1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

Z ciekawością i bez presji - rady dla dojrzałych singielek

W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. (Fot. Getty Images)
W budowaniu relacji opartych na równowadze wiek działa na korzyść kobiet. Po przepracowaniu życiowych doświadczeń są bardziej otwarte, umieją dostrzec potencjał w partnerze i nie oczekują od niego spełnienia wszystkich potrzeb. O rady dla dojrzałych singielek pytamy psychoterapeutkę Marię Rotkiel.

Kiedy mamy dwadzieścia kilka lat, zwykle w naszym życiu wiele się dzieje, łatwo poznać nowych ludzi. Potem przychodzi stabilizacja, zaczynamy spędzać całe dnie w pracy i nagle okazuje się, że mamy dość ograniczony krąg znajomych. A to oznacza także mniej okazji do spotkania kogoś, kto mógłby zostać naszym partnerem. Co możemy wtedy zrobić? Nie chcę tego nazywać projektem, bo chodzi o relacje, a nie biznes, jednak dojrzała osoba wie, że dziecinno-romantyczne sposoby i bierne czekanie nie wystarczą...
Zacznę od tego, że jeżeli mówimy o otwarciu się na związek w dojrzałym wieku, to w tym wypadku wiek działa na korzyść nas, kobiet, ponieważ mamy za sobą wiele doświadczeń, także trudnych. Możemy je wykorzystać, żeby tworzyć relacje oparte na równowadze, w których będziemy szczęśliwsze i będziemy potrafiły dawać szczęście. Oczywiście jeśli mamy świadomość tych doświadczeń, czyli, używając języka psychologicznego: przepracowałyśmy je. A co do samego poszukiwania partnera, to od lat namawiam kobiety do bycia aktywnymi. W postawie typu „jestem gotowa na zbudowanie związku, rozglądam się za tym potencjałem, który byłby w drugiej osobie do budowania szczęśliwej relacji” nie ma przecież nic złego.

Słyszałam jednak nieraz, że na przykład zapisując się na portal randkowy, kobiety czują się niekomfortowo, jakby wystawione na sprzedaż...
Rozumiem, że można się czuć niekomfortowo w pewnych okolicznościach, ale okoliczności zależą od nas. Przecież nie musimy wystawiać się „na sprzedaż”, czyli pokazywać zdjęcia sprzed 10 lat, podawać swoich wymiarów i numeru telefonu. Wybierzmy portal, który oferuje większy komfort przedstawienia się. Przygotujmy intrygujący, ale i rzeczywisty opis, sprawdzajmy, kto zagląda na nasz profil, badajmy, czy ten ktoś jest gotowy na nawiązanie relacji, a potem obserwujmy, jak ona się rozwija. Internet oferuje szansę poznania kogoś szybciej niż w rzeczywistości, bo w dojrzałym życiu te możliwości są ograniczone. Mamy dość hermetyczne grono przyjaciół i znajomych w miejscu pracy, rzadziej wychodzimy do klubów, choć zawsze zachęcam, żeby z tego nie rezygnować. Uważam zresztą, że właśnie przestrzeń portali randkowych jest dobra do przełamywania dyskomfortu, o którym mówimy, bo możemy ćwiczyć nawiązywanie relacji z poszanowaniem własnych granic i potrzeb.

Powiedziała pani, że ważne jest aktywne rozglądanie się wokół i poszukiwanie znajomości, które mogą się rozwijać. Na czym to polega?
Najważniejsza jest postawa „jestem gotowa na relację”, „chcę relacji”. To wiąże się ze świadomością, o której już mówiłyśmy, ponieważ w określonym momencie życia możemy nie być gotowe na relację, bo chcemy skupić się na sobie, na swoim rozwoju zawodowym czy na dzieciach... Relacja ma być wtedy dla nas wartością dodaną. Ważne jest więc, by nie robić niczego na siłę. Postawa świadomego otwarcia się na związek oznacza, że swobodnie komunikujemy o swojej potrzebie. Nie panikujemy, kiedy koleżanka mówi na przykład: „mój mąż ma interesującego znajomego, może przyjedziesz do nas na kolację, on by go zaprosił?”, albo same proponujemy: „może kogoś fajnego zaprosicie, żebym nie była nie do pary?”. Nie chodzi o desperackie chodzenie ze sztandarem „szukam mężczyzny”, bo  życie może być fajne również bez niego, a o postawę pozytywnej, ciepłej, spokojnej otwartości na to, że jeżeli ktoś ciekawy się pojawi, to chętnie go poznam i zobaczę, co ta znajomość przyniesie.

Tu dotykamy dużego tematu, czyli: kto może być dla nas ciekawy jako potencjalny partner? Dojrzałość oznacza przecież także i to, że nie trzymamy się już kurczowo myśli o „drugiej połówce jabłka”, ale chyba nie można stworzyć trwałego związku z każdym?
Myślę, że możemy stworzyć dobrą relację z osobami o różnych typach osobowości, temperamentach i zainteresowaniach. Jestem zdecydowaną przeciwniczką idei dwóch połówek. W mojej książce „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” piszę o koncepcji puzzli, która polega na tym, że jesteśmy bardzo różni, natomiast jakimś kawałkiem do siebie pasujemy, na przykład oboje kochamy zwierzęta czy jesteśmy domatorami...

Uważam, że liczy się system wartości w dość ogólnym pojęciu, czyli stosunku do świata, bo jeśli brak takiego porozumienia, to wybory, wypowiedzi czy nawet dowcipy partnera będą dla nas niezrozumiałe. Sprowadzam to do pewnej wspólnej płaszczyzny, która definiuje dwie osoby jako parę. I tyle! W takim modelu jest przestrzeń na wiele odmienności. Niektóre koncepcje mówią nawet, że praktycznie z każdym jesteśmy w stanie zbudować związek. Opierają się na tezie, że wszyscy mamy w sobie jakiś potencjał. Na przykład ktoś jest dowcipny, pomysłowy, kreatywny i nigdy nie będziemy się z nim nudzić, więc to może być wartość, która jakiejś osobie zrównoważy brak poczucia bezpieczeństwa w rozumieniu przewidywalności. Inny jest z kolei bardzo przewidywalny, stateczny i daje ogromne poczucie bezpieczeństwa, co może dla kogoś oznaczać deficyt bodźców, ale te potrafi  sam sobie zapewnić: zacząć kolejne studia, naukę języka, wychodzić z przyjaciółmi do klubu. Bardzo ważne jest budowanie związku na jego potencjale i dostarczanie sobie samemu doznań w obszarach, gdzie odczuwamy braki. Tu znowu wracamy do atutów związanych z wiekiem, bo nie dość, że dojrzałe kobiety są bardziej otwarte i bardziej elastyczne, ale jednocześnie mądrzejsze w tej elastyczności, czyli nie przekraczają swoich granic − to jeszcze potrafią dostrzec potencjał partnera.

