zanim zdamy sobie sprawę z okoliczności. Jeśli jednak chcemy aktywnie zmienić nasze zachowanie, mamy możliwość przerwania dowolnej części tego procesu świadomym myśleniem.

Jakie stresujące przyzwyczajenia najtrudniej zmienić?
Im wcześniej nauczysz się nawyku, tym trudniej będzie z nim zerwać. Inną rzeczą, która utrudnia zmianę zachowań, jest potencjał nagrody związany z nawykiem. Mózg uczy się, że każdy wybór może polepszyć nasze życie na różne sposoby. Niektóre wybory są niezwykle satysfakcjonujące, inne są bardziej umiarkowane, a niektóre są po prostu meh. Nie wiem, jak to przetłumaczysz...

Nie przetłumaczę. Zaproponuję czytelnikom, by wypowiedzieli je na głos z grymasem lekceważenia jak ty.
Sprytne! To wrócę do tego, że zachowania, których używamy do radzenia sobie ze stresem, mają potencjał nagradzania. Niezależnie od tego, czy jest to pośpiech odczuwany przy pokonywaniu jakiejś przeszkody, czy też ulga, gdy cofamy się lub ulegamy. Ogólnie rzecz biorąc, im większy potencjał nagrody, tym trudniej przełamać nawyk.

Dlaczego tak się dzieje? Wiemy, że coś jest dla nas szkodliwe, a nie chcemy się z tym rozstać?
Pomyśl o takich zachowaniach, jak palenie lub nadmierne jedzenie. Prawie każdy palacz, którego kiedykolwiek spotkałem, wie, że jest to szkodliwe i chce rzucić palenie, ale tego nie robi. To samo dotyczy prawie każdej osoby z nadwagą, którą kiedykolwiek znałem, łącznie ze mną. A palenie i jedzenie to dwa łatwe do zaobserwowania zachowania, które mają powszechnie znane konsekwencje, czego nie można powiedzieć o zamartwianiu się, wściekaniu lub unikaniu społecznym – ludzie, którzy zbyt często tak się zachowują, mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, dopóki ich zachowania nie rozwiną się w zaburzenia emocjonalne. Do tego czasu zmiana jest trudna, bo wygodniej żyć z nawykami.

Wspominasz też, że kluczową rolę w radzeniu sobie ze stresem odgrywa nastawienie. A co, gdy pojawia się panika?
Widziałem kiedyś reportaż, w którym kobieta mówiła, że kiedy przechodziła przez ulicę, samochód minął ją w bliskiej odległości. Była bardziej zdenerwowana tym, co mogło się stać, niż zadowolona z tego, że nic się ostatecznie nie stało. W większości przypadków, gdy doświadczamy stresu, nie ma rzeczywistego zagrożenia. Martwimy się „niczym”, żyjemy w strachu przed „niczym” i przygotowujemy się na to, że „nic” się nie wydarzy. Nastawienie jest wszystkim, wyznacza sposób, w jaki mózg reguluje stan emocjonalny. Utrzymywanie pozytywnego nastawienia oznacza, że mózg nie będzie interpretował ruchu ulicznego lub braku biletów na koncerty ani żadnej nieistotnej sytuacji jako zagrożenia. Nigdy nie jest za późno, aby nauczyć się patrzeć na świat inaczej. Jednak nie ufałbym też nikomu, kto twierdzi, że jest w stanie przejść od paniki do uspokojenia w jednej chwili. To wymaga czasu.

