1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lęk przed upływem czasu – za czym tęskni większość kobiet?

Lęk przed upływem czasu – za czym tęskni większość kobiet?

Dla kobiety utrata młodości często wiąże się z nieuświadomionym żalem. (fot. iStock)
Dla kobiety utrata młodości często wiąże się z nieuświadomionym żalem. (fot. iStock)
Lęk przed upływem czasu związany jest z poczuciem straty. Z biegiem lat tracimy młodość, urodę, zdrowie, możliwości, nadzieję na realizację marzeń… Jak sobie z tym poradzić? - wyjaśnia terapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Wybrałam ciebie, bo jesteśmy w podobnym wieku – usłyszałam w słuchawce. – Ale kobiety w naszym wieku nie mają już problemów – powiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć. Czułam, że ta sesja będzie ważnym spotkaniem dwóch kobiet w wieku 60- (czytaj: minus, czyli tuż przed sześćdziesiątką).

Krok 1. Odkrywamy opór przed przejściem przez próg ze „starego” do „nowego”

Maria powiedziała, że zaintrygowały ją moje słowa o braku problemów u kobiet w naszym wieku. Inaczej niż zazwyczaj, nie chciałam zaczynać sesji od rozmowy o trudnościach. Intuicja podpowiadała mi, że Maria najpierw potrzebuje zwykłego pogadania z rówieśniczką. Jednak ona drążyła temat bezproblemowych prawie sześćdziesięciolatek.

– Wiesz, wydaje mi się, że problemy tworzą się przede wszystkim z oczekiwań – często nierealistycznych, odgrywania ról życiowych – w czym mieści się również udawanie kogoś, kim się nie jest, i wreszcie z prób dopasowania się do świata. Kobieta 60- po prostu wie, zdaje sobie sprawę z tego, że na pewne rzeczy jest już za późno, ale nie próbuje z tym walczyć czy udawać, że jest inaczej. Za to potrafi docenić nowinki i korzystać z nich, na przykład prosząc o pomoc młodszych – powiedziałam. – Czasami ich nie prosi, a i tak sami wiedzą, co dla niej najlepsze – odparła Maria.

Ciekawa byłam, kim są owi „młodsi”. Okazało się, że to trzy córki Marii, które wychowywała sama, bo mąż odszedł, kiedy dziewczynki były małe. Dziś te młode kobiety próbowały „rewanżować” się matce z nawiązką. Zwłaszcza najmłodsza.

– Wyobrażasz sobie, że ona wyrzuciła mój ukochany czajnik i kupiła jakieś elektryczne paskudztwo, trzy segregatory babskich pism też poszły do kosza. – Jak to wyrzuciła? Bez pytania? Z twojego domu? – domyślałam się, o co chodzi, ale chciałam dać Marii odczuć, że nikt nie ma prawa naruszać jej granic. – Córka twierdzi, że zachowuję się jak stara baba. Złości się, że nie doceniam jej nowoczesnych prezentów. – Rozumiem, że trudno jest ci się rozstawać z różnymi rzeczami, do których jesteś przywiązana? – W naszych czasach wszystko się naprawiało, a dziś kupuje się nowe. Wcale mi się to nie podoba. Brakuje mi tego czajnika. Od lat każdy poranek zaczynałam w ten sposób, że wstawiałam wodę i szłam się ubierać. Gwizdek dawał znać, że pora na śniadanie. – A gdybyś spróbowała z nowym czajnikiem opracować nowy rytuał? – Po co mi nowe, skoro stare działało?

Zrozumiałam, że na tym właśnie polegał problem mojej pacjentki. Kurczowe trzymanie się starych przyzwyczajeń, niechęć do zmian, nadmiarowa potrzeba trwałości – to główne objawy nieradzenia sobie, a często wręcz lęku przed upływającym czasem. Ciekawa byłam, jak Maria odnajduje się w pracy. Na szczęście okazało się, że w tej sferze wszystko gra. Od lat pracuje jako księgowa i lubi to, co robi.

– Tuż po skończeniu pięćdziesiątki postanowiłam otworzyć własną firmę księgową. Pracują ze mną głównie rówieśniczki i żadnej nie przeszkadza, że nowoczesne programy komputerowe, które podobno mają ułatwiać życie, omijamy szerokim łukiem. – Czyżbyście liczyły podatki na liczydłach? – roześmiałam się, choć przyznaję, że spryt i zaradność Marii bardzo mi zaimponowały.

Wpadł mi do głowy pewien pomysł. – Wyobraź sobie, że przedpokój to twoja przeszłość… – Dom starego czajnika? – poczułam, że skoro żartuje, to jesteśmy na dobrej drodze. – Dokładnie tak: stary czajnik mieszka w przedpokoju, nowy – w pokoju. Spróbuj stanąć tam, gdzie twoje miejsce.

Kobieta pokręciła się po przedpokoju, a potem stanęła w progu. – No, dalej, jeden krok i będziesz w „nowym” – próbowałam ją zachęcić. Maria całym ciałem wychyliła się do przodu, ale jakaś siła nie pozwoliła jej przekroczyć progu. Podeszłam do niej, wyciągnęłam ręce: – Śmiało, pomogę ci się urodzić.

To był przełomowy moment sesji.

Krok 2. Okazuje się, że kobiecy brzuch najsilniej reaguje na upływ czasu

Kiedy powiedziałam to zdanie, nagle obydwie jednocześnie zwróciłyśmy uwagę na głośne tykanie zegara. Maria chwyciła się za brzuch i pochyliła do przodu. Ja też poczułam coś w brzuchu. Usiadłyśmy na kanapie, bardzo blisko siebie, jak dwie małe przestraszone dziewczynki. Przez długą chwilę milczałyśmy.

– W brzuchu mi coś drży, aż trudno swobodnie oddychać – powiedziała Maria. – W moim brzuchu płonie żar – stwierdziłam.

Byłyśmy pewne, że sprawcą naszych brzusznych rewolucji było to tykanie. Jakbyśmy w tym samym momencie zdały sobie sprawę z tego, że czas upływa nieubłaganie...

– Kiedy przekroczy się próg ze „starego” do „nowego”, człowiek uświadamia sobie, że to jest droga w jedną stronę, a na końcu nowego jest koniec… wszystkiego – powiedziała Maria, a ja uświadomiłam sobie jej mądrość. – Brzuch, narodziny, przecięcie pępowiny, separacja, upływ czasu, przemijanie, a na końcu śmierć – wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. To proces, który dotyka każdego z nas i nie jest wcale łatwy.

Dlaczego usłyszałyśmy zegar akurat w tym momencie? Nie dawało mi to spokoju.

– Może poszukamy nowego czajnika i innych nowych rzeczy, skoro jesteśmy po „nowej” stronie? – zaproponowałam. – Boli mnie brzuch, jakoś dziwnie się czuję – odpowiedziała Maria. Zaproponowałam jej ćwiczenie: – Złóż prawą dłoń w taki sposób, żeby palce stykały się w jednym punkcie. Połóż je na pępku tak, by palce go obejmowały. Staraj się, żeby cała ręka była luźna, i oddychaj. Pozwól, by dłoń swobodnie wędrowała w rytm oddechu.

