1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam czułość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Po co nam czułość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Czułość to wymagający projekt. Dziś często trudno o nią nawet wobec bliskich. (Ilustracja iStock)
Czułość to wymagający projekt. Dziś często trudno o nią nawet wobec bliskich. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dotykam delikatnie, przytulam, wypowiadam tkliwe słowa... Czy na pewno tylko tym jest czułość? A czym ona jest w czasach mediów elektronicznych? I przede wszystkim: jak oraz komu ją okazywać – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Czym jest czułość? Czy to jeden ze sposobów komunikacji z drugim człowiekiem? Czułość jest chyba najbardziej dojrzałym, naturalnym i spontanicznym odruchem serca. Kto wie, czy nie najpełniejszym wyrazem tego, co nazywamy prawdziwą miłością. Oszczędna w słowach, bez intencji, bez najmniejszego trudu, zwykle przejawia się w spojrzeniu, tonie głosu, w geście czy dotyku. Jest predyspozycją, a zarazem głęboką potrzebą każdego człowieka, ale wymaga też odwagi.

Odwagi? Tak, bo czułość, za którą stoi miłość, może przecież zostać odrzucona. Odwagi potrzeba do tego, by – gdy tak się stanie – człowiek nie zamykał się natychmiast, tylko poszukał innych sposobów okazania czułości. Czułość naznaczona jest empatią, szacunkiem i uważnością. To nie jest jedynie wyraz wdzięczności, która budzi się w nas na koniec miłosnego zbliżenia czy smakowitego posiłku…

Nie można być tylko czułą kochanką czy czułym mężem? W sytuacjach miłosnych zbliżeń czy innych bliskich kontaktów z ważnymi dla nas ludźmi lub obiektami doświadczamy zazwyczaj tylko przebłysków czułości prawdziwej, jej prototypu. Taka czułość na ogół ma postać chwilową, wybiórczą i ulotną. Nazywam ją przebłyskiem czułości lub jej prototypem właśnie dlatego, że doświadczana jest tylko w określonych sytuacjach, na przykład właśnie w trakcie kochania się, lecz już po nim jej nie ma.

Taką szczerą, płynącą z serca czułością obdarzamy tylko bliskich? Obejmowanie wrażliwością, czułością i troską tylko tych, z którymi mamy bliskie związki lub z którymi jesteśmy spokrewnieni, to nieświadomy wyraz rodzinnego lub klanowego egoizmu. Prawdziwie czułe serce obejmuje wszystkich i wszystko. Czułość kierowana jedynie do bliskich albo tylko do dzieci czy też tylko do zwierząt to czułość selektywna.

Kiedy jestem „zwykłą” kobietą czy „zwykłym” mężczyzną i nie mam szczególnych ambicji, by się duchowo rozwijać, to za naturalną uznam właśnie selekcję obiektów, które obdarzę czułością? Selektywna czułość jest możliwa, ale zazwyczaj to przejaw obronnego mechanizmu, tzw. projekcji. Polega on na nieświadomym umieszczeniu fragmentu swojego bolesnego ego w wybranym obiekcie lub obiektach. Jeśli są to na przykład koty, to wtedy doświadczam czułości i wyrażam czułość wyłącznie wobec nich. A wtedy symbolicznie i nieświadomie obdarzam czułością swoją własną – umieszczoną w kocie – ukrytą, skrzywdzoną część. Wtedy też szczerze nienawidzę wszystkich faktycznych i domniemanych krzywdzicieli kotów. Te dwie sprzeczne emocje wobec świata są we mnie jednocześnie. Nieuświadomienie sobie projekcyjnego podłoża tej czułości sprawia, że umieszczona w kotach emocjonalna rana się nie goi. I to bez względu na to, ilu kotom zapewnię opiekę i troskę. Nie rozwijam się także duchowo, bo nienawiść do tych, którzy koty krzywdzą, przeszkadza mi w tym. Dopiero uświadomienie sobie tego, co mną wówczas kieruje, sprawia, że zaczynam leczyć swoją bolesną część. I wtedy mam szansę ofiarować prawdziwą czułość…