Internet to bardzo dynamiczne medium, informacje zmieniają się co chwilę, więc możemy też czuć presję, żeby kogoś szybko „odhaczyć”, ocenić, czy się kwalifikuje, czy nie, i przejść do kolejnego kandydata. Jak się od niej uwolnić?
Przede wszystkim samodzielnie budować swój dobrostan. Wspierać się własnym potencjałem, żeby żyć szczęśliwym życiem, w którym partner jest wartością dodaną, a nie narzędziem do zapewnienia nam tego szczęścia. Wtedy związek nie oznacza „kupowania” kogoś, kto ma budować nasz wizerunek czy zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, a okazję do poznania drugiego człowieka.

A doraźnie – nie dać się skusić wizji idealnego związku, nie buszować po Internecie jak w poszukiwaniu nowej pary butów, tylko rozglądać się z perspektywy kogoś, kto siebie dobrze zna, potrafi się sobą zaopiekować oraz jest gotowy na budowanie interesującej relacji. Moim zdaniem bardzo ważna jest właśnie ciekawość drugiego człowieka. Wtedy nie działamy desperacko, pod presją, tylko robimy to dla siebie.

Podkreśla pani potrzebę działania. Jeśli chodzi na przykład o szukanie pracy, to jest to dla nas oczywiste, ale już w stosunku do relacji często wybieramy jakiś rodzaj magicznego myślenia.
Pracuję w nurcie psychologii, który się nazywa poznawczo-behawioralnym. Poznawczość to świadomość, rozumienie, umiejętność wypracowywania pewnych postaw poznawczych, czyli sposobu myślenia, a behawioryzm oznacza, że nasze życie kształtują nasze działania. Tak jak szukamy nowej pracy, jeśli ta, którą mamy, nie daje nam satysfakcji, czy w trosce o zdrowie zmieniamy dietę − tak samo aktywni możemy być w przyjaźniach i związkach. Bardzo wiele od nas zależy. Siedzenie w domu i rozmyślanie nad życiem, choć potrzebne w określonych momentach, kiedy musimy coś przepracować, to za mało! Warto wyjść do ludzi, do świata, uśmiechnąć się rano do siebie, a potem do drugiego człowieka, chodzić do teatru, na lekcje tańca, wyciągnąć przyjaciółki z domu na fajny wyjazd... Należy komunikować swoje potrzeby i pozwolić życiu dawać nam okazje do rozwoju i poznawania ludzi. Sprawczość jest tu ważna, bo nikt nam na złotej tacy ciastka pod nos nie podetknie.

Zatem szukanie partnera to nie jest projekt biznesowy, ale także wymaga pewnego wysiłku.
Tak, jednak nie wiążmy tego z ciężką pracą, bo to jest przyjemne. Mnie samej czasem nie chce się pójść na dłuższy spacer z psem, ale gdy już się zmobilizuję, jestem bardzo zadowolona. I przy zawieraniu nowych znajomości jest tak samo – to wymaga pewnej mobilizacji, zastrzyku energii, na który składają się optymizm, odwaga, wiara i witalność, ale szybko odczuwamy radość z tego wysiłku, bo nawet jeśli nie poznam nikogo nowego w klubie czy na imprezie, to spędzę przyjemnie czas z innymi ludźmi, a to buduje ten wspominany wcześniej dobrostan. Przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejsza relacja w życiu to relacja z samą sobą. Gdy jest dobra, możemy dać innym to, co mamy najcenniejszego, potrafimy też otworzyć się na dobro, które ma dla nas świat.

Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. Prowadzi praktykę psychologiczną, terapeutyczną i trenerską. Autorka poradników psychologicznych, ekspert w mediach oraz kampaniach społecznych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak ułożyć sobie życie seksualne? - Katarzyna Miller o singielkach i samotnych matkach

Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Jak zadbać o swoją seksualność żyjąc w pojedynkę? (fot. iStock)
Singielka, samotna mama, rozwódka – czy mogą mieć udane życie seksualne? To zależy od ich przekonań, mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. Te kobiety, które nie żyją w stałych związkach, czasem zasznurowują swoje libido i nie mają życia seksualnego, ale bywa też, że przywiązują do seksu zbyt dużą wagę. Dlatego warto wiedzieć, jakimi przekonaniami kierują się osoby, które znalazły radość seksu, choć zwykle śpią same.

Znam kobiety, które po rozwodzie skupiły się na wychowaniu dzieci, całkiem rezygnując z poszukiwania nowego partnera i seksu.
Po rozwodzie kobiety często zamykają się, skupiają na tym, by nastarczyć wszystkiego, co potrzebne dla domu. Chcą dla dzieci być i matką, i ojcem. Umęczone w tej roli superrodzica, coraz bardziej zasznurowują swoje libido. Mężczyzna, który się zaczyna koło takiej kobitki kręcić, dostaje po łapach. Bo ona myśli, że w ten sposób raz na zawsze ma rozwiązany problem z mężczyznami. Ona się nie puszcza i koniec! Ma przecież dzieci, więc nie będzie do domu przyprowadzała obcych.

To dobrze, że stawia dzieci, a nie swoją, że tak powiem, chuć na pierwszym miejscu.
Często postępują tak kobiety, które wyszły poranione z poprzedniego związku. Ale jeśli naprawdę myślą o dobru dzieci, czym prędzej powinny zdać sobie sprawę, że wybrały zły sposób. Dzieci zasznurowanych matek wyrastają w nieprawdziwym świecie. Ich seksualność dopiero się rozwija, a dostają jako wzór matkę, która się seksu wyrzekła, więc ma też małe zrozumienie dla ich potrzeb seksualnych. Oczywiście bez seksu można żyć. Jednak seks w tym domu staje się tematem tabu. Dzieci są pozbawione czegoś ważnego: widzą matkę tylko w jednej roli, nie wiedzą, że ona jest też istotą seksualną. Oczywiście, nie najlepiej mieć stały rozgardiasz w życiu dlatego, że mama ma temperament, ale też nie musi ona żyć w abstynencji. Tym bardziej że wtedy przekazuje dzieciom niechęć wobec seksu.