Siedziałyśmy obok siebie w milczeniu, z odkrytymi brzuchami. Potem zaczęłyśmy rozmawiać o naszych matkach. To była ważna i intymna rozmowa. Nasze matki żyły, więc z jednej strony miałyśmy prawo czuć się jak dzieci, z drugiej upływ czasu nieubłaganie przypominał nam, że przekroczyłyśmy smugę cienia.

Ktoś mądrze powiedział, że młodość przypomina szeroki korytarz z wieloma otwartymi drzwiami, które z biegiem czasu kolejno się  zamykają. Chyba nie ma sensu otwierać ich na siłę…

Poczułam, że nie mam ochoty skupiać się na możliwościach wieku średniego. Obydwie chciałyśmy, przynajmniej symbolicznie, opłakać swoje straty. Każda z nas wypisała na kartce swoje stracone szanse; to, czego nam najbardziej brakuje, z czym najtrudniej przyszło się rozstać, czy i jakie ograniczenia związane z wiekiem czujemy… Wcale nie było tego tak dużo, ale i tak zrobiło się smutno, aż do chwili, kiedy okazało się, że obydwie po raz pierwszy zaczęłyśmy myśleć o upływającym czasie, kiedy… dostałyśmy zaproszenie na badania profilaktyczne w kierunku raka jelita grubego. Było to tak kuriozalne, że od razu wrócił nam dobry humor.

Krok 3. Maria uświadamia sobie, że nie trzeba wyrzekać się tego, co było ważne

W pewnej chwili Maria powiedziała, że jeszcze raz chce stanąć na progu pomiędzy „starym” i „nowym”, żeby lepiej poczuć swój lęk. I znowu ciało pochyliło się do przodu, a nogi nie mogły zrobić kroku...

– Opisz, co się dokładnie dzieje z twoimi nogami – poprosiłam. – To chyba nie o nogi chodzi, czuję, jakby moje ciało było w kokonie, do którego wejście jest zamknięte. – Wejście czy wyjście? – kiedy zadałam to pytanie, Maria krzyknęła: – Wiem, to przecież chodzi o mój poród.

Okazało się, że kiedy mama ją rodziła, na sali inna kobieta rodziła bliźniaki. Był tylko jeden lekarz i jedna położna. Matka Marii dostała zalecenie, żeby powstrzymać poród, bo bliźniaki szybciej pchały się na świat, a ich poród był bardziej skomplikowany. Choć główkę dziecka czuła już w kanale rodnym, posłuszna zaleceniom, z całych sił zaciskała nogi.

– To musiało być straszne i dla ciebie, i dla mamy. – Wiesz, najgorsze jest to, że ona jeszcze do niedawna próbowała mnie powstrzymywać przed różnymi rzeczami. Dziś, kiedy jest grubo po osiemdziesiątce, żyje już trochę w swoim świecie, ale ja… – Ty dalej czujesz opór przed narodzinami do nowego. – No właśnie, chyba o to chodzi.

W tym momencie zdałyśmy sobie sprawę, jak bardzo okoliczności narodzin mają wpływ na godzenie się z upływającym czasem i lęk przed śmiercią. Uświadomiłam sobie, że sama nie mam do końca przeżytego tego tematu. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Marią. Stwierdziła, że jej to nie przeszkadza, że wszystko, co tu się wydarza, jest dla niej odkrywcze i ważne.

Postanowiłyśmy się skupić na tym, co w niej zmieniło się przez ostatnie lata. Poprosiłam, żeby wróciła do momentu, kiedy podjęła decyzję o założeniu własnej firmy. – Czy czułaś wtedy jakiś opór? – Nie, miałam jasność, że chcę to zrobić, i poczucie, że mogę. – Wiesz, a może wtedy, w momencie narodzin, twoje ciało wcale nie podjęło decyzji, że już czas, i ani głupie zalecenia lekarza, ani działania matki nie miały na to wpływu?

Marii spodobał się ten pomysł. Po raz trzeci stanęła na progu, zamknęła oczy. Potem otworzyła je, rozejrzała się uważnie, odwróciła, cofnęła do przedpokoju, wróciła na próg i odważnie go przekroczyła. To była jakaś tajemnicza inscenizacja. Poprosiłam, żeby mi ją wyjaśniła.

– Chodzi mi o to, że do „nowego” mogę wnieść też różne „stare”, tylko w innym wydaniu, w inny sposób albo jakoś inaczej. – Jak? – spytałam, ale chyba znałam odpowiedź.

Krok 4. Odkrywamy, dlaczego przedmioty z przeszłości są dla nas takie ważne

Opowiedziałam Marii o sesji u astrolożki, na którą poszłam tuż po moich 58. urodzinach. Usłyszałam wtedy, że właśnie rozpoczynam etap życia, w którym sprawy materialne odejdą na plan dalszy i dusza stanie się moim przewodnikiem. Najbardziej podobało mi się stwierdzenie, że zaczyna się dla mnie czas, kiedy już niczego nie muszę, ale jeszcze wszystko mogę. Po prostu raj na ziemi.

– Też tak to czuję – powiedziała Maria. – Chyba nie potrzebuję starego czajnika, żeby dobrze zacząć dzień. – Właśnie. Twoje córki mogą nie rozumieć twojego przyzwyczajenia do starych rzeczy. Co oczywiście nie oznacza, że mają prawo wyrzucać twoje skarby bez pytania o zgodę.

Obydwie miałyśmy świadomość, że nie o czajnik tu chodzi. Wszyscy lękamy się upływającego czasu, dzieci moje i Marii także. Pewnie boją się, że nie zdążą posmakować wszystkiego, co nowe. Kobiety w naszym wieku nie pragną już tak bardzo nowości. Stałość, trwałość, codzienne nawyki (nawet te zgubne) zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa i iluzję, że dopóki stary czajnik z gwizdkiem inauguruje każdy dzień, a stare babskie gazety stoją na tej samej półce od lat – to nadal tańczymy swój taniec życia.

Autoterapia dla tych, którzy boją się upływu czasu

  • Zaakceptuj fakt, że upływ czasu jest zjawiskiem naturalnym, z którym nic nie możesz zrobić. Za to możesz uświadomić sobie, że to cię przeraża, i próbować odkryć, dlaczego tak się dzieje. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie w dniu urodzin? Czy doświadczyłeś sytuacji, w której zdałeś sobie sprawę, że czegoś w swoim życiu na pewno już nie zrobisz? A może uważasz, że to niemożliwe, że na wszystko zawsze jest jeszcze czas?
  • Spróbuj wyobrazić sobie siebie o 10 lat starszego niż w tej chwili. Jaki jesteś? Co jest dla ciebie ważne? Co osiągnąłeś, a co jeszcze przed tobą?
  • Lęk przed mijającymi bezpowrotnie latami zamień w coś pożytecznego, w co włożysz swoją energię. Jak myślisz, co to mogłoby być? Jeśli nie masz pomysłu, zadbaj o coś, co jest bardzo ważne przede wszystkim dla ciebie.
  • Z badań wynika, że podwyższenie samooceny, np. poprzez osiągnięcia życiowe, powoduje znaczącą redukcję lęku przed śmiercią. Może pora na realizację swojego największego marzenia?
Ewa Klepacka-Gryz: psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet www.terapiavia.com

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Każdy wiek ma swoje ograniczenia, ale i wiele przywilejów

Te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem. (Fot. iStock)
Te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem. (Fot. iStock)
Nie da się ukryć, starzejemy się. Ale to od nas zależy, czy przyjmiemy ten fakt z lękiem, w zaprzeczeniu, czy w procesie akceptacji. Każdy wiek ma swoje ograniczenia, ale i przywileje. Na wszystko jest odpowiedni czas. I to jest piękne!

