1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka? Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka? Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców. Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej? Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie? Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci? Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość? Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne. Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest? Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu? Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy? To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie? Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją? Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości? Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą. Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza. Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem. Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry. Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz. Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program? Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić? Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić? Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas. Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc. Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia? Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują? Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział. Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu. Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Zdrowie

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia? Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany? Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa. Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja? Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc? Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)? Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”. Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze? Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka? Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją? Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek? Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy… To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl

  1. Psychologia

W drodze poza kanon urody. Jak postrzegamy piękno swojego ciała?

Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Co kryje się za kompleksami i pogonią za idealnym pięknem? To, że w swoim ciele czegoś nie akceptujemy, może być cenną informacją, która płynie z naszej psychiki: jakaś wartość została przez nas zaniedbana. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Kanon kobiecej urody, różny na przestrzeni wieków, czy w różnych częściach świata. Niezmienne wydaje się zaś to, że kobiety wprost, lub nie wprost, mierzą się z nim na wielu etapach swojego życia. Większość z nas, choć przez chwilę, staje się niejako zakładniczkami owego kanonu.

Stwórz swój kanon

Waga, wzrost, wiek, sylwetka, rysy twarzy, kolor włosów lub odrostów, kształt dłoni, stóp czy płytki paznokciowej, kształt i wielkość piersi, osławiony stosunek talii do bioder – długo można byłoby wymieniać kolejne potencjalne punkty mapy kobiecego ciała, gdzie może manifestować się nasze niezadowolenie. Ale czy jest ono naprawdę „nasze”? Czy postanowiłyśmy je mieć, by w ten sposób „urozmaicić” sobie życie? Czy może zostałyśmy nim „obdarowane” i wciąż wierzymy w jego zniewalającą nas moc?

W odkryciu części prawdy na ten temat pomóc mogą następujące pytania:

  • Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy lub poczułyśmy się choć trochę niepiękne?
  • Ile miałyśmy lat?
  • Jakie towarzyszyły temu okoliczności?
  • A jeśli do tej pory to się nie zdarzyło, to czy choć przez chwilę nie zagościł w nas strach o to, że któregoś dnia nasza uroda przeminie?
  • Czego się boimy?
Odpowiedzi powiedzą nam bardzo wiele na nasz temat. Mogą uświadomić nam, do jakich strategii uciekamy się w próbach bezskutecznego doścignięcia kanonu piękna.

A może, przewrotnie, w tej próbie bezskutecznego pościgu ku ideałowi kobiecego piękna tkwi ogromny potencjał? Może to szansa, by poznać swoje przekonania na temat własnego ciała? Wyruszyć w podróż, by odkryć ich źródło oraz sposób, w jaki nas krępują tu i teraz? Zaktualizować bazę danych dotyczących naszego ciała? Rozejrzeć się wokół siebie, odnaleźć osoby, które podobnie jak my, w jakimś szczególnym miejscu, mijają się z obowiązującym kanonem urody, a mimo to uznajemy je za piękne? I, co ważne, również odbieramy je jako swobodne, jeśli chodzi o ów „mankament”, bo zamiast ukrywać się przed światem, eksponują go? To okazja, by zamiast dopasowywać się, zacząć tworzyć swój własny kanon piękna – tworzony przez nas i na nasze potrzeby. Jaki może być pierwszy element naszego własnego kanonu? Co w naszym ciele nas zachwyca, choć w uznanym kanonie piękna nie figuruje?

Wybieraj z istniejącego kanonu

Ze stosunku do własnego ciała pośrednio wynika zawartość szaf. Parafrazując pewne powiedzenie, możemy stwierdzić: „pokaż mi swoją szafę, a powiem ci, co o sobie myślisz, choć pewnie o tym, nie wiesz".

Do naszych preferencji odzieżowych możemy podejść w opisany wcześniej już sposób. Możemy sprawdzić, czy nosimy określony krój bluzek, koszul czy spódnic, bo najbardziej je lubimy, czy może dlatego, że w ten sposób dobrze się maskujemy? Czy dobrze się czujemy w szarych ubraniach, czy może w głębi duszy skrywamy chęć, by założyć karmazynową sukienkę, tylko nie starcza nam odwagi, by zrealizować to marzenie? Mamy okazję, by dowiedzieć się, kto w nas jest ubierany, a kto ubiera? Czy ta para przyjaźni się, a może walczy? Kto w tej parze ma decydujące słowo? Na przykład, ktoś w nas chce dziś wyjść w balerinkach, a ten, kto ubiera, zmusza nas do szpilek, bo przecież inaczej nie wypada. To okazja, by poznać tego, kto kupuje ubrania, które spędzają cały swój żywot w szafie, bo ten, kto ubiera, ma ostatnie zdanie i nigdy nie pozwoliłby nam się w nie ubrać.

