1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Prawo ojca

Prawo ojca

Najgorszy scenariusz rozwodu to taki, gdy dziecko staje się kartą przetargową. (fot. iStock)
Najgorszy scenariusz rozwodu to taki, gdy dziecko staje się kartą przetargową. (fot. iStock)
Wierzę, że miłość ojcowska może być równie silna i skora do poświęceń jak miłość macierzyńska. Czasem jednak budzi ona moją nieufność. Zwłaszcza wtedy, gdy wybucha gwałtownie dopiero w czasie rozwodu i skierowana jest przeciwko matce dziecka.

Wreszcie głośno się mówi o przemocy w rodzinie. I choć jej ofiarami są najczęściej kobiety i dzieci, to niemal w każdym programie publicystycznym, który porusza ten problem, na pierwsze miejsce wysuwa się odkrycie, że bywają nimi również mężczyźni. Z pewnością jest to prawda, tyle że ich odsetek jest znikomy, choćby z racji przewagi fizycznej, którą zwykle mają. A jednak to ich krzywdy są opisywane szczegółowo, gdy mowa o zjawisku, które dotyczy głównie kobiet i przez lata było przemilczane. Nie uważam, że męskie krzywdy mniej zasługują na uwagę niż kobiece. Wiem, że przemoc to nie tylko męska specjalność. Tak jak nie są wyłącznie kobiecą domeną próby zawłaszczania dzieci po rozwodzie.

Stowarzyszenie Obrony Praw Ojca co jakiś czas ogłasza, że matki nie dopuszczają ojców do dzieci, że sfeminizowane sądy rodzinne automatycznie stają po stronie kobiet, przyznając im prawo do opieki. Że mężczyzna jest dla sądów figurą podejrzaną, stojącą z góry na straconej pozycji. I z pewnością tak to wygląda z perspektywy ojców, którzy bezskutecznie domagają się swoich praw. Ale znam wiele sytuacji, gdzie to oni walczą o to, by odebrać prawa matce. I czasem im się to udaje. Czy robią to z miłości do dzieci? Niektórzy tak. Częściej jednak motywem ich działań wydaje się chęć zemsty na kobiecie, którą kiedyś kochali. Wiedzą, gdzie uderzyć. Zatrudniają prawników, znajdują najdziwniejszych świadków, przeciągają dzieci na swoją stronę. I to latami. A te podobno prokobiece sądy rozpatrują sprawę za sprawą, rozważając, czy matka aby na pewno jest wydolna wychowawczo, czy potrafi zapewnić środki, czy jest wystarczająco odpowiedzialna, czy nie ulega nałogom, czy jest zdrowa psychicznie, czy w ogóle może zbliżać się do dziecka, które ojciec od niej odseparował? Historie wielu kobiet mogłyby być podstawą niezłego horroru.

Renata zajmowała się domem i dziećmi, mąż nie chciał, żeby pracowała, prowadził firmę, w domu bywał rzadko, ale zapewniał rodzinie wysoki standard życia. Zapewniał również o swojej miłości, ale gdy Renata dowiedziała się o kolejnej zdradzie, powiedziała: dość. Złożyła pozew o rozwód. Mąż poczuł się urażony. Jak to? Jego żona chce się rozwieść? Zawsze on o wszystkim decydował, a teraz ona zamierza zmienić jego życie? Pozbawić go ciepłej przystani, do której lubił wracać? Niedoczekanie. Za urażoną męską ambicję czasem trzeba drogo płacić. Mąż postanowił, że rozwód będzie z jej winy, a w dodatku odbierze jej dzieci, którymi dotąd niezbyt się interesował. Przestał dawać Renacie pieniądze. Kiedy znalazła pracę, zaczął ją oskarżać. W sądzie usiłuje wykazać, że zaniedbuje dzieci, zostawia bez opieki, znajduje świadków, o których istnieniu nie miała pojęcia, zbiera dowody, że nie nadaje się na matkę.

Sam od dwóch lat jest w związku z inną kobietą, w domu bywa rzadko, ale nie zamierza się wyprowadzać. Wpada, kiedy chce, przegląda rzeczy Renaty, bez uprzedzenia zabiera dzieci na wakacje w środku roku szkolnego, kupuje im drogie prezenty i tłumaczy, że to mama rozbiła rodzinę, a sama nie będzie w stanie zapewnić im odpowiedniego poziomu życia. Córka, dotąd przez ojca niemal niedostrzegana, czuje się wyróżniona, nie chce go zawieść, więc unika kontaktu z matką. Syn boi się ojca, zachowuje do niego duży dystans, ale jest mu wdzięczny za kolejne gadżety. Ten odczytuje to jako dowód na to, że matka negatywnie nastawia syna przeciwko niemu i domaga się odebrania jej prawa do opieki nad dziećmi. Sprawa ciągnie się już cztery lata, dzieci rosną, sąd rozpatruje kolejne wnioski pozwanego, przesłuchuje świadków, Renata pozostaje więc formalnie żoną człowieka, który zapewnia, że ją wykończy i zabierze dzieci.

Krystyna zdradziła męża. Już od dawna nie najlepiej im się układało, ale nie chciała się rozwodzić ze względu na pięcioletnią córkę. Kiedy dowiedział się o zdradzie, spakował jej rzeczy i wystawił z domu. Potem wystąpił o rozwód i opiekę nad dziewczynką, której powiedział, że mama ją porzuciła. Na jego wniosek sąd zdecydował, że do zakończenia sprawy mała z nim zamieszka, a matce dał jedynie prawo ją widywać.

Kiedy Krystyna przychodzi do domu, on patrzy jej na ręce i komentuje: „Zobacz, jak mamusia cię ubiera. Chce, byś zmarzła i zachorowała. Bo ona już cię nie kocha, jesteś dla niej ciężarem”. Córka płacze, matka płacze, a on co? Nic. Nie rozmawia z żoną o kompromisie. Kolejna rozprawa za kilka miesięcy. Nigdy nie wie, kiedy zastanie córkę w domu i co ojciec namiesza jej w głowie.

W podobnej sytuacji była kilka lat temu Małgosia. Kiedy zdecydowała się odejść od męża, postanowił ją ukarać, zatrzymując dzieci. Miały 14 i 15 lat. Trochę nad nimi popracował, wyśmiewając głupią matkę i obiecując im więcej swobody. Wybrały jego. Sfeminizowany sąd rodzinny uznał go za głównego opiekuna. Małgosia odpuściła. Cała sprawa przypominała biblijną przypowieść o dwóch kobietach, które walczyły o niemowlę. Każda twierdziła, że jest jej. Sprawa trafiła przed oblicze króla Salomona, który rozkazał rozciąć dziecko i dać obu po połowie. Wtedy jedna z nich zrezygnowała, co było dowodem, że to właśnie ona jest prawdziwą matką. Odzyskała niemowlę. Po roku dzieci Małgosi też do niej powróciły. Gdy walka się skończyła, ojciec przestał się nimi zajmować.

To prawda, że tylko 5 proc. ojców po rozwodzie dostaje prawo do opieki nad dziećmi. Dla większości jest oczywiste, że pozostaną z matką, a oni będą się z nimi kontaktować, kiedy znajdą czas. Niektórzy nigdy nie znajdują, więc te 5-proc. wcale mnie nie dziwi. Są wśród nich ojcowie, którzy kochają swoje dzieci i są dobrymi opiekunami, jak i tacy, którym udało się w ten sposób zemścić na kobiecie, a mimochodem także na nich.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co zrobić, żeby polityka i religia nie zniszczyły naszego związku?

Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Socjologowie alarmują, że społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. Zdaniem dr Bartosza Zalewskiego z Uniwersytetu SWPS nie chodzi jednak o różnice poglądów, a wartości. Na czym powinniśmy się więc skupiać, poza ogólnie rozumianą miłością, by związek przetrwał?

Zapytam wprost: co trzyma ludzi przy sobie, gdy nagle okazuje się, że partnerzy zaczynają się bardzo różnić poglądami?
Pyta pani o poglądy, a tak naprawdę pyta pani, co spaja związek, gdy partnerzy mają odrębne wartości.

Zgadza się.
Mówiąc bardzo wprost, ludzi łączy chemia seksualna i wartości. Nie podobny temperament, nie cechy charakteru, hobby albo ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale wartości wyrażane na przykład tym, jak wychowują dzieci. Gdy na randce okazuje się, że dwie strony mają zupełnie inne wartości, to zwykle nie stworzą razem związku. Zwykle, bo są osoby, dla których polityka i religia bywają mało istotne, które twierdzą, że owszem, ludzie się kłócą o politykę, ale nie o to chodzi w życiu. Dlatego nie wykluczam, że możliwy jest związek pary, dla której wspólne wartości nie wyrażają się przez politykę czy religię, ale przez coś innego. Oni mówią, że polityka jest dla nich nieważna. Pewnie gdyby weszła im do domu, to zmieniliby zdanie, ale niektórym nigdy nie wchodzi. Choć dziś na terapiach rzeczywiście jest więcej tzw. małżeństw politycznych, czyli ludzi, którzy się intensywnie kłócą o sprawy polityczne czy religijne. Ale z punktu widzenia terapeuty to jest temat, a nie powód; wcześniej tematem, poprzez który wyrażały się ich trudności, byli na przykład rodzice jednej czy drugiej strony, a teraz jest to polityka albo religia.

A co, gdy nagle okazuje się, że u naszego partnera czy partnerki te wartości ewoluowały i teraz mamy inne zdanie w sprawie aborcji albo nauczania religii w szkołach?
Nic nie można z tym zrobić. Bo to nie są poglądy wynikające z racjonalnej dedukcji, tylko z emocji. Jeśli komuś zmieniają się poglądy, to zastanawiałbym się, dlaczego do tego doszło, bo po prostu ludziom wartości nagle się nie zmieniają. Zakładałbym, że coś musiało się wydarzyć albo coś przelało czarę. Myślę, że byłby to raczej efekt nasilenia czegoś... Może lęku albo gniewu?