Kotom chyba wszystko jedno, czy je tulę z sympatii, czy dlatego, że sobie sama nie umiem dać czułości? Zapewne koty też wolałyby prawdziwą czułość i troskę, bo te są bezinteresowne i szanują granice oraz prawa innych istot. Prawdziwa czułość nie ma nic wspólnego z litością, która wywyższa i syci nasze ego, bo nam samym daje więcej niż tym, których obdarzamy uwagą i ku którym kierujemy nasze działania. Prawdziwa czułość nie stawia nas wyżej od tych, którzy wywołują w nas czułość, i nie pozwala na odczuwanie nienawiści nawet względem tych, którzy wobec nikogo i niczego nie są czuli. Czułość wynika z takiej wizji świata, w której człowiek stawia siebie na równi ze wszystkimi innymi. Zatem prawdziwa czułość – podobnie jak prawdziwa miłość czy współodczuwanie – nie może więc być selektywna. Obejmuje wszystko: ludzi, zwierzęta, rośliny, a nawet przedmioty. Tych, którzy koty krzywdzą, także, bo zapewne sami zostali kiedyś bardzo skrzywdzeni.

Zwykle sądzimy, że czułości potrzebuje przede wszystkim ten, kto znalazł się w trudnej sytuacji, kogo mamy ochotę pocieszyć. Niekoniecznie i nie tylko. Czułość warto wyrażać też wobec tych, którzy się dobrze mają. Na przykład wobec kogoś, kto odczuwa radość, zachwyt, ekstazę. Bo czułość jako wyraz esencji życia jest nam i innym potrzebna we wszystkich jego przejawach. Nie tylko wtedy, gdy trzeba komuś wytrzeć nos czy osuszyć łzy. Przytulać się zaś można ze stu innych powodów. Tylko jeden z nich to czułość. Tym bardziej że ta nie zawsze wymaga dotyku. Bywa on jej dobrym dopełnieniem, ale nie jest czymś koniecznym.

Olga Tokarczuk w swojej mowie noblowskiej pięknie mówiła o czułym narratorze, który zwraca się z troską i czułością do ludzi sobie nieznanych, a nawet do przyszłych pokoleń. I ten czuły narrator, choć posługuje się tylko wrażliwością i umiejętnie dobranymi słowami, sięga w nasze serca często głębiej, mocniej i czulej, niż uczyniłby to ktoś, kto wziąłby nas w ramiona. Aby jednak być takim czułym narratorem, prócz wrażliwości i szczególnej zdolności do czułego posługiwania się słowem trzeba mieć także otwarte, odważne serce.

Olga Tokarczuk powiedziała, że trzeba mieć duszę. Bo, jeśli dobrze ją zrozumiałam, tym jest dla niej czułość. A dała ją jej matka, mówiąc, gdy ta była jeszcze dzieckiem, że można tęsknić za kimś, kogo jeszcze nie ma, kto dopiero ma się narodzić. Tak ona tęskniła za córką… Można tęsknić za kimś albo nawet za czymś, czego jeszcze nie ma. I taka tęsknota może mieć wiele wspólnego z czułością, bo na ogół tęsknimy za kimś, z kim chcielibyśmy wymieniać się czułością. Tym bardziej że czułość i troska są blisko spokrewnione, niemalże tożsame. Trudno wyobrazić sobie czułość bez troski. Troska bowiem – podobnie jak czułość – nie musi być adresowana wyłącznie do ludzi znajdujących się w trudnej czy niebezpiecznej sytuacji. Możemy na przykład czule troszczyć się o to, aby inni rozwijali się w pełni, korzystali ze swojego potencjału, by odnajdowali najlepsze dla siebie drogi, choć i tak ich życie jest już dobre.