Skoro abstynencja nie jest dobra ani dla dzieci, ani dla matki, co powinna zrobić kobieta, która do tej pory rezygnowała z seksu?
Dzieciom powiedzieć: „Jestem dorosła. Rozstaliśmy się z waszym ojcem, ale nie zamierzam z tego powodu być zawsze sama. To jednak, czy z kimś będę na stałe, zależy od tego, czy spotkam kogoś, kto okaże się godny i mnie, i was. A na randki będę chodziła, kiedy będę miała na to ochotę”. Ale też nie musi spotykać się z mężczyzną, by mieć seks. Istnieje przecież masturbacja. Może o tym nie chcieć pamiętać, bo kiedyś ksiądz jej powiedział, że to jest złe. Pewnie słyszała też, że jeśli sama sobie daje seks, to jest on gorszy niż ten, który może jej zaoferować mężczyzna. A przecież sami możemy najpełniej poznać własne ciało, jego reakcje i potrzeby. Niestety, jesteśmy wychowywane w przeświadczeniu, że okazywanie miłości samej sobie to dowód na to, że nikt inny okazać nam jej nie chce. A jest odwrotnie. Okazywanie miłości sobie to droga do nauczenia się, jak przyjmować ją od innych, dostrzegać to, co oni chcą nam dać. Umiejętność kochania siebie także nas uniezależnia.

Jest tak dużo singielek, że pewnie coraz więcej z nas umie żyć własną miłością.
Oczywiście, że i tak jest, ale są też singielki, które dużo randkują, flirtują z mężczyznami – nieżonatymi i żonatymi, żeby tylko coś się działo. Bo inaczej robi się pusto. Długie związki raczej im się nie udają, bo dziewczyny są zbyt napięte, wchodzą w relacje z przymusu, a nie dla przyjemności. Nie jest to dziwne, bo kobiety nadal uczy się, że ich wartość musi być potwierdzona, niejako ostemplowana męskim zainteresowaniem, więc łatwo nam popaść w uzależnienie.

A jeśli taka uzależniona od męskiego zainteresowania singielka ma dzieci? Niektóre dzieci mówią: „Trudno. Mama tak ma, że musi, a jak musi, to trzeba się z tym pogodzić”. Mają do tego stoicki, filozoficzny stosunek. Ale są i takie, które się buntują, kłócą z matką. Obrażają ją, wyzywają. Inne ciężko to przeżywają, bo myślą, że one to dla mamy za mało, że są nieważne. Te postawy dzieci są zależne od tego, czy ich matka sama daje sobie prawo do uprawiania seksu. Wiadomo, że dziecko nie zastąpi kobiecie partnera. Ale też nie godzi się porzucać dziecka dla mężczyzny. Może być i tak, że dzieci widzą mamę nieszczęśliwą, bo ten pan, co przychodził, już nie przychodzi. Teraz nowy się pojawił, ale i tak wiadomo, że za jakiś czas go nie będzie. Te dzieci nie mają prostego dzieciństwa.

 
A ich matki jak się czują?
Często mają wyrzuty sumienia, ale trudno im przestać biegać za mężczyznami, skoro dzień bez flirtu czy chociaż komplementu to dla nich dzień stracony. W uwolnieniu się od tej zależności może im pomóc pokochanie siebie. A wtedy nie męczy poczucie, że coś umyka: „taka młoda jestem, taka ładna i co? Nie wykorzystam tego?!”. Na szczęście jest coraz więcej kobiet, które chcą się uniezależnić. Wiedzą już, że wewnętrzny spokój to skarb, a nie synonim nudy czy monotonii, że mężczyzna nie wystarczy do ułożenia sobie życia.

Przed zbytnim korzystaniem z wolności seksualnej powinny nas powstrzymywać choćby wyniki badań, które mówią, że kobiety emocjonalnie wiążą się z partnerem, z którym uprawiają „tylko” seks.
To fajna damska cecha, że pojawia się w nas czułość i zaangażowanie w efekcie bliskości cielesnej. Ale smutne i bolesne jest pozostanie w tej czułości bez odpowiedzi. Dajemy się nabrać – same się nabieramy z powodu małej wiedzy i doświadczenia oraz tragicznej w skutkach skłonności do ulegania iluzjom. Seks dla seksu może być ważnym doświadczeniem dla dziewczyn czy kobiet, dać im wiedzę, która w przyszłości pomoże w dokonywaniu świadomych wyborów. Nie uczą się dzięki romansom te dziewczyny, które mają niską samoocenę, one czują tylko, że dały się wykorzystać. Przypadkowy seks je rani. Czekają na telefon i kwiaty, a tych nie ma.

Z przypadkowego seksu robi się czasem przypadkowe dziecko…
Kobieta samotna powinna pamiętać o antykoncepcji, mieć chociaż prezerwatywy w torebce. Na wszelki wypadek.

Wracając do rozterek samotnych mam: kiedy można zaprosić mężczyznę do domu, żeby nie narazić emocji dzieci?
Dopiero kiedy kobieta pozna go na tyle, żeby wiedzieć: „będzie potrafił rozmawiać z moimi dziećmi”. Nie trzeba czekać aż do zaręczyn, bo chodzi o to, żeby dzieci zobaczyły mamę w innej roli – w relacji z mężczyzną. Ale też nie przyprowadzać nowego partnera, dopóki nie jest się pewną, że oboje chcemy być razem, że się zaraz nie rozstaniemy. Trzeba go też wprowadzać do rodziny stopniowo. Jeśli dzieci poznają przyjaciela mamy na spacerze, potem pójdą z nim na lody, a kiedyś jeszcze mama zaprosi go na obiad – wtedy wszystko jest tak, jak być powinno. Dzieci uczą się, że bliskość nie powstaje natychmiast. A seks nie jest potrzebą, którą trzeba niezwłocznie zaspokoić. Ulegając impulsowi, można rozładować napięcie, ale nic więcej. Taka nauka jest dzieciom potrzebna, bo pospieszne zaspokajanie potrzeb czyni ludzi płytkimi.