Na czym polega znaczenie poczucia kontroli w radzeniu sobie ze stresem? Czy to nie prowadzi do obsesyjnego kontrolowania i zachowań kompulsywnych, które ostatecznie tylko wzmagają stres?
Poczucie kontroli nie jest tym samym, co sprawowanie kontroli. Właściwe poczucie kontroli wynika z przekonania, że jeśli coś się wydarzy, to dam sobie radę. W większości sytuacji mam poczucie kontroli lub pewność, że poradzę sobie z tym, co prawdopodobnie napotkam. Bo przez całe życie mój mózg napotykał wiele problematycznych sytuacji i skutecznie z nimi sobie radził. To poczucie jest też nazywane odpornością psychiczną – a nie obsesyjnym kontrolowaniem. Kompulsywne zachowania często wynikają z poczucia, że nie kontrolujemy tego, co robimy. Jeśli będę się martwił, że zapomnę zamknąć drzwi do samochodu i obsesyjnie o tym myślał, to będę to sprawdzał i sprawdzał. Kiedy niepokój ustępuje, mój mózg uczy się, że po wyjściu z samochodu muszę x razy sprawdzić zamek. To nie jest poczucie kontroli, to próba przejęcia kontroli. Ludzie, którzy kontrolują, są irytujący i jeśli ktokolwiek z czytelników identyfikuje się jako taki, pozwól mi powiedzieć mu: „przestań, zatrzymaj się, zrelaksuj się trochę!”.

A co, jeśli ktoś nadal czuje się przytłoczony? Radzisz, by oddychać, ćwiczyć i uśmiechać się, a nawet zmuszać do uśmiechania. Jak zmuszanie się do uśmiechu ma rozwiązywać problemy?
Nic nie mówiłem o rozwiązywaniu problemów. Zalecam uśmiech, aby pomóc ludziom uspokoić się w obliczu stresu. Istnieją pewne rzeczywiste problemy i żadna doza oddechu ani uśmiechu nie zrobi nic, aby je rozwiązać. Wymuszanie uśmiechu uczy mózg czucia się szczęśliwym, co nie jest niczym innym jak uczeniem mózgu, jak chodzić na siłownię.

A mówię to z tym większą pewnością, że jedyną rzeczą, którą udaje mi się robić dobrze przez całe życie, jest rozśmieszanie ludzi. Neuronauka nie była moim powołaniem, zainteresowałem się nią przez przypadek na studiach. A kiedy zacząłem występować jako stand-uper, od razu poczułem się, jakbym odnalazł swoje powołanie. Zrobiłem doktorat i jednocześnie zyskałem trochę rozgłosu jako komik, co zaowocowało możliwością wygłoszenia serii zabawnych wykładów na psychologiczne tematy.

Kiedy ostatnio uratowało cię poczucie humoru?
Podczas pandemii moje występy zostały zredukowane do zera. Biorąc pod uwagę, że tak zarabiam na życie, można to uznać za uzasadnioną przyczynę stresu. Mam dużo wolnego czasu, więc zacząłem pracować na pół etatu jako kierowca autobusu w małej firmie. Niedawno pewien pasażer nawiązał ze mną rozmowę. Powiedziałem mu, kim jestem i co robiłem przed pandemią, a on wydawał się zszokowany. Odpowiedziałem: „Widzisz, a ludzie pytają mnie, co możesz zrobić po doktoracie z psychologii. Prowadzić autobus!”. Jestem więc psychologiem, komikiem, piszę książki i kieruję autobusem. No dobrze, może to nie było szalenie zabawne, ale jeśli nie będziemy umieli znaleźć humoru w tych absurdalnych czasach, to kiedy?

Brian King, dr psychologii, neurobadacz, autor książek, wykładowca, od ponad 10 lat występuje jako komik, drbrianking.blogspot.com.

Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.
  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Styl Życia

Książka do medytacji – „Butterflies” Sylvii Pogody

Sylvia Pogoda:
Sylvia Pogoda: "Moja książka to również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania". (Fot. archiwum prywatne)
Żyjmy ze świadomością, że mamy jedno życie – apeluje Sylvia Pogoda, fotografka, autorka książki „Butterflies” – opowieści o wewnętrznej podróży, którą odbyła w dalekiej Japonii.