Poproszę o przykład.
Przysłowiowy pan Kowalski najpierw nie miał wyraźnego stosunku do aborcji, ale nie był jej jakoś przychylny. I teraz deklaruje, że jest zdecydowanie przeciwko aborcji. Być może niewyostrzona część jego światopoglądu zaczęła się właśnie wyostrzać albo poczuł, że już nie musi się bać mówić o swoim stanowisku otwarcie. Może się zdarzyć, że ktoś nagle z popierającego równość płci zmienił się w dyskryminującego szowinistę. To rzadka sytuacja, dlatego najpierw musi dojść do jakiejś zmiany na poziomie emocjonalnym, a potem dopiero na poziomie wartości.

I co wówczas spaja takie pary? Partnerka musi być w szoku, gdy nagle widzi, że mieszka w domu z szowinistą.
Po pierwsze, mogą zauważać proces wyostrzania się poglądów i o tym dyskutować, ale nie sądzę, żeby taka racjonalna dyskusja mogła coś zmienić w jednej albo drugiej osobie. Za to pary mogą dojść do wniosku, że choć ich poglądy wyostrzają się w stronę przeciwnych biegunów, to inne wartości pozostają wspólne. Jeśli zmieniły się wszystkie wartości, to taki związek nie ma szans, ale zwykle obserwujemy zmianę jednej grupy wartości. I wtedy pary mogą podejść do tego tak: „Jestem bardziej konserwatywny, ale wiem, że żona by mnie z domu wyrzuciła, więc jej tych poglądów nie prezentuję”. Natomiast sytuacja polityczna może zachęcać do mówienia otwarcie i wtedy dochodzi do awantur, po których jedna strona się wycofuje. Wreszcie zastanawiają się, czy ich zmiana wartości to powód do rozwodu. Zapewniam panią, że jest nim dla niewielu par. I jeszcze jedna kwestia.

Jaka?
Jeśli ludzie mają bogate życie emocjonalne i seksualne, lubią wspólne przyjemności, jak seks, dobre jedzenie, spędzanie ze sobą czasu, swoje poczucie humoru i łączy ich wiele sensualnych doświadczeń – to wtedy mogą kłócić się o politykę, ale nie zagraża to ich związkowi, choć poziom satysfakcji z bycia razem może spaść. Jeśli ich poglądy są wyostrzone, bo sprowokowane aktualną sytuacją społeczną i polityczną, to mogą się kłócić, ale wiedzą, że mają inne swoje światy i tak naprawdę marzą, żeby to się uspokoiło. Bo trzeba pamiętać, że choć osoby o bardzo zdecydowanych poglądach tworzą związek z osobami o bardzo zdecydowanych poglądach, to nie znaczy, że ktoś z prawicy stworzy związek z osobą z lewicy. Raczej mówimy o związkach osób o poglądach umiarkowanych, ale wyostrzonych sytuacją polityczną, która prowokuje spór.

Znam pary o skrajnie różnych poglądach, które po prostu o tym nie rozmawiają.
Nierozmawianie o poglądach to kwestia techniki i decyzji. Tu warto zapytać, czy te różnice dotyczą tylko poglądów politycznych bądź religijnych, czy też spraw, które są centrum życia, na przykład wychowania dzieci. Bo jeśli w tych tematach są zgodni, to znaczy, że mają spójne wartości. A to kluczowe.

Jakie to mogą być kwestie oprócz wychowania dzieci?
Na przykład czy lubimy oszczędzać pieniądze na wspólne cele, czy wydawać je na „niszczący nasze życie” konsumpcjonizm? Czy wolimy siedzieć przed telewizorem i jeść czipsy, czy aktywnie spędzać czas i uprawiać sport, bo zdrowie jest dla nas ważne? Czy kobieta ma prawo poświęcić się karierze zawodowej? Podejrzewam, że te pary w tych sprawach są zgodne. A jeśli chodzi o poglądy niedotykające bezpośrednio ich życia, to klasyczna para się w nich różni. Pary, które mają odmienny światopogląd, często mówią, że są takie cechy charakteru żony czy męża, które lubią – że mąż czy żona w domu są fajni, zabawni, czuli. Natomiast w pracy zamieniają się w wojującą feministkę albo zarozumiałego konserwatystę, tyle że na szczęście obie strony tego nie widzą.

Ale to jest do pogodzenia? Czasy sprzyjają wyostrzaniu różnic i często przesłaniają te pozytywne cechy.
Pewnie są pary, którym te różnice coraz bardziej utrudniają funkcjonowanie. Ale jeśli na przykład mają trzynastolatka, który siedzi w domu i cierpi z powodu braku kontaktu z rówieśnikami, to oczywiście mogą się kłócić, czy to efekt polityki rządu, ale tym, na czym się skupią, będzie ratowanie tego dzieciaka.

A co z wartościami, jeśli mąż chce, żeby cała rodzina wzięła szczepionkę przeciw COVID-19, a żona jest przeciwna? To istotny konflikt wartości, dotyczy kwestii życia i śmierci.
Taki związek rzeczywiście nie tyle ma małe szanse przetrwania, co duży potencjał ranienia się. Bo to przecież nie jest kwestia: szczepić się czy nie? Raczej moment, kiedy z parą zaczynamy pracować na sesjach, jeśliby to była para, która chodzi na terapię. Bo gdy podczas takiej rozmowy słyszę, które z małżonków bardziej chce „zabić dzieci”, to przecież na kilometr widać, że to w ogóle nie chodzi o szczepionki.

Jak to?
Kwestia polityczna jest tu podbudowana trudami związanymi z tym, jak bardzo każda z tych osób jest obciążona. I wtedy bym się zastanawiał nad tym, jak te osoby umieją radzić sobie ze stresem, jak regulują emocje, czy cierpią na np. zaburzenia emocji lub osobowości. Do tego dochodzi aktualna sytuacja w rodzinie: ktoś stracił pracę, ktoś jest chory, a rzeczywistość pandemiczna przecież wyzwala także różne fobie. W związku z tym ludzie muszą znosić dużo więcej stresu i mają różne trudności w radzeniu sobie z obciążeniami emocjonalnymi. W rzeczywistości problem nie sprowadza się do szczepionek, ale do tego, jak bardzo ktoś jest przerażony światem, bo nasza reakcja wiąże się z ogólnym myśleniem o świecie, czyli czy to jest miejsce bezpieczne, czy przerażające.

Znajoma seksuolożka powiedziała mi ostatnio, że COVID-19 obnażył związki. Odsłonił pustkę niektórych, a te, które miały się dobrze przed pandemią i potrafiły sobie radzić, nadal sobie radzą.
Zgadzam się, że zamknięci w domach i pozbawieni możliwości choćby chwilowej ucieczki dużo więcej zobaczyliśmy w partnerach i partnerkach. Istnieje zjawisko tzw. współobecności bliskich przy obecności wirtualnej innych osób, takich jak współpracownicy, szefowie i podwładni czy klienci w pracy.  Dowiadujemy się o sobie więcej, na przykład jak druga osoba pracuje, czy markuje różne rzeczy. Nie ma od tego ucieczki. Poza tym partnerzy w związku mogą mieć różną regulację emocji: jedna osoba w stresie przywiera do drugiej, a ta druga właśnie potrzebuje osobności. Kiedyś się uzupełniali, a teraz te sprzeczne potrzeby się nasilają.

Ale czy to nie wpływa na tę sferę seksualną, która była czymś ważnym, stabilnym?
Badania prof. Zbigniewa Izdebskiego pt. „Seksualność w XXI wieku” pokazują wyraźnie, że większość par jest zadowolona zarówno ze swojego związku, jak i z seksu. Z kolei inne badania pokazały, że z napięciem radzi sobie źle około 30 proc. osób w społeczeństwie, a bardzo źle około 10 proc. U tych, co sobie dobrze radzą, napięcie nie wpływa na związek, bo mają wspólne wartości, czyli znowu bardzo wprost: on będzie z nią chodził na marsze kobiet i jednocześnie w domu będą mieli dobry seks. Z kolei w sytuacjach, gdy partnerka jest poruszona tymi marszami, a partner mówi, że nie wie, o co jej chodzi, to mnie jako psychologa interesuje dynamika związku. Ciekawi mnie, co się stało. Czy mężczyzna obawia się, że jego partnerka zwariowała i się zradykalizowała, i dlatego on też się radykalizuje, tylko w drugą stronę; czy o to, że ona jest wściekła z powodu sytuacji politycznej i przesuwa wściekłość na wszystkich mężczyzn, w tym też na partnera? Szukałbym czynników pośrednich. Para, która miała bogate życie seksualne, musi się mocno postarać, żeby to życie zanikło.

Dlaczego?
Bo będzie im tego brakowało. To był sposób na wzajemne uspokajanie się i na bliskość, więc, widząc, że ich zachowanie i kłótnie wpływają na seks, taka para  szybko by się znowu tą sferą zajęła. Jasne, gdy rośnie napięcie i wokół pełno niepokoju, bo jedno straciło pracę, nie wiadomo, co dalej z pandemią, rodzice w szpitalu i trzeba zająć się dziećmi – to intensywność życia seksualnego spada. Poza tym lęki wyłączają pragnienia seksualne. Często też czynią z dorosłych ludzi tak jakby dzieci i pojawiają się roszczenia wobec partnera. Wtedy poglądy się radykalizują, ale to powodowane jest rozpaczliwą próbą odzyskania kontroli w sytuacji niepewności, co przyniesie kolejny dzień.