Ktoś mądry porównał życie kobiety do domu i ogrodu: pierwsza połowa, tak gdzieś do czterdziestki, to czas pielęgnowania ogródka, w drugiej dbasz przede wszystkim o wnętrze swojego domostwa. Tak to wymyśliła natura. Do okresu menopauzy hormony dopingują nas do dbania o innych: troszczenia się, zaspokajania potrzeb. Po czterdziestce, kiedy spada poziom oksytocyny, za to testosteron ma się całkiem nieźle, zaczynamy dbać przede wszystkim o siebie. I to jest dobra wiadomość.

Straty i zyski

Fizyczna więź z matką – to pierwsze, co tracimy. Od chwili, kiedy położna przetnie pępowinę, rozpoczyna się proces strat. Lęk przed stratą to zawoalowany lęk przed śmiercią. Na przestrzeni lat tracimy pieniądze, obiekty miłości, przyjaciół, pracę, przekonania, iluzje, a także złudzenia na własny temat. Kiedy mamy 20, 30, 40 lat – strata dotkliwie rani. Bilans życia, który większość z nas robi koło czterdziestki, to najtrudniejsze doświadczenie, które po raz pierwszy tak dotkliwie ukazuje, ile rzeczy, spraw, możliwości zostaje poza naszym zasięgiem. Wiele kobiet w tym wieku zapada na depresję. Te, które pojawiają się w moim gabinecie, skarżą się na zniechęcenie, przerażenie, poczucie, że ich życie stanęło w miejscu, że dawne pasje, marzenia i oczekiwania już się zdezaktualizowały, a nowych jeszcze nie ma. Potem jest łatwiej, bo z poczuciem straty pojawia się przeczucie czegoś nowego.

Od kilku lat, ilekroć coś mi się nie uda, umknie mi jakaś szansa, pryśnie jakaś nadzieja, po chwili smutku pojawia się pytanie: „Czy to naprawdę było dla mnie ważne, czy rzeczywiście tego chciałam?”. Zachłanny apetyt na świat, tak charakterystyczny dla młodych, chęć walki o wszystko, co wymyka się z rąk, zostaje zastąpiony zgodą na to, że coś się kończy bądź nas omija, i przyjęciem nowego – z wiarą, że wszystko, co się pojawi, będzie dla nas dobre. Czasami tak trudno wytłumaczyć osobie, która właśnie straciła przyjaźń, pracę, pieniądze czy ważny związek, że jedyne, co ma do zrobienia, to przeżyć żałobę po stracie i otworzyć się na nowe szanse.

Młodzi w takich wypadkach najczęściej dewaluują to, co stracili, bo wtedy łatwiej jest im się z tym pogodzić. Wraz z doświadczeniem życiowym przekonujemy się, że czas, ten nieubłagany, nieprzekupny, nie do zatrzymania – tak naprawdę leczy rany. Pozwala nam z szacunkiem, a nie w złości lub rozpaczy, pożegnać stare i przywitać nowe.

Ciało – wróg czy przyjaciel?

Do czterdziestki nasze ciało cierpliwie znosi wszystkie przewinienia: brak snu i ruchu, złą dietę, używki. Po czterdziestce nie ma zmiłuj się. Myślę, że jest to związane nie tylko z faktem, że „zaniedbane” ciało coraz głośniej krzyczy, ale także z tym, że nastaje w naszym życiu czas pielęgnacji wnętrza domostwa. Sprawy świata zewnętrznego w naturalny sposób przestają zaprzątać naszą uwagę. Kierujemy się bardziej do wewnątrz. Kiedy pytam trzydziestolatkę, dlaczego lubi biegać albo ćwiczyć w siłowni, zwykle słyszę, że po prostu dba o kondycję albo że lubi się zmęczyć. Po czterdziestce nasze ciało upomina się o świadomy ruch – inaczej choruje. Kiedy zaczynamy podążać za tym, co w ciele, okazuje się, że strata przysycha i pojawiają się nowe szanse albo coś, co wydawało się najważniejsze na świecie, nie jest wcale takie ważne. Z biegiem czasu stajemy się coraz bardziej zintegrowane, wewnętrznie spójne.

A co ze zmarszczkami, fałdą na brzuchu czy cellulitem? Jeśli czujesz, że chcesz poprawiać Pana Boga, masz prawo, tylko czy wiesz, po co? Kilka lat temu pracowałam w klinice chirurgii plastycznej. Moim zadaniem było między innymi sprawdzanie, czy decyzja pacjentki o operacji jest świadoma. Większość kobiet w dwóch pierwszych zdaniach była w stanie przekonać mnie, że wiedzą, co robią. Jednak po operacji wiele z nich doświadczało rozczarowania, że zabieg tak naprawdę niczego w ich życiu nie zmienił.

Z własnego doświadczenia wiem, że kluczowym momentem w życiu kobiety jest chwila, w której z dziewczynki zamienia się w… kobietę w wieku średnim. Jakoś nie zauważamy etapu dojrzałości. Mnie przytrafiło się to całkiem niedawno. Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, popatrzyłam na moje zmarszczki, siwe odrosty, miękki brzuch, rozległe biodra i… w pierwszej chwili poczułam lekką panikę. Potem pomyślałam, że może dobrze byłoby zrzucić kilka kilogramów. Nigdy wcześniej nie przekroczyłam wagi 50 kg, ale też nigdy wcześniej nie czułam się tak kobieco, pierwotną energią szerokich bioder, brzucha, który był schronieniem dla trójki dzieci, twarzy naznaczonej życiowym doświadczeniem. Czy to oznacza, że nie chciałabym znowu mieć szczupłych ud i płaskiego brzucha? Jasne, że chciałabym, ale co z tego? Za bardzo kocham swoje ciało i za bardzo boję się bólu, by zdecydować się na radykalną metodę walki z upływającym czasem.

Od działania do bycia

Kiedy przeżywałam kryzys związany z bilansem życia, przede wszystkim bałam się, że nie zdążę zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Dziś czuję, że chcę bardziej „być” niż „działać”. Cieszyć się nicnierobieniem, czuć twórczą energię, celebrować każdą chwilę. Dbam o to, by nie marnotrawić energii na przejmowanie się rzeczami, na które nie mam wpływu. Do czterdziestki bardzo trudno jest zwolnić tempo życia i myślenia, zachować zdrowy balans pomiędzy działaniem i niedziałaniem. Zawieramy ze światem kompromisy, na które wcale nie jesteśmy gotowe.

Ale chyba nie da się inaczej, bo etap bycia bardziej na zewnątrz niż w środku sprawia, że świat jest dla nas ważniejszy niż my same, że musimy się sprawdzić, zasłużyć, wykazać. Choć bywa to bolesne, to te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem, czując, że ja już nic nie muszę, a jeszcze wiele mogę.

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Dlaczego tak bardzo chcemy zatrzymać młodość?

Czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat i traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. (Fot. Getty Images)
Czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat i traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. (Fot. Getty Images)
Lata lecą, czas ucieka, życie pędzi – konstatujemy z żalem. I desperacko próbujemy bronić się przed upływem czasu, odejmując sobie lat, wygładzając zmarszczki, poddając się wszechogarniającemu kultowi bycia młodym. A z drugiej strony – dość łatwo wpadamy w sieć stereotypów mówiących, że czegoś z wiekiem nie wypada albo coś koniecznie trzeba robić, mieć, sądzić. Dużo w tym niekonsekwencji, mało – zdrowego rozsądku.

Kto przyznaje się do swojego wieku, no kto? Zauważyłam, że im starsi ludzie, tym mniej mają z tym problemu. Większość z nas jednak niechętnie przyznaje się do tego, ile ma lat, a nawet pytana sprytnie je sobie odejmuje, co wyszło przy okazji badań socjologicznych na całkiem inne tematy.

Socjolog Tomasz Sobierajski: – Każde badanie zawiera tak zwaną metryczkę, w której ankietowani są proszeni o podanie swoich danych, między innymi wieku. Jakiś czas temu, nie tylko w Polsce, także na świecie, postanowiono powiedzieć: sprawdzam, czyli dowiedzieć się, czy wiek deklarowany przez badanych zgadza się z tym prawdziwym. I co się okazało? Że zdecydowana większość badanych odejmowała sobie lat. Co ciekawe, robiły to nie tylko kobiety, jak stereotypowo się uważa, lecz również mężczyźni. Miało to wpływ na wyniki badań, bo ludzie odejmowali sobie pięć, siedem, a nawet więcej lat. Zdaniem badanych bezpośrednie pytanie o wiek było dla nich niewygodne i zbyt inwigilujące. Teraz już zazwyczaj nie zostawia się pustego miejsca na podanie wieku, tylko umieszcza przedziały lat, do których badani mają się przypisać, na przykład: 20–30, 30–35 itd.

W pełni życia

Dlaczego ukrywamy prawdę o swoim wieku? Co sprawia, że nagle granica młodości stała się elastyczna? Tomasz Sobierajski uważa, że przyczyn jest wiele. Po pierwsze, czasami mamy problem z przekroczeniem granicznego progu 30, 40 czy 50 lat, traktujemy ten fakt jako coś trudnego, wstydliwego. I tak z każdą kolejną dekadą w metryce. A przy tym myślimy z politowaniem o ludziach mających problem z przechodzeniem przez niższy próg. „To śmieszne – myślimy sobie – że ona rozdziera szaty z powodu trzydziestki. Jak skończy pięćdziesiątkę, to dopiero zobaczy, jak to jest”. Jakoś nie przychodzi nam do głowy, żeby pomyśleć: „Mam dopiero 40 lat, za dziesięć będę wspominała ten moment jako fantastyczny”. Raczej utyskujemy na upływ czasu, postanawiamy na przykład, że po czterdziestce będziemy obchodzić tylko imieniny, a nie urodziny. I co? Urodzin rzeczywiście nie obchodzimy, ale dalej czujemy się młodzi. Bo granica, która wyznacza subiektywny koniec młodości, przesuwa się coraz dalej, choć – jak mówi socjolog – wydawało się, że apogeum kultu młodości miało miejsce dziesięć lat temu.

Druga przyczyna przesuwania granicy młodości upatrywana jest w baby boomie lat 50. i 60., kiedy to rodziło się dużo dzieci. I właśnie to pokolenie, zwane pokoleniem powojennym, ochoczo się dzisiaj odmładza.

– Socjologowie na całym świecie opisują to pokolenie jako buntowników, którzy całe życie byli czemuś przeciwni – mówi Tomasz Sobierajski. – Protestowali przeciw kolejnym rządom, reżimom, dyktaturom, wojnom. Buntowali się bardzo mocno przeciwko rodzicom, obyczajom, konwenansom, tradycji. Żadne inne pokolenie nie eksplodowało takim buntem młodości, jak pokolenie dzieci kwiatów. Nigdy potem ten sprzeciw nie był tak silnie zaznaczony pokoleniowo. Bo to, że dzieci buntują się przeciwko rodzicom, jest czymś normalnym. Ale tamten bunt był totalny, przeciwko wszystkiemu, w każdym kraju. W Polsce przeciw komunie, w Hiszpanii przeciw Franco, w Stanach przeciwko wojnie w Wietnamie i Nixonowi. No i kiedy przyszedł moment, że to pokolenie przekroczyło pięćdziesiątkę, zaczęło buntować się przeciwko starości. Zauważmy, że ludzie 50+ rządzą obecnie światem, zajmują najbardziej liczące się stanowiska, ale też decydują o produkcji wszelkich odmładzaczy, począwszy od kremów, poprzez witaminy, a na produktach bio skończywszy.

Kolejny powód przesuwania granicy młodości jest bardzo prozaiczny, a zarazem optymistyczny – żyjemy dłużej niż nasi rodzice i dziadkowie. W Polsce ta granica w przypadku kobiet przekracza 80 lat, a mężczyzn – 72 lata, a to oznacza, że dużo ludzi dożywa do setki. Jeszcze 30 lat temu ktoś, kto skończył 50 lat, był uważany za staruszka, który przekroczył smugę cienia. W czasach komunistycznych granica młodości wyznaczana była administracyjnie i determinowała określone prawa, na przykład do młodzieżowych organizacji można było należeć tylko do 35. roku życia. A dzisiaj? 50-latkowie czują się w pełni sił, intensywnie pracują, dbają o siebie. Zważywszy na postęp medycyny, zdrowe odżywianie, uprawianie sportów, ci ludzie znajdują się tak naprawdę w środku życia. Socjolog zwraca uwagę jeszcze na jeden powód przesunięcia granicy młodości dojrzałych ludzi. Jako rodzice dorosłych dzieci – rozkojarzonych, niesamodzielnych – tak naprawdę nie mają wyjścia, muszą czuć się młodo, bo ciągle mają się kim opiekować.

Czas płynie, potem pędzi

Z przeprowadzonych badań koordynowanych przez Tomasza Sobierajskiego wynika, że 56 procent Polaków czuje się młodziej, niż świadczyłaby o tym metryka, a zaledwie dziesięć procent ocenia swój wiek na więcej lat, niż ma obecnie. Zdaniem ankietowanych najlepszym okresem w życiu jest wiek 30 lat, przy czym według osób od 18 do 34 lat na koniec młodości przypadają lata 33–35, natomiast ankietowani powyżej 35. roku życia skłaniają się ku okresowi „po czterdziestce”. W badaniach granica młodości kobiet przypada na 43 lata, a mężczyzn – 37 lat. Co ciekawe, okazuje się, że wraz z wiekiem zmieniamy stosunek do upływającego czasu. Jako młodzi ludzie uważamy, że czas płynie, jako starsi oceniamy, że „biegnie”, a nawet „pędzi”. Zdaniem Tomasza Sobierajskiego takie postrzeganie czasu może być związane ze zwiększającą się liczbą obowiązków i zakresu odpowiedzialności.

