1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak wypoczywać, żeby wypocząć? W otoczeniu natury

Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. (Fot. iStock)
Rezygnując z kontaktu z naturą, tracimy wolność – przestrzega filozof Marcin Fabjański. Podpowiada, jak rozwijać w sobie wrażliwość na przyrodę i jaki rodzaj bliskości z nią przynosi nam najwięcej pożytku.

Ostatnio słyszymy o wielu nowych trendach, w których natura gra główną rolę. Skąd wziął się ten dzisiejszy zwrot ku naturze?
Jesteśmy związani z naturą od początku istnienia człowieka jako gatunku. Na to, co się dzieje teraz, patrzę nie jak na coś nowego, jakieś odkrycie, tylko jak na powrót. Możemy się tylko dziwić, dlaczego musimy wracać do czegoś, co jest tak oczywiste.

Według naukowców w latach 50. XX wieku rozpoczął się antropocen, czyli nowa era geologiczna, którą charakteryzuje niszczycielski wpływ człowieka na Ziemię. Czy to wtedy odwróciliśmy się od natury?
To stało się dużo wcześniej. Kiedy spojrzymy na to, jak się toczyły nasze dzieje, zobaczymy, że zawsze było napięcie i konflikt między czymś, co można nazwać zbiorczo naturalizmem, a personalizmem, który stawia jednostki ponad naturę. Elementy odrywania się od natury widać już na początku naszej cywilizacji, np. w filozofii Platona. Potem było jeszcze kilka zdarzeń, które nas stopniowo od natury odsuwały. Jednym z nich są narodziny chrześcijaństwa, które, karmiąc się Platonem, stworzyło pojęcie niezależnej duszy. A dla niej rozgrywka o szczęście ma miejsce nie tylko w przyrodzie, ale też w pewnej opowieści toczącej się w innym świecie. Trudno oczekiwać od formacji kulturowej, która przyjęła taki pogląd za podstawowy, żeby żyła w harmonii z naturą. W obrębie filozofii chrześcijańskiej mamy też św. Franciszka, który dostrzegał jedność człowieka i natury, ale on jest wyjątkiem. Potem był Kartezjusz, który podzielił świat na substancję myślącą, czyli istotę ludzką, i substancję rozciągłą: drzewa, kwiaty, noc, dzień, słońce czy cień. Według zapoczątkowanej przez niego filozofii nowożytnej nie dość, że substancja myśląca nie styka się w ogóle z substancją rozciągłą, to nie styka się nawet z ciałem. I tak oto mamy współczesnego człowieka z technologią, która zupełnie odcięła go od naturalnych procesów. Na szczęście zreflektowaliśmy się, że ponieważ tak odeszliśmy od natury, to nie przetrwamy jako cywilizacja. I stąd pewnie ten powrót.

Wracamy ze strachu?
To najlepszy nauczyciel.

Mam wrażenie, że nasz stosunek do natury zależy też od tego, ile mamy lat. Wczesne dzieciństwo i późna dojrzałość to dwa okresy, w których jesteśmy chyba najbardziej otwarci na przyrodę.
Najbliżej natury jesteśmy wtedy, gdy nie interesuje nas podbijanie świata, tylko jesteśmy w stanie fascynacji nim. Dziecko może się w pełni jej oddać, bo ma ten komfort, że przez pierwsze lata życia jest chronione. Potem zostaje wessane przez system edukacji, który tę fascynację zabija. Zaczyna podbijać świat, serca rówieśników i rynek pracy. Do momentu, gdy orientuje się, że ta ekspansja nie jest źródłem szczęścia. Podboje przestają być atrakcyjne. Czasem dzieje się to w starszym wieku, ale niekoniecznie – na przykład ekolodzy rekrutują się głównie z młodych ludzi. I dobrze, bo młodzi mają więcej energii, żeby dajmy na to tygodniami blokować wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej.