Kanon urody zdecydowanie nie musi być odniesieniem, w kontrze do którego budujemy swój własny. Może być również nieocenionym źródłem informacji o nas. Informacji, których właśnie w danym momencie życia potrzebujemy. W rzeczywistości nie zamartwiamy się z powodu pełnego wachlarza cech znajdujących się w kanonie. Przy odrobinie uwagi odkryjemy, że na kolejnych etapach życia, różne, ale nieliczne rzeczy zaprzątają naszą uwagę.

Fot. 123rf.com Fot. 123rf.com

Przypuśćmy, że wiemy już kto kogo ubiera i choć ubierająca i ubierana razem świetnie się bawią, wciąż marzymy o minimalistycznych sandałkach – podeszwa i trzy sznureczki z ozdobnym koralikiem. Doszłyśmy do perfekcji w pre­cy­zyj­nym, szybkim wyławianiu z otoczenia kobiet w takich sandałkach. Tylko wzdychamy tęsknie, bo nam wciąż coś nie pozwala ani ich kupić, ani nosić, ponieważ nasze stopy są „nietakie” – zbyt duże, zbyt małe, nieproporcjo­nalne palce itd. Zmienić czy wymienić ich nie sposób, a świadomość, że to tylko nasze przekonanie, na niewiele się zdaje.

To, co możemy zrobić, to wykorzystać kanon i odkryć, co się w danej chwili kryje za tym myśleniem o stopach, ponieważ psychologicznie potrzebujemy „idealnych stóp” jak kania dżdżu. Znajdźmy odpowiedź na pytanie: jak wyglądają idealne stopy, których właścicielka nosi takie sandałki? A może w przyrodzie lub świecie baśni znajduje się zwierzę bądź postać o jeszcze bardziej idealnych stopach? Czy możemy na chwilę wyobrazić sobie, że się nimi stajemy, by odkryć, co jest istotą tych stóp i jaka istotna wartość się z nimi łączy? A wszystko to, by zbadać, w jaki sposób potrzebuję wesprzeć te wartości w sobie, zadbać o nie, czy bardziej świadomie z nich korzystać.

Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Nawet jeśli wiele kobiet uzna problem stóp za swój, to każda z nas dokona innego odkrycia, ponieważ każda z nas potrzebuje czegoś innego. Hipotetycznie może okazać się, że jeszcze bardziej idealne stopy ma kot (małe, drobne, delikatne, sprężyste), a ich istotą jest lekkość, gracja, wdzięk i precyzja. Pozostanie odpowiedzieć sobie na pytania: jak mogłybyśmy zadbać o poczucie lekkości, gracji i wdzięku w naszym życiu? Czy i gdzie potrzebujemy być bardziej precyzyjne? Finalnie może okazać się, że nie mamy już problemu z kupnem i noszeniem minimalistycznych sandałków lub stracimy całkowicie zainteresowanie nimi, ponieważ istotne było odebranie wiadomości, która dla nas była ukryta w „idealnych stopach”. Kanon urody? Bądźmy przeciw, a nawet za!

Piękna czyli prawdziwa

Nie musimy być biernymi ofiarami kanonu piękna. Możemy przyjrzeć się, w jaki sposób determinuje on nasze myślenie o sobie i działanie – a potem, przebierać, wybierać i decydować. Możemy świadomie sprzeciwiać się mu, budując własny. Możemy odkrywać informację ukrytą we wszelkich niedoskonałościach, które przyciągają naszą uwagę, by się rozwijać i odkrywać nieznane części nas samych.