Kiedy partner mamy może zostać na noc?
Lepiej seks fundować sobie poza domem, szczególnie jeśli mamy tendencje do krótkich związków. Nie jest dobrze przyprowadzać co chwila kogoś nowego do domu i mówić, że mamusia tak lubi. Kobieta ma prawo robić, co chce, ale tylko sobie. Nie ma prawa robić tego dzieciom. A jeśli co tydzień przyprowadza kogoś innego, przestaje być w ich oczach tą dorosłą, która daje poczucie bezpieczeństwa. Sama zachowuje się wtedy jak bachor, który nie potrafi powstrzymać się przed zachciankami. Dzieci mają mieć swój dom, a nie mieszkać w domu przechodnim, bo wtedy nie wiedzą, czyj to dom.

Nie wszystkie kobiety postępują tak rozsądnie.
Czasem pozwalają dziecku rządzić. A przecież dziecko nie ma podstaw, żeby decydowało za mamę. Syn mówi do matki: „nie wolno ci!”. I ona mu ulega. Ale to jest postawienie sprawy na głowie. Dziecko wchodzi w rolę rodzica. Czasem też matki zamieniają córki w przyjaciółki i się ich radzą. Tymczasem córka to córka. Nie wolno jej wykorzystywać. Trzeba dziecku powiedzieć: „to nie twoja sprawa. Ważne jest dla mnie twoje zdanie, ale to ja decyduję, z kim będę się spotykała”. To bywa trudne, bo bardzo wiele kobiet nie potrafi samodzielnie decydować. Reagować także. Więc jeśli spotkają złego partnera, który na przykład dobiera się do ich dzieci, dochodzi do tragedii.

Matki w takich sytuacjach często udają, że nic nie widzą...
Mają między sobą a światem taką ilość buforów obronnych, że są ślepe. Chociaż ich dzieci wołają o pomoc: nie jedząc, rzygając, przejadając się. To jest jeden wielki krzyk: „zauważcie mnie!”. Ale on nic nie daje, bo matki nawet do terapii się nie nadają właśnie z tego powodu, że się bronią przed prawdą, nie chcą wiedzieć i widzieć. Na szczęście coraz więcej skrzywdzonych w dzieciństwie ludzi przychodzi po pomoc do psychoterapeutów. Mamy dla nich ogromny szacunek – oni przekraczają swoje traumy, nie chcą im ulegać.

Podsumowując: od czego zależy, czy będziemy szczęśliwe w seksie, będąc – powiedzmy to wprost – same?
Najważniejsze jest nastawienie. Ani samotna osoba nie musi być nieszczęśliwa i niespełniona erotycznie, ani osoba w związku nie musi być spełniona. Nie porównujmy się, bo wtedy singielka zazdrości mężatce, a mężatka singielce. Nasze subiektywne poczucie szczęścia nie powinno zależeć od czynników zewnętrznych, bo wtedy byle powiew losu może nas unieszczęśliwić. Dlatego rozwój ma iść w stronę ugruntowania siebie. Warto mieć seksualny stosunek do życia, cieszyć się z niego, mieć świadomość, że ono samo bierze się z seksualności. I jeśli życiu zaufamy, będziemy mieć nadzieję i radość mimo wszystko. A wtedy tylko krok do spotkania kogoś fajnego. Nie jest odwrotnie: nie muszę czekać z byciem szczęśliwą na to, aż ktoś przyjedzie, pocałuje mnie i obudzi ze snu. Książę w bajce to animus kobiety, jej własna poszukująca, dorosła, mocna część. Same się mamy obudzić i same uszczęśliwić. Ja jestem przeciw mitologii dwóch połówek, każdy ma szansę i prawo być całością, a wtedy spotyka pasującą drugą całość.

  1. Styl Życia

Jak żyć długo i szczęśliwie? 9 lekcji na długowieczność od stulatków z Niebieskich Stref

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. (Fot. iStock)
Kto by nie chciał żyć długo i szczęśliwie? Ale spójrzmy na to realnie: los, nawyki, geny… Mieszkańcy Niebieskich Stref przekonują, że mamy wpływ na jakość i trwałość naszego życia. Niektóre ich rady cię zaskoczą.

Określenia „Niebieskie Strefy” pierwszy raz użyli demografowie, którzy badali jeden z rejonów świata, położony na włoskiej Sardynii, gdzie żyło najwięcej stulatków. Dan Buettner, amerykański badacz i pisarz, który interesuje się tematem długowieczności, rozszerzył to pojęcie na inne rejony: Okinawę, Kostarykę, południową Kalifornię oraz grecką Ikarię. Razem z ekipą badawczą wybrał się we wszystkie te miejsca, by poznać sekret długowieczności. – Moim zdaniem to, że dieta, jaką stosują mieszkańcy stref, sposób, w jaki współdziałają, pozbywają się stresu, leczą się, unikają chorób i postrzegają swój świat, zapewnia im dłuższe życie, wcale nie jest dziełem przypadku – pisze Buettner w książce „Niebieskie strefy”. – Wiedza kultur, w których żyją, ewoluowała. I tak jak natura faworyzuje cechy gatunku, które umożliwiają jego przetrwanie, tak moim zdaniem kultura promuje te nawyki społeczności, które najlepiej działają na korzyść długowieczności jej członków.

9 lekcji od stulatków

Buettner na szczęście nie zamierza ukrywać wyników swojego śledztwa. Nie tylko opublikował je w książce, jako 9 lekcji długowieczności, ale też prowadzi dwa pilotażowe programy w ramach projektu Niebieskich Stref. Jak to działa? Na stronie www.bluezones.com obliczysz spodziewaną długość swojego życia oraz liczbę lat, o które możesz je przedłużyć, jeśli zoptymalizujesz jego styl. Najważniejsze jest jednak to, abyś podjęła się stworzenia swojej prywatnej Niebieskiej Strefy. Pomogą ci w tym wskazówki Buettnera oraz jego stuletnich znajomych. Dotyczą głównie diety i regularnego ruchu, ale nie tylko…

Lekcja pierwsza: naturalny ruch

Nie chodzi o to, by raz w roku przebiec triathlon lub trzy razy w tygodniu odwiedzać siłownię (choć oczywiście możesz). Sekret tkwi w umiarkowanej i regularnej aktywności fizycznej, którą niejako wplatasz w swoje codzienne zajęcia. Zamiast podjeżdżać dwa przystanki autobusem, przejdź się, zwłaszcza jeśli pogoda dopisuje. Przesiądź się z samochodu na rower, a zamiast na kawę, umawiaj się ze znajomymi na spacery. Możesz zapisać się na spokojne, wymagające niewielkiego wysiłku zajęcia, np. pilates, tai-chi czy jogę. Możesz też celowo „utrudniać sobie” codzienne, zwykłe czynności: chodź schodami zamiast jeździć windą, codziennie myć podłogę albo sprzątać jakieś trudno dostępne miejsce, a jeśli masz przed domem trawnik, koniecznie kup sobie grabie i łopatę do śniegu. Stulatkowie stawiają też na uprawianie ogródka.