Sądzi pan, że niektórzy z nas mają większą inteligencję przyrodniczą, zdolność dostrajania się do natury?
Ja nazywam to „inteligencją otwartego źródła”, która bierze się z pełnego połączenia ze środowiskiem. Jej wyrazem są na przykład tamy budowane przez bobry. Kiedyś zastanawiałem się, skąd one wiedzą, jak zrealizować tak skomplikowany projekt, jak potrafią przewidzieć, kiedy rzeka będzie wzbierać, a kiedy wysychać... Człowiek do tego celu musiałby stworzyć plan techniczny wielkości grubej książki. Ale jeśli te bobry poobserwujemy, to zrozumiemy, że ich inteligencja bierze się ze współistnienia ze środowiskiem. Pochodzi z zewnątrz, jest wynikiem interakcji z naturą. Jeśli wysłalibyśmy bobry na Marsa – załóżmy, że miałyby tam czym oddychać – to one stałyby się tam zupełnie głupie, bo Mars nie jest ich naturalnym środowiskiem. Po iluś pokoleniach pewnie rozwinęłyby w sobie inteligencję nowego środowiska, ale wtedy nie byłyby już bobrami.

Czy tę inteligencję otwartego źródła możemy w sobie wykształcić?
Oczywiście. Człowiek ma w sobie ogromny potencjał, tyle że jest trenowany w innym kierunku, dlatego tę inteligencję w sobie zatraca. Rozwijanie jej polega na nauce obdarzania natury uwagą w określony sposób. Chodzi o to, by zainteresować się przebiegiem różnych procesów, które w niej zachodzą, ale nie po to, by wykorzystać je do jakiegoś celu, tylko by być obecnym. Konieczna jest też zmiana hierarchii wartości. Teraz na jej szczycie u większości z nas są ludzie, zwłaszcza ci, którzy mogą nam coś dać. Zwierzęta, jeśli są gdzieś wyżej, to głównie w roli pieszczochów z Facebooka, a już rośliny znajdują się bardzo nisko. Są jakimś poślednim bytem. Nie chodzi o to, by postawić przyrodę na szczycie nowej hierarchii, ale by w ogóle ją dostrzegać. Zrozumieć, że życie na naszej planecie opiera się na współistnieniu.

Jak się przebudowuje taką hierarchię?
Za pomocą refleksji, introspekcji, lektury, wyeksponowania swojego ciała na przyrodę i obserwacji tego, co się potem stanie. W Apenińskiej Szkole Żywej Filozofii odnajdujemy różne perełki historyczne i próbujemy spojrzeć na świat w taki sposób jak wielcy myśliciele. Leonardo da Vinci uważał planetę za żywy organizm. Woda była jej krwią, ziemia – mięśniami, a łańcuchy górskie – kośćcem. Na podstawie średniowiecznych traktatów medytacyjnych zaprojektowałem serię ćwiczeń poświęconych czterem pierwiastkom, żywiołom: wodzie, ziemi, ogniowi i powietrzu. Najciekawsza z perspektywy pedagogicznej jest dla mnie woda – bardzo dobry pośrednik między nami a środowiskiem. Jej obserwacja jest w stanie sprawić, że będziemy spokojniejsi, cierpliwsi, łagodniejsi.