Możemy również wyjść poza każdy kanon. I z pewnością każdej z nas przydarzyło się to nie raz, nawet jeśli tylko na chwilę. Odwołajmy się do naszego doświadczenia. Czy nieprzerwanie ubolewamy z powodu wieku, długości i kształtu nóg, gdy robimy to, co kochamy? Czy jakikolwiek kanon piękna dyktuje nam swoje warunki, gdy oddajemy się pasji? Czy czujemy się ograniczone przez naszą wagę, wzrost czy sylwetkę, gdy realizujemy marzenia? Czy w ogóle mamy świadomość istnienia jakiegokolwiek kanonu, gdy spędzamy czas z przyjaciółmi i ukochanymi przez nas ludźmi. I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas również wszystkie niedoskonałości, więcej, że nie miał lub nie miała pojęcia, że to w ogóle jest mankament?

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

Dorota Cendrowska: psychoterapeutka i coach. Od prawie dwudziestu lat zajmuje się pracą z ludźmi. Jest członkiem zespołu psychoterapeutów i coachów PoRozumienie.

  1. Styl Życia

Zagrożenia raf koralowych - co im zagraża i dlaczego tak ważna jest ich ochrona?

Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Marta Pietrzak: Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Pandemia to wyjątkowy czas dla rafy koralowej. Marta Pietrzak, instruktorka przewodząca grupie nurków w egipskiej Hurghadzie, obserwuje to każdego dnia, z bliska. Mówi, że schodząc pod wodę, czuje się, jakby wchodziła do własnego ogródka. O który trzeba się troszczyć, do czego przekonuje i miejscowych, i turystów.

Dlaczego ochrona raf koralowych jest w naszym interesie, a nie tylko takich krajów jak Egipt? Bo rafy odpowiadają za oczyszczanie powietrza całej planety. Dużo mówi się o lasach tropikalnych, ale zapominamy, że nie tylko one są płucami Ziemi. Są nimi też morza i oceany, które pochłaniają dwutlenek węgla z atmosfery. Mówię tu między innymi o procesie wbudowywania tego gazu w strukturę pancerzyków zooplanktonu. Ten po śmierci opada na dno i z biegiem lat tworzy grube warstwy wapieni. A wapienie porastają rafy koralowe, które magazynują węgiel w bezpiecznej dla atmosfery postaci. Kolejna sprawa to łańcuch pokarmowy zaczynający się właśnie w rafach. Żyją tam małe rybki, czyli pokarm dla dużych ryb, które z kolei stają się pożywieniem dla ptaków i ssaków, w tym także dla człowieka. I jeśli pada rafa koralowa, automatycznie zaburza się ekosystem.

Rybek nie można dokarmiać? Nie, bo przestaną czyścić rafę. Zabrudzona obumiera, a one nie mają gdzie płynąć na tarło, bo właśnie wśród korali mają swój dom. Tam znajdują pokarm i mogą się swobodnie rozmnażać.

Podobno podczas pandemii oceany i morza odżyły. Jeśli mówimy konkretnie o Hurghadzie, tu co innego wpłynęło na polepszenie kondycji rafy: ocieplenie klimatu. Woda w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się u nas mnóstwo miękkich korali. Takich, które nie mają szkieletu wapiennego, widać, jak się ruszają, one bardzo lubią ciepłą wodę. Natomiast twarde, czyli LPS – wielkopolipowe – i SPS – małopolipowe – to takie, które przypominają kamień. Aż trudno uwierzyć, że są klasyfikowane jako zwierzęta. Zresztą wśród wielu osób nadal pokutuje przekonanie, że to po prostu kolorowe rośliny, które rosną sobie na dnie. Trzeba pamiętać, że korale, które nie przeprowadzają fotosyntezy, nie wyrosną na piasku. Porastają swoich poprzedników, po których został wapienny szkielet. To dlatego mówi się, że rafy „rosną”, bo faktycznie przez miliony lat młode wyrastały na szkieletach starych. A wracając do twojego pytania – w pandemii obserwuję, że dzikie delfiny, jak tylko wyruszamy na morze, natychmiast zaczynają przypływać do naszych łodzi. Najwyraźniej zaakceptowały nas jako część ekosystemu. Problem w tym, że kryzys wywołany koronawirusem spowodował, że młodzi bezrobotni Egipcjanie wypływają w morze wpław, z harpunem w ręku. Płyną kilka kilometrów, co zajmuje im parę godzin, polują na ryby i po zmroku próbują je dostarczyć na ląd, płynąc wpław. Wiele razy zdarzyło mi się wyławiać takiego 20-letniego kłusownika, który resztką sił wdrapywał się na pokład.