Sylvia Pogoda to fotografka, ilustratorka i felietonistka. Od wielu lat prowadzi życie nomadki. Dzieli życie między trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją, podróżuje też w odległe rejony świata. Jej pierwsza książka „Butterflies” to zbiór fotograficznych zapisków z wypraw do Japonii – kraju, który od lat ją fascynuje. Nie jest to jednak album z podróży, a przynajmniej nie z podróży w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Dlaczego właśnie Japonia?
Podróżując po Japonii czuję szczególne połączenie samej ze sobą. To wyjątkowe uczucie, które nie towarzyszy mi nigdzie indziej. W Polsce, gdzie mieszkam z mężem i dziećmi, jestem stale zajęta codziennością. A tam potrafię usłyszeć siebie.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Ciekawe, bo stereotypowy obraz Japonii to pędzące i hałaśliwe Tokio…
Bardzo żałuję, że Japonia jest tak postrzegana. Bo nawet w samym Tokio, nie mówiąc już o japońskiej prowincji, są miejsca ustronne, gdzie można się wyciszyć i znaleźć spokój. Ale tak naprawdę to nie miejsca przykuwały moją uwagę, ale Japończycy. Obserwując ich, ma się wrażenie absolutnego „tu i teraz”. Gdy wykonują swoją pracę – niezależnie czy to jest zamiatanie ulicy, czy kierowanie ruchem – są uważni i skupieni; wydają się w pełni zanurzeni w tym, co robią. Będąc wśród nich, w naturalny sposób się zwalnia. Właściwie mogę powiedzieć, że to Japończycy zaprosili mnie do tej wewnętrznej podróży, niezwykłego doświadczenia, którego każdemu bym szczerze życzyła.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Książkę tworzą niezwykłe fotografie, nieokreślone, niezdefiniowane, układające się w krąg życia i śmierci.
Ta książka jest historią o pięknie i jego degradacji, ale też o pięknie degradacji. Chciałabym, abyśmy umieli dostrzec cud życia, w którym z natury istnieje śmierć, rozkład, rozpad... To również hołd złożony ulotnym momentom, które niezauważone rozpływają przed naszymi oczami. Momentom, które, jak perły na naszyjniku, tworzą krąg energii, krąg życia i umierania.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Uderzyło mnie, że na wielu Pani zdjęciach pierwszy plan jest nieostry, tak jakby chciała Pani podkreślić, że to co z pozoru jest ważne, wcale takie ważne nie jest.
To co widzimy na pierwszy rzut oka, co znajduje się na pierwszym planie, może nas zwieść, może spowodować, że nie szukamy już dalej. Nie zaglądamy głębiej. Tymczasem bywa, że to co najważniejsze rozgrywa się w tle.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Podobnie jak w portretach, na których zazwyczaj głównym bohaterem jest twarz. Tymczasem Pani często fotografuje ludzi od tyłu, zza pleców.
Tak, często fotografuję w ten sposób, może nawet kiedyś powstanie z tego cała książka. Staram się spojrzeć na człowieka z innej strony, obejść go dookoła, ze wszystkich stron. Dostrzec nie tylko jego twarz, ale całą postawę, sposób poruszania się, przeczesywania dłonią włosów… Myślę, że człowiek jest kompletem takich ulotnych momentów, z pozoru mniej ważnych, a tak naprawdę stanowiących o tym, jacy jesteśmy.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

Fotografiom towarzyszą w książce krótkie, kilkuzdaniowe teksty, w których dzieli się Pani swoimi przemyśleniami i emocjami.
Teksty w książce to moja rozmowa z samą sobą, dialog wewnętrzny na który nie ma się na co dzień czasu. Ja w Japonii znalazłam przestrzeń, a właściwie sama ją sobie dałam, aby siebie dostrzec i usłyszeć.

Zdjęcie z książki Sylvii Pogody 'Butterflies'. (Fot. materiały prasowe)Zdjęcie z książki Sylvii Pogody "Butterflies". (Fot. materiały prasowe)

To jednocześnie trop dla widzów, który pomaga w interpretacji zdjęć, pozostawiając im jednocześnie swobodę osobistej refleksji. A także zachęta do wewnętrznej medytacji, która jest nam wszystkim niezwykle potrzebna. Uzmysłowiłam to sobie wiosną 2020 roku, kiedy nagle okazało się jak bardzo krucha może być nasza rzeczywistość. Pomyślałam, że to chyba ten czas kiedy chciałabym żeby ten projekt ujrzał światło dzienne. Dzięki tej książce mogłam przekazać mój apel, a może bardziej moje życzenie, żebyśmy przeżywali to życie ze świadomością, że jest jedyne.

Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)Silvia Pogoda, fotografka, ilustratorka, felietonistka. Na Słowacji skończyła studia doktoranckie na kierunku Nauki Polityczne na Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. Studiowała w Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie w Czechach i równocześnie na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, gdzie mieszkała. Od wielu lat prowadzi życie nomadki mieszkając pomiędzy trzema krajami Polską, Słowacją i Chorwacją. Obok realizowania projektów osobistych fotografuje też zawodowo, tworzy rysunki dla magazynów, pisze teksty oraz prowadzi wykłady. Jej prace były wystawiane na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w Serbii, Rumunii, Austrii, Słowacji, Czechach i Polsce.(Fot. archiwum prywatne)

Książkę „Butterflies” można kupić na stronie wszyscyjestesmyfotografami.pl oraz w dobrych księgarniach.

  1. Zdrowie

Psychosomatyka – psychika a dolegliwości stawów, kości i mięśni

Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. (Fot. iStock)
Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. (Fot. iStock)
Długotrwałe konflikty emocjonalne i napięcia nerwowe działają na nasze ciało niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Uderzają najbardziej w te układy czy organy, które są u nas najsłabsze. Bardzo często w kości i stawy.

Pierwszymi lekarzami, którzy odkryli związki między zdrowiem i stanem psychiki, byli Franz Alexander i Helen Flanders-Dunbar. Gdy w latach 40. ubiegłego wieku Alexander wymienił swoją, kontrowersyjną wówczas, listę siedmiu chorób psychosomatycznych: nadczynność tarczycy, nadciśnienie, astma, stany wrzodowe żołądka i dwunastnicy, atopowe zapalenie skóry, zapalenie jelit i gościec, wywołał w świecie medycznym wielką burzę. Dziś dla wszystkich jest już jasne, że na silne przeżycia emocjonalne reaguje całe nasze ciało. Na listach dolegliwości psychosomatycznych obecnie znajduje się setki chorób.

Ogromne zdenerwowanie przed decydującą rozmową z szefem czy ważnym egzaminem może wywołać ból głowy, zawroty, mdłości, bóle żołądka, a nawet kłopoty trawienne. Jeśli trudne sytuacje i stany lękowe przeżywamy stale, powodują one w efekcie ciągłe (zresztą zupełnie nieuświadamiane) napinanie wielu grup mięśni: karku, barków, brzucha, a nawet ud.

Specjaliści rehabilitacji uważają, że na złe emocje podatne są nie tylko nasze mięśnie, ale także kości i stawy. Związek pomiędzy przeżyciami emocjonalnymi a układem kostnym pokazują potoczne powiedzenia. Np. stwierdzenie „rozgryzanie tematu” ma, jak się okazuje, absolutnie naukowe podstawy. Gdy próbujemy rozwiązać skomplikowany problem i rozebrać go na czynniki pierwsze, napinamy mięśnie dolnej części twarzy, przez co zmienia się układ stawów skroniowo-żuchwowych. Bardzo często na trwałe. Dlaczego?

Stan stawów skroniowo-żuchwowych, a także innych stawów i części układu kostnego zależy od tego, jak nauczyliśmy się reagować na wszelkiego rodzaju konfliktowe sytuacje. Takie schematy zachowań tworzą się już w dzieciństwie. Gdy relacje między nami, dziećmi, i naszymi rodzicami były zaburzone, nauczyliśmy się tłumić uczucia, silnie napinając przy tym mięśnie, co odbiło się na postawie naszego ciała. Takie ciągłe napięcia z czasem powodują chorobowe zmiany w układzie kostno-stawowym, gdyż mięśnie i kości są ze sobą połączone za pomocą więzadeł i ścięgien. Nawet jeśli nasze dzieciństwo było pełne miłości, to do powstania trwałych dolegliwości i wad mogła przyczynić się szkoła i strach przed wymaganiami nauczycieli. Od uszkodzeń stawów i kości pod wpływem emocji nie jesteśmy wolni nawet w wieku dorosłym, gdy żyjemy pod presją czasu, obowiązków i kłopotów zawodowych czy osobistych.