Mnie obserwowanie wody kojarzy się głównie z siedzeniem nad morzem i patrzeniem na fale.
Chodzi o coś zupełnie innego. Kiedy siedzimy nad morzem i obserwujemy fale rozbijające się o brzeg, to cały czas jesteśmy w świecie koncepcji: plaża, my, morze i poszczególne fale. Natomiast nasze ćwiczenia polegają na śledzeniu pierwiastka wody w ciele. Według wspomnianych traktatów ma ona różne cechy: płynność, wilgotność, łagodność, zdolność dostosowania się czy wiązania – na przykład piasku. Właśnie ich szukamy w ciele – płynności pod językiem czy wokół gałki ocznej. Chodzi o uwagę, uczymy się pewnego doznania. Skanujemy całe ciało i odkrywamy swoje hydroterytorium. To pozwala uzyskać wewnętrzny spokój już po dwóch minutach, jeśli wykona się ćwiczenie prawidłowo. W celu medytacji pierwiastków jedziemy też nad wodospad. Siadamy w miejscu, w którym unoszą się drobinki wody. Obserwujemy, jak to wilgotne powietrze oddziałuje na naszą skórę. W pewnym momencie dociera do nas, że woda na zewnątrz i wewnątrz nas jest tym samym. Pojawia się silne poczucie współistnienia z krajobrazem. Podobnie postępujemy z kolejnymi pierwiastkami. Na przykład z ogniem związane jest ciepło i zimno, z powietrzem – nacisk, ciśnienie, a z ziemią – miękkość i twardość…

Co tracimy, rezygnując z kontaktu z naturą?
Mówienie o tym, że „coś tracimy”, jest zdecydowanie zbyt delikatne.

To może „odcinamy kawałek siebie”?
Jeśli założę, że „ja” to jest ten, który siedzi za biurkiem 10 czy 12 godzin i tylko czasem ma kontakt z przyrodą, to z tej perspektywy można mówić o odcinaniu kawałka siebie. Ale moim zdaniem „ja” to ten, który jest częścią naturalnego procesu życia i z tego punktu widzenia nie tyle odcinamy kawałek siebie, co stajemy się patologią. Jesteśmy coraz głupsi. Tracimy wolność. Młodzi ludzie, którzy całe godziny spędzają wpatrzeni w ekran, zapędzają się w ślepą uliczkę. Wszystko zmierza do tego, by jednym przyciskiem sterować człowiekiem. Wyobraźmy sobie, że dajemy hasło „idź, zabijaj!” osobie, która jest osadzona w naturze i dzieciakowi, który godzinami wpatruje się w ekran. Kto będzie bardziej odporny na wpływ?

Mamy jakieś szanse na realny powrót do natury?
Wiem, że najlepiej by było powiedzieć: „Drodzy czytelnicy, medytujcie 10 minut dziennie i oddychajcie głęboko, a będziecie prowadzić szczęśliwe życie”, ale, niestety, tu nie ma prostych rozwiązań i łatwych wyborów. Zwykle potrzebny jest jakiś impuls, żeby się przebudzić, czasem tragedia, która odziera nas ze złudzenia, że można sobie szczęście skumulować, gromadząc przedmioty, będąc ponad innymi, zdobywając władzę. Warto zrobić taki eksperyment: zakwestionować znane prawdy, stwierdzić „nic nie wiem” i spojrzeć świeżym okiem na życie. Zastanowić się nad przyczynami swoich działań i wyborami, których dokonujemy mechanicznie. Pomyśleć o konsekwencjach dla nas, natury, innych ludzi, naszych dzieci. Zawsze też jest jakaś możliwość przeorganizowania życia. Można świadomie zwiększać kontakt z przyrodą: wyjeżdżać za miasto, wybierać drogę do pracy, która wiedzie przez park, nawet jeśli zabetonowaną ulicą byłoby szybciej.

Naukowcy zbadali, że natura ma na nas dobry wpływ, nie tylko kiedy jesteśmy w lesie, ale też gdy uprawiamy ogródek czy nawet patrzymy na namalowany pejzaż.
Ten wpływ jest jednak najbardziej korzystny, gdy jesteśmy w naturze i nie mamy do wykonania żadnych zadań. Gdy przyroda nie jest dla nas środkiem do żadnego celu. Tak wynika z badań nad flow, czyli stanem przepływu.