Czułość to wymagający projekt. Dziś często trudno o nią nawet wobec bliskich. Jedyne, co nam jakoś „wychodzi”, to emotikony i lajki! Jak więc stać się prawdziwie czułym? Idąc śladem Olgi Tokarczuk, najłatwiej o to wtedy, gdy w dzieciństwie spotkamy człowieka o czułym, otwartym i kochającym sercu. Stereotypowo powinna być to matka. W praktyce jednak spotkanie naprawdę czułych i troskliwych opiekunów już na starcie zdarza się rzadko. Dlatego – jak już wcześniej to sobie powiedzieliśmy – trzeba się trochę nad odzyskaniem zdolności do czułości pochylić i napracować. Czułym może być tylko ktoś wrażliwy, widzący i odczuwający więcej, żywo reagujący na bodźce z otoczenia. Umiejący tę wrażliwość łączyć ze zdolnością do współodczuwania cierpienia, z wdzięcznością, radością i z zachwytem. Słowem, jest to albo ktoś, kto cudem uniknął zgubnego wpływu sytemu rodzinnego, edukacji i konsumpcyjnej kultury, zachowując naturalną niewinność i wrażliwość serca, albo ktoś, kto włożył w swój rozwój dużo pracy na wszystkich poziomach. Dlatego mało jest ludzi prawdziwie czułych i prawdziwie kochających. Ale na szczęście każdy z nas nosi w sercu ten potencjał i coraz więcej osób nie tylko marzy o tym, by go odzyskać, lecz także wiele robi w tej sprawie.

Czyli praca nad sobą jako droga do czułości prawdziwej, zwłaszcza gdy na skutek różnych okoliczności nasza matka nie była matką czułą, ale raczej „drucianą” jak ta z eksperymentu… Mówisz o eksperymencie Harry’ego Harlowa, badacza z lat 60. XX wieku, który oddzielił małe rezusy od ich matek i dał do wyboru dwie sztuczne. Pierwsza była druciana, ale za to wyposażona w butelkę mleka, z której małe małpki mogły samodzielnie pić. Druga została zrobiona z puchatego materiału. I małe małpki pokochały puchatą „matkę” bardziej niż drucianą i karmiącą. Spędzały prawie cały czas wtulone w jej futerko i odchodziły tylko po to, aby u tej drucianej się najeść. Także gdy coś je przestraszyło, chroniły się w futerku puchatej. Ten eksperyment jasno pokazał, że czułości i ciepła potrzebujemy bardziej, a na pewno co najmniej tak bardzo jak pokarmu.

Dlaczego aż tak bardzo potrzebujemy czułości? Jeśli jest jej za mało, możemy funkcjonować, ale wtedy zatrzaskujemy swoje serce i przyjmujemy różne strategie obronne. Na przykład strategię psychopatyczną, która sprowadza się do skryptu: „Nic nie czuję i niczego nie potrzebuję”. A to znaczy, że ktoś taki utracił wiarę w miłość i czułość – w to, że ktoś może go pokochać. Prawie zawsze jednak nawet taka obrona nie jest do końca szczelna. Gdzieś w zakątku tego poranionego, zmrożonego serca zostaje miejsce dla czegoś, co budzić będzie troskę i czułość. Zostaje miejsce na czułość selektywną. Na przykład Leon Zawodowiec, płatny morderca, kochał swoją roślinkę, choć resztę istot zabijał bez mrugnięcia okiem.

Leonowi Zawodowcowi czułość w pracy nie pomagała… A czy w takich „zwyczajnych” profesjach pomaga? Każde odczucie prawdziwej czułości i troski wobec drugiego człowieka, zwierzęcia czy rośliny jest bezcennym przebłyskiem świadomości. Wglądem w prawdę o tym, co w życiu ważne i jakie mamy zadanie. Dlatego czułość zmienia nasze spojrzenie na wszystko, także na pracę i relacje z ludźmi, których w niej spotykamy. Zmienia spojrzenie na to, kim jesteśmy i kim chcemy być.

Czułość, o której mówisz, to projekt duchowego rozwoju. A dziś brak nam takiej „zwykłej”, nawet selektywnej czułości. Gdy brak nam odwagi i otwartości serca, może dochodzić w nas do głosu czułostkowość. A tej prawdziwa czułość nie toleruje. Czułostkowość to tandetna, łzawa imitacja czułości. Jest nastawiona na wyrażenie własnego wzruszenia, bólu czy lęku – bez liczenia się ze stanem, potrzebami i granicami obiektu tej niby-czułości. W swojej ekspresji często bywa nadmierna, egzaltowana. W związku z tym nie budzi zaufania i odbierana jest jako irytująca lub śmieszna. Prawdziwa miłość i czułość mogą wyrażać się nie tylko w delikatności. Czułość to także dobrze skalibrowane wymagania. Potrzeba mądrości, żeby nią dobrze zarządzać.