Jak dowodzą badania szwedzkich lekarzy, wzmożone napięcie mięśni, zwanych fachowo mięśniami narządu żucia, często towarzyszy depresji. To typowa przypadłość mieszkańców Skandynawii, którzy prawie przez sześć miesięcy w roku narażeni są na brak światła i związany z nim SAD, czyli sezonową depresję (w Polsce cierpi na nią około 4 proc. osób). Chroniczne napięcia tych mięśni z czasem doprowadzają do przeciążenia stawów, następnie ich zniszczenia i ciągle odczuwanego bólu. Naukowcy z Hebrew University of Jerusalem odkryli także, że depresja może wpłynąć na zmniejszenie się liczby komórek odpowiedzialnych za odbudowę tkanki kostnej, tzw. osteoblastów, i z czasem doprowadzić do utraty masy kostnej i osteoporozy.

Punkty kluczowe kręgosłupa

Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. Zaburzenia emocjonalne szczególnie silnie wpływają na jego tzw. punkty kluczowe. Są to miejsca połączenia odcinka czaszkowo-szyjnego, szyjno-piersiowego, piersiowo-lędźwiowego oraz lędźwiowo-krzyżowego. Najbardziej wrażliwe jest połączenie czaszki i szyi. Ciągłe przeciążenia psychiczne mogą doprowadzić do asymetrycznego ustawienia głowy w stosunku do szyi i trudności w kręceniu głową. I to wcale nie koniec kłopotów. Ta asymetria pociąga za sobą szereg innych następstw: kłopoty z przełykaniem, uciążliwą chrypkę i konieczność odchrząkiwania. Nawet nieznaczne zaburzenie w punkcie kluczowym między czaszką i szyją może spowodować, że podczas chodzenia czujemy się niepewnie, ponieważ silniej obciążamy jedną stopę. Przy tym schorzeniu różnica w obciążeniu obu stóp może dochodzić nawet do 5 kg! Objawem zaburzenia czynności tego punktu kluczowego jest również zwiększone napięcie mięśni karku i obręczy barkowej.

Terapeuci manualni m.in. za pomocą ucisku palców potrafią, używając tzw. testów ruchomości, wykryć zaburzenie w każdym punkcie kluczowym. Jeśli mamy np. kłopoty z przejściem szyjno-piersiowym kręgosłupa, odczuwamy wzmożone napięcie mięśni karku, dźwigacza łopatki i mięśni pochyłych (odpowiadających za zginanie szyi). To zjawisko napięcia zwane niekiedy tendomyozą wpływa także na nasz sposób oddychania. W czasie wdechu unosimy wtedy przesadnie klatkę piersiową do góry, zamiast jak to się dzieje normalnie, rozszerzać ją na boki. Ten sposób oddychania powoduje po pewnym czasie także rozbudowanie mięśni karku. U niektórych osób przybiera on wręcz wygląd karku atlety.

Zaburzenia ruchomości punktów kluczowych kręgosłupa oraz wadliwy sposób oddychania z czasem powodują patologiczne zmiany w całym ciele. Wdechy i wydechy wiążą się z prawidłową czynnością mięśni przepony, brzucha, a nawet mięśni dna miednicy. Dlatego zły sposób oddychania może wywołać bóle krzyża zwane ogólnie lumbalgią. Wiedza o związku psychiki z układem stawów i kości jest szczególnie potrzebna przy diagnozowaniu tzw. przewlekłych zaburzeń czynnościowych, gdy nie można odkryć jednoznacznej ich przyczyny. Okazuje się, że to, co odczuwamy jako ból jakiegoś wewnętrznego narządu, może mieć swoje źródło w patologicznych zmianach stawów i kości.