A hodowanie roślin? Możemy przecież dbać o roślinkę, obserwować, jak rozwija się, uczyć się jej.
Wszystko zależy od podejścia, bo mogę rośliny hodować, żeby je sprzedać, a mogę je uprawiać, żeby obserwować różne procesy i naszą wzajemną relację. Tak samo jak mogę iść do lasu, by pobiegać i budować Twoje ego albo by kontemplować przyrodę. Uważam, że im mniej ingerencji w naturę, tym lepiej. Las sadzony przez człowieka niewiele nauczy nas o procesie życia. Co innego puszcza. W niej jesteśmy świadkami ciągłej transformacji. Z gnijących drzew wyrastają pędy i nie da się określić, które ich części są młode, a które stare.

W jaki sposób pan stara się zbliżyć do natury?
Wyniosłem się z miasta, staram się wyjść na tyle, na ile się da z obrotu kapitalistycznego. Przestałem latać do Azji, bo wiem, jak transport lotniczy szkodzi naszej planecie. Próbuję nie pracować zbyt ciężko.

Widzi pan w sobie jakąś zmianę?
Zdecydowanie tak. Mam większą wrażliwość, widzę szczegóły, intensywniej odczuwam bodźce, mam lepszą intuicję. Kiedyś, gdy szedłem do lasu, w głowie kłębiły mi się różne myśli. Dziś jestem nastawiony na dostrzeganie.

Źródło deficytu natury

To termin stworzony przez dziennikarza i reportera Richarda Louva jako nazwa dla zaburzenia, które się pojawia, gdy ludzie, a przede wszystkim dzieci, spędzają zbyt mało czasu na świeżym powietrzu. Brak kontaktu z naturą powoduje problemy fizyczne i psychiczne, z lękami i dystrakcjami włącznie. Wśród najczęstszych konsekwencji wymienia się:

  • choroby cywilizacyjne wynikające z braku ruchu i nieodpowiedniej diety, pojawiające się na coraz wcześniejszych etapach życia;
  • trudności w koncentracji uwagi;
  • utratę umiejętności radzenia sobie w warunkach odbiegających od tych sztucznie wykreowanych przez cywilizację;
  • przewlekły stres, którego nie potrafimy w zdrowy sposób odreagować, popadając w pracoholizm, nałogi i zaburzenia psychiczne;
  • zmniejszenie kreatywności i produktywności.
  1. Styl Życia

Fotograf przyrody Paweł Kreft: "Zamiast kolekcjonować kilometry, skup się na wrażeniach"

– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. W poszukiwaniu zwierzęcych modeli zwiedza różne regiony Polski, jednak spokój i poczucie szczęścia daje mu każda wizyta w lesie.

Nastolatki zazwyczaj robią selfie, ty ruszałeś w drogę o świcie, by fotografować ptaki... Skąd ten pomysł?
Przyrodę widziałem częściej niż swoje lustrzane odbicie. To żart, ale dużo w nim prawdy. Wychowywałem się w małej miejscowości na Kaszubach. Mój tata jest leśniczym, więc wspólne wyprawy do lasu były codziennością. Przekazał mi ogrom wiedzy, a co najważniejsze, dzięki niemu zdobyłem doświadczenie i obycie z dziką przyrodą. Babcia uczyła mnie życia w zgodzie i harmonii z naturą, pasjami oglądała ze mną filmy przyrodnicze. Wciąż mam w pamięci stop-klatki wielu z nich i magiczny głos Krystyny Czubówny. Od mamy natomiast dostałem w genach wrażliwość. To chyba brzmi jak przepis na fotografa przyrody.