Możliwy jest zatem czuły gniew? Jeśli ktoś, na kim nam zależy, kogo kochamy, robi coś, co w naszym najgłębszym przekonaniu szkodzi jego życiu, zaprzepaszcza jego potencjał – w tym duchowy – to na ogół próbujemy go powstrzymać. Wtedy często czujemy właśnie słuszny gniew. Słuszny gniew różni się od gniewu, który wynika z pokusy nobilitowania naszych niskich instynktów czy neurotycznych nawyków tym, że, po pierwsze, nie atakuje i nie poniża człowieka, lecz jego działania, wedle zasady: „Nienawidź grzechu, ale kochaj grzesznika”. Po drugie, możemy ten gniew w każdej chwili zatrzymać.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Poznaj siebie" - jak nauczyć się rozpoznawać emocje i wzmocnić swój wewnętrzny potencjał?

Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Rozmawianie o emocjach jest zdrowym sposobem na rozładowanie napięcia. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać.

“Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co Ci się trafi” - mówiła mama Forresta Gumpa. Podobnie jest z emocjami. Nigdy nie wiadomo co nam się przytrafi.

Zestaw “Poznaj siebie” jest jak pudełko czekoladek. Otwierasz je, a w środku czeka na ciebie 55 wyrafinowanych smaków. Rozkoszny marcepan. Gorzkie rozczarowanie. Słodka radość. Orzeźwiający zachwyt. I wiele, wiele innych emocjonalnych smaczków. Niektóre z nich są nam bliskie i ulubione, inne niekoniecznie. Na widok jednych cieknie nam ślinka, krzywimy się z niesmakiem na drugie. Wolimy się do nich nie zbliżać. Lubimy czuć się dobrze i przyjemnie. Pragniemy tych stanów jak najczęściej, a przyjemne emocje raczej nie bywają ciężarem. Trudne do zniesienia są dla nas te, które są nieprzyjemne w odczuwaniu jak strach, wstyd czy złość. Wydawać by się mogło, że skoro nie są miłe, to są niepotrzebne. Nie chcemy przecież się bać, rozpaczać czy czuć bezradnie. Wydaje nam się, że możemy ich uniknąć jak nielubianych smaków w znajomej nam bombonierce. Emocje jednak w odróżnieniu od czekolady są nam potrzebne we wszystkich smakach.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i redaktorka naczelna magazynu „Zwierciadło” i „Sens” Joanna Olekszyk zachęcają do wykorzystywania kart emocji w przeróżny i kreatywny sposób. Można jedną wyciągnąć na chybił trafił i poddać daną emocję refleksji. Posmakować jej niczym małą pralinkę. Powąchać, dotknąć, położyć na języku i pozwolić jej się powoli rozpłynąć, nie połykać łapczywie, delektować się. Bez oceniania i krytykowania. Do kart dołączona jest książeczka. Mini - poradnik. W którym opisana jest każda z emocji. Każda z nich jest ważna. Każda potrzebna. Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem i w kilku zdaniach dokonano zgrabnego podsumowania czemu służą, jaki jest cel ich przeżywania. Już sama lektura poradnika, w którym autorki nie klasyfikują emocji jako dobre i złe jest niezwykle uwalniająca.

Masz prawo czuć. Masz prawo czuć wszystko. Wszystko co odczuwasz jest ważne.

Losuję kartę. Sięgam niczym po czekoladkę, jestem pełna ciekawości co mi się trafi. Tęsknota. Nie dziękuję - myślę z automatu. Sięgam do poradnika: “Jak wiele trudnych uczuć, tęsknota mówi nam o tym, co jest dla nas ważne”.