Douwe Draaisma (rocznik 1955), profesor psychologii Uniwersytetu w Groningen w Holandii, uważa, że ocena wieku i upływu czasu zależą od naszego zegara biologicznego. Gdy jesteśmy starsi, czyli gdy nasze funkcje życiowe ulegają spowolnieniu, mamy poczucie przyspieszenia świata. Po prostu dlatego, że za nim nie nadążamy. Draaisma, stawiając w tytule książki pytanie: „Dlaczego życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”, odpowiada obrazowo, porównując obiektywny, odmierzany zegarem czas do rzeki płynącej w równym tempie przez nizinę, a nasze życie do pór dnia. Na początku dnia (życia) człowiek biegnie jeszcze raźno wzdłuż brzegu, szybciej od nurtu rzeki. Koło południa jego prędkość się nieco zmniejsza i jest równa prędkości, z jaką płynie rzeka. Pod wieczór, gdy człowiek zaczyna odczuwać zmęczenie, wydaje mu się, że nurt przyspiesza, a on zostaje z tyłu. W końcu idący zatrzymuje się i kładzie obok rzeki, która nadal płynie w takim samym, niezakłóconym tempie, w jakim płynęła przez cały dzień.

Postrzeganie upływu lat zależy od wieku postrzegającego. Siostrzeniec Tomasza Sobierajskiego (11 lat) na pytanie, ile lat ma jego wychowawczyni, odpowiada: „Jest stara”. Dopytywany, co to znaczy, uściśla, że pani ma 35 lat. – Z jego punktu widzenia trzydziestka to wiek mocno dojrzały, i to normalne – ocenia socjolog. – Przyznam, że niezmiernie cieszy mnie to, że ludzie coraz dłużej czują się młodzi, czyli że – jak wyszło w badaniach – kobiety uważają się młode do 43. roku życia, a mężczyźni do 37.

Skąd ta różnica w wyznaczaniu granicy przez kobiety i mężczyzn? Zdaniem socjologa stąd, że kobiety prowadzą bardziej higieniczny tryb życia, mimo że mają dużo więcej obowiązków, bo pracują, zajmują się domem, wychowaniem dzieci, a często przejmują także część obowiązków zarezerwowanych dotychczas dla mężczyzn, jak budowa domu. Przywiązują jednak dużo większą wagę do tego, jak się odżywiają, bardziej dbają o siebie. Mężczyźni natomiast prowadzą się dużo gorzej, pozwalają sobie na dużo więcej wykroczeń, czyli palą, piją, tyją, a jednocześnie dużo rzadziej zgłaszają się do lekarza, a dbanie o swoje zdrowie uważają za niemęskie.

Nie odbiło im, oni chcą żyć!

To, że Polacy po pięćdziesiątce czują się świetnie, chcą pracować, to bardzo dobra wiadomość. Jako społeczeństwo starzejemy się i kto, jak nie ludzie w sile wieku, ma pracować na swoją emeryturę.

Tomasz Sobierajski uważa, że pora zweryfikować pojęcie seniora. Pamięta, jak kilka lat temu na rynku w Krakowie zobaczył wielki baner informujący o szkoleniu dla seniorów, czyli osób 50+. Pomyślał, że chyba ten, kto to pisał, nie wie, o kim mowa. Bo gdyby ludzi po pięćdziesiątce uznać za seniorów, to trzeba by odesłać na emeryturę niemal wszystkich rządzących tego świata, a także szefów koncernów, którzy decydują, jak wygląda nasze życie, kształtują nasze gusta.

– Nieliczenie się z tymi ludźmi, z ich odczuciami, wiedzą, umiejętnościami, doświadczeniem, wywieranie na nich presji, żeby się odsunęli i zrobili miejsce młodym, to ogromna pomyłka. Po pierwsze, dlatego że nie pozwala na to sytuacja demograficzna. Nie ma tylu młodych wykształconych ludzi, którzy by zajęli miejsce 50-latków czy 60-latków. A po drugie, cieszę się, że zwracamy uwagę nie tylko na młodość, ale także na doświadczenie. Zresztą coraz częściej postrzegamy doświadczenie, dojrzałą energię jako inny odcień młodości. Mówiąc „młodzi”, nie myślimy już tylko o 18-latkach, ale o 20-latkach, 30-latkach, a nawet o ludziach powyżej czterdziestki. Moim zdaniem bardzo dobrze, że granice młodości się wydłużyły. Także dlatego, że ten fakt na pewno wpłynie na nasze samopoczucie.

– Psycholog powiedziałby, że należy akceptować upływający czas – prowokuję.

– Wiem, do czego pani zmierza. To pułapka myślowa, której do końca nie rozumiem.

– Według mnie chodzi o to, żeby akceptować swój wiek, ale nie zgadzać się na stereotypy, w które się nas wpędza.

– Podpisuję się pod tym stwierdzeniem. Tymczasem dość łatwo wrzuca się ludzi w wiekowe stereotypy. Gdy 50-letnia kobieta zaczyna przygodę z tenisem, skacze ze spadochronem albo przygotowuje się do maratonu, mówi się: „Odbiło jej, przechodzi kryzys związany z wiekiem”. A dlaczego nie spojrzy się na to w ten sposób, że odchowała dzieci, ma więcej czasu, pieniędzy, możliwości, żeby realizować się w upragnionych dziedzinach życia? To nie psychologiczna wywrotka, tylko fakt, że wreszcie może sobie pozwolić na coś, na co dotychczas nie mogła. Jestem przeciwny temu, jaką rolę przypisuje się współcześnie babciom. Zarówno kulturowo, jak i rodzinnie wywiera się presję na 50-letnie kobiety, że mają wszystko rzucać, rezygnować z pracy, którą kochają, żeby opiekować się wnukami, bo ich dzieci muszą pracować i się realizować. Pytam: Za jakie grzechy?

Rzeczywiście, jesteśmy mocno zdeterminowani przez stereotypowe postrzeganie wieku. Kiedy przyznajemy się do czterdziestki czy pięćdziesiątki, od razu zostajemy włożeni do odpowiedniej szufladki: tego nie wolno, tego nie wypada, to wstyd. Wiele osób, przekraczając określony wiek, poddaje się tej presji i rezygnuje z wielu czynności, bo ludzie nie mają siły i odwagi, żeby z tym walczyć.

– Stereotypy dotyczące wieku uważam za szczególnie krzywdzące, bo niesamowicie podcinają ludziom skrzydła – konstatuje Tomasz Sobierajski. – Oczywiście, informacje o człowieku, takie jak wiek, pomagają nam, bo wiemy, jak się do niego zwracać. Ale często zapominamy, że za tym obrazem, który sobie tworzymy, gdzieś w środku jest człowiek, który ma inne marzenia, inne pragnienia, niekoniecznie przystające do tego kulturowego kanonu. Mój ojciec ma 77 lat i właśnie się zakochał. Nie uległ stereotypowi, że po siedemdziesiątce nie wypada przeżyć miłości, dał sobie do niej prawo.