Pamiętasz swoje pierwsze zdjęcie?
Więcej, wciąż pamiętam te emocje, kiedy pierwszy raz wyciągnąłem z pudełka nowiutką lustrzankę. Miałem wtedy 13 lat. Aparat co prawda tata kupił dla siebie, ale nigdy go nie użył. Natychmiast pobiegłem z nim nad pobliskie jezioro, gdzie udało mi się sfotografować odlatujące żurawie. Po powrocie do domu zacząłem szukać w Internecie informacji na temat fotografii przyrodniczej, inspiracji, wskazówek. Tak trafiłem na galerię Czarka Korkosza, który do dziś jest moim mentorem. Wyjaśniał mi nie tylko kwestie techniczne, ale także moralne i duchowe. To ważne, bo zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od nawet najlepszego ujęcia. Dlatego do kolejnych wypraw podchodziłem już bardziej taktycznie. Na łące nieopodal domu wybudowałem kryjówkę, wchodziłem do niej godzinę przed wschodem słońca, a opuszczałem tuż przed lekcjami. W pewien zimowy poranek udało mi się w ten sposób sfotografować myszołowy. To było moje pierwsze profesjonalne zdjęcie.

Czujność i szybka reakcja to w świecie dzikiej przyrody być albo nie być, dlatego zwierzęta mają niezwykle wyostrzone zmysły. Chyba niełatwo je podejść?
Tropienie zwierząt wymaga wiedzy, odpowiedniego sprzętu, sprytu i... szczęścia. Ruszam w drogę godzinę lub dwie przed świtem, ale zanim wejdę do lasu, ustalam kierunek wiatru, to on determinuje wszystkie moje działania. Nie mogę iść zgodnie z nim, bo zwierzyna szybko mnie zwietrzy i ucieknie. Ale kiedy ustawię się pod wiatr, są duże szanse na to, że uda mi się podejść blisko nawet najbardziej płochliwych saren czy jeleni. Zazwyczaj mam na sobie specjalny strój maskujący, nazywany także snajperskim, dzięki któremu idealnie wtapiam się w otoczenie. Wyglądam w nim jak leśny krzak. Najważniejsze jest zasłonięcie twarzy, bo to jej widoku dzikie zwierzęta boją się najbardziej.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Kiedy robię zdjęcia z tak zwanej zasiadki, jestem ukryty za siatką maskującą, którą rozwieszam we wcześniej upatrzonym miejscu. Natura jest jednak nieprzewidywalna. Bywa, że wbrew moim oczekiwaniom, zwierzęta pojawiają się z zupełnie innej strony i muszę szybko improwizować. Gorzej, jeśli nagle zmieni się kierunek wiatru, a to często się zdarza o wschodzie słońca. Wtedy w jednej chwili mogę zostać zdemaskowany przez zwierzynę i plany na cały dzień legną w gruzach.

Natura weryfikuje wszelkie oczekiwania, to ona rozdaje karty. Czy to nie jest frustrujące?
Fotografowanie przyrody uczy pokory, cierpliwości i akceptacji zdarzeń. Staram się niczego nie planować, ale w praktyce bywa różnie. Często siedząc w lesie bezowocnie kilka godzin, czuję podenerwowanie i niecierpliwość, w głębi duszy, zaczynam wymagać od przyrody, żeby dała mi okazję do zrobienia zdjęcia. Czasami uciera mi nosa, ale bywa też, że pozytywnie mnie zaskakuje. To są chyba najbardziej magiczne momenty, z których powstają najlepsze zdjęcia.

Masz jakieś konkretne na myśli?
Tak, fotografię jelenia, którą nazwałem „Złote serce”. Zdobyła pierwszą nagrodę w XIX edycji konkursu Leśne Fotografie organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie i zapoczątkowała cykl niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Dokładnie pamiętam dzień, w którym zrobiłem to zdjęcie. Był wrzesień, rykowisko, a w lesie nic się nie działo. Zacząłem modlić się do św. Franciszka, patrona przyrodników. Często to robię, ale tym razem poprosiłem, aby dał mi jakiś znak, że to czekanie ma sens. Nic się jednak nie wydarzyło. Dopiero kiedy wracałem do samochodu, drogę przebiegła mi spłoszona chmara jeleni. Było ich co najmniej trzydzieści. Na końcu pojawił się On! Powoli, niezwykle dostojnie wyszedł na drogę przepiękny byk, samiec jelenia. Zatrzymał się jakieś piętnaście metrów ode mnie i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem mu trzy zdjęcia. Kiedy w domu zgrywałem je na komputer, zauważyłem, że byk stał w cieniu, a przebijające się przez konary drzew słońce oświetliło dokładnie jego serce. To było absolutnie mistyczne przeżycie.