Co jest dla mnie ważne? Rodzina, spokój… tęsknię za normalnością. Za uściskiem dłoni i skrytym za maseczką uśmiechem koleżanki. Patrzę na ilustrację na karcie (karty są przepięknie i inspirująco ilustrowane przez Adę Kujawę). Ilustracja przedstawia strumień światła trafiający prosto w serce kobiety. Tak, to moje tęsknoty. Kontaktuję się z tym miejscem, kładę rękę na sercu i mówię do męża, że tęsknię za normalnością. Rozmawiamy o tym. Potem losuje on. Dzięki kartom mamy bardzo odżywcze doświadczenie. Udaje nam się porozmawiać o czymś innymi niż bieżące sprawy  - home office, dzieci i co będziemy robić w weekend, kiedy znów zamknęli baseny. Możemy zanurkować głębiej, porozmawiać o tęsknotach, uwolnić emocje i odczuć ulgę.

Rozmawianie o emocjach jest zdrowszym sposobem na rozładowanie napięcia niż na przykład regularne zjadanie czekoladek w celu redukcji napięcia emocjonalnego. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać. Instrukcje z poradnika oraz karty pomagają nawiązać z nimi kontakt oraz uczą akceptacji różnych stanów emocjonalnych poprzez zrozumienie ich funkcji. Karty można potraktować jak wróżbę - co spotka mnie danego dnia? Można jedną z emocji (których pragniemy doświadczać) nosić przy sobie w portfelu, lub położyć pod poduszką. Terapeuci i trenerzy z powodzeniem mogą wykorzystywać je w pracy z grupą, parami czy w terapii indywidualnej.

“Poznaj siebie” to pełna smaku podróż wgłąb siebie. Podróż, w której nie liczy się sam cel, a odkrywanie. Emocje, jeśli damy szansę im dojść do głosu, mogą być naszym sprzymierzeńcem, nawet gdy nie są tak otulające jak kubek gorącej czekolady w zimowy wieczór. Wszystkie są ważne, wszystkie są potrzebne i na swój sposób piękne. Jak ilustracje na kartach.

Agata Głyda, psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, psychodietetyk.

  1. Psychologia

Uwolnij siebie, uwolnij emocje

Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania 

Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania.

David R. Hawkins, amerykański psychiatra i nauczyciel duchowy, przez całe życie zadawał sobie elementarne pytanie „Kim jestem?”. Jak każdy człowiek utożsamiał się czasem z ego,  ale doświadczał też jego rozpuszczenia w bezosobowej Jaźni. Jak każdy też – nie chciał cierpieć. Tymczasem zapadał na rozmaite choroby, ich lista w książce „Technika Uwalniania” (wyd. Virgo) zajmuje dwie strony! Wyglądał jak cień samego siebie, przyjaciele przepowiadali mu rychły koniec. A przecież prowadził zrównoważony tryb życia, studiował (poza dyscyplinami medycznymi, psychologicznymi i psychiatrycznymi) różne metody uzdrawiania holistycznego, systemy filozoficzne, metafizykę. Próbował kolejnych terapii, technik medytacyjnych, ścieżek duchowych. Robił wszystko, by pomóc wyzdrowieć innym...

Co mu umykało? Szukał rozwiązania na zewnątrz. Jako naukowiec opierał się głównie na wiedzy, stłumił uczucia. Kiedy zaczął wreszcie przyglądać się emocjom, odkrył, że odczuwał wobec nich pogardę. „Dla mnie, zorientowanego lewopółkulowo, uczucia stanowiły przeciwieństwo rozsądku, logiki i racjonalności” – wspomina. „Na to wszystko nakładało się męskie szowinistyczne przekonanie, że uczucia są dla kobiet, dzieci i artystów”. W którymś momencie musiał się z nimi spotkać. To było potężne wyzwanie – czuł się poniżony, przerażony, wściekły. Wreszcie uznał, że uczucia mają prawo do istnienia, a one zaczęły go opuszczać. Podobnie zresztą jak choroby (wyleczył się nawet z krótkowzroczności).