Lekcja druga: Hara hachi bu

Tę konfucjańską formułkę zwykli wypowiadać przed jedzeniem Okinawczycy, a znaczy ona mniej więcej tyle: zawsze najadaj się tylko w 80 proc. Skuteczność niskokalorycznej diety potwierdzają badania naukowe – jednym z efektów jest zahamowanie niszczenia komórek przez wolne rodniki. Nie mówiąc już o skutku ubocznym, czyli utracie wagi, która z kolei korzystnie wpływa na ciśnienie oraz poziom cholesterolu. Okinawczycy jedzą do momentu, kiedy nie są już głodni, ale nie syci. W wypracowaniu tego nowego nawyku pomoże ci stosowanie mniejszych naczyń i kupowanie produktów w mniejszych opakowaniach. Nigdy nie jedz też w biegu i na stojąco, przeżuwaj powoli, delektując się smakiem. Największy posiłek zjadaj w pierwszej połowie dnia, najmniejszy – późnym popołudniem lub wieczorem. Tak właśnie robią Sardyńczycy i mieszkańcy półwyspu Nicoya.

Lekcja trzecia: Rośliny rządzą

Większość mieszkańców Niebieskich Stref rzadko ma do czynienia z wysoko przetworzonym jedzeniem, nigdy nie wyrobili sobie też nawyku picia gazowanych napojów czy podjadania słonych przekąsek. Jedzą mało mięsa, także z tego powodu, że zwykle mieli do niego ograniczony dostęp. Podstawą ich diety są wyhodowane we własnym ogródku warzywa, a także twarda pszenica, słodkie ziemniaki, fasola czy kukurydza. Okinawczycy stawiają też na tofu, które dla nich odgrywa podobną rolę jak pieczywo we Francji. Ikaryjczycy z kolei zachwalają ziołowe herbaty, pite nieśpiesznie i regularnie. Ograniczyć mięso nie znaczy całkowicie z niego zrezygnować. W czterech spośród pięciu Niebieskich Stref dużą popularnością cieszy się wieprzowina. Chodzi o to, by nie jadać jej regularnie, a raczej „od święta”. Prawdziwą furorę wśród pokarmów sprzyjających długowieczności robią orzechy, zwłaszcza ziemne, laskowe, włoskie, migdały, pekany oraz pistacje.

Lekcja czwarta: Grona życia

Według badaczy piwo, wino i wódka, pite w niewielkich ilościach, mogą mieć korzystny wpływ na nasze zdrowie. Na Okinawie codziennie pije się czarkę lub dwie sake z przyjaciółmi, a na Sardynii nie wyobrażają sobie, by zjeść posiłek bez szklaneczki czerwonego wina. Zwłaszcza wino jest chwalone za swoje właściwości prozdrowotne, zawiera bowiem polifenole, utrzymujące tętnice w dobrej kondycji, a jego picie podczas posiłku sprawia, że wolniej i mniej jemy. Uwaga – dozwolona ilość to jeden–dwa kieliszki dziennie.

Lekcja piąta: Mieć cel

Różnie można wytłumaczyć zalecenie tej lekcji, generalnie chodzi o powód, dla którego warto budzić się każdego dnia. Silne poczucie sensu i posiadanie motywacji do życia chroni przed stresem, zmniejsza też ryzyko zachorowania na Alzheimera, artretyzm czy udar. Poczucie celu nie musi wynikać z jakiejś szczególnej misji, jaką mamy do wykonania, to może być chęć zobaczenia, jak nasze dzieci dorastają, posiadanie ciekawego hobby czy opiekowanie się psem ze schroniska. Może to być chęć nauczenia się nowych rzeczy: gry na jakimś instrumencie, jazdy konnej czy nowego języka. Warto podejmować się nowych, trudnych na początku rzeczy – to utrzymuje nasz mózg w dobrej kondycji. Dobrze jest mieć też bliską osobę, z którą można o swoim celu porozmawiać.

Lekcja szósta: Nie spiesz się

Stulatkowie wiedzą, że kiedy gonimy na oślep za jakimś iluzorycznym celem, jak pozycja zawodowa, prestiż czy sława, omijają nas najcenniejsze chwile w życiu. Kluczem do szczęścia jest umiejętność robienia sobie przerw – choćby pogapienie się na drzewa w parku czy wyjście na smaczny lunch mimo nawału pracy. Zwolnienie jest nam potrzebne, aby mogli uchronić się przed przewlekłym stresem, który jest swego rodzaju stanem zapalnym organizmu. Negatywne skutki takiego zapalenia to m.in. schorzenia typowe dla wieku starczego, jak choroba Alzheimera, cukrzyca i miażdżyca. Dlatego niech każdy weekend czy urlop będą czasem świętym. Nasze ciało nam za to podziękuje. Zwolnieniu obrotów sprzyjają wszelkie praktyki duchowe, jak modlitwa czy medytacja, a także ograniczenie hałasu w miejscach, w których często przebywamy. Bardzo pomocne może być też wypracowanie w sobie nawyku przychodzenia 10 minut wcześniej na spotkania.

Lekcja siódma: Duchowa więź

Nie ma znaczenia, czy jesteś muzułmanką, chrześcijanką, buddystką czy żydówką – szczęśliwe stuletnie osoby zawsze są pełne wiary. Badania przeprowadzone przez „Journal of Health and Social Behaviour” udowodniły, że uczestnictwo w nabożeństwach, nawet raz w miesiącu, pozytywnie wpływa na długość naszego życia. To działanie można porównać do wpływu umiarkowanej aktywności fizycznej. Po pierwsze, osoby wierzące rzadziej przejawiają szkodliwe dla zdrowia zachowania, a uczestnictwo w nabożeństwach skłania do refleksji i wyciszenia. Niebagatelną rolę odgrywa też poczucie przynależności do wspólnoty. Jeśli jeszcze nie znalazłaś swojej duchowej drogi – szukaj, próbuj, to też daje spełnienie.