Matka natura potrafi czynić cuda.
Bez wątpienia, tym bardziej że ta historia ma ciąg dalszy. Rok później o tej samej porze znów fotografowałem rykowisko jeleni. Rano podchodziłem do ostatniego ryczącego byka, ale teren był trudny, ryzyko, że go spłoszę duże, a szanse na zdjęcie niewielkie. Zatrzymałem się kilkanaście metrów od niego, widziałem nogi zwierzęcia i słyszałem porykiwanie. Nagle byk zaczął iść w moją stronę. Chyba zaintrygował go dźwięk migawki. Podchodził coraz bliżej i bliżej, był na wyciągnięcie ręki, autofokus w aparacie z trudem łapał ostrość. Jestem pewny, że wyczuł już moją obecność, mimo to zupełnie się nie bał. A przecież to z natury bardzo płochliwe zwierzęta. Największy dreszcz emocji poczułem jednak wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że wydarzyło się to dokładnie w rocznicę spotkania ze Złotym sercem.

Przyroda wciąż zadziwia i zachwyca, nawet jeśli obcuje się z nią tak często jak ty?
Dzikich miejsc i lasów ubywa, ich kosztem rozbudowujemy miasta i osiedla. Dlatego kiedy tylko jest okazja, warto podziwiać przyrodę, cieszyć się każdą minutą jej bliskości. Nie jestem pod tym względem ideałem, bywa, że bieżące sprawy przysłaniają mi piękno natury, a media społecznościowe odwracają od niej uwagę. Uwielbiam jednak te dni, kiedy las wygrywa ze wszystkim i pochłania mnie całkowicie. Tak się dzieje zawsze jesienią, w czasie rykowiska. Jest wtedy magia w lesie.

Czasem, żeby spełnić marzenia, trzeba wyruszyć w podróż. Jaka była twoja?
Pojechałem w Bieszczady z nadzieją, że uda mi się sfotografować niedźwiedzia brunatnego. Długo chodziłem po tamtejszych lasach, zrobiłem mnóstwo fantastycznych zdjęć z wyjątkiem tego najważniejszego. Dzień po swoich urodzinach dostałem jednak od przyrody wymarzony prezent – udało mi się zrobić to zdjęcie. Na pewno często będę wracał w Bieszczady, bo wciąż czuję niedosyt i już tęsknię za tamtymi emocjami.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Jakie miejsca jeszcze masz do odkrycia?
W zeszłym roku wyjechałem do Norwegii z grupą trekkingową. Każdego dnia pokonywaliśmy 40 km wzdłuż wybrzeża. Wyjątkowo nie fotografowałem wtedy zwierząt, a ludzi i krajobrazy. To była niezwykle inspirująca przygoda, która pozwoliła mi nieco zmienić perspektywę. Skandynawia to zdecydowanie kierunek, którym chciałbym w przyszłości podążać. Ale marzą mi się wyprawy jeszcze dalej, na koło podbiegunowe, Syberię. A także do Szkocji i Nowej Zelandii na rykowiska jeleni. Planów jest sporo.

Podróżujesz, by być bliżej przyrody. Tymczasem z badań przeprowadzonych przez ekolożkę i botaniczkę Martę Jermaczek-Sitak wynika, że ludzie tolerują obecność dzikich zwierząt, takich jak rysie, wilki czy niedźwiedzie, pod warunkiem że znajdują się... ponad 30 kilometrów od nich. Tęsknimy za dzikością, ale jednocześnie się jej boimy. Widzisz wyjście z tej sytuacji?
Boimy się, tego, czego nie znamy, dlatego trzeba edukować nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy większą część życia spędzają teraz z dala od natury. Żeby zakochać się w przyrodzie, trzeba poznać ją osobiście, wyruszyć do lasu, odkrywać go, oswajać stopniowo. Liczy się nie cel, ale droga sama w sobie. Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach. Widzisz miejsce, w którym są ślady obecności zwierząt? Zatrzymaj się, usiądź, popatrz, nie licz czasu. Spędź tam godzinę, dwie, trzy, w ciszy i spokoju obserwuj otoczenie, są duże szanse na to, że zobaczysz coś niezwykłego. I zamiast strachu poczujesz szacunek.