Wydaje się, że najlepiej byłoby to wyjaśnić podczas rozmowy. Ale niełatwo nam komunikować swoje lęki i potrzeby.
My jako psycholodzy chcielibyśmy oczywiście, żeby ludzie częściej ze sobą rozmawiali, choć ważna jest nie tylko rozmowa, ale też wyobrażenie sobie, co czuje, co myśli inna osoba. Od 15 lat w terapii duży sukces święci mentalizacja. To taki konstrukt, który oznacza umiejętność rozumienia siebie i innych, dokładnie jak empatia, ale dochodzi do tego element myślowy. Czyli zastanawiam się, co się dzieje w drugiej osobie, jaka jest jej motywacja do działania. Ludziom jest  trudno, gdy nie wiedzą, co się dzieje. Kolejna rzecz to podejmowanie czynności naprawczych. Przecież na co dzień uszkadzamy swoje związki na różne sposoby, robimy krzywdę swoim bliskim, czasem nieświadomie, a czasem – jak mówi znajoma psychoterapeutka – wiemy, gdzie nacisnąć, żeby kogoś szlag trafił. Natomiast ważne jest, żebyśmy potrafili te szkody naprawić, bo mamy całe systemy  i sposoby naprawiania. Poza rozmową gesty niewerbalne, jak kwiaty, kolacja przy świecach, prezent. To wszystko nie zadziała jednak w przypadku par, które psychologia opisuje jako koluzyjne. Dotyczy to tylko jednego procenta, ale występuje. Koluzja polega na tym, że każdy z partnerów umieszcza w drugiej osobie tę część siebie, o której nie wie, że ją ma, a której bardzo nie lubi. Na przykład ktoś uważa siebie za chodzące dobro, nie ma w sobie za grosz złości, ale kiedy patrzy na partnerkę, to widzi sadyzm i agresję w jej oczach. Oczywiście swoim zachowaniem sam te reakcje wywołuje. To są pary o sprzecznych poglądach i wartościach, które nieustannie się kłócą i zwalczają, a jednocześnie nie potrafią się rozstać.

Dr Bartosz Zalewski, psycholog, psychoterapeuta. Adiunkt w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych, Diagnozy i Psychometrii USWPS. Pracuje w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym Kontrakt w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak się dogadać ze wzburzonym partnerem? – Wypróbuj rolę „zderzaka”

Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
Wściekłość na partnera często jest ucieczką przed negatywnymi myślami. Wolimy atakować i krzyczeć, niż przyznać się do uczucia nienawiści, które budzi w nas odrazę. (fot. iStock)
- Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza – podkreśla Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Czy poniższy opis przypomina twoje życie?

Wracasz wykończony z pracy do domu i chcesz tylko trochę świętego spokoju – a jeśli będziesz mieć szczęście, może i trochę uczucia. Zamiast tego jednak, gdy tylko zamkniesz drzwi za sobą, przed tobą staje twoja partnerka: „Czy ty wiesz, co twoja córka wykręciła dziś w szkole? Upokorzyła mnie przed przewodniczącą rady rodziców. Zaproponowałam, że upiekę coś na szkolny kiermasz, a ona wypaliła: »Założę się, że ludzie zapłacą, żeby tylko nie musieli jeść paskudnych bezglutenowych muffinek mojej mamy«. Robię, co mogę, żeby się zdrowo odżywiała, a ona mnie wyśmiewa”.

Postrzegasz siebie jako „tego normalnego” w tym związku, a swoją partnerkę jako irracjonalną, więc kiedy zaczyna krzyczeć, uważasz, że pełnisz rolę chodzącego środka uspokajającego.

To właśnie dlatego mówisz coś w rodzaju: „Dobrze, już dobrze, uspokój się. To był tylko taki żart”. Albo: „Wiem, że czasem ci dogaduje, ale w głębi serca to dobry dzieciak”.

Albo: „Słuchaj, ja też miałem kiepski dzień, ale już się skończył, więc się odprężmy i pogadajmy o czymś innym”.

I w tym właśnie momencie rozpętuje się piekło. Nie posypałeś ognia piaskiem, tylko polałeś go benzyną.

„Mam się uspokoić?!”, wybucha twoja partnerka. „Łatwo ci powiedzieć! Ona ciebie tak nie traktuje, bo w zasadzie w ogóle cię nie zna. Ja prawie cię nie znam. Nic, tylko pracujesz! A w ogóle to gdzie jest mleko, które miałeś kupić po drodze do domu?! Czy ty już w ogóle mnie nie słuchasz?!”

Co tu się dzieje? Ty jesteś spokojny, racjonalny i logiczny, ale jednocześnie kompletnie pokpiwasz sprawę. Twoja partnerka nie potrzebuje teraz chodzącego leku na uspokojenie, potrzebuje zderzaka. Przekonaj się o tym na przykładzie Bena, który nauczył się tego na własnej skórze.

- Wiesz, moje małżeństwo jest jak skrzyżowanie Bambi z Dniem świstaka – powiedział mi Ben.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– W zasadzie każdego dnia, kiedy wychodzę z pracy, czuję się jak cudny mały jelonek, który skacze sobie przez las i cieszy się na spotkanie z rodziną. A potem bach! Angie trafia mnie ze strzelby za coś, co zrobiłem nie tak, albo mówi: „Mamy problem!”. To się dzieje w ułamku sekundy, jakby nie mogła się doczekać, aż mnie dopadnie.

– A co się dzieje dalej?

– Staram się ją uspokoić, ale od tego tylko dostaje szału.

– Opowiedz mi o Angie – poprosiłem.

– Generalnie jest fantastyczna – zaczął Ben. – Bez niej byłbym zupełnie zgubiony. Pracuje zawodowo, a do tego ogarnia większość spraw domowych. To obejmuje zajmowanie się naszym ośmioletnim Jackiem, który ma poważną postać autyzmu. No i jest jeszcze nasza dwunastoletnia córka Abby, którą co prawda łatwiej się zająć, ale i tak łatwo nie jest. Angie ma hopla na punkcie kontroli i jest trochę perfekcjonistką, a dzieciaki doprowadzają ją do szału.

Ben opowiedział mi, że rodzice Angie rozwiedli się, kiedy miała jedenaście lat.

– Jej ojciec zasadniczo zniknął z jej życia, ale matka ciągle ją krytykuje. Angie ma wrażenie, że nigdy nie uda jej się spełnić jej oczekiwań.

– Myślisz może, że Angie ma tę skłonność do krytykowania i perfekcjonizmu po matce? – zapytałem.

– Absolutnie tak – potwierdził Ben. – Ale muszę jej przyznać, że nie znosi tych cech u siebie. Kiedy jednak jest zestresowana – a z Jackiem jest zestresowana codziennie – wychodzi z niej to, co najgorsze.

– Czy twoim zdaniem Angie czasem życzyłaby sobie, żeby Jack się w ogóle nie urodził albo, co gorsza, żeby zniknął z jej życia, być może na stałe? – zapytałem, patrząc Benowi prosto w oczy.

– Co ty…! – wypluł z siebie. Wyglądał na wstrząśniętego i chwilę siedział w milczeniu.

– Chyba zasugerowała coś takiego raz czy dwa, jak było bardzo źle. Że wolałaby, żeby się nigdy nie urodził. Ale tego drugiego nigdy nie słyszałem – wyznał w końcu.

– Więc nigdy ci nie powiedziała, że wolałaby, żeby Jack nie żył? – zapytałem.

– Zwariowałeś! Oczywiście, że nie! Jak możesz w ogóle sugerować coś takiego? – Ben był poruszony moim pytaniem.

– Kiedy człowiek jest w wielkim stresie, tak jak Angie, perfekcjonistka i fanatyczka kontroli, kiedy zajmuje się Jackiem w jego najgorszych chwilach, to wpada w desperację – wyjaśniłem. – A w desperacji kontrolę przejmuje mózg gadzi i wtedy da się myśleć tylko o ucieczce.

Zapytałem Bena, czy kiedy Jack daje Angie popalić, Angie wyznacza czas na wyciszenie albo jemu, albo sobie jako sposób na uporanie się z własnym gniewem.

– Tak, to właśnie robi. Skąd wiedziałeś? – zdziwił się Ben. – To proste. Sam powiedziałeś, że Angie jest dobrym człowiekiem i nie chce zachowywać się tak jak jej matka. Kiedy Jack uderza w jej słabe punkty, musi zrobić coś fizycznego, żeby nie zareagować okrucieństwem, być może nawet przemocą. Właśnie dlatego wie, że jedno z nich potrzebuje czasu na wyciszenie. Analogicznie czasem musi zrobić coś emocjonalnego, żeby pozbyć się tych okrutnych myśli. I wtedy właśnie wjeżdżasz ty, Bambi. Cały na biało.

– Co to znaczy? – dociekał Ben.

– Jeżeli podświadomość Angie podpowiada jej: „Ten problem da się rozwiązać tylko wtedy, gdyby Jack nie żył”, ona absolutnie nie może dopuścić do siebie takiej myśli. Wyżywa się więc na tobie, co wyjaśnia, dlaczego żadne twoje słowa ani działania nie pomagają. To nie ty jesteś problemem. Problemem jest to, że Angie próbuje uciec przed myślami i uczuciami, które sprawiają, że sama siebie nienawidzi.

Ben miał łzy w oczach.

– Rany. Teraz to wszystko ma sens – odpowiedział. – Co mogę zrobić?

– Sugeruję ci podejście, które nazywam dość niezręcznie katharsis przez pośrednika – odparłem. – Oznacza to, że będziesz czuć te paskudne uczucia, które ona przeżywa, i będziesz z nią o nich rozmawiać. Możesz na przykład zapytać: „Angie, czy czujesz czasem wobec Jacka nienawiść i pragniesz, by zniknął z naszego życia? Na twoim miejscu chyba często bym tak myślał. Gdybyś ty się nim nie zajmowała, prawdopodobnie sam bym tak myślał. To straszna myśl”. Jeżeli powiesz to na głos, ona poczuje się mniej samotna i mniej odrażająca.

Dałem też Benowi praktyczną poradę – powinien zmniejszyć stres Angie, biorąc na siebie więcej domowych obowiązków.