Od wstydu do oświecenia

Tak naprawdę stworzona przez niego technika uwalniania nie jest niczym nowym. Kiedy czytałam książkę Hawkinsa, przyszła mi na myśl metoda Sedony (polegająca na witaniu i żegnaniu emocji za pomocą serii pytań). Ale też sesje oddechowe, w których katalizatorem procesu jest oddech. Przypomnieli mi się niektórzy nauczyciele duchowi, choćby Gangaji, która podczas swoich satsangów (dostępnych na YouTubie) zaprasza uczestników do otwarcia się na to, co czują. Cokolwiek to jest – złość, lęk, zazdrość – po dopuszczeniu do głosu szybko wybrzmiewa, ujawniając to, co jest pod spodem. Pokój. Myślałam też o Elizabeth Gilbert, o jej pobycie na indonezyjskiej wysepce (opisanym w „Jedz, módl się, kochaj”), podczas którego zanurzyła się w siebie, by spotkać wszystko, co odrzucone. Przyjąć to, a tym samym niejako pożegnać. Cóż, wygląda na to, że emocje rządzą się zasadą „nie puszczę cię, dopóki mnie nie pobłogosławisz”. Tak, to trudne spotkania. Ale czy nie trudniej jest żyć w napięciu, zaciśnięciu, nie pozwalając sobie na odczuwanie, na siebie? Oczywiście, wszyscy radzimy sobie z emocjami. Jakoś. Uciekamy przed nimi (do różnych kompulsywnych zajęć czy uzależnień), tłumimy je, czasem nawet wyrażamy (co jednak, jak zauważa Hawkins, nie zawsze przynosi ulgę i jeszcze szkodzi naszym relacjom). Ta energia kumuluje się i szuka ujścia... Do tego – twierdzi autor „Techniki Uwalniania” – do wszystkich emocji, które zepchnęliśmy do podświadomości, przytroczone jest poczucie winy. „Ta zabójcza kombinacja ściąga nas wszystkich w dół i tworzy ogrom chorób i nieszczęść. Poczucie winy jest tak wszechobecne, że bez względu na to, co robimy, gdzieś w środku czujemy, że powinniśmy robić coś innego” – pisze Hawkins. „Przeciętny umysł na różne sposoby projektuje tę winę na otaczający świat. Z tego właśnie powodu większość ludzi potrzebuje wroga – obiektu, na który mogą projektować swoje ukryte poczucie winy”.

Wina ma bardzo niskie wibracje, niżej może nas ściągnąć tylko wstyd. Skąd to wiemy? Otóż David Hawkins opracował Mapę Poziomów Świadomości, w której poszczególnym emocjom i stanom umysłu przypisane są określone wartości od 1 do 1000, gdzie 1000 odpowiada całkowitemu Oświeceniu. Dalej, schodząc w dół, są: Pokój, Radość, Miłość, Rozsądek, Akceptacja, Ochota, Neutralność, Odwaga, Duma, Złość, Pożądanie, Strach, Żal, Apatia, wreszcie wspomniane Wina i Wstyd. Jak podkreśla Hawkins, na poziomie Odwagi (200) następuje przełom – przesunięcie z energii negatywnej na pozytywną. „To energia uczciwości, prawdomówności, poczucia sprawczości i zdolności dawania sobie rady” – tłumaczy Amerykanin. Mapa Poziomów Świadomości może dostarczyć wskazówek, w którym miejscu jesteś i jak przesunąć się wyżej na skali. Załóżmy, że odczuwasz żal. Jeśli uda ci się wzbudzić w sobie złość (a prawdopodobnie jest pod spodem), poczujesz dużo energii, którą niesie ta emocja. Stąd już tylko dwa małe kroki do przystanku Odwaga. Dobra wiadomość jest taka, że można się tu łatwo dostać z dowolnego niższego poziomu emocji. Wystarczy gotowość, by się im przyjrzeć. To przecież nie lada odwaga!