W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images) W Hurghadzie woda w oceanie w ciągu ostatniej dekady ociepliła się z 29 do 32 stopni. W rezultacie pojawiło się tu mnóstwo miękkich korali. (Fot. Getty Images)

W Egipcie program ochrony rafy działa skutecznie? W Hurghadzie działa HEPCA, organizacja, która zajmuje się ochroną Morza Czerwonego mającego status parku narodowego. Wydają pozwolenia dla załóg: każda osoba musi przejść testy, żeby pracować jako przewodnik nurków i organizator snurkowania [tj. pływania pod wodą na niewielkiej głębokości lub tuż pod taflą wody, bez butli – przyp. red.]. To oni decydują, gdzie i kiedy można wypływać tak, żeby nie zaburzać życia rafy. Nie ma mowy, że jakaś łódź popłynie sobie w miejsce, gdzie na przykład śpią delfiny. HEPCA organizuje też regularne sprzątania plaż. To krok we właściwym kierunku, ale wiedza na temat ekologii wśród Egipcjan jest nadal niewielka. Oni nie doceniają tego, co mają.

Jak myślisz, dlaczego tak jest? Egipska rafa jest wyjątkowa, podobna jedynie do tej w Australii. Egipcjanie mają cud natury, ale że mało podróżują, są przekonani, że wszystkie morza na świecie wyglądają tak samo. Jak im pokazałam podwodne zdjęcia z Bałtyku, gdzie dno wygląda, jak wygląda, byli przekonani, że robię sobie z nich żarty.

Co poczułaś, kiedy pierwszy raz zeszłaś tutaj pod wodę? Wszystkie problemy – opłaty, rachunki, katar dziecka – znikają pod wodą. Jakbym była w stanie nieważkości. Z kolejnymi nurkowaniami miałam coraz więcej przemyśleń. Zastanawiałam się, dlaczego dziki delfin chce do mnie podpłynąć. A może to ten sam, z którym już kiedyś pływałam? Widziałam kiedyś na YouTubie filmik, na którym facet miał swojego błazenka, czyli amphipriona. Pomyślałam sobie: „Kurde, też chcę takiego mieć!”.

I masz? Mam! Na jednej rafie spędziłam mnóstwo czasu, aż w końcu mieszkający tam błazenek zaczął wychodzić do mnie z korala. Przyzwyczaiłam go do gestu rozkładania rąk. Kiedy podpływałam, on się o mnie ocierał. Mam zdjęcia, na których siedzi mi na palcu jak motyl. Poczułam niesamowite zespolenie ze światem przyrody. Woda uświadamia ci, że jesteś tylko częścią większej całości.

Po tylu latach nie znudziło ci się schodzenie do tego świata? Nie ma dwóch takich samych nurkowań. Zdarza mi się krzyczeć pod wodą jak dziecko i płakać ze szczęścia. Jak wtedy, kiedy odprowadziłam grupę na łódź i zgłosiłam załodze, że chcę zostać solo pod wodą. Podpłynął do mnie delfin. Był tuż obok mnie, jak nurek koło nurka. Pływaliśmy tak z 15 minut, sięgał tylko po powietrze. Mogłam spojrzeć temu zwierzakowi w oczy, mówiłam: „Jezu, jak fajnie, że jesteś! Ciekawe, o czym myślisz? Aaaa, ty jesteś dziewczynką!”. Wiedziałam, że delfin ma przyjemność z płynięcia obok mnie i wie, że ja mam przyjemność z płynięcia obok niego. Nie dotknęłam go, chociaż mogłam, był tak blisko.

Wiele osób pewnie by dotknęło. Dlatego nurkowanie budzi tak duże kontrowersje. Przeciwnicy uważają, że nurkowie niszczą rafy i zaburzają świat natury. Rafy zmieniają się w szybkim tempie. Marzę o tym, żeby zobaczyć, jak wyglądały 20 lat temu. A te, które ja oglądam teraz, chcę pokazać moim dzieciom, jak będą większe. Nurkowie mają świadomość postępującej degradacji, dlatego chcemy swoją wiedzę zdobytą pod wodą wykorzystać do ocalenia tego świata. Stąd mój pomysł na szkółkę, w której hodujemy korale. Angażujemy w nią dzieci, którym przekazuję wiedzę na temat tego, jak można korale łączyć, które wymagają opieki, a które należy zostawić samopas. Dziecko hoduje swój koral, a potem co roku dostaje zdjęcie, na którym może zobaczyć, jak on się rozwija. Wierzę, że w ten sposób ocalimy rafy, ale przede wszystkim zwiększymy świadomość ekologiczną.