– Nie czekaj, aż ona ci powie, co masz zrobić – zasugerowałem. – To ją tylko bardziej zdenerwuje.

Ben wprowadził moje sugestie w życie. Kiedy wraca do domu, nie zawsze ma szanse na święty spokój, ale sytuacja zmieniła się na lepsze. W większości przypadków po powrocie czeka na niego powitanie albo nawet uścisk, a nie wybuch.

Katharsis przez pośrednika

Sprawdza się w przypadku każdej osoby na emocjonalnej huśtawce, która musi dać upust uczuciom. Jest to jednak szczególnie dobre rozwiązanie, jeżeli masz do czynienia z partnerem, który zajmuje się wymagającymi małymi dziećmi, antagonistycznie nastawionymi nastolatkami bądź starzejącymi się rodzicami. Dlaczego?
  • Jako rodzice uważamy, że musimy kochać nasze dzieci przez cały czas. W efekcie, kiedy zrobią coś naprawdę paskudnego (a każdemu dziecku się to zdarza), wrogie uczucia wobec własnych dzieci są dla rodzica przerażające. Przekierowują więc negatywne emocje na bezpieczniejszy cel – w tym przypadku na ciebie.
  • Większość ludzi uważa, że musi kochać rodziców bezwarunkowo. Oznacza to, że w obliczu takich myśli jak: „Już nie mam siły zajmować się tym nowotworem, to straszne, byłoby lepiej, żeby po prostu umarła”, to ty masz wymalowaną tarczę strzelniczą na plecach.
W psychologii zjawisko to nazywamy przeniesieniem. Kiedy moi pacjenci boją się okazywać złość wobec swoich matek, ojców czy dzieci – lub jeżeli znajdują się w innych sytuacjach, kiedy konfrontacja z własnymi emocjami jest zbyt przerażająca – atakują mnie, bo to bezpieczne. A ja wiem, dlaczego to robią, więc mi to nie przeszkadza.

Jesteś teraz w tej samej pozycji. Rola chodzącego środka uspokajającego nie wystarczy. Musisz zrobić to, czego nauczył się Ben – zostań żywym zderzakiem.

Przydatna wskazówka

Kiedy dobrzy i kochający ludzie czują się przytłoczeni nienawistnymi i okrutnymi myślami, zrobią wszystko, żeby tylko przed nimi uciec – mogą także zaatakować ciebie.

Plan działania

  1. Pomyśl o kimś, kto zachowuje się wobec ciebie nadmiernie negatywnie, krytycznie lub wrogo.
  2. Jeżeli jest niezmiennie przykry, okrutny i złośliwy, zakończ tę relację.
  3. Jeżeli jednak podejrzewasz, że zachowuje się w ten sposób z uwagi na przytłaczające uczucia, których nie może bezpiecznie wyrazić, postaw się w jego sytuacji. Powiedz mu: „Gdybym ja musiał się z tym uporać, dostałbym szału i pewnie nawet chciałbym zrobić coś naprawdę destrukcyjnego. Czujesz się tak czasami?”.
Ważna uwaga: Nie zadawaj tego pytania, jeżeli nie jesteś gotowy na szczerą odpowiedź.

  1. Psychologia

Zdrada w związku - jak zachować się wobec dzieci?

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Jak już wiemy, odkrycie, że partner kłamie, wywołuje olbrzymie poruszenie emocjonalne; w takich warunkach zarządzanie własnymi uczuciami przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w rodzinie jest prawdziwą próbą siły! Jednak postaraj się nie kłócić w obecności dzieci, bo bardzo się przestraszą. Niezależnie od wieku, nie są bezmyślne i dobrze widzą, kiedy mama i tata są wściekli, zestresowani czy smutni…

Dziecko jest z natury bardzo egocentryczne (i nie ma w tym nic nagannego). Im młodsze, tym bardziej skoncentrowane na sobie: wraz z wiekiem obszar jego zainteresowania się rozszerza i zaczyna rozumieć, że nie wszystko jest z nim związane. Jeśli twoje dziecko jest małe, pomyśli, że skoro coś się stało, to przez nie. Mama jest smutna? To znaczy, że zrobiłem coś złego. Tata się gniewa na mamę? Kłócą się z mojego powodu.

W okresie adolescencji problemy są trochę inne, ale nie mniej skomplikowane! Budzenie się seksualności, budowanie tożsamości i wszystkie elementy związane z tym okresem życia wywołują u nastolatków niezwykłą wrażliwość i podatności na napięcia. Młodzi ludzie są wtedy bardzo emocjonalni i bronią się przed tym jak mogą. Zatem nie wierz we: „W porządku, mam to w nosie, to wasze życie”.

Bardzo ważne jest znalezienie równowagi między zachowywaniem się, jakby do niczego nie doszło (choć dziecko widzi, że jest inaczej), i „myleniem dziecka z pamiętnikiem”. Nie, dziecku nie można mówić wszystkiego; ale tak, można mu powiedzieć prawdę: nie powiedzieć wszystkiego to nie znaczy nie powiedzieć nic. Sytuację trzeba opowiedzieć w sposób odpowiedni do jego wieku, szanując jego rytm, bez przekraczania granic tego, co może i musi usłyszeć.

Oczywiście najgorsza sytuacja to taka, gdy dziecko staje się wspólnikiem kłamcy. Na przykład tata zabiera ośmioletniego synka Théo do kochanki i każe mu się bawić, podczas gdy dorośli zajmują się swoimi sprawami.

Gdy wracają, ojciec mówi chłopcu: „Pamiętaj, nie mów o niczym mamie, to nasz sekret”. Takie zachowanie jest niszczące dla dzieci. Czują one złość i poczucie winy: złość na rodzica, który zdradza, i poczucie winy, że wbrew swojej woli uczestniczą w tym oszustwie.

Wszystkie dzieci czują, że rodzic, który kłamie, jest mniej zaangażowany w życie rodzinne. Nawet jeżeli tego nie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie tak. Jeśli wiedzą i widzą, że ten, kto jest dla nich wzorem, ich autorytetem kłamie lub, co gorsza, wciąga je w swoje krętactwa, podczas gdy są uczone, żeby nie oszukiwać – czują się totalnie zdezorientowane. Tracą zaufanie do rodzica i do siebie samych. W efekcie mogą zbudować sobie mylne wyobrażenia na temat seksu, zdrady i zakazanych zachowań. Albo w końcu odkrywają kłamstwo, albo noszą ciężar sekretu rodzinnego czy przemilczeń. Taki rodzaj traumy może sprawić, że w dalszym życiu rozwinie się w nich nieufność. Jeśli od dzieciństwa uczymy się, że osoba, której najbardziej ufamy, pozwala sobie na kłamstwo lub oszukiwanie nas, można wyprzedzająco trzymać się założenia, że nikt nie jest godny zaufania i każdy potrafi nas wykorzystać.

Twoje dziecko nie ponosi odpowiedzialności: powiedz mu to!

Jeśli twój partner czy partnerka wciągnęli dziecko w swoje „sprawy dorosłych”, porusz ten temat z dzieckiem.

Możesz na przykład powiedzieć: „Wiesz, on nie powinien/ ona nie powinna brać cię ze sobą. Ale to tata zrobił/ mama zrobiła głupio, nie ty. Nikt nie jest na ciebie zły. Mama i tata postarają się sami załatwiać swoje problemy, ale nie masz się czego bać, bo oboje bardzo cię kochamy i nikt nie ma do ciebie pretensji”.

Jeśli córka czy syn ma pytania, odpowiadaj mu prostymi słowami, ale mów prawdę. Jeśli zapyta na przykład, czy jesteś zła na partnera, możesz powiedzieć: „Tak, jestem zła, bo nie powiedział mi prawdy, ale nie martw się tym, bo na ciebie nikt nie jest zły. Tata i mama porozmawiają i zobaczą, czy mogą się pogodzić”. Albo: „Jestem teraz zbyt zły, żeby z nią rozmawiać, ale kiedy mi trochę przejdzie, tata i mama będą mogli porozmawiać”.

Jeśli twoje dziecko było świadkiem skomplikowanych scen i nie jest w stanie opowiedzieć o nich (albo ty nie masz siły tego słuchać), nie wahaj się iść z nim do psychologa dziecięcego, który pomoże mu to nazwać i zrozumieć, czego doświadczyło. Często powtarzaj dziecku, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się dzieje. Że to nie jego wina. Uspokajaj je, mówiąc, że niezależnie od tego, jak sprawa się zakończy, rodzice go nie zostawią.

Dziecko nie jest ani twoim psychoterapeutą, ani powiernikiem!

Jak już rozumiesz, etap numer 1 polega na tym, żeby pocieszyć dziecko, zwłaszcza jeśli jest małe, że nie ponosi odpowiedzialności za problemy mamy i taty i że mimo tego, co dzieje się w domu, rodzice go nie porzucą. Nie można również stawiać córki czy syna w nieodpowiedniej roli. Bardzo kuszące jest szukanie potwierdzenia na to, jaki koszmar zgotował nam partner, i wywnętrzanie się pierwszej osobie, która znajdzie się w pobliżu, albo plucie wściekłością do wyczulonego, niewinnego ucha.

Jednak twoje dziecko nie jest twoim powiernikiem! To nie ono ma osłaniać cię, bronić, a tym bardziej brać na swoje barki twój smutek. To twoja rola! Uważaj zatem, żeby nie stawiać go w pozycji dorosłego. Niech dziecko zostanie na swoim miejscu, w żaden sposób nie wciągaj go w problemy, które masz z partnerem, nie rób z niego szpiega ani posłańca. Za wszelką cenę staraj się, żeby na tych małych delikatnych ramionach nie spoczął żaden ciężar.

Nie krytykuj drugiego rodzica

Inny ważny punkt to powstrzymanie się od mówienia źle o partnerze. Nawet jeśli to bardzo trudne, nie każ dziecku znosić nienawiści, jaką odczuwasz. Ono nie ma na to żadnego wpływu. Będzie to tylko ze szkodą dla niego, ponieważ postawisz je w pozycji bezużytecznego buforu lub zniszczysz obraz drugiego rodzica, jaki w sobie nosi, a to prawdopodobnie niekorzystnie odbije się na jego rozwoju. Nie skarż się w obecności swojej pociechy, bo znajdzie się ona w bardzo poważnym konflikcie lojalności. Twoje dziecko ma prawo nie musieć wybierać miedzy tatą a mamą, niezależnie od krzywdy, jaką jedno zrobiło drugiemu. Jeśli, niestety, ojciec czy matka jest złym człowiekiem, z wiekiem samo to sobie uświadomi.

Twoje dziecko jest dzieckiem!

Może się jednak zdarzyć, że mimo że się starasz, dziecko i tak będzie musiało unieść twój smutek czy gniew. Nie ma sensu krążyć przez pół godziny wokół domu, żeby się uspokoić i osuszyć łzy, zanim wejdziesz do środka. Dziecko jest superczułym odbiornikiem i poczuje twój ból lub złe samopoczucie, gdy tylko przekroczysz próg. To okropne, ale tak jest! Dziecko jest jak małe zwierzątko z mocno rozwiniętym systemem alarmowym, który zabezpiecza jego podstawowe potrzeby: spokoju, stabilności, bezpieczeństwa emocjonalnego, zaufania, autonomii, wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczności i zabawy, granic i samokontroli…

Jesteś jednym z filarów, na których spoczywa jego egzystencja, zatem dziecko rozwija wysoką wrażliwość, żeby ten filar się nie rozpadł. Będzie się starało wiedzieć, będzie ci się przyglądało, żeby „sprawdzić”, czy się trzymasz. Czasem zapyta o coś, czego tak naprawdę nie chce wiedzieć, gdyż da mu to poczucie, że kontroluje wydarzenia, na które w rzeczywistości nie ma żadnego wpływu.

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa emocjonalnego. Jedna z podpór się chwieje, bo popełniła błąd, który podważa to, kim jest. Druga cierpi, więc wydaje się słaba. Dziecko odczuwa silną niepewność, której nie może wyrazić słowami. To w takiej sytuacji często dochodzi do parentyfikacji. Dzieci przejmują rolę rodzica tak naprawdę po to, żeby ochronić siebie: „Muszę się zająć mamą i czuwać nad jej dobrą formą, żeby mogła zajmować się mną”.

Postaraj się, aby twoja pociecha zachowała niefrasobliwość. Jeśli ci się to nie udaje, niech na trochę zajmie się nią ktoś inny. Nie zapominaj nigdy, że może poczuć konieczność wspierania cię, a to dla niej za ciężkie i nie jest to jej rola. Poproś o pomoc przyjaciół, rodzinę albo psychologa – na tym polega jego praca.

Być prawdziwym

Stale pocieszaj swoje dziecko, ale nie kłam. Nie mów mu, że wszystko jest w porządku, jeśli wyraźnie tak nie jest. Poczuje, że mówisz nieprawdę, że to, co słyszy, nie zgadza się z tym, co wyrażasz niewerbalnie: tonem głosu, gestami, spojrzeniem, wyrazem twarzy – czyli całym sposobem komunikacji poza słowami.

Wielu rodziców uważa, że lepiej chronić swoje dziecko, nic mu nie mówiąc. W rzeczywistości taka postawa może być równie szkodliwa, jak zwierzanie się mu. Julien patrzy ci w oczy i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadasz mu: „Tak, oczywiście”. On nalega, a ty nadal twierdzisz, że wszystko w porządku (być może nawet nieco się denerwując). Uważasz, że synek jest za mały, żeby zrozumieć, na czym polegają problemy dorosłych, i nie musi wiedzieć, co się dzieje. Masz rację. Jednak Julien widzi, że nie wszystko z tobą porządku. I kiedy mówisz mu, że nie ma problemu, podczas gdy on wyraźnie widzi coś innego, czuje silny lęk; jego intuicja popada w konflikt z twoimi słowami, które bierze za wyznacznik prawdy. W końcu uświadamia sobie, że kłamiesz. Ale nie rozumie dlaczego.

Być spójnym

Jeśli nie zdołasz ukryć swojego smutku lub gniewu, co doskonale mogę zrozumieć, pamiętając o bałaganie emocjonalnym w mózgu, lepiej wyrazić problem słowami. Pod pretekstem, że je chronisz, nie okłamuj dziecka które cię doskonale prześwietliło – ponieważ narobisz jeszcze więcej szkód. Powiedz mu wprost: „Tak, mama jest teraz smutna, ale nie martw się, to przejdzie i jestem z tobą. Nie jestem smutna przez ciebie”. Jeśli zapyta, skąd ten smutek, możesz wyjaśnić mu to w prostych słowach: „Mama posprzeczała się trochę z tatą. Wiesz, to tak samo jak ty czasami kłócisz się z kolegami w szkole. Ale nie martw się, mama i tata są z tobą”.

Jeśli dziecko zobaczy, że płaczesz, nie mów mu, że to ze zmęczenia i że minie. Powiedz prawdę, że jest ci smutno. Jeśli skłamiesz, w jego małej główce powstanie jeszcze większe zamieszanie. Jeśli spyta, dlaczego się pokłóciliście, możesz mu odpowiedzieć w następujący sposób: „Twój tata i ja trochę się ostatnio gniewamy na siebie. Tak jak przyjaciele mogą się czasami gniewać. Mamy inne zdanie na temat przyjaźni taty z pewną panią, ale próbujemy rozwiązać ten problem. Nie masz co się niepokoić, to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie z twojego powodu i oboje bardzo cię kochamy. Zawsze będziemy się tobą opiekować”.

To tylko przykłady. Możesz oczywiście wyrazić to własnymi słowami w zależności od istoty problemu, ale bądź prawdziwa.

Szanuj je i zadawaj mu pytania

Pisałam wcześniej, żeby szanować rytm dziecka. Jeśli zostało obsadzone w roli wspólnika lub było świadkiem waszej kłótni, warto wrócić do tego, co się wydarzyło lub jeżeli nie czujesz się na siłach, żeby to zrobić – zwrócić się po pomoc do psychologa. Jeśli jednak udało ci się uchronić dziecko i atmosfera w domu jest dość stabilna, nie ma potrzeby brać go na rozmowę w cztery oczy i wyjaśniać, że tata zdradził mamę i mamie jest bardzo smutno! Szanowanie jego rytmu oznacza bycie świadomym, że ono jest na innym etapie percepcji niż ty. Zbyt szczegółowe lub przedwczesne wyjaśnienia mogą być dla niego szokujące, bo nie jest na nie gotowe ani nie ma ochoty ich słuchać. Przykład? „Zauważyłeś/ zauważyłaś, że tata i mama się gniewają teraz (do tej pory OK, zauważył/ zauważyła). To dlatego, że mama zakochała się w innym panu i tata jeszcze nie wie, czy wybaczy mamie i czy będziemy dalej razem mieszkać (tego natomiast nie musi na razie wiedzieć)”.

Najpierw ureguluj sprawy z partnerem. Jeśli zdecydujecie się rozstać, to dopiero wtedy powiedzcie o tym dzieciom. Warto natomiast porozmawiać z córką czy synem, gdy tylko zauważysz, że orientują się oni w czymś, lub stwierdzisz, że wykazują objawy lęku (zaburzenia snu, kłopoty w szkole, niewyjaśnione problemy somatyczne, dziwne albo nieadekwatne zachowanie).

Niemniej jednak nie podawaj im niepotrzebnych szczegółów i upewnij się, że rozumieją, co mówisz. Postaraj się, aby twoje słowa były maksymalnie zgodne z przekazem niewerbalnym, gdyż dzieci są szczególnie wrażliwe na ten ostatni. Na przykład nie mów, że wszystko w porządku, jeśli dąsasz się i od długiego płaczu aż spuchły ci powieki.

Spytaj dziecko, co je dręczy. Czasami samo tego nie wie, albo będzie się bało cię zranić. Daj mu czas, niekiedy warto nawet zaryzykować i powiedzieć, że być może czuje ciężką atmosferę w domu itd. Zapewnij je, że może ci o wszystkim opowiedzieć, że nie będziesz na nie zła. Czasem również się zdarza, że dziecko ma pretensje do porzuconego rodzica, że nie umiał ochronić rodziny. Nie zapominaj, że chłonie wszystko jak gąbka, mimo wszystkich wysiłków, jakie podejmujesz, żeby je ochronić.

  1. Styl Życia

Monika Mrozowska: "Nie ma sytuacji bez wyjścia"

Monika Mrozowska z dziećmi Karoliną, Jagodą i Józiem. Za moment na świat przyjdzie Lucjan. (Fot. Karolina Synowiec)
Monika Mrozowska z dziećmi Karoliną, Jagodą i Józiem. Za moment na świat przyjdzie Lucjan. (Fot. Karolina Synowiec)
Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe – mówi aktorka Monika Mrozowska, mama Karoliny (17 lat), Jagody (10), Józia (6) i Lucjana, który urodzi się pod koniec stycznia.

(W chwili, kiedy publikujemy ten artykuł na naszym portalu, Lucjan jest już na świecie; przyp. redakcji)

Lucjan będzie do kompletu: dwie córki i dwóch synów. Nie mam poczucia, że kolejna ciąża coś mi odbiera. Cały czas jestem aktywna. Dzieci odchowane, a ja znowu wchodzę w pieluchy? Po raz kolejny przekonałam się, że życie wciąż zaskakuje. Ale tym razem na plus. Bo moje dzieci są już duże, najmłodszy Józio od przyszłego roku pójdzie do szkoły. Podziwiam kobiety, które decydują się na dzieci jedno po drugim, wtedy obowiązki się kumulują. Wydaje mi się, że trudno byłoby mi takiej sytuacji podołać. Moje córki są już samodzielne, ale nie obarczam ich odpowiedzialnością za brata. Sama byłam starszą siostrą i wiem, jak to bywa. Wymagam natomiast sprzątania po sobie, odkładania rzeczy na miejsce. Teraz, kiedy córki uczą się zdalnie, muszą pamiętać, o której się zalogować, o przygotowaniu do lekcji. Oczywiście mogą na mnie liczyć, kiedy sobie z czymś nie radzą. Ale ich nie wyręczam.

Uczyć się na błędach

Jeżeli miałabym powiedzieć o sobie „mama kwoka”, to pod innym względem – dbania o domowe ognisko, o to, żeby dzieci miały poczucie zaopiekowania w sensie bliskości, ale także żeby miały ugotowane, poprane. Natomiast starsze córki muszą same pamiętać o swoich obowiązkach. Widzę po Karolinie, że to się sprawdza, choć jedno z doświadczeń, jakie przeszła, żeby tej odpowiedzialności się nauczyć, było bardzo trudne. W zeszłym roku zdawała do liceum, przypomnę: podwójny rocznik, jedne dzieci, w tym Karolina, kończyły gimnazjum, inne – ósmą klasę; i wszystkie ubiegały się o miejsca w szkołach średnich. Mając w pamięci swoje doświadczenia z tego okresu, kiedy wszystkim zajęłam się samodzielnie, uznałam, że ona też tak zrobi. Oczywiście zapytałam ją, czy potrzebna jest jej pomoc, odpowiedziała, że nie. Byłam spokojna, bo miała dobre wyniki z egzaminu i niezłe oceny na świadectwie. Wyniki rekrutacji miały zostać ogłoszone w połowie lipca. I kiedy to nastąpiło, Karolina przychodzi do mnie i mówi: „Nie dostałam się do żadnego liceum”. Zdziwiłam się: „Jak to do żadnego?”. Przecież aplikowała do dziesięciu liceów, które wybierała zgodnie z szacunkami, że jej punktacja mieści się w tej wymaganej w danej szkole. Córka na to, że nie dostała się, bo… zapomniała zanieść papiery do szkoły pierwszego wyboru i w ogóle nie ma jej w systemie. W pierwszej chwili myślałam, że umrę na zawał. Zaufałam jej, że nie potrzebuje pomocy, a dowiaduję się, że nie dostała się do szkoły, bo papiery leżały sobie u niej w pokoju na parapecie. Najłatwiejsze rozwiązanie – które sugerował mój były mąż – było takie, żeby zapisać ją do szkoły prywatnej. Mogliśmy zapłacić wpisowe i w ciągu jednego dnia mielibyśmy problem z głowy. Po namyśle zaproponowałam, żeby to rozwiązanie potraktować jako awaryjne i sprawdzić wszystkie inne wyjścia z tej sytuacji. Przestudiowałyśmy informacje na stronach MEN-u, skąd dowiedziałyśmy się o dodatkowej rekrutacji za dwa tygodnie. Córka oczywiście też była zwolenniczką szkoły prywatnej, ale powiedziałam stanowczo: „Nie, Karolina, popełniłaś błąd, więc teraz trzeba poszukać rozwiązania, ale niekoniecznie musi to być rozwiązanie najprostsze”. Przez dwa tygodnie chodziła niepocieszona. Zobaczyła, że gdyby wszystkiego dopilnowała, mogłaby mieć wakacje, a tak musiała czekać. To była dla niej wielka nauczka. Po miesiącu okazało się, że miejsc w szkołach jest całkiem sporo. Dostała się do liceum blisko naszego domu, jest zadowolona. A ja też miałam satysfakcję, ale nie dlatego, że postawiłam na swoim, tylko że Karolina zobaczyła konsekwencje swoich działań. Trójkę wychowuje się inaczej niż jedynaka. Widać to chociażby na przykładzie wyboru szkoły przez Karolinę. Bo jednym z powodów, dla których chciałam, żeby ona jednak podjęła wysiłek dostania się do szkoły państwowej, było to, że potem Jagoda mogłaby mieć argument do niestarania się o miejsce w dobrym państwowym liceum. No bo dlaczego ona ma się starać, skoro Karolinie rodzice podali wszystko na tacy? A potem przyszłaby kolej na synów. Nie twierdzę, że prywatna ścieżka edukacyjna jest złym rozwiązaniem, ale na pewno kosztownym.

Wspólne działanie

Rodzeństwo dużo się od siebie nawzajem uczy. Karolina jest takim typem osobowości, że najlepiej by się czuła, gdyby była jedynaczką. Jako małe dziecko nigdy nie marzyła o rodzeństwie, była niezadowolona, gdy spodziewałam się kolejnego dziecka. A teraz? Ma superkontakt z Józiem, ciągle go przytula, jest troskliwa, pomocna. Choć nie wymagam, żeby zajmowała się młodszymi dziećmi, bo uważam, że to obowiązek rodziców, to młodsi czasem ją o coś proszą. Na przykład Jagoda prosi o pomoc w zalogowaniu się do systemu zdalnego nauczania. Karolina ogarnia to trzy razy szybciej niż ja. A wszystkie dzieci uczą się tego, że każdy pomaga w tych dziedzinach, w których jest najlepszy. Rodzinną wspólnotę buduje się między innymi poprzez wspólne działanie. My razem gotujemy. Młodsza córka uwielbia kroić, mieszać, próbować. Starsza też ma do tego dryg, co na jaw wyszło na prowadzonych przeze mnie warsztatach kulinarnych, na które je zabieram. Ale teraz ma inne priorytety. Razem wyjeżdżamy na wakacje, dzieci wtedy widzą, że nie musimy lubić robić tego samego, ale nadal możemy spędzać fajnie czas. Staram się pokazywać im, jak ważne jest robienie sobie nawzajem miłych rzeczy. Przygotowuję im na przykład śniadanie do łóżka. W czasie pierwszej fali pandemii bywało, że spaliśmy razem, jak w gnieździe. Bardzo się cieszę, że nasz dom jest dla nich miejscem, do którego ciągną, zapraszają swoich znajomych. Uwielbiamy wieczorami grać w karty, gry planszowe, wygłupiać się. Zachęcam wszystkie dzieciaki do udziału, bo wspólne zajęcia uczą współdziałania. Myślę, że umiejętności współpracy w domu przekładają się na ich kontakty społeczne. Jeżeli córka jest w stanie dogadać się z mamą, siostrą, która ją wkurza, z młodszym bratem, który ciągle zadaje pytania, to potrafi dogadać się z koleżanką z klasy czy nauczycielem. Bo wyniosła z domu, że trzeba spróbować znaleźć wspólny język, a nie wycofywać się. Uważam nawet, że kłótnie pomiędzy rodzeństwem są potrzebne, bo uczą szukania kompromisu. Córki często się kłócą. Podoba mi się, jak starsza nie idzie za emocjami, tylko tłumaczy Jagodzie: „Możesz powiedzieć, że coś ci się nie podoba, ale powiedz to spokojnie”. Jagoda, bardzo emocjonalna, aż się gotuje, ale w końcu te słowa do niej docierają. Przy młodszych dzieciach jest mi nieco łatwiej, wiem, co odpuścić, kiedy dać się wykrzyczeć, ale gotowego szablonu, jak postępować, nie ma. Zawsze natomiast potrzebna jest rozmowa. Trzeba wysłuchać dziecko, ale i jasno dać do zrozumienia, że na przykład w ten sposób nie rozmawiamy, że tak się nie traktujemy. Bywają trudne momenty, czasem mam krótki lont i od razu wybucham. Zawsze jednak staram się wrócić do rozmowy. Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. Przypuszczam, że na żadnych studiach psychologicznych nie nauczyłabym się tyle, ile uczę się od dzieci. Jeśli nam się coś nie podoba w relacjach towarzyskich, to możemy się z nich wymiksować. A w rodzinie musimy się dogadać. Uważam za swój sukces to, że moja siedemnastolatka w czasie ostatnich wakacji większość czasu spędziła ze mną i rodzeństwem. Gdy dochodzi do konfliktu między starszymi córkami, czekam, aż się dogadają. Natomiast jeśli chodzi o relacje młodszej córki i syna, to od razu muszę interweniować. Oczywiście trudno dociec, kto zaczął. Dla mnie te ich konflikty są przykre, bo sama mam młodszego o siedem lat brata, z którym mieszkałam w jednym pokoju, i nie pamiętam, żebyśmy się kłócili. Co więcej, uwielbiałam z nim przebywać, zajmowałam się nim. Mam nadzieję, że z tego wyrosną.