Emocje zafiksowane w mięśniach

Jedną z bardziej zagadkowych kobiecych chorób psychosomatycznych są rozlane bóle mięśni. Chorobę tę nazywano w przeszłości reumatyzmem tkanek miękkich, a obecnie określa się ją mianem fibromyalgii. Żeby dokładnie zdiagnozować to schorzenie, potrzeba rzetelnej wiedzy lekarskiej, gdyż fibromyalgię łatwo pomylić z napięciami mięśniowymi powstałymi np. w wyniku fizycznego przeciążenia stawów. Fibromyalgia charakteryzuje się przewlekłymi bólami całego ciała, zmęczeniem fizycznym i wieloma innymi zagadkowymi dolegliwościami. Poza bólami większość pacjentek skarży się na przygnębienie, stany lękowe, a nawet depresję. Ponad połowa osób cierpi na dotkliwe bóle głowy.

Przy fibromyalgii nie skutkują leki rozluźniające i zmniejszające napięcie mięśni. Potrzebne są środki, które wspomogą psychikę, np. leki antydepresyjne, a także psychoterapia i specjalne, zalecone ćwiczenia rehabilitacyjne. Choć zgodnie z powszechną opinią uważa się, że kobiety są bardziej odporne na stres niż mężczyźni, lekarze przypuszczają, że pacjentki z fibromyalgią płacą za chroniczne napięcia nerwowe właśnie tym rodzajem dolegliwości. Choroba ta bywa dziedziczna: jeśli ktoś w naszej rodzinie cierpiał na rozlane bóle mięśni, jest prawdopodobne, że i my możemy zareagować tymi dolegliwościami w trudnych sytuacjach życiowych.

Rozlane bóle mięśni wykrył już Hipokrates. W swoim dziele zatytułowanym „Mapy Wenus” stworzył mapę ciała z zaznaczonymi na niej punktami. O fibromyalgii świadczy znalezienie dziewięciu bolesnych punktów znajdujących się w okolicy karku i grzbietu.

Weź głęboki oddech

Stań przed lustrem i wyprostuj się. Zwróć uwagę na kształt swojej szyi i ramion. Czy mięśnie dźwigające barki są nadmiernie rozbudowane? Weź głęboki wdech i zaobserwuj, jak pracuje twoja klatka piersiowa. Czy unosi się do góry, zamiast rozszerzać na boki? Jeśli na oba pytania odpowiedź brzmi „tak”, proponujemy ci proste ćwiczenie.

Usiądź na krześle, wyprostuj plecy, ściągnij łopatki do siebie i utrzymując się w tej pozycji, ponownie weź głęboki wdech. Jest to jedno z ćwiczeń uczących nas prawidłowego sposobu oddychania. Ćwicz dwa razy dziennie przed lustrem, biorąc po 5 wdechów. Uczysz się w ten sposób odciążać mięśnie i przywracasz sobie równowagę emocjonalną.

Ćwicz układy

Leczeniem usprawniającym zajmują się specjaliści z poradni przy dużych ośrodkach szpitalnych, np. przy klinikach Akademii Medycznej. Pierwszy etap terapii to ocena zaburzeń narządu ruchu, czyli układu kostno-stawowego. Lekarz podczas rozmowy z pacjentem próbuje się także zorientować, czy pomocna byłaby psychoterapia lub nawet leki antydepresyjne. Na przykład osoby trafiające do poradni schorzeń narządu żucia poddawane są zawsze testom psychologicznym. Następnie lekarz ustala dla pacjenta specjalny zestaw ćwiczeń, które wykonuje się już pod okiem rehabilitanta. Często przepisuje się także fizykoterapię (ultradźwięki, masaże, hydroterapię). Na zabiegi trzeba przychodzić codziennie przez dwa albo trzy tygodnie. Potem ćwiczenia pacjent wykonuje już sam w domu. Po dwóch miesiącach chory wraca na okresową kontrolę stanu zdrowia. Cały proces rehabilitacyjny jest nadzorowany przez lekarzy specjalistów.

Artykuł napisałam na podstawie rozmowy z dr. med. Andrzejem Sadowskim, specjalistą rehabilitacji narządu ruchu i dyplomowanym instruktorem terapii manualnej.

  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora