1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co jest rodzina? Co nam daje? Zastanawiamy się z psychoteraputą Wojciechem Eichelbergerem

Po co jest rodzina? Co nam daje? Zastanawiamy się z psychoteraputą Wojciechem Eichelbergerem

15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin, święto ustanowione przez ONZ w 1993 roku. (Fot. iStock)
15 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rodzin, święto ustanowione przez ONZ w 1993 roku. (Fot. iStock)
Przyjaciele mogą zastąpić rodzinę tak na co dzień, a nawet od święta. Ale nie w sytuacjach granicznych. Wtedy więzy krwi wygrywają. Tak pokazują i badania, i praktyka. To instynkt. Magia więzów krwi - przekonuje Wojciech Eichelberger.

Co właściwie daje nam rodzina? Jak ją widzi psychologia? Zabiegamy o pieniądze, pozycję społeczną, realizujemy swoje pasje. Wydaje się, że głównie to spędza nam dziś sen z powiek.
I wielu myśli, że to wystarczy. Tymczasem jeśli chodzi o pieniądze czy status, a nawet pasje, to rodzina może nas ochronić przed opresją konsumpcyjną i zapracowywaniem czy „zabawieniem się” na śmierć. Rodzina jest dziś nam szczególnie potrzebna, ponieważ aktualna propozycja dla nas wszystkich na urządzenie sobie życia brzmi właśnie: zarabiaj, wydawaj, otumaniaj się alkoholem, módl się i bądź grzeczny. Przyznasz, że to trochę za mało, abyśmy mogli kiedyś uznać nasze życie za spełnione. Rodzina jest więc dla nas nadal takim azylem wartości, które są niezgodne z oficjalną ideologią.

A przyjaciele, czyli taka nasza rodzina z wyboru, nie wystarczą? Wielu mówi, że dla nich to większa wartość niż rodzina biologiczna. Co nam daje rodzina według psychologii?
Przyjaciele mogą nam zastąpić rodzinę tak na co dzień, a nawet od święta. Ale nie w sytuacjach granicznych. Wtedy więzy krwi wygrywają. Tak pokazują i badania, i praktyka. Jeśli nawet my dla przyjaciół jesteśmy gotowi poświęcić wszystko, to oni w sytuacji zagrożenia zapewne wszystko będą gotowi oddać dla rodziny biologicznej. To instynkt. Magia więzów krwi. Jako weteran rodzin patchworkowych doświadczyłem ich siły i wiem, że więzy krwi są czymś magicznym właśnie. Najważniejsze są te z rodzicami biologicznymi. Nawet gdy byli oni źródłem rozczarowań i cierpień, to rodzice patchworkowi, choćby bardzo zaangażowani, prędzej czy później idą w zapomnienie. Dlatego mimo wszystkich trudów, obaw i ryzyka warto inwestować w rodzinę opartą na więzach krwi. No, ale zwłaszcza dziś młodzi wierzą, że kochają ich ci, którzy ich lajkują. I kiedy w realu będzie im potrzebny ktoś naprawdę bliski, to okaże się, że takiego kogoś nie ma – że są sami. Dlatego, żeby w piątkowe wieczory nie skończyć tylko ze swoim smartfonem i nie kombinować na siłę, co by tu ze sobą zrobić, warto zatroszczyć się o rodzinę. Czas wolny spędzać z tymi, którzy są nam bliscy. Rozmawiać. Organizować jakieś wspólne doświadczenia, np. wyprawy, brać udział w wydarzeniach artystycznych, społecznych. Dbać o rocznice i rodzinne święta. Słowem czynić rodzinę ważną i korzystać z tego, że możemy w niej wiele nauczyć się o sobie i o innych. Rodzina jest bowiem szkołą, wcale niełatwą, naszego dojrzewania.

Rodzina biologiczna może nas jednak też mocno ograniczać i tłamsić.
To prawda. Są różne rodziny. Miałem kiedyś w terapii pacjenta, w którego domu rodzinnym lodówka była zamykana na kłódkę, a więc nie miał on nawet tego poczucia bezpieczeństwa, które płynie z pewności, że ktoś troszczy się o to, by nie zabrakło mu pożywienia. Jako dorosły już mężczyzna w głębi duszy pozostał chłopcem przekonanym, że nie może liczyć na nikogo. W rezultacie nie ufał ludziom, miał ogromną potrzebę kontroli, a także gromadził i pochłaniał nadmierne ilości jedzenia, co powodowało znaczną nadwagę.

Ale rodzina nie jest nam potrzebna tylko do poczucia materialnego bezpieczeństwa...
Na pewno. Rodzice powinni swoje dzieci chociaż akceptować, kontrolować swoje złe emocje związane z nimi, nie wymuszać posłuszeństwa i rezygnacji z ich potrzeb groźbą porzucenia: „Jeśli się nie uspokoisz, to oddam cię Babie-Jadze” itp. Powinni reagować na potrzeby dzieci i odwzajemniać ekspresję dobrych uczuć. Wroga lub kamienna twarz rodzica potrafi dziecko zdecydowanie bardziej zranić i przestraszyć na resztę życia, niż zamknięta lodówka. Czasami rodziny wolelibyśmy w ogóle nie mieć, gdyż okazała się ona na tyle toksyczna i destrukcyjna, że potem w dorosłym życiu trudno nam znaleźć spokój i choćby odrobinę, namiastkę szczęścia. Ale nawet wtedy warto się jednak tą rodziną zainteresować, choćby po to, by wiedzieć, w jakiej glebie tkwią nasze korzenie, i zrozumieć, jak zostaliśmy przez nią ukształtowani. I tak – dla przykładu – rodzina opresyjna, pozbawiająca poczucia podmiotowości i szacunku, będzie nas skłaniać do pokonania jej ogromnej, grawitacyjnej siły przyciągania i ucieczki na inną orbitę. Podobnie rodzina nadopiekuńcza.

Rodzina montuje nam w głowie matrycę, która ma moc kreowania rzeczywistości.
Tak, bo rola rodziny polega także na tym, by opowiedzieć dziecku świat. Ale jeśli rodzina jest dysfunkcyjna, to zainstalowana w naszym umyśle opowieść o świecie będzie nam przeszkadzać w dorosłym życiu. Na przykład budząc lęk przed zmianą, przed ludźmi spoza rodziny.

Czy rodzina skazuje nas na życie z ludźmi uformowanymi podobnie jak my? Czy to, co daje nam rodzina, będzie się zawsze różniło w zależności od tworzących je osób?
Życiowym zadaniem człowieka jest przekraczanie własnych ograniczeń. Każda rodzina nas formatuje, dlatego każda jest dla nas jakimś wyzwaniem, życiową lekcją do odrobienia, każdy ma się więc od czego emocjonalnie i intelektualnie uwalniać. W związku z tym nie możemy powiedzieć, że są rodziny idealne. Im szybciej sobie wybijemy z głowy taki plan czy aspiracje, tym lepiej dla nas i dla naszych dzieci. Rodzina to nieustająco zmieniający się system, bo świat wokół niej wciąż się przecież zmienia. Rodziny nie sposób sobie zatem wymyślić ani z góry zaplanować jako doskonałego, idealnego projektu. Wszyscy uczymy się jeździć samochodem, prowadząc go, a więc błędy, stłuczki i kolizje są nieodzowne. Mam nadzieję, że to brzmi zachęcająco, a nie wprost przeciwnie.

Czy dysfunkcyjne gniazdo to jedyny powód, dla którego nie chcemy zakładać nowego?
Dysfunkcyjne gniazdo częściej skłania nas do jak najszybszego założenia rodziny z wyboru, w nieuświadamianej nadziei, że ta nowa będzie idealna i na dodatek zaspokoi nasze sfrustrowane dziecięce potrzeby, zagoi emocjonalne rany. No, ale, niestety, mamy na to marne szanse bez pracy nad sobą.

Myślę, że nie wyrywamy się do zakładania rodziny także dlatego, że mamy niski poziom zaufania do państwa i jego pomocy, a to czyni posiadanie dzieci zbyt ryzykownym. W dzisiejszych czasach rodzicielstwo to ogromna inwestycja finansowa, czasowa i energetyczna. Dzieci już nawet nie chodzą same po ulicach i nie jeżdżą komunikacją miejską. Rodzice, którzy pracują zawodowo, nie wracają już do domu około 16, jak było kiedyś. Nie mamy więc wcale czasu na życie rodzinne…

Ilustracja: Paweł JońcaIlustracja: Paweł Jońca

A może to tylko sposób na wytłumaczenie siebie? Może tak naprawdę jesteśmy zbyt egoistyczni?
Takie zarzuty padają ze strony tradycjonalistów. Nic podobnego! Jesteśmy potwornie zapracowani! Do tego stopnia, że nawet partnerski seks staje się luksusem, na który rzadko ludzie mogą sobie dziś pozwolić. Tym młodym seks w stałych związkach zaczyna jawić się jako bezsensowny wydatek czasowy i energetyczny. Przecież mogą znaleźć ulgę, oglądając filmiki w Internecie albo organizując szybką randkę przez Tindera. To po co im stały związek, po co im kłopot z tym drugim człowiekiem, z jego problemami, potrzebami, humorami? A skoro na seks brakuje im sił i czasu, a dzieci nie mają w planie, to po co im rodzina? Przecież to trudny, kosztowny i odpowiedzialny projekt na wiele lat. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego unikamy zakładania rodziny – nie umiemy budować bliskich więzi albo się tego obawiamy.

Dlaczego mamy z tym taki kłopot?
W konsumpcyjnej kulturze, jak już mówiłem, rodzice nie mają czasu dla dzieci, bo są skupieni na swojej pracy, na swojej pasji czy na konsumpcji. Dzieci więc wychodzą z tych rodzin z przekonaniem, że skoro nawet ich rodzice nie mieli dla nich czasu, to znaczy, że nie są one warte miłości. A jeśli tak, to nie zaryzykują bycia z kimś blisko, bo nie wierzą w siłę i trwałość międzyludzkich więzi.

Boimy się założyć rodzinę, bo nie kochamy siebie?
Właśnie tak. Nazywam to syndromem Kopciuszka, czyli opuszczonej przez swoich rodziców dziewczyny, po przedwczesnej śmierci matki i powtórnym małżeństwie ojca z kobietą, której pozwolił znęcać się nad swoją córką. Umieszczona w zimnej komórce, brudna, głodna i obdarta marzyła, aby choć raz w życiu być na balu u księcia. Marzenia usłyszała dobra wróżka i wyczarowała dla Kopciuszka suknię, biżuterię i karetę. No więc uszczęśliwiony Kopciuszek pojechał na bal. Ale na balu spotkało dziewczynę coś trudnego, bo książę się w niej od pierwszego wejrzenia zakochał. Przerażona pomyślała: „Boże, przecież ten facet nie ma pojęcia, kim ja jestem”, i szybko uciekła z balu. Nie mogła uwierzyć, że można ją pokochać.

Ale książę Kopciuszka odnalazł i…
Odnalazł go w biedzie, w upodleniu i w samotności, z tym rozpaczliwym grymasem porzuconego dziecka na twarzy. Popatrzył mu w oczy i powiedział: „To ty! Ciebie kocham!”. I wtedy serce Kopciuszka zostało uleczone. Bo jeśli czyjaś miłość dotknie nas wtedy, gdy przechodzimy trudne koleje losu, to nasze zranione, wątpiące serce jej uwierzy.

No, ale skąd wziąć księcia? Dziś na balu Kopciuszek prędzej spotka raczej drugiego Kopciuszka – księcia. I co wtedy?
Czyli dwoje przebierańców? Muszą zacząć od tego, żeby sobie powiedzieć prawdę o tym, kim się czują i kim naprawdę są. A potem poradzić sobie z tym, że zobaczą w prawdzie tego drugiego – swoją nieuświadomioną część, która nie wierzy, że może być pokochana. A potem muszą zrobić wszystko, aby pozbyć się tego chyba najbardziej szkodliwego ze złudzeń naszych umysłów. Wtedy dopiero będą mieli szansę na długi związek.

I na szczęśliwą rodzinę?
Szczęście w rodzinie w znacznym stopniu zależy od tego, czy zrozumiemy, ile jesteśmy warci, i uwierzymy, że i nam należy się miłość. Dwoje Kopciuszków czeka więc kawał pracy nad zmianą szkodliwych przekonań na własny temat. Wtedy dopiero będą żyli długo i szczęśliwie.

A więc rodzina jest nam potrzebna nawet w tym ponowoczesnym świecie i to, co daje rodzina, wciąż może zostać przez nas wykorzystane na przestrzeni całego życia.
Tak, bo rodzina jest emocjonalną, materialną i mentalną glebą, na której wzrastamy i z której czerpiemy poczucie wartości, siły i nadzieję do dalszego życia oraz punkt odniesienia do koniecznych dla naszego dojrzewania zmian w naszym sformatowaniu. Jeśli rodziny zabrakło albo jej wpływ na nas był destrukcyjny, to musimy taki grunt – a przede wszystkim urealnione poczucie wartości – sami w sobie odnaleźć. W przeciwnym razie będziemy mieli skłonność do uzależniania się od autorytarnych organizacji i liderów albo od pracy i konsumpcji. W mniej fortunnej wersji grozić nam będzie uzależnienie od jakichś substancji, ewentualnie od budujących iluzoryczne poczucie wartości, mocy i sprawstwa gier komputerowych.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

Patchworkowe rodziny Alina Gutek, Wojciech Eichelberger Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Styl Życia

Vincent Viktor Severski: "Czas wyjawić parę rzeczy"

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Czy będąc szpiegiem, można być wiernym ideałom i nie ranić najbliższych? I jak po kilkudziesięciu latach pracy w wywiadzie zostać jednym z najbardziej rozchwytywanych autorów książek sensacyjnych w Polsce? Odpowiada Vincent Viktor Severski.

Żona zwraca się do pana Vincent, Viktor czy Włodek, a może jeszcze inaczej, bo przecież miał pan tyle tożsamości?
Żona mówi do mnie po imieniu, czyli Włodek. Czasami używa też zdrobniałej formy. Moi przyjaciele z młodości, z krakowskiego liceum, z którymi wciąż jestem silnie związany, zwracają się do mnie Bodzio, a właściwie głównie koleżanki. Tak wołała na mnie mama. Wzięło się to stąd, że jak byłem mały, przedstawiałem się wszystkim: „Ja jestem Bodzio”. Może nie umiałem wymówić „Włodzio” [śmiech].

A kiedy idzie pan do banku albo do urzędu skarbowego, to jaką przybiera pan tożsamość?
Już od dawna mam jedną, czyli prawdziwą – Włodzimierz Sokołowski. Ale przez 30 lat pracy w zawodzie szpiega funkcjonowałem pod różnymi przybranymi tożsamościami. Wszystkie dokumenty w pracy podpisywałem nazwiskiem Siewierski, nawet rękę miałem wyćwiczoną do tego podpisu, składałem go odruchowo.

I nigdy się panu te tożsamości nie pomyliły?
Raz nawet musiałem się sporo nakombinować, żeby odkręcić pomyłkę. Poszedłem rejestrować swojego syna do urzędu stanu cywilnego. Podałem urzędniczce dowód osobisty, imię syna i z wypisanym aktem urodzenia wróciłem do żony. „To nie jest nasze dziecko – powiedziała, patrząc na akt. – Ojcem jest jakiś Włodzimierz Siewierski! Kto to w ogóle jest?”. Okazało się, że dałem „lewy” dowód osobisty.

A na jakie imię zareaguje pan, kiedy ktoś zawoła do pana na ulicy?
Agenci mają wpojone, żeby w ogóle nie reagować, ponieważ w ten sposób można kogoś zdekonspirować. Dlatego nie zatrzymujemy się „na zawołanie”.

Nawet jeśli zawoła kobieta?
O tym nie pomyślałem. Ale kobiety rzadko wołają za kimś na ulicy, mnie się w każdym razie nie zdarzyło.

Zwróciłam uwagę na to, w jaki sposób pan mówi. Ten niski, „radiowy” głos to także rezultat szkolenia w Kiejkutach?
Powód jest prozaiczny – siedem lat temu miałem raka krtani, lekarze dawali mi mniej więcej pół roku życia, ale żyję, tylko głos się obniżył. Na automatycznej sekretarce w moim telefonie mam jeszcze głos sprzed choroby. Czasem ludzie, którzy dzwonią, gdy zgłasza się automat, myślą, że to pomyłka.

Jest pan typem człowieka, który jak słyszy: „Zostało panu pół roku”, rozsypuje się, na zimno porządkuje wszystkie doczesne sprawy? A może staje do walki?
Był sierpień 2014 roku, pojechałem do Instytutu Medycyny Lotniczej, w którym już wcześniej miałem kilka zabiegów. Po dwóch tygodniach od pobrania materiału na histopatologię zadzwonił do mnie – wieczorem – lekarz i powiedział, żebym przyjechał rano. Wiedziałem, że jest źle. Rozmowa była krótka: nowotwór płaskonabłonkowy, agresywny. Popatrzyłem na ten zapisany po łacinie wyrok, po czym wsiadłem na rower i pojechałem prosto do instytutu onkologii na Ursynowie. Kiedy wszedłem do nieklimatyzowanego szpitala, zobaczyłem setki umęczonych ludzi, poczułem zapach śmierci i pomyślałem: „Ja już z tego nie wyjdę”. Dwa i pół tygodnia później byłem po operacji.

Co panu pomogło z tego wyjść?
To nie był pierwszy wyrok śmierci, jaki usłyszałem w życiu. Ale tym razem podszedłem pogodnie: „Na pewno się uda”. I zakazałem rodzinie, która mieszka w Szwecji, do mnie przyjeżdżać. Pamiętałem, jak bardzo osłabiał mnie widok ich cierpienia, kiedy poprzednim razem przez pół roku walczyłem w szpitalu o życie. Wolałem być sam. Zresztą od dziecka byłem trochę osobny i sam radziłem sobie z problemami.

Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi.(Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Zastanawiam się, w jakiej rodzinie wychował się przyszły szpieg.
Urodziłem się w Warszawie. Tata był chemikiem wojskowym. Mieszkaliśmy w maleńkim mieszkanku, miało ze 40 metrów, w jednym pokoju ja ze starszą o cztery lata siostrą przyrodnią Niną, w drugim – rodzice. Mama zajmowała się domem i dziećmi. I choć ojciec był w stopniu pułkownika, w domu się nie przelewało. Mama dorabiała szyciem. Do dziś pamiętam cichutki stukot maszyny do szycia wieczorem, kiedy położyła nas spać. I piękne panie, które w dzień przychodziły do przymiarki. Ojca nie pamiętam z tamtych lat – pracował w instytucie chemicznym w Rembertowie, wychodził, zanim wstałem, wracał, gdy już spałem. Pracował nawet w domu, pisał rozprawę doktorską. Kiedyś obudziłem się w nocy, a on siedział przy biurku w naszym pokoju i coś pisał w stłumionym świetle lampki. Wychowałem się w domu wypełnionym książkami. Dużo było oryginalnej literatury rosyjskiej, bo ojciec, który mówił biegle w kilku językach, ze studiów w Instytucie Łomonosowa przywiózł kufry przepięknie oprawionych książek. Z domu wyniosłem obsesyjny kult nauki, niemal terror. Oceny w szkole to była jedyna rzecz, która ojca interesowała. A ja byłem leniwy. Z polskiego co roku zdawałem poprawkę. Jak się moja polonistka dowiedziała, że Bodzio napisał pierwszą książkę, mało co z krzesła nie spadła [śmiech].

Ojciec był surowy?
Nieraz mnie zlał smyczą. Ale sam też był bity, miał trudne dzieciństwo. Z tego terroru zostało mi coś ważnego – tolerancja do nauki, ale i zamiłowanie. A także przekonanie, że jeśli coś chce się zdobyć, trzeba ciężko pracować.

Mama?
Była od przytulania. I pysznie gotowała. Kochałem jej placki ziemniaczane ze śmietaną i niedzielny rosół, którego zapach roznosił się po całym domu. Cierpliwie też ćwiczyła ze mną dyktanda, choć skończyła tylko podstawówkę. Wcześnie zachorowała na demencję i nasz wspólny świat szybko zaczął się kurczyć.

Mama zawsze obecna, ojciec zwykle nie.
Pracował nawet w wakacje, na które jeździliśmy. Ojcowski obowiązek nadrabiał w niedzielę rano – braliśmy psa i szliśmy na spacer. Nie lubiłem tych spacerów, bo ojciec siadał na ławce i czytał gazetę, a ja bawiłem się z psem. Niedzielne wyprawy osładzały tylko lody, bo zawsze wstępowaliśmy do „Palermo”, słynnej lodziarni przy Mokotowskiej. Potem mieliśmy jeszcze mniejszy kontakt, szybko wyprowadziłem się z domu. Zresztą już w liceum pracowałem. Wyjeżdżałem do Niemiec na budowę w czasie wakacji. A wcześniej byłem listonoszem w Krakowie, na Starym Mieście, nosiłem pocztę do samego Karola Wojtyły. Ponieważ to były listy polecone, musiałem doręczyć do rąk własnych. Pamiętam jego gabinet na Franciszkańskiej. Wchodziłem w krótkich spodenkach, bo był upał, ale Karol Wojtyła nigdy nie zwrócił mi uwagi. Za to dawał mi pięć złotych za przyniesiony list.

Skąd pan się wziął w Krakowie?
Ojciec został komendantem wojskowej szkoły chemicznej. Wcześniej mieszkaliśmy we Wrocławiu, taki los wojskowego. Może dlatego chciał, żebym został lekarzem albo weterynarzem. Podczas moich egzaminów na studia na wiele dni pojechał na poligon, a kiedy wrócił, zapytał: „Dostałeś się?”. „Dostałem”. „Nareszcie ktoś w rodzinie będzie miał porządny zawód”. Musiałem go mocno rozczarować, kiedy wyznałem, że będę studiował prawo. Dla niego prawnik to nie był zawód.

Co powiedział na to, że chce pan zostać agentem wywiadu?
Był przeciwny. Uważał, że wystarczy, że on był wojskowym. Zawsze chciał być lekarzem. Mama dla odmiany akceptowała wszystko, cokolwiek robiłem. A ja miałem chłopięce marzenie, że będę śledczym w milicji i będę łapał seryjnych zabójców. Nawet pracę magisterską u profesora Zbigniewa Czeczota napisałem na temat „Kryminalistyczna problematyka alibi”. Problem w tym że, jak się okazało, alibi w Polsce to głównie: „Myśmy tak wypili, że nic nie pamiętamy”. Rozczarowałem się. Nie wiedziałem, co robić. Byłem już po ślubie, waletowałem u żony w akademiku, bo Ula studiowała rok niżej i szukaliśmy pomysłu na życie. To był rok 1981, czasy Solidarności, pierwszy powiew wolności. Któregoś razu przyszywany wujek, który był lekarzem w szpitalu MSW na Wołoskiej, powiedział: „Załatwię ci dobrą robotę, będziesz pracował w MSW. Dostaniesz mieszkanie”. Mieliśmy książeczki mieszkaniowe z nadzieją, że za 15 lat doczekamy się własnego kąta. Nawet się nie zastanawiałem. Poszedłem na rozmowę. Wzięli mnie do wywiadu.

Dostał pan to mieszkanie?
Nigdy. Ale dostaliśmy służbową kawalerkę. To było zresztą dziwne, że przyjęli mnie do komunistycznego jeszcze wywiadu, bo wystąpiłem z SZSP. Nie przeszkadzało im nawet to, że miałem ślub kościelny i że w teście na pytanie: „Podaj postacie, które są dla ciebie bliskie ideowo”, napisałem: Che Guevara i Mao Tse-tung, latynoamerykański rewolucjonista i chiński dyktator [śmiech]. Na teście psychologicznym też wypadłem średnio. Mimo to przyjęli mnie, a szkołę szpiegów w Kiejkutach skończyłem jako prymus. Ale prawdziwa szkoła przyszła w akcjach. W wywiadzie doszedłem do najwyższego stanowiska, bo dyrektora biura. Potem, w 1989 roku, przeszedłem pozytywnie weryfikację, zaocznie, bo od roku mieszkałem w Szwecji. Upadek komuny w ogóle mnie nie zabolał. Przeciwnie, poczułem, że jest to też dla mnie szansa. Założyłem z kolegą małą firmę turystyczną, kupiliśmy dwa stare busiki i mieliśmy plany robienia biznesu. Aż pewnego dnia w 1991 roku ówczesny szef UOP Andrzej Milczanowski złożył mi propozycję, żebym włączył się w budowę nowego polskiego wywiadu.

Wywiad jest jak narkotyk?
Adrenalina tak uzależnia, że potem zwyczajne życie wydaje się mało ekscytujące. Żonie przyznałem się dużo później, bo rodziny źle znoszą pracę w wywiadzie.

Domyślam się, jak trudno być żoną szpiega.
Nasze związki wystawiane są na ciężką próbę. Musi być zaufanie, bezgraniczne. Żona nie może o nic zapytać. Ale nie to jest najgorsze, najgorsze jest to, że nie możemy nic powiedzieć. „Wyjeżdżam na miesiąc” – mówię, a na drugi dzień żona włącza telewizor, widzi relację z wojny na przykład w Iraku i wie, że pewnie tam jestem. Nie wie tylko, czy wrócę.

Nigdy nie powiedziała: „Mam tego dość!”?
Było kilka takich sytuacji. Na szczęście wytrwała. Jesteśmy małżeństwem ponad 40 lat, ale wiele się rozpada. Wie pani, w pracy agenta gorszy od czasu, kiedy długo nie ma go w domu, jest czas, kiedy w tym domu się zasiedzi. Bo wtedy czuje się jak narkoman na głodzie, codzienność go denerwuje.

A z prowadzeniem równoległych żyć jak sobie pan radził? Albo z moralnymi rozterkami, że kłamiesz, manipulujesz, kradniesz informacje, a w domu musisz być do bólu szczery?
Klaus Fuchs, niemiecki fizyk atomowy i najcenniejszy sowiecki szpieg, który opracował w Stanach broń atomową i tajemnicę przekazał Rosjanom, powiedział: „Bycie agentem to stan kontrolowanej schizofrenii”. Mówiąc krótko – żyjesz w rozdwojeniu i oba światy musisz mieć pod kontrolą, one nie mogą się przenikać.

Pana syn wiedział, co pan robi? Co mówił kolegom, gdy chwalili się: mój tata jest dyrektorem, mój ma firmę, mój jest lekarzem?
To zależy, kim wówczas byłem. Bo przez 30 lat miałem kilkanaście tożsamości. Byłem dyplomatą, dziennikarzem, podróżnikiem, attaché prasowym, bezrobotnym, a nawet prezesem firmy, której o mały włos nie doprowadziłem do bankructwa. Gdy Julle miał 17 lat, powiedziałem: „Synu, czas, żeby ci wyjawić parę rzeczy…”. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „Ojciec, ja od początku wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak. Ale wiesz, dumny jestem z ciebie”. I to jest najważniejsze odznaczenie, jakie w życiu dostałem.

O czym pana syn mógłby powiedzieć, gdyby miał dokończyć zdanie: „Tata nauczył mnie…”?
Kardynalnych zasad, którymi należy kierować się w życiu – odpowiedzialności, lojalności. Choć prawda jest taka, że to, jaki syn jest, w dużej mierze zawdzięcza mojej żonie. Mnie czasem nie było miesiącami. Później, kiedy wracałem do domu, nadrabiałem. Nigdy go nie uderzyłem. Lubiliśmy jeździć na lotnisko, żeby obserwować startujące i lądujące samoloty, albo budowaliśmy samoloty i zdalnie sterowane helikoptery. Dziś jest wybitnym specjalistą lotnictwa.

Pan zmieniał tożsamość, zawód, dom, kraj, tymczasem żona od 40 lat ta sama, przyjaciele jeszcze z liceum…
Agent musi mieć bazę, musi mieć dokąd wrócić po pracy, żeby nie zwariować, psychiczny drugi świat, namiastkę normalności. Oficerowie pionu operacyjno-rozpoznawczego żyją pod wpływem wysokiej dawki czystej adrenaliny i z ludźmi dzieją się różne rzeczy. Przez lata przyzwyczajasz się do tego, nawet już jej nie czujesz, ale pewnego dnia organizm wystawia ci rachunek. Ja za ten stres zapłaciłem rakiem krtani.

Pamięta pan pierwszy dzień po zakończeniu służby?
Obudziłem się rano, ubrałem i… chciałem iść do pracy. Zapomniałem, że jestem na emeryturze. A potem usiadłem i zacząłem pisać książkę. Zawsze chciałem być pisarzem, a na raportach wyrobiłem sobie pióro. To komfortowa sytuacja, szczególnie odkąd obniżono nam emerytury. Dostaję 1700 złotych, mimo że całą emeryturę wysłużyłem w wolnej Polsce i mam poczucie, że robiłem coś ważnego dla kraju.

Szpiegiem jest się do końca życia? Zostają nawyki? Odruchowo patrzy pan często w lusterko wsteczne, obserwuje ludzi?
Takie nawyki są silne, trzeba wielu lat, żeby je uśpić. Do dziś sprawdzam, czy jakiś samochód mnie nie śledzi, ustawiam się w określonym miejscu, żeby mieć kontrolę nad najbliższym otoczeniem, długo sprawdzałem, czy ktoś nocą nie przeglądał moich rzeczy… I wciąż czytam numery rejestracyjne jadących za mną samochodów. To obsesja. Siła nawyku.

O pana najnowszej książce „Nabór” napisano: „Bardzo precyzyjnie planowane akcje. Szczegóły dopracowane do absurdu”. Zastanawiam się, czy cechy, które ma dobry szpieg, przekładają się na życie?
Szpiegostwo jest mało przydatne poza szpiegostwem. Precyzyjne planowanie akcji nie przekłada się na precyzję w życiu. Nie przeszkadza mi brudna szklanka pozostawiona na noc w zlewie. Precyzyjny jestem tylko w pisaniu i w kuchni. Uwielbiam gotować, dla mnie to proces intelektualny. W moich książkach „Zamęt” i „Odwet” jest postać Romana Leskiego, który gotuje jajka. Opisuję ceremonię gotowania.

I jaki jest przepis na jajko à la szpieg?
Dzień wcześniej wyjmuję jajko z lodówki, żeby nabrało temperatury pokojowej, potem wkładam do zimnej, osolonej wody i czekam chwilę, aż się temperatury wody i jajka wyrównają, a potem gotuję 4 minuty.

A jak pan to jajko ugotuje, to co pan potem robi? Pisze książki?
Zawsze piszę rano, wtedy mam świeży umysł. Wstaję wcześnie, po piątej. Siadam przy biurku albo kładę się na sofie. „Christine” napisałem rysikiem na iPadzie w pozycji leżącej.

Bohaterowie pana książek są samotni. Rzeczywiście szpieg jest skazany na samotność?
Oficer wywiadu, który nie lubi samotności, nie nadaje się do tej pracy. Ja lubię swoją samotność, ale nie potrafiłbym żyć bez bliskich mi ludzi. W gruncie rzeczy to oni są najważniejsi.

Vincent Viktor Severski, właśc. Włodzimierz Sokołowski rocznik 1956. Był oficerem wywiadu PRL i RP. Odbył około 140 misji w blisko 50 krajach. Jest autorem dwóch bestsellerowych serii szpiegowskich „Niewierni” oraz „Nielegalni”. Napisał także biografię polskiej agentki brytyjskiej tajnej służby Krystyny Skarbek – „Christine”. Na podstawie dwóch pierwszych tomów „Nielegalnych” powstał serial Canal+. „Nabór” to ostatnia część tej tetralogii, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się