Lekcja ósma: Bliscy najważniejsi

Długowieczni mieszkańcy Niebieskich Stref zawsze na pierwszym miejscu stawiają rodzinę. Wychodzą za mąż, żenią się, mają dzieci i wspólnie spędzają z nimi czas. Dbają o tych, których kochają, a oni odwdzięczają się im tym samym. Badania potwierdzają, że starsze osoby mieszkające z dziećmi są mniej podatne na choroby i nie doświadczają stresu. Samotność nie sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Dlatego jeśli masz szczęśliwą rodzinę, poświęcaj jej jak najwięcej czasu i dbaj o wasze rytuały: codziennie wspólnie zjedzony posiłek, raz do roku wyjazd na wakacje, raz w tygodniu wspólne wyjście. Stwórzcie też w domu „miejsce pamięci”, czyli np. ścianę z fotografiami przodków. A jeśli nie masz rodziny, stwórz ją ze zdjęć przyjaciół i znajomych.

Lekcja dziewiąta: Wśród swoich

Rodzina to jedno, ważne jest także, by otaczać się ludźmi myślącymi jak my. Więzi społeczne stanowią nieodłączny element kultury Niebieskich Stref. Sardyńczycy każdy dzień kończą w miejscowym barze, gdzie w gronie przyjaciół opowiadają, jak minął im dzień. Silne więzi społeczne są w stanie zrekompensować nawet brak partnera życiowego. Dlatego jeśli chcesz żyć długo i szczęśliwie, określ, kto należy do twojego kręgu „pokrewnych dusz”, czyli kto jest ci przyjazny, otwarty, wspiera cię w twoich postanowieniach, towarzyszy ci w radościach i smutkach – i przebywaj z tymi osobami jak najczęściej. Poza tym nie bądź zrzędą, daj się lubić, nie noś w sobie urazy i nie bądź zazdrosna. Spędzaj przynajmniej 30 minut dziennie z osobą z twojego kręgu.

  1. Seks

Seks nie ma daty ważności

Rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje. (Fot. iStock)
Rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje. (Fot. iStock)
Mimo upływu lat nie warto rezygnować z przyjemności, jaką daje fizyczna intymność. Zwłaszcza że seks wprawia w euforię i „daje kopa” do działania. O znaczeniu seksualności w dojrzałym wieku mówi sex coach Marta Niedźwiecka.

W jakim wieku człowiek przestaje myśleć o seksie? W zasadzie powinnam odpowiedzieć na to pytanie przewrotnie. Ludzie, ujmując nas bardzo ogólnie, nie przestają myśleć o seksie do samego końca. Problem w tym, że w pewnych kulturach dość szybko, przedwcześnie, przestają o nim mówić, przestają go uprawiać. I wtedy zaczyna się ich starość. Tymczasem rodzimy się seksualni i umieramy seksualni. Wiek więc jest wtórny, ważniejsze są nasze decyzje.

Sądząc po filmach i kolorowej prasie, można by przypuszczać, że najpóźniej koło pięćdziesiątki pożądanie umiera. Wszyscy kochankowie są młodzi, piękni i zdolni do ekwilibrystyki w łóżku... Popkultura jest źródłem wielu nieporozumień, a nawet wypaczeń w naszej seksualności. Dojrzałych osób nie przedstawia się jako namiętnych, kochających, pożądających, utrwalając w ten sposób mylne przekonania, że seks jest jedynie dla młodych ludzi. Oczywiście z wiekiem niektóre aspekty seksualności mogą, choć nie muszą, przysparzać dodatkowych wyzwań, ale to nie oznacza, że na seksie jest umieszczony termin ważności. Co więcej, aktywność seksualna w wieloletnich relacjach wpływa zarówno na dobre samopoczucie psychiczne partnerów, jak i na trwałość relacji. Zatem nie warto wycofywać się z seksu z byle powodu, takiego jak ukończenie czterdziestego czy pięćdziesiątego roku życia. Wraz ze starzeniem się społeczeństw Zachodu pojawia się coraz większe zrozumienie, że nieobecność seksu osób dojrzałych w mediach, brak wiedzy i stereotypowe myślenie bardzo negatywnie wpływają na życie psychoseksualne seniorów.

Faktem jest jednak, że z wiekiem organizm narzuca nam pewne ograniczenia. Co wtedy? Są dwa aspekty starzenia się i seksualności. Pierwszy to taki, że zarówno akt seksualny, jak i w ogóle aktywność w tym obszarze mogą być związane z dyskomfortem na przykład wywołanym trudnościami z erekcją albo schorzeniami, które pośrednio wpływają na możliwości seksualne: cukrzycą, nadciśnieniem, chorobami układu kostno-stawowego. I tutaj równie ważne co osobiste nastawienie jest wsparcie lekarzy czy terapeutów. Rzetelne informacje na temat kondycji, w jakiej dana osoba się znajduje, czy środków, którymi może się posługiwać, by sobie pomóc. Tymczasem w Polsce seksualność osób dojrzałych jest tematem wstydliwym nawet w gabinetach. Drugi aspekt wiąże się z tym, że osoby dojrzałe same wycofują się z życia seksualnego pod dowolnym pretekstem: bo kręgosłup pobolewa, bo nie mamy siły na erotyczne figle. Obu tym postawom zdecydowanie sprzyja brak rzeczowej wiedzy oraz pustka kulturowa, o której już wspominałyśmy. Na to nakłada się brak pozytywnych punktów odniesienia. Mało kto zna dojrzałą parę, która cieszy się życiem seksualnym i może posłużyć za osobisty wzorzec modyfikujący nasze zachowania. Dlatego też, jeśli sami się starzejemy, to jesteśmy bardziej skłonni widzieć zmierzch seksu jako nieuchronny.