Monika Mrozowska: Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. (Fot. Karolina Synowiec) Monika Mrozowska: Uważam, że rodzice wychowują dzieci, ale one też uczą nas, to układ dwustronny. (Fot. Karolina Synowiec)

Najważniejsza jest współpraca

Starsze córki mają młodszego brata przyrodniego także od strony taty. Syn ma starszą, dorosłą siostrę. W naszym patchworku sprawdzają się różne modele opieki nad dziećmi. Dziewczynki są w klasycznym trybie, czyli mieszkają ze mną, a do taty jeżdżą dwa razy w miesiącu na weekend, tata organizuje im też połowę wakacji. Grafik jest przewidywalny, ustalony, a w razie potrzeby modyfikowany. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby córki czuły się dobrze w domu taty, żeby były tam dobrze traktowane, ale żeby też dobrze traktowały tamtą rodzinę. I to się udało w zasadzie od początku. Nie ma tak, że ktoś nastawia dzieci przeciwko komuś. Nasze relacje z rodziną taty córek nie są cukierkowe, nie obchodzimy wspólnie świąt, nie bywamy u siebie na obiadkach. Ale nie wbijamy sobie szpil. Myślę, że nasze córki wiedzą, że spotkanie taty z mamą nie spowoduje eskalacji nerwów. Z tatą Józia też współpracujemy. Ale mamy zupełnie inny system dzielenia się opieką nad synem. Na początku zabiegałam o to, żeby ta opieka wyglądała tak samo jak w przypadku córek, czyli żeby syn mieszkał u mnie, a z tatą widywał się w ustalonych terminach. Na co tata Józia, że on chce spędzać z nim tyle samo czasu co ja. A ja powtarzałam: „nie”. W tym czasie spotkałam wspaniałą psycholożkę, panią Aleksandrę Piotrowską. Wzburzona opowiadam jej o mojej walce o to, żeby syn mieszkał ze mną, a ona pyta: „Dlaczego?”. Odpowiadam: „Dlatego że to się sprawdziło w przypadku córek”. Pani Aleksandra na to, że tu jest inna sytuacja, bo tata Józia zabiega o naprzemienną opiekę, a poza tym będę miała więcej czasu dla córek, dla siebie. Po namyśle przyznałam jej rację. I syn jest w takim trybie już trzeci rok – tydzień albo dwa u mnie, potem tydzień lub dwa u taty. Tata Józia rewelacyjnie się nim zajmuje, jest wspaniałym tatą. Taki system okazał się bardzo komfortowy dla nas, ale przede wszystkim bardzo dobry dla Józia. Dorosła siostra już nie mieszka na stałe z tatą, więc w domu wszystko kręci się wokół niego, a u mamy musi się czasem dostosować do sióstr. Logistyka naprzemiennego sposobu opieki nad dzieckiem musi być dopracowana, ale potrzebny jest też zdrowy rozsadek. Józio ma ubrania, zabawki, książeczki u taty i u mamy. Jeśli jedzie do taty w jednym ubraniu, to wraca w innym i nie ma z tego powodu żadnych napięć. Wydaje mi się, że trochę inaczej podchodzimy z jego tatą do niektórych spraw, ale co do pryncypiów jest między nami pełna zgoda. Pamiętamy oboje, że dziecko jest najważniejsze. Z tatą córek też wszystko uzgadniamy. Jak coś się dzieje, od razu do siebie dzwonimy. Gdy Karolina poszła do liceum, zaczęła sprawdzać, na ile może sobie pozwolić. Ale doskonale wiedziała, że jak na przykład tata zablokuje jej kieszonkowe, to ja tę decyzję poprę. To uniemożliwia manipulacje, na zasadzie: „A mama się na coś nie zgodziła, ale zadzwonię do taty”. Ona wie, że nic nie ugra, nie ma takiej opcji. Natomiast Józek, jak się pokłóci z Jagodą, to mówi: „Chcę jechać do taty”. Też nie ma takiej opcji. Na szczęście szybko mu przechodzi.

W patchworku nigdy nie jest nudno

Patchworkowa rodzina to mnóstwo wyzwań. Wiadomo, że nikt przy zdrowych zmysłach nie dąży do rozbijania rodziny. Ale uważam, że lepszym rozwiązaniem jest rozstanie niż tkwienie w toksycznym związku. Oczywiście zawsze trzeba dać sobie szansę, pracować nad relacją. Z tatą Józia przeszliśmy terapię, nie poddaliśmy się bez walki. Nie udało się. Mimo to dla mnie rodzina była i jest wartością nadrzędną. Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami, ale staram się mówić im prawdę, oczywiście dostosowując rozmowę do ich wieku. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Wiadomo, że rozstanie rodziców bywa traumatyczne, zwłaszcza dla małych dzieci. Możemy wtedy wesprzeć się psychologiem, i ja tak zrobiłam. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców może być dla nich życiową lekcją. Pokazuje, że zawsze można zacząć budować od początku. Moim największym marzeniem jest to, żeby za kilkanaście lat znalazły swoje miłości na całe życie. Ale też żeby miały poczucie, że nie muszą trwać w związku na siłę. A rolą matki jest stanie przy nich. Tak robiła moja mama. Kiedy przechodziłam przez różne życiowe zakręty, nie panikowała, tylko powtarzała: „Nic takiego się nie stało”. Moje dzieci też zawsze usłyszą ode mnie, że jestem z nimi. I że nie ma sytuacji bez wyjścia. Moje życie toczy się w niestandardowy sposób. Chciałabym przeżyć je w zgodzie ze sobą. I pokazać dzieciom, że zawsze można sobie poradzić. Powtarzam im, że trudności pomagają docenić to, co mamy. A my mamy siebie. I gwarancję, że nigdy nie będzie nudno. 

Monika Mrozowska aktorka, znana z seriali „Rodzina zastępcza” i „Sprawiedliwi – Wydział Kryminalny”. Propagatorka zdrowego żywienia, autorka wegetariańskich książek kucharskich, między innymi: „Zdrowe przekąski”, „Zupy moc”, współautorka „Uczty dla maluszka” i „Uczty dla dwojga” (wszystkie wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Jaka jest cena podwójnego życia?

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Co zdrady mojego ojca i milcząca zgoda na nie matki mają do tego, czy jestem szczęśliwa w małżeństwie? Czasem wolimy nie znać rodzinnych tajemnic. Jednak bywa, że odkrycie tego, co działo się między rodzicami, to droga do szczęścia w miłości.

Sto razy bardziej wolałabym widzieć swojego ojca szczęśliwego z inną kobieta niż przez lata patrzeć, jak warczą na siebie z matką – mówi Anna, lekarka. – Widzieć, jak siadają na dwóch końcach wersalki tak, żeby się przypadkiem nie dotknąć. Jak mijają się w kuchni czy przedpokoju, nie patrząc sobie w oczy. Jak matka wścieka się lub płacze, bo nawet kiedy ojciec jest w domu, to siedzi w swoim gabinecie. A ona ze mną, moim bratem i naszym kotem…

Jak to, że ojciec matki nie kochał, ale mimo to mieszkali razem, wpłynęło na jej życie, Anna zdała sobie sprawę po rozwodzie. Jej mąż był zimny i krytyczny, ale odeszła od niego z powodu mężczyzny, który był… taki sam.

– Miałam szmergla na punkcie mojego kochanka Pawła. Zdradziłam z nim męża, ale dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że Paweł całkiem mnie lekceważył.

Zabolało ją i otrzeźwiło, kiedy usiadł na kanapie tak, żeby przypadkiem jej nie dotknąć. Wtedy zobaczyła, że powiela życie matki i ojca. Zrozumiała też, jak cierpiała matka i dlaczego była taka nieczuła wobec niej i brata.

Anna, rozbita i załamana, trafiła na terapię. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby być szczęśliwa. Żeby nie powtórzyć losu rodziców. Efekt? Nieudane małżeństwo, zdrada, rozstanie.

– Psychoterapeuta wyjaśnił mi, że nie jestem masochistką. Powielam w życiu wzory wyniesione z domu. A że są traumatyczne, to pech! Jasne stało się, dlaczego wyszłam za mąż za mężczyznę, który był jak jeż, i czemu go zdradziłam z podobnym, dlaczego moje życie było pogonią za niemiłymi facetami. Dlaczego? Bo, jak mi wyjaśnił psycholog, miłość to dla nas to, co łączyło tatę i mamę, nawet jeśli z prawdziwą miłością nie miało to wiele wspólnego.

Anna dowiedziała się przez przypadek, skąd wynikały chłód i napięcie panujące w ich domu. Zdarzyło się to w czasie, kiedy rozstała się z mężem i kochankiem. – Dobrze zrobiłaś – usłyszała od znajomej mamy, którą znała od urodzenia. – Szkoda, że twój ojciec nie odszedł od twojej mamy do Ewy. Nie wiedziałaś, że przez 16 lat prowadził podwójne życie?

Anna znała Ewę: miła brunetka, która często u nich bywała. Ewa czekała na ojca Anny 16 lat.

Matryce emocjonalne

Ksiądz doktor Grzegorz Kudlak, psycholog: – Anna jak każda dziewczynka patrzyła na to, jak tata odnosi się do mamy, i w dorosłym życiu szukała mężczyzny, który traktowałby ją w taki sam sposób. Szczęśliwa z nimi być nie mogła, ponieważ jej rodzice szczęśliwi nie byli… Ale wybierała to, co znane, bo w takiej relacji czuła się pewniej. Choć świadomie pragnęła czego innego, nie mogła przekroczyć tej smutnej emocjonalnej matrycy, póki nie zyskała świadomości, że taką ma.

Skąd się bierze emocjonalna matryca? „Dziecko nie rozumie, jest jeszcze za małe” – myślą rodzice. – Może nie rozumie, ale czuje: zamieszanie, pustkę, napięcie, lęk – dodaje dr Grzegorz Kudlak. Chłód emocji i odrzucenie. Do nich się przyzwyczaja i ich potem nieświadomie szuka. Dziecku trzeba mówić, co się dzieje, bo inaczej żyje w ciągłym napięciu, które je demoluje. Przywyka do napięcia i dlatego w relacjach w dorosłym życiu czuje się jak domu wtedy, kiedy to napięcie odczuwa.

Być jak ojciec

Na tę audycję w radiu Rafał trafił przypadkiem. „Każde uzależnienie – usłyszał – a więc i to od uwodzenia czy od seksu, ma swoje fazy. Najpierw przynosi więcej korzyści niż strat, potem, kiedy potrzebujemy coraz mocniejszych bodźców, żeby dostarczyć sobie takiej samej jak na początku stymulacji, zaczynamy odczuwać negatywne skutki: wstyd i poczucie winy. Ale wtedy już nie udają się próby zaprzestania flirtów, zdrad itp. Nasze myślenie opanowało planowanie i fantazjowanie o seksualnych doświadczeniach. Spędzamy coraz więcej czasu na poszukiwaniu seksu. Zaniedbujemy bliskich, pracę. Pojawiają się jeszcze silniejsze poczucie winy i lęk. By je zagłuszyć, sięgamy po jeszcze bardziej niebezpieczne zachowania seksualne. A poczucie pustki i upodlenia rośnie”.