Wyciśnij z mózgu, co się da

Nauka przytacza coraz więcej dowodów na to, że starzenie się nie musi równać się tylko utracie (zdrowia, kondycji, siły). Może oznaczać także ze wszech miar pozytywne zmiany. Elkhonon Goldberg, neuropsycholog, badacz mózgu, dowodzi, że wraz z wiekiem, owszem, kurczy się prawa półkula mózgu (nazywana półkulą nowości, siedzibą negatywnych emocji), ale za to rośnie znaczenie półkuli lewej (magazynu dobrze wykształconych wzorców, powiązanego z dobrymi emocjami). Goldberg przekonuje, że nasz mózg przez całe życie wykazuje dużą plastyczność. Okazało się – wbrew temu, co sądzili do niedawna naukowcy – że neurony tworzą się do końca naszej aktywności. Im bardziej wykorzystujemy nasz mózg, tym więcej powstaje w nim nowych neuronów, które trafiają do najintensywniej używanych części mózgu, a więc wraz z wiekiem do półkuli lewej. Wszystko to prowadzi do fascynującego wniosku, jeszcze kilka lat temu uznawanego za fantastykę: można zwiększyć żywotność mózgu, ćwicząc go! Zatem wyciśnijmy z mózgu, co się da – zachęca Goldberg.

Jego zdaniem starzenie się nie musi być więc takie straszne. Właściwie może być nawet czymś, czego powinniśmy z niecierpliwością wyglądać i z czego możemy czerpać radość. Bo lata w metryce przekładają się na życiową mądrość i dobre emocje dla ludzi i świata. Pod jednym wszakże warunkiem – że będziemy dbać o nasz mózg. Podobnie jak o ciało, psychikę. Zatem bicie na alarm, że świat zwariował, bo ludzie zatracają się w staraniach o zatrzymanie czasu, wydaje się grubo przesadzone. Z jednym zastrzeżeniem: trzeba rozróżnić kult młodości polegający na dbaniu o zdrowie, rozwój i wygląd od kultu młodości lansowanego przez marketingowców. Spece od marketingu wmawiają nam bowiem, że niektóre ubrania, samochody, wycieczki są tylko dla młodych. Na telewizyjnej wizji pojawiają się też młodzi czasem w niewiarygodnej roli, na przykład autora relacji z wojennego frontu.

– Tego rodzaju kult młodości jest dość niebezpieczny – ocenia socjolog – ponieważ prowadzi do zafałszowania rzeczywistości, wykluczenia dojrzałych ludzi, którzy są motorem napędowym gospodarki, kultury. Ale i to powoli się zmienia. Marketingowcy zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że starsze pokolenie ma więcej pieniędzy, i zaczynają do tych ludzi adresować swoje działania. Nie widzę żadnego powodu do oburzenia tym, że ktoś próbuje zatrzymać swój wiek. Najczęściej jako przykład podaje się piosenkarkę Cher, która jest po siedemdziesiątce, a wygląda znakomicie, bo robi sobie operacje plastyczne. Jeśli dobrze się z tym czuje, niech robi! Jeśli ktoś chce uprawiać sporty ekstremalne w zaawansowanym wieku, niech uprawia! Nie osądzajmy, nie ferujmy wyroków zbyt łatwo. Większość z nas płynie z nurtem rzeki, to typowe społeczne zachowanie, więc jeśli ktoś postanawia wyjść z tej rzeki i pójść pieszo brzegiem, wywołuje naszą irytację. A może zamiast się irytować i próbować wciągnąć go z powrotem w główny nurt, warto wziąć z niego przykład i odważniej zawalczyć o siebie.

  1. Psychologia

Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Czym różni się poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Manipulowanie i wpędzanie w poczucie winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, odpowiadając na pytania, czym jest syndrom zrzucania winy i jak wygląda wpędzanie w poczucie winy przez samego siebie.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego... Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli... mi się wydaje? Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo...

Poczucie winy aż tak pragnie kary? Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego... Skąd bierze się takie wpędzanie w poczucie winy samego siebie? Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. To od nich mogło zacząć się to wzbudzanie poczucia winy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia... skoro od razu prowadzą one do wywoływania poczucia winy. No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego u osób wpędzonych w poczucie winy częste są fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia” – i w nim również wzbudzić poczucie winy.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy! Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie, a także przez wpędzanie się w poczucie winy, tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne… I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo wzbudzanie w sobie poczucia winy i  zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Więc wpędzanie się w poczucie winy nic nie daje światu, a co więcej – jest groźne nie tylko dla dotkniętych nim, ale także dla innych. Tak, tylko branie odpowiedzialności może czynić świat bardziej przyjaznym miejscem do życia, a nas świadomymi własnych ograniczeń. Jest tylko jeden wyjątek: nie powinniśmy brać odpowiedzialności za uczucia innych ludzi. Każdy sam odpowiada za swoje emocjonalne reakcje. Także za uczucia religijne. Dlatego przepis o karaniu za obrazę tychże uczuć jest psychologicznie absurdalny i demoralizujący.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych? Czy mogą one prowadzić do wywoływania poczucia winy u nas? Ktoś wstaje lewą nogą z łóżka i epatuje swoim wszechogarniającym fochem. Czy to twoja wina? Czy nie przypisujesz sobie przypadkiem zbyt wielkiego wpływu na wewnętrzne życie tego kogoś? Czy nie wyobrażasz sobie przypadkiem, że jesteś potężnym uosobieniem zła, negatywnym centrum świata, które odpowiada za wszystkich tkniętych fochem ludzi? Jak mówiliśmy, neurotyczne wzbudzanie w sobie poczucia winy może być przejawem narcyzmu. Ale może też być przejawem masochizmu. Wybieraj. W wydaniu kobiecym nazywam to „syndromem skruszonej czarownicy” albo „syndromem Ewy”. Jak wiemy, nasza patriarchalno-chrześcijańska tradycja obie te kobiece postaci obwinia za niemal wszystko. Czarownicę za to, że sąsiadowi krowa zdechła, że w sąsiedniej wsi wybuchł pożar, że gradobicie zniszczyło plony. A z kolei Ewa spowodowała wszystkie cierpienia ludzkości. Boże! Jak ona i jej wszystkie potomkinie się z tego wykaraskają? Kiedy? Czy ich dług wobec męskiej połowy ludzkości jest do spłacenia? Czy dusza Ewy może być w ogóle zbawiona? Obwinianie kobiet jest mitem założycielskim patriarchatu i wywodzącego się z niego męskiego szowinizmu. Strach pomyśleć, co się stanie z nami, mężczyznami, gdy kobiety naprawdę przestaną mieć poczucie winy.

Ja często czuję się winna… Co zrobić z syndromem zrzucania winy na siebie? Zmień płeć! Spokojnie, żartuję sobie. Bo „co z tym zrobić?” to pytanie, na które nie ma jednej dobrej dla wszystkich odpowiedzi. Najogólniej mówiąc, trzeba najpierw rozpoznać najbardziej złośliwe wrzutki mentalne, czyli to wszystko, co przeszkadza nam żyć bez nadmiernego obwiniania się, a co odziedziczyliśmy po rodzicach, opiekunach, zwichrowanych księżach i nauczycielach. Jak nie dajemy sami rady, to warto skorzystać z psychoterapii. Zarówno narcystyczne, jak i masochistyczne obwinianie się ma źródło w niedojrzałości rodziców, opiekunów, wychowawców i wszystkich innych, którzy dla dziecka byli autorytetami, oraz w ich nierozwiązanych problemach. Bardzo głęboko w nasze dziecięce umysły wgryzają się wszystkie wypowiadane przez nich niesprawiedliwe oskarżenia typu: „Gdyby nie ty, to skończyłabym studia”; „To przez ciebie żyję z twoim ojcem pijakiem”; „Jak mogłeś doprowadzić mnie do takiego stanu, że aż cię musiałam zlać?!” itp. Potrzebna jest terapia, aby się z tego podnieść. Ale nawet gruntowna psychoterapia nie zdoła nas uwolnić od tego poczucia winy, które nazywamy egzystencjalnym.