A twoi pracownicy i klienci, z którymi nurkujesz? Oni też schodzą pod wodę z taką świadomością? Oczywiście wypadki są nieuniknione, czasem zdarza mi się w coś uderzyć, ale jeżeli nurek płynąłby przy rafie i jej dotykał, natychmiast zostałby odsunięty. Ja czuję się pod wodą tak, jakbym wchodziła do własnego ogródka. Wiem, gdzie mieszka ośmiornica, która nie ma trzech nóg, a gdzie ślepa murena. Pomyśl, co twoja mama zrobiłaby ci, gdybyś wszedł jej do ogródka i nie umiał się w nim zachować.

Twoja załoga składa się wyłącznie z Egipcjan, mężczyzn. Trudno jest być ich szefową? Na szacunek pracowników musiałam zapracować. Teraz wiedzą, że ze mną nie ma dyskusji. Ale tylko raz zdarzyło mi się nakrzyczeć na pracownika. Był wkurzony, że nie może nic zrobić z tym, że kobieta na niego krzyczy. Kobiecie tutaj nie wypada podnosić głosu na mężczyznę w miejscu publicznym. W domu może. Ba! W domu to norma, ale na ulicy czy w pracy – już nie.

Kiedy zaczęli się z tobą liczyć? Zaakceptowali moją obecność szybko, ale musiałam sobie wyrobić taką renomę, żeby szanowali też to, co mówię. Nawet kiedy zdałam egzamin na instruktorkę nurkowania i wszyscy na łodzi byli niżsi stopniem ode mnie, nadal pozostawałam kobietą, postrzeganą jako turystka: biała, blondynka. Musiałam pokazać, że faktycznie mam coś w głowie. Pomógł mi Ahmed, szef zespołu, który dzielił się ze mną wiedzą, zabierał na nurkowania. Pokazywał, na co zwracać uwagę, jak i gdzie szukać, żeby były one bardziej interesujące, bezpieczniejsze. Przy nim poczułam komfort bycia w wodzie bez strachu. Teraz czuję się w niej tak, jakbym otwierała drzwi i wchodziła do kolejnego pokoju. Kiedy załoga zobaczyła, że pod wodą jesteśmy na równych prawach, zaczęła szanować moje zdanie.

Egipt poznałaś w dzieciństwie czy dopiero w dorosłości? Ojca straciłam, kiedy miałam cztery miesiące, a mamę – jak miałam 16 lat. Już jako nastolatka zaczęłam mieszkać sama, z Polski wyleciałam w klasie maturalnej. Pracowałam najpierw między innymi na parkingu jako ticket lady, sprzątałam toalety w centrum handlowym, segregowałam ulotki. Aż w końcu trafiłam do firmy, w której dostrzeżono, że jestem pracowita. No i spędziłam w niej dziesięć lat. Do tego zapisałam się eksternistycznie na biomedycynę. Skończyłam studia, w międzyczasie urodził się mój syn. A potem miałam wypadek. Niefortunnie się przewróciłam na rolkach, naciągnęłam mięśnie od opuszków palców po piąty i szósty krąg szyjny. Nie nadawałam się do pracy. Zaczęłam fizykoterapię, dostawałam chorobowe, ale do firmy nie mogłam już wrócić, woleli wypłacać mi ubezpieczenie. Założyłam własną firmę budowlaną. Przynosiła dobre pieniądze, ale praktycznie nie było mnie w domu. W pewnym momencie zrozumiałam, że pieniądze nie dadzą mi szczęścia. Spakowałam, co miałam pod ręką, i poleciałam na Cypr. Sama. Musiałam odreagować trudny czas, rozchodziłam się wtedy z ojcem Tomka. I ten pobyt był czymś, co zmieniło całe moje życie. Wspaniałe plaże, woda, ciepło po angielskiej depresji. Postanowiłam zostać dłużej, a któregoś dnia zaczęłam nurkować. Poczułam, że to jest to, zrobiłam kurs. Zadzwoniłam do centrum, które akurat potrzebowało pracownika. Moje jedenaste nurkowanie było już nurkowaniem w pracy. A kiedy na Cyprze przyszła zima, poleciałam do Egiptu.