Chciałabym zaznaczyć bardzo ważną sprawę: starzenie się kończy seks postrzegany jako penetrację waginalną. Wpływają na to zarówno zmiany po stronie mężczyzn, czyli nasilające się zaburzenia erekcji, jak i zmiany fizjologiczne u kobiet – niedobory hormonalne, suchość pochwy i inne. Jednak seks to nie tylko penetracja waginalna i nie zawsze prowadzona penisem. Dojrzali kochankowie, nawet jeżeli czasowo nie mogą uprawiać tradycyjnego seksu, wiedzą, jak wspomagać się zabawkami, lubrykantami, jak korzystać z innych form pieszczot i stymulacji.

Z jakimi – poza fizycznością – problemami w seksie spotykają się najczęściej dojrzali partnerzy? Jednym z najpoważniejszych jest zmiana wewnętrznego obrazu ciała. Ponieważ żyjemy w kulturze zdominowanej przez obrazy młodości, mamy wrażenie, że tylko młodzi, piękni ludzie zasługują na udane życie seksualne. Wiele osób, jeszcze nim zdąży się zestarzeć, doświadcza problemów związanych z lękami o wygląd ciała, atrakcyjność. To od nich uzależniają bycie przyjętym przez partnera, szanse na wzbudzenie podniecenia seksualnego. Naturalne zmiany w ciele, na przykład wywołane menopauzą, potrafią brutalnie zniszczyć samoocenę kobiet. Mężczyźni z kolei zmagają się z kryzysem męskości rozumianej jako sprawność seksualna. Na psychikę osób dojrzałych negatywnie wpływają także choroby, odchodzenie bliskich osób. W tym czasie należy szczególnie troszczyć się o swój dobrostan.

Jakie znaczenie ma seks dla dojrzałych partnerów? Seks dosłownie przeciwdziała starzeniu się – nie tylko ciała, ale i ducha. Hormony wydzielane w czasie udanego aktu seksualnego działają pobudzająco i euforyzująco. Bliskość emocjonalna, którą buduje udane życie seksualne partnerów, jest bezcenna na tym etapie życia i przeciwdziała depresji. W zasadzie można powiedzieć, że pielęgnowanie udanego życia seksualnego w wieku dojrzałym jest odpowiedzią na niemal wszystkie wyzwania emocjonalne, z którymi borykają się ludzie po przekroczeniu umownego progu, jakim jest sześćdziesiąty rok życia.

Jakie sfery seksualności mogą rozwijać seniorzy, żeby czerpać radość z seksu nawet w późnym wieku? Przede wszystkim należy zadbać o własne nastawienie. Jeśli uznamy, że seks jest ważny, że służy nam i naszej relacji, że coś dzięki niemu zyskujemy, to zechce się nam podejmować działania. Jednym słowem dobra motywacja pozwoli się zmobilizować, pomimo że trzeba będzie znieść na przykład dyskomfort rozmowy z lekarzem o problemach zdrowotnych albo podjąć wysiłek i czytać książki czy szukać inspiracji gdzie indziej. Zdecydowanie warto poświęcić czas na znalezienie pozaseksualnych aktywności, które przynoszą nam poczucie szczęścia i spełnienia. Tylko uwaga: nie chodzi o opiekę nad wnukami albo sprzątanie! Raczej o podróże, lektury, spotkania z ludźmi. Działania, które angażują emocjonalnie, wspierają poczucie własnej wartości, angażują zmysłowo. Najlepiej, by partnerzy interesowali się nimi wspólnie, bo to znakomity punkt wyjścia w budowaniu napięcia erotycznego. Dużo lepiej będzie się myślało o wspólnej nocy w czasie romantycznej wycieczki zakończonej dobrą kolacją niż po całym dniu przebywania w domu. Bezcenne jest oczywiście pielęgnowanie umiarkowanej aktywności fizycznej, która nie tylko wspiera utrzymanie dobrostanu, ale także pomaga zachować dobrą kondycję seksualną.

Czy wiesz, że?

Suchość pochwy powoduje dyskomfort w okolicach intymnych związany z brakiem wilgotności w pochwie, u jej wejścia oraz w obszarze sromu. Czasami towarzyszy mu  pieczenie, swędzenie czy nawet ból albo wrażenie pulsowania i ucisku w pochwie. Te nieprzyjemne objawy mogą pojawiać się nie tylko w czasie stosunku i bezpośrednio po nim, często występują także podczas chodzenia, jazdy rowerem czy noszenia obcisłych ubrań.

W okresie okołomenopauzalnym spada poziom estrogenów i ścianki pochwy stają się cieńsze, mniej elastyczne i nawilżone, a wagina jest bardziej wrażliwa na różnego rodzaju bodźce, więc problem suchości pochwy najczęściej dotyka kobiet po 45. roku życia.

Najczęściej, ale nie tylko - dolegliwość może wiązać się także z operacją jajników, karmieniem piersią czy przyjmowaniem pigułek antykoncepcyjnych. Problem mogą także wyzwolić wahania hormonów, niektóre schorzenia przemiany materii, leki, radioterapia przy chorobach nowotworowych czy zwykły stres.

Po zauważeniu objawów suchości pochwy kobieta powinna przede wszystkim porozmawiać z lekarzem, ponieważ skuteczna kuracja zależy od przyczyny dolegliwości.

Kobietom w wieku okołomenopauzalnym Północnoamerykańskie Towarzystwo Menopauzy (North American Menopause Society) zaleca w pierwszej kolejności stosować produkty niehormonalne w postaci kremu lub żelu. Ważne, by wybrana metoda przywróciła kobiecie dobre samopoczucie i pozwoliła cieszyć się pełnią życia, także seksualnego.

  1. Styl Życia

Lonni Pike: "Mam 56 lat, tatuaże i tak właśnie wyglądam"

Lonni Pike (Fot. archiwum prywatne)
Lonni Pike (Fot. archiwum prywatne)
Chciałam pokazać ludziom w moim wieku, że nie jesteśmy nieistotni, wciąż mamy swoje cele, nadal możemy coś zmieniać.

Kiedy jeden z internetowych trolli skomentował jej wygląd i zasugerował, że w takim wieku nie powinna ubierać się jak nastolatka, nagrała swoją odpowiedź w krótkim filmiku i opublikowała go na TikToku. Wideo 56-letniej Lonni Pike wyświetlono ponad 3,7 miliona razy, a wytatuowana i siwowłosa kobieta z Kalifornii została gwiazdą mediów społecznościowych. Dziś stara się wykorzystać swoją popularność, aby przekonać inne kobiety do tego, że mogą wyglądać i ubierać się tak jak chcą.