Nie boisz się czasem?
Kilka lat temu kiedy chmara jeleni biegła w moją stronę, instynktownie wyskakiwałem z kryjówki i uciekałem. Teraz już bym tego nie zrobił. Strach staram się zastępować zdrowym rozsądkiem. Nie szarżuję, ale też nie panikuję. Ile razy w roku słyszymy o tym, że dzikie zwierzęta skrzywdziły człowieka? One boją się nas bardziej niż my ich. Nawet z pozoru groźne niedźwiedzie czy wilki unikają kontaktu z ludźmi. Spotkanie ich oko w oko w naturze to marzenie chyba większości fotografów przyrody. Trzeba jednak mieć olbrzymie szczęście i doświadczenie, by się spełniło.

A czym dla ciebie są podróże do lasów? To już praca czy wciąż pasja?
Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Im jestem starszy, tym bardziej potrzebuję lasu i częściej chcę w nim być sam. Uciekam do niego, gdy muszę podjąć jakąś decyzję, coś przemyśleć, przeżyć. Kiedy pracuję, często fotografuję od świtu do zmierzchu, tracę rachubę czasu. Bywa, że wychodzę przed wschodem słońca, wracam do domu przed południem, a wieczorem ponownie ruszam do lasu. Za każdym razem, kiedy tam jestem, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Paweł Kreft, fotograf dzikiej przyrody, kompozytor, wokalista, autor tekstów, absolwent Szkoły Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu Facebook: @kreftphoto, Instagram: @pkreft_wildlife.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Styl Życia

Mary Reynolds: "Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury"

Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Zamiast posiadać ziemię, zacznijmy o nią się troszczyć. Stańmy się strażnikami ziemi, a nie panującymi nad nią – przekonuje Mary Reynolds, irlandzka projektantka ogrodów, aktywistka ekologicznavi autorka książki „Ogrodowe przebudzenie”.

Kilka lat temu obejrzałam film „Dare to be Wild” („Dzika jak natura”) w reżyserii Vivienne De Courcy. To urocza historia młodej projektantki niezwykłych ogrodów, która wygrała słynny konkurs ogrodniczy Chelsea Flower Show. Wyobrażasz sobie moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że będę rozmawiać z kobietą, której życie stało się inspiracją dla tego filmu!
Trudno się ogląda film o sobie, miałam mocno mieszane uczucia, gdy go pierwszy raz zobaczyłam. Dziś myślę, że to jednak bardzo słodka opowieść, no i mogło być gorzej, prawda? Reżyserka mogła ze mnie zrobić na przykład seryjną morderczynię [śmiech].

Czy ten film w jakikolwiek sposób wpłynął na twoją karierę zawodową?
Na pewno mi w niej nie przeszkodził. Moje nazwisko stało się bardziej rozpoznawalne, choćby w Ameryce. Dzięki temu moje prace, pomysły, idee, ale i książka „Ogrodowe przebudzenie” odbiły się szerszym echem.

Zawsze chciałaś żyć blisko przyrody? Czy może to była naturalna kolej rzeczy, skoro twoi rodzice byli farmerami?
Od dziecka żyłam blisko natury i tak mi już zostało. Urodziłam się na farmie w południowo-wschodniej Irlandii jako najmłodsza z szóstki rodzeństwa. Rodzice dużo pracowali, więc my, dzieci, właściwie sami się o siebie