To jeszcze raz zapytam: jak się pozbyć na zawsze wywoływania poczucia winy? Wiem, że się powtarzam, ale tylko wgląd w prawdziwą, niedualną naturę rzeczy może nas z tego w pełni uwolnić. Tylko wtedy przestajemy utożsamiać się z ego cierpiącym na wrodzone poczucie winy. Mistycy mówią to samo o niedualnej rzeczywistości co fizycy kwantowi, tyle że innym językiem. Co mówią? Otóż weźmy za przykład buddyjskie prawo karmy, czyli inaczej prawo przyczyny i skutku. Ale dotyczy ono tylko umysłów, które nie dokonały wglądu i pozostają w stanie dualnym, czyli takim, w którym czujemy się oddzieleni od wszechświata, w którym wszystkie rzeczy są osobne. W świecie niedualnym w niedualnym stanie umysłu wszystko jest jednością, a więc przyczyna i skutek także są jednym. A to znaczy, że nie ma związków przyczynowo-skutkowych. W świecie kwantowym obecność obserwatora „wpływa” na wynik eksperymentu. Dominujący materialistyczny sposób myślenia – a właściwie nawyk myślowy – każe nam myśleć o tym w kategoriach wpływu. Mistrz zen mówi natomiast: „Ta chwila sama jest umysłem”. Czyli zachowujący się w określony sposób kwant i umysł obserwatora to nie dwa. Innymi słowy nie można mówić o żadnym wpływie czy przyczynowo-skutkowym wynikaniu. W niedualnym świecie przyczyny/grzechy nie wywołają skutków, czyli nie ma też sensu to, co nazywamy karą. Może na tym polega chrześcijańskie, boskie miłosierdzie.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Więcej! Nie ma ani duszy, ani piekła, ani potrzeby hulania. Jest tak, jak powiedział chrześcijański mistyk św. Augustyn: kochaj i rób, co chcesz. Innymi słowy w stanie miłości/jedności, który tu nazywamy umysłem niedualnym, nie jest możliwe zrobienie czegokolwiek złego ani dobrego. Zanika świadomość bycia odrębną osobą, która ma jakieś dobre czy złe intencje, z premedytacją podejmuje jakieś działania. Jak mówią chrześcijanie: „Dziej się wola boża”. Buddyści powiedzieliby: „Rządzi Jeden Umysł”. W terminach fizyki kwantowej można by powiedzieć, że niedualny, oświecony umysł doświadcza i zarazem jednoczy się ze wszechświatem, który jest w istocie splątany, czyli wszystko dzieje się w nim równocześnie. Splątane są też przyczyna i skutek. Wprawdzie niedualni mistrzowie życia twierdzą z absolutną pewnością, że to, co najmniejsze, jest również największe, to jednak fizycy kwantowi nie czują się jeszcze uprawnieni do dokonania ekstrapolacji zasad rządzących światem subatomowym na makroświat. Więc z ich punktu widzenia uprawiamy tutaj jakąś podejrzaną metafizykę.

Niedualny umysł nie ma w nawyku wpędzania w poczucie winy i nie cierpi? Można powiedzieć, że poczucie winy – podobnie jak wszelkie inne odczucia, motywacje i aspiracje – zamienia się w całkowitą otwartość, bezwolność, przejrzystość, we wszechogarniającą pokorę. Cokolwiek się dzieje, jest po prostu i tylko tym, co jest. Pojawia się i przemija – przepływa przez umysł – bez interpretacji, bez oporu czy marudzenia i bez potrzeby „wzywania Boga nadaremnie”. Działanie karmy przypomina wtedy odzyskiwanie długów. Choć nie mamy nawet świadomości spłacania czegokolwiek.

Spłacanie długów jest ważne? Nie ma takich długów w życiu, które są umarzane. A w stanie dualnej świadomości zaciągamy je nagminnie – powodowani fałszywym doświadczaniem świata, czyli niewiedzą i uczuciami, które z tej niewiedzy się rodzą, tj. chciwością, zazdrością, gniewem, lękiem itp. To wszystko tworzy naszą indywidualną karmę. W świecie dualnym muszą zaowocować określonymi skutkami. Zabrałaś coś komuś albo oszukałaś, albo zaniechałaś jakiegoś działania, więc zjawia się przed tobą ktoś, kto ci chce zabrać płaszcz. W rezultacie wzbudzasz w sobie poczucie krzywdy i czujesz się okradziona. Doświadczasz cierpienia, którego ktoś kiedyś doświadczył przez ciebie. Spłacasz swój dług i powinnaś nauczyć się, aby nie czynić innym tego, co tobie niemiłe, czyli empatii i współodczuwania. Ale jeśli twój umysł byłby w stanie niedualnym, oddanie płaszcza nie byłoby problemem. Ty i agresor to nie dwa. Nikt nie traci – nikt nie zyskuje. Karma przestaje działać.

Świat może więc funkcjonować bez winy i kary, a syndrom zrzucania winy zniknie? Pod warunkiem że wszyscy znajdziemy się w stanie niedualnego oświeconego umysłu. Wtedy nie pojawi się impuls, żeby krzywdzić innych, bo przecież nie chcemy krzywdzić siebie samych. A gdy inni ciebie krzywdzą, to wiesz, że krzywdzą siebie, i nie budzi się twoje pragnienie zemsty. Świat zmierza w tę stronę, skoro nawet fizyka podpowiada nam taką perspektywę. Ale zanim się to stanie, to jako ludzka zbiorowość musimy jeszcze odrobić kilka lekcji.

  1. Psychologia

Czego nauczyłam się po skończeniu czterdziestki?

Po czterdziestce najbardziej chodzi o pewność życiową. (Fot. iStock)
Po czterdziestce najbardziej chodzi o pewność życiową. (Fot. iStock)
Czterdzieści świeczek na torcie – zdziwiona czy raczej przerażona? – Z mojej perspektywy ten moment zapoczątkował ciąg znaczących wydarzeń, ale przyznam: także dlatego, że wzięłam swój los we własne ręce – wyznaje trenerka Renata Mazurowska. Przekonuje, że po czterdziestce zdarzyć się może wszystko.

Czterdzieści świeczek na torcie – zdziwiona czy raczej przerażona? – Z mojej perspektywy ten moment zapoczątkował ciąg znaczących wydarzeń, ale przyznam: także dlatego, że wzięłam swój los we własne ręce – wyznaje trenerka Renata Mazurowska.

Najbardziej przeraziły mnie moje 25. urodziny. Naprawdę. Przepłakałam je niemal całe. Byłam nieszczęśliwa, bo wydawało mi się, że oto przekroczyłam granicę bycia młodą i od tej pory będę się już tylko starzeć – no bo w perspektywie już tylko 30, 40, 50... Może zbiegło się to też z końcem studiów – a więc z jakąś utratą i poczuciem dużej odpowiedzialności, końcem beztroski i życia jedynie marzeniami, a początkiem starcia z życiem. Bardziej lub mniej udanym. Jest w końcu jakąś obiektywną prawdą, że czas płynie, ale to może wiązać się nie tylko ze stratami, lecz także zyskami, o czym przekonywałam się w ciągu kolejnych lat.