Rafał opowiedział swojemu terapeucie, że słuchając o uzależnieniu od seksu, poczuł, jak włosy stają mu dęba. To było o nim! Przed oczami ciągle miał twarz swojej partnerki: płaczącą, krzyczącą, że to chore, proszącą, żeby przestał – to jego chowanie telefonu i komputera, mówienie jej o tym, że to ona ma iść się leczyć, bo chce go kontrolować! A przecież wiedział, że ukrywa przed nią zdrady. Wiedział i nie wiedział. Nie chciał przecież tak żyć, a znów to robił. Dlaczego? Aż tak nie kontroluje swojego życia?! Tym razem nie miał wątpliwości, że sam sobie nie poradzi. Zdecydował się na terapię.

Piotr Gumienny, seksuolog: – W modelu mężczyzny Rafał ma wpisane uwodzenie. Jego ojciec, z którym spędzał wiele wolnego czasu, uwodził na jego oczach właśnie poznane kobiety. Matka Rafała udawała, że nie widzi zdrad męża. Bała się, że go straci, że w wypadku konfrontacji odejdzie do którejś z kochanek. Zostawała więc w domu razem ze starszą o pięć lat od Rafała córką.

Piotr Gumienny: – Rafał chciał żyć inaczej niż ojciec, nie uniknął jednak nieświadomego powielania. Świadomie starał się być wierny, zwłaszcza że to była czwarta partnerka. Czuł się jednak źle w atmosferze otwartości, miłości i akceptacji. Przywykł w domu rodzinnym do napięcia, milczenia, atmosfery tajemnicy, lęku. Zaczął więc czuć brak, nudę, irytację. Szukając sposobu, by je zniwelować, zaczął  flirtować na Facebooku. „Przecież to nie portal randkowy, co w tym złego?” – tak sobie tłumaczył. Do czasu, aż pierwszy raz poczuł, że Messenger w nocy to za mało, i poszedł do łóżka z poznaną w necie kobietą.

Seksproblemy po zdradach

– Gdzie zaczyna się seksualność dziecka? W sypialni rodziców – mówi dr Kudlak. Tymczasem rodzice Anny nie spali razem. Dla niej więc stały partner nie był kimś, z kim łączy intymna, seksualna więź, co źle wpłynęło na jej małżeństwo i pchnęło ją samą do romansu. Podobnie rodzice Rafała nie mieli wspólnej sypialni. A więc i dla niego związek nie był przestrzenią dla bliskości i zmysłowości. I on tracił ochotę na seks z każdą kobietą, która się stawała jego stałą partnerką. Co więcej, zaczynał swoje kobiety traktować chłodno i trzymać na dystans.

Powodów było wiele, ale żaden nie wynikał z tego, co do nich czuł i co one zrobiły. Jego relacje niszczyła emocjonalna matryca.

– Chłopiec obserwuje, jak tata odnosi się do mamy, a jak do pani w kawiarni czy koleżanki w pracy. W domu w stosunku do mamy jest chłodny, a w kawiarni do obcej pani miły? Tam niechętny, a tu czuły?! To rodzi chaos, który jest destrukcyjny dla przyszłości dziecka. Bo kto jest bliski, kto obcy? Jak się zachowywać? Chłopiec czuje się zagubiony i nieświadomie zaczyna postępować tak jak ojciec – wyjaśnia dr Grzegorz Kudlak. – A to niszczy przyszłe związki, gdyż czyni go niezdolnym do stworzenia bliskości.

Rafał miał żal do swojej matki, która jak większość zdradzanych kobiet nie radziła sobie z zazdrością i wybuchała agresją wobec syna. Ta niechęć promieniowała na wszystkie kobiety, z którymi był. Nie wiedział jednak o tym do czasu, aż trafił na psychoterapię. Nie była ona jednak prosta, bo Rafał musiał dostrzec, że wzór bycia mężczyzną może się różnić od tego, który wyniósł z rodzinnego domu. Co więcej, zaczął walczyć ze swoim uzależnieniem.

Razem aż do bólu

Dla dobra dzieci! Co inni powiedzą?! Dla majątku! Są różne intencje, jakimi uzasadniamy życie w tylko pozornie udanym i dobrym związku.

Ksiądz dr Grzegorz Kudlak: – O miłości można mówić eschatologicznie, że to piękne uczucie itp. Ale z punktu widzenia psychologii miłość to poczucie bezpieczeństwa, akceptacja, równowaga, stałość. Tam, gdzie nie ma miłości między rodzicami, dzieci nie mają poczucia bezpieczeństwa. A to klucz do tego, aby zrozumieć, co tracą dzieci wychowywane w atmosferze kłamstw. Podobnie bywa ze zdradą.

Rodzice się nawet nie lubią, nie rozmawiają ze sobą, kłócą się? Dziecko myśli: „Tak funkcjonuje świat”. I ma dwa wyjścia: albo uznać, że z nim jest coś nie tak, albo że coś nie tak jest z rodzicami. Co wybiera? Że winno jest ono. A więc jego samoocena spada, co staje się podwaliną pod to, by w dorosłym życiu nie wierzyć, że zasługuje się na miłość. Dlatego łatwiej godzi się na bycie wykorzystywanym, lekceważonym, zdradzanym lub też samo wykorzystuje, lekceważy i zdradza.

– Psycholodzy mówią, że bycie razem tylko dla dobra dzieci może być błędem. Bo w gruncie rzeczy dzieci krzywdzi. Pokazuje im w niewerbalny sposób, że można oszukiwać, ściemniać. To buduje mur niedostępności – mówi Piotr Gumienny.

A jaką cenę płaci zdradzający? – Nie potrafi zbudować bliskości z nikim – skoro nie umie z żoną, to tym bardziej nie zbuduje jej z kochanką – tłumaczy seksuolog.

Tu będzie prawdziwy podczas seksu. Tam przy stole. Ale nigdzie całkowicie. Ucierpią na tym jego dzieci – z nimi też nie będzie umiał być blisko, bo wciąż będą go trzymały na dystans jego tajemnice, to, co musi ukrywać. Lęk, czy się nie wyda. Bo telefon został na wierzchu. Czy nie spotka przypadkiem na ulicy kochanki, kiedy będzie spacerował z dzieckiem i żoną…

– Zdradzający nie jest blisko ani z partnerem, ani sam ze sobą. Tajemnice to niewola ustawicznego lęku przed ich ujawnieniem – dodaje ksiądz doktor Kudlak. – Podwójne życie to ciężar, który daje znać o sobie także fizycznie – w bólach kręgosłupa, stawów, ścięgien, zapaleniu korzonków itd. Może też objawiać się depresją, nerwicą. Albo uzależnieniem od alkoholu czy narkotyków, bo to często metoda radzenia sobie z napięciem.

Sam mężczyzna czuje się także bardzo samotny. Te uczucia maskuje jednak fałszywym poczuciem mocy i kontroli, czyli trzymaniem wszystkich sznurków, a także manipulowaniem ludźmi. Po jakimś czasie stres sprawia, że zaczyna szwankować to, co jest dla niego sensem życia, czyli męskość. Niedomaga, bo nagromadziło się za dużo napięcia. Bo nałogi niszczą zdrowie. Co wtedy? Pustka.

Mężczyzna, który ma kochanki, może traktować kobiety jak trofea, kłamstwo uznaje za myśliwskie narzędzie. Ale są mężczyźni, którzy nie potrafią odejść od żony, bo są emocjonalnie związani i z nią, i z kochanką. To tragedia dla niego i dla tych kobiet.

– Zapytałam ojca, dlaczego nie odszedł od matki. Powiedział, że nie mógł, bo byliśmy ja i mój brat – opowiada Anna. – Nie uwierzyłam mu, myślę, że po prostu było mu tak wygodnie!

Piotr Gumienny: – Mężczyzna, który żyje podwójnym życiem, traci stabilizację emocjonalną, marzenie o dobrej relacji. Musi się ze szczęściem pożegnać. Może nigdy nie zaznać szczęścia, wiecznie za nim goniąc. Działa często w dobrej wierze, ale w złej sytuacji. Nie ma tu dobrych rozwiązań.

Ksiądz doktor Kudlak: – Jeśli ludzie decydują się być razem mimo zdrady, trzeba, by zawalczyli o odzyskanie dobrej relacji między sobą. Jeśli to niemożliwe, jeśli podwójne życie trwa i brak obopólnej woli do współpracy, czyli brak szans na zmianę, bywa, że lepiej się rozstać niż udawać przed dziećmi. To je krzywdzi na całe życie, ponieważ wypacza postrzeganie zdrowych relacji. Co innego dzieci widzą, co innego im się mówi, a co innego czują. Takie dziecko zazwyczaj ma trudności w budowaniu szczęśliwego związku, choćby bardzo tego pragnęło, dlatego właśnie, że nie doświadczyło szczerej, opartej na prawdziwej  bliskości relacji i nie wie, czym ona jest. Taka osoba jako dorosły często obiecuje sobie, że w jego życiu będzie inaczej. Tymczasem tkwi często w związkach, które nie dają szczęścia lub po serii nieudanych prób nie wiąże się z nikim i żyje samotnie.

Żadna matryca nie oznacza jednak wyroku. Dorosłym lekiem na trudne dziedzictwo jest zdanie sobie sprawy z tego, co tak naprawdę przeszkadza nam żyć w pełni, odkłamanie i rozwikłanie tych wzorów. Pomaga świadoma już tym razem nauka kochania siebie i dzięki temu też innych. Wyleczenie emocjonalnych ran jest możliwe, ale wymaga czasu, pracy i odwagi do zbudowania bliskości.

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. Ten krok otwiera nam drogę do wolności i szczęścia.