Co w środku, to na zewnątrz

A co z myślami? Intelektualista Hawkins nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Uważa, że umysł napędzany jest przez uczucia, które generują myśli o określonym ładunku emocjonalnym. Potwierdza to teoria naukowa Williama Graya i Paula LaViolette’a, którzy w swoich badaniach wykazali, że nasze myśli są klasyfikowane i archiwizowane w umyśle według ich zabarwienia emocjonalnego. Pod naporem stłumionych i wypartych uczuć tworzą się ich setki, tysiące, miliony. Zdaniem Hawkinsa próba zmiany myśli to strata czasu. Zrozumienie emocji i uwolnienie jej jest znacznie bardziej owocne – pozwala zniknąć całemu potężnemu pakietowi myślowemu.

Ta wiedza pomaga też spojrzeć inaczej na to, co zwykliśmy nazywać stresem. Zazwyczaj uważamy, że wynika z przyczyny zewnętrznej – ktoś albo coś działa na nas stresująco. Otóż niezupełnie – protestuje Hawkins. To, jak reagujemy na dany bodziec, zależy od tego, co niesiemy w sobie. „Dla osoby przepełnionej lękiem świat jest przerażającym miejscem. Dla osoby przepełnionej złością świat jest chaosem, frustracją i udręką. Dla osoby przepełnionej poczuciem winy jest pełen potępienia i grzechu, które taka osoba widzi wszędzie” – przekonuje psychiatra. „Koncentracja jest na tym, co wypieramy, to podstawowa zasada”. Inna brzmi: podobne przyciąga podobne. Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. Jeśli wierzyć Hawkinsowi, przyciągamy określone sytuacje i okoliczności, by dać upust stłumionym uczuciom. Więc znów: to, co nas spotyka, jest wtórne wobec tego, co już w nas jest i próbuje się wydostać z uwięzienia. „Dlatego osoba mająca wiele wypartego żalu nieświadomie wywołuje w swoim życiu smutne zdarzenia. Osoba przepełniona strachem zmierza ku przerażającym doświadczeniom, ten, kogo wypełnia gniew, znajduje się ciągle w okolicznościach doprowadzających go do wściekłości, a osoba pełna dumy nieustannie jest znieważana” – tłumaczy autor słynnych Map. I zachęca, by wznieść się na poziom Odwagi i przyjrzeć trudnym emocjom.

Tak, nasza podświadomość kryje w sobie wiele mrocznych zakamarków, do których nie chcemy się przyznać. Jednocześnie mamy je wszyscy, więc może są w porządku? Taka jest po prostu cena człowieczeństwa, tak przejawiają się drzemiące w nas zwierzęce instynkty. Jeśli czujesz wściekłość, zaakceptuj to. Oczywiście, nadal jesteś odpowiedzialny za to, co z nią zrobisz... Rzecz w tym, że wściekłość, do której podejdziesz z ciekawością i otwartością, długo nie przetrwa. „Poddawaj się temu, co akurat się pojawia, to zawsze w końcu przeminie” – zapewnia Hawkins. „Samemu można sprawić, że to zniknie, wybierając zjednoczenie się z tym, co jest, i natychmiastowe porzucenie chęci, by to zmienić, gdy tylko się ona pojawia. Rób to cały czas, bez przerwy, bez względu na wszystko”. Nagroda może przyjść szybko. Zakończy się walka – wewnętrzna i zewnętrzna. Odzyskasz wolność. Pojawi się nowa energia życiowa, witalność. Dotrzesz do miłości, radości i pokoju.

Mechanizm poddania

  1. Uświadom sobie dane uczucie, pozwól, by się ukazało, i pozostań z nim w kontakcie.
  2. Najpierw pozwól sobie na odczuwanie, bez opierania się temu, co czujesz, bez rozładowywania tego uczucia, obawiania się go, potępiania czy moralizowania na jego temat.
  3. Bądź z tym uczuciem i odpuszczaj wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania, a wreszcie zupełnie zniknie.
  4. Podczas uwalniania ignoruj wszelkie myśli. Skup się na uczuciu samym w sobie, nie na myślach. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i płodzą jedynie więcej myśli. Są zaledwie racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Prawdziwym powodem tego, co czujesz, jest nagromadzone napięcie ukryte za emocjami, które napiera, by uwolnić się w danym momencie.

  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Zobacz galerię 4 Zdjęć
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. \"Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.\". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości. 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.