Trzydziestka minęła mi jakoś „po drodze”, zupełnie nie przywiązywałam do tej rocznicy znaczenia – może dlatego, że wiodłam szczęśliwe życie – zawodowe i prywatne, niby ustabilizowane, ale z drugiej strony pełne planów, nadziei i poczucia mocy. Czułam, że dopiero zaczynam – mam krótki staż w pracy, krótki w małżeństwie, za to bardzo dużo optymistycznych planów: za kilka lat dom z ogródkiem, dzieci, szczęśliwa rodzina, dochodowa i satysfakcjonująca praca. Ale… czy to miało mi spaść z nieba? Wtedy chyba myślałam, że tak. Dziś widzę, że żyłam głównie w przyszłości, którą kreowałam przede wszystkim w myślach… Miałam dużo energii, lecz też dużo jej rozdawałam – mało inwestowałam w siebie, mało skupiałam się na swoich sprawach. Ale to wiem dziś, z pozycji 40 plus – bo wtedy było mi dobrze, dopóki nie zaczęły pojawiać się straty… Ale one są częścią życia i zazwyczaj nie zależą od nas –  jest też jakimś plusem upływającego czasu, że pojawia się w nas pogodna akceptacja tego, czego zmienić się nie da, a swoje działania kierujemy w rejony, gdzie ten wpływ mamy, jednak po kolei…

Z ucznia w nauczyciela

Czterdzieste urodziny to moje ukochane wspomnienie – w maleńkim mieszkanku na Saskiej Kępie, przy upieczonym przeze mnie cieście, kilku butelkach niezbyt drogiego wina, z ukochanymi przyjaciółkami, kobietami bliskimi mojemu sercu, ważnymi wówczas  w moim życiu, które chciałam mieć tego dnia przy sobie i które też chciały ze mną spędzić ten dzień. Były dla mnie jak siostry, dawały mi siłę.

Znajdowałam się na takim etapie życia, że znów niejako musiałam je zacząć – poczułam ogromnie, wręcz fizycznie, że chcę się uczyć, dowiadywać, rozwijać. A ponieważ oprócz pisania zawsze interesowały mnie także relacje między ludźmi, postanowiłam pójść za marzeniem z młodzieńczych lat i dokształcić się w tej dziedzinie. Najpierw poszłam do Instytutu Psychologii Stosowanej na trzyletnie studia, ale je w połowie przerwałam – nie dlatego, że nie dałam sobie rady, przeciwnie – uznałam, że to, co chciałam, już tam dostałam. To był dobry czas – przeszłam trening interpersonalny, zobaczyłam, w bliskim kontakcie, emocje i przeżycia innych ludzi, całe nasze bogactwo, które na co dzień zazwyczaj w pracy czy służbowych kontaktach chronimy, zachowujemy dla siebie.

Im więcej doświadczałam, dowiadywałam się, rozumiałam, tym bardziej pragnęłam dzielić tę wiedzę z innymi. Jak mówi psycholog i trener dr Joanna Heidtman, to naturalny proces, także przywilej upływającego czasu – że z pozycji ucznia przechodzimy w pozycję nauczyciela – chcemy oddać innym to, czego sami już doświadczyliśmy, co wiemy, co znamy. Dostałam się do Szkoły Trenerów w Pracowni Psychologicznej Elżbiety Sołtys w Krakowie. Zdobyłam wiedzę, jak to jest pracować z osobami dorosłymi, już ukształtowanymi, jak wzmacniać i rozwijać ich zasoby. Ale nauczyłam się też wiele o sobie (i w tym procesie dowiadywania się wciąż jestem) – poznając swoje słabsze i mocniejsze strony. Z tej chęci przekazywania dalej zrodziły się także dwie książki, które napisałam po czterdziestce – przyznam, że jestem z nich dumna, z pierwszej chyba nawet bardziej, bo zmierzyłam się, wydając ją – z lękiem przed sobą samą, przed konfrontacją ze światem – ale z drugiej strony, gdy decydowałam się ją „puścić w świat”, byłam (i wciąż jestem) bardzo pewna jej wartości, duża w tym zasługa Pawła Droździaka, jej współautora. Myślę, że o tę pewność życiową po czterdziestce najbardziej chodzi. Już wiesz, kim jesteś, już siebie znasz – nie załamie cię czyjaś zła myśl, kąśliwa uwaga – owszem, będzie przykra, ale nie naruszy twojej konstrukcji. Dasz prawo innym myśleć po swojemu, ale swoje będziesz wiedzieć.

Rok temu podjęłam się wysiłku (bo jest to wysiłek, nie ukrywam) kształcenia się przez kolejne cztery lata w zawodzie psychoterapeuty. Mam nadzieję, że o jakości mojej pracy z ludźmi będą decydować moje umiejętności, a nie siwe włosy, choć fakt, że czas płynie, może być w tym zawodzie sprzymierzeńcem.

Jest też i miłość…

Podobno wyjść za mąż po czterdziestce jest statystycznie trudniej niż zginąć w katastrofie lotniczej. To nieprawda. Ja (ponownie) wyszłam za mąż, mając 45 lat, w dodatku w mieście, które kocham najbardziej – Paryżu. Ale mówiąc o miłości, myślę też szerzej – o życzliwości i pogodnej akceptacji w stosunku do siebie, do innych ludzi, do zwierząt, do świata, o zgodzie na to, co jest, o działaniu w sferze wpływu, o nietraceniu energii na rzeczy, które niszczą.

Co się może wydarzyć po czterdziestce? Wszystko, co tylko chcesz. U mnie to, co się pojawiło, było konsekwencją zmiany myślenia, zmiany podejścia do świata i siebie, pragnienia bycia przy sobie i bycia dla siebie – w dobrze rozumianej trosce o siebie. Sporo dawałam wcześniej innym, lecz z poziomu braku – dziś też chętnie jestem z innymi, ale w poczuciu, że mam coś dać, że jestem pełna i dzieląc się, niczego nie tracę, przeciwnie – bogacę się.

Czterdzieści plus to dla mnie czas tworzenia silnych więzi przyjaźni z innymi kobietami (choć były też rozstania, gdy więź okazała się słaba), dojrzewanie do miłości opartej na partnerstwie, na równowadze, wzmacnianie więzi rodzinnych z bliskimi, ale też więzi samej ze sobą, czyli głęboki rozwój osobisty, a co za tym idzie – samoświadomość. Uwierzyłam w siebie i pokochałam taką, jaką jestem, z wadami i zaletami. Jestem dla siebie dobra, dbam o siebie, starając się nie tracić czasu na sprawy i ludzi odbierających mi energię. Powodów do bycia szczęśliwą lub nieszczęśliwą upatruję w sobie, w swoim widzeniu i interpretowaniu świata, a nie w czynnikach zewnętrznych – choć oczywiście one są ważne, bo żyjemy w kulturze materialnej, gdzie aby przetrwać, musimy „mieć”. Ale ponieważ żyjemy też w czasie nieustających zmian, bezpieczeństwo musimy odnaleźć w sobie, nie na zewnątrz.

I tego właśnie nauczyła mnie czterdziestka!

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".