“Nie odpowiadam na komentarze tego typu zbyt często. Szczerze? Mam to gdzieś, co myślą na mój temat inni. Ale wiem, że takie uwagi powstrzymują wiele osób przed tym, żeby ubierać się tak jak chcą”. Lonni Pike, która w mediach społecznościowych funkcjonuje jako @grayhairandtattoos, jak sama nazwa wskazuje ma siwe włosy (przestała je farbować kilka lat temu) przystrzyżone w modnego boba oraz kolorowe tatuaże, które pokrywają całe ręce. Ma 56 lat, dwóch dorosłych synów i ubiera się w taki sam sposób jak dwadzieścia lat temu. I choć wbrew pozorom jej styl nie jest jakoś szczególnie ekstrawagancki - Lonni nosi kolorowe bluzy, bluzki odsłaniające ramiona, proste jeansy i Martensy - to w opinii wielu internetowych komentatorów, w takim wieku nie powinna ubierać się jak nastolatka.

Zapytałam Lonni jak to się stało, że pewnego dnia postanowiła zaistnieć na TikToku, platformie społecznościowej, na której średnia wieku użytkowników nie przekracza 24 lat i co poradziłaby osobom, którym brakuje odwagi, aby ubierać się tak, jak chcą. Moja przygoda z mediami społecznościowymi zaczęła się pod koniec 2019 roku. Założyłam wtedy konto na Instagramie, które nazwałam "Life Doesn’t Stop at 50” (Życie nie kończy się na pięćdziesiątce). ieniać i żyć w taki sam sposób, jak wcześniej. Szybko zdałam sobie sprawę, że niewiele łączy mnie z typową kobietą po pięćdziesiątce. Mogłam znaleźć tylko garstkę kobiet w moim wieku, które miały tatuaże. Zaczęłam szukać takich osób w społeczności związanej z tatuażami, ale okazało się, że tam nie ma ich zbyt wiele. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się między dwoma światami.

Pamiętam, jak opowiadałam o tym mojemu synowi, wtedy on powiedział "Cóż, myślę, że będziesz w takim razie musiała utorować drogę dla nowej normalności. Pokazać światu, że jest w nim miejsce dla takich osób, jak ty - wytatuowanych kobiet po pięćdziesiątce”. Tak rozpoczęła się moja podróż."

Na Instagramie robiłam postępy, ale wciąż czegoś mi brakowało. Nadal nie czułam się połączona z tymi dwoma światami, w taki sposób, w jaki chciałam i w końcu zrozumiałam dlaczego tak się dzieje. Moja nazwa w social mediach nie była właściwa, nie mówiła światu o tym, kim jestem. Dlatego w sierpniu zmieniłam ją na Grayhairandtattoos . Od tego czasu wszystko zaczęło zmierzać w takim kierunku, o jaki mi chodziło i nie wiem, czy wpłynęła na to tylko zmiana nazwy, czy może energia, którą wtedy poczułam, ale to zadziałało.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Lonni (@grayhairandtattoos)

Idąc za ciosem postanowiłam założyć konto na TikToku (planuję wkrótce uruchomić mój kanał na YouTube). Zebrałam się na odwagę, nakręciłam dwa krótkie filmy i zamieściłam je na moim profilu. Moje drugie wideo w ciągu jednej nocy stało się viralem i dziś ma już ponad 3,7 mln wyświetleń. To był prosty, 15-sekundowy filmik, w którym w zasadzie powiedziałam tylko “Hej, mam 56 lat, tatuaże i tak właśnie wyglądam”. Ilość pozytywnych reakcji była oszałamiająca. Wydaje mi się, że dzięki temu filmowi młodsze pokolenie spojrzało w przyszłość i ujrzało tam kogoś, kto przypomina ich, dzięki temu zdali sobie sprawę, jak mogą wyglądać, kiedy będą starsi.

W Polsce, żeby ubierać się odważnie i oryginalnie, potrzeba sporo odwagi. Jak to wygląda w twoich rodzinnych stronach, czyli Kalifornii? Mam to szczęście, że tu gdzie mieszkam, odważne i niepowtarzalnie wyglądajace osoby nie są rzadkością. Zauważyłam jednak, że im ludzie są starsi, tym mniej odważnie się ubierają. Tak jakby w pewnym wieku uważali, że nie potrafią lub nie mogą wyrazić siebie w taki sposób, w jaki robili to, gdy mieli trzydzieści czy czterdzieści lat. Tak jakby się bali, że ktoś posądzi ich o to, że ubierają się nieodpowiednio do swojego wieku. Nie spotyka się również zbyt wielu kobiet po 50,. które mają tatuaże. Dlatego zauważyłam, że się wyróżniam. Często ludzie rzucają mi jakieś dziwne spojrzenia, przyglądają mi się, czasem komentują na głos mój wygląd.

Codziennie powtarzam ludziom, żeby ubierali się tak, jak chcą. Spędzamy tak dużo czasu zastanawiając się nad tym, co na nasz temat mają do powiedzenia inni, że zapominamy posłuchać siebie. Moda i to, co masz na sobie to bezpośredni komunikat, który mówi o tym, kim jesteś. Kiedy wybierasz ubrania, dzięki którym nie będziesz wyróżniać z tłumu, nie pozwalasz błyszczeć swojej indywidualności. Tak, to prawda, że czasem trudno jest być tą osobą, która się wyróżnia, ale to jest również wzmacniające. Podoba mi się to, że nie wyglądam jak inni. Lubię wysyłać komunikat, gdy wchodzę do pokoju i pokazywać światu, kim jestem.

Co poradziłabyś kobietom, którym może jeszcze brakuje odwagi, ale powoli zastanawiają się nad tym, żeby ubierać się po swojemu i dla siebie? Osobom, które chcą ubierać się odważnie czy wyjątkowo, sugeruję zacząć od zmiany jednego elementu w swojej garderobie. Przyzwyczaić się do niego i dopiero wtedy próbować z kolejnymi rzeczami. W ten sposób możesz budować swoją pewność siebie i z czasem nauczyć się nie przejmować opiniami innych ludzi na swój temat. Pamiętaj, że życie jest zbyt krótkie, żeby przeżyć je dla kogoś innego.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Lonni (@grayhairandtattoos)

  1. Psychologia

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.