Dlaczego zdecydowałaś się tam zostać? Pomyślałam sobie: „Boże, po co ja mam wracać na ten Cypr, przecież tam pod wodą nic nie ma!”. Załatwiłam paszport dla syna i przeprowadziłam się z jednym plecakiem.

Nie było problemu z tym, że jesteś singielką z dzieckiem? Przy najmie mieszkania powiedzieli mi, że żaden mężczyzna nie może mnie odwiedzać. Tu jest tak, że jeżeli przychodzi do mnie pan, żeby naprawić Internet, muszę mieć otwarte drzwi, żeby wszyscy wiedzieli, co się dzieje.

Nie czułaś się z tym źle? Szczerze mówiąc, to czułam się bezpieczna. A to było dla mnie w nowym kraju bardzo ważne. Jedyny problem, jaki napotkałam, to rasizm w przedszkolu mojego dziecka. Jedno z arabskich dzieci wybrało sobie mojego synka na ofiarę, mówiło, że ma „brudną skórę”.

Musieliśmy zmienić przedszkole. Po kilku miesiącach zrobiłam kurs na instruktora nurkowania. Poszłam na egzamin, w sali siedziało trzech Egipcjan: dwóch z nich było właścicielami centrów nurkowych, jeden instruktorem, który po wieloletniej przerwie musiał odnowić licencję. No i ja. „Dzień dobry, nazywam się Marta, mam za sobą 200 nurkowań”. Spojrzeli po sobie. Wtedy nie wiedziałam, co mówili, uśmiechałam się ładnie. Teraz wiem, że pytali dyrektora: „Ona naprawdę będzie tu z nami?!” [śmiech]. Jednym z tych mężczyzn, których spotkałam na egzaminie, był Ahmed. Z tych czterech osób tylko ja i on zdaliśmy kurs. Wtedy każde z nas poszło w swoją stronę, ale po jakimś czasie zadzwoniłam do niego, zaczęliśmy współpracę. Weszłam na jego łódź i tak już zostałam. Przeżyliśmy pod wodą kilka takich sytuacji, w których faktycznie musieliśmy sobie bardzo zaufać. Prowadziliśmy na przykład grupę, byliśmy na 30 metrach i nagle odcięło się powietrze. Musieliśmy wyciągać całą ekipę, podawać sobie sprzęt, ja sama go z tych 30 metrów wyciągałam. Zdarzyło się też, że musieliśmy ściągać cały sprzęt pod wodą, bo komputery zostały źle skorygowane. Pokazywał mi wyjście, mówił, że zostanie sam, ale nie zgodziłam się. Kiedy wyszliśmy z wody – ja trzęsąca się, cała sina – ktoś powiedział: „Musicie się bardzo kochać”. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą: „Ale my nie jesteśmy razem”.

Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak) Pod wodą płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia. (Fot. Philippe Lahousse/archiwum domowe Marty Pietrzak)

Kiedy to się zmieniło? Kiedy Ahmed zachorował na wirusa dengi, którego roznoszą komary. Pojechałam do niego, na miejscu był jego brat, więc nie byłam sama. Niedługo potem zarządziłam: „Przywieźcie mi mojego syna i poinformujcie doormana na dole (tu w każdej klatce jest taki pilnujący, który ma między innymi zapobiegać nieobyczajnym zachowaniom mieszkańców), że ja z nim zostaję”. Żeby było śmieszniej, kiedy Ahmed wyzdrowiał, ja się rozchorowałam. Zajął się mną tak samo, jak ja nim. Już wtedy wiedzieliśmy, że łączy nas coś więcej. Natomiast ze ślubem było tak, że zdecydowaliśmy, iż nie chcemy się już z naszym związkiem chować, bo ile można, przecież jesteśmy dorośli, stwierdziliśmy więc, że podpiszemy papiery. Nie było białych sukienek ani kwiatków.

Czujesz się zasymilowana? Przywykłaś do różnic kulturowych? Kobieta może się w Egipcie realizować i prywatnie, i zawodowo. Oczywiście niektóre z nas mogą nie akceptować ceny, jaką się za to płaci. Dla mnie ona jest akceptowalna, bo mój świat i tak jest pod wodą. A tam płeć, pochodzenie, seksualność, kolor skóry ani religia nie mają najmniejszego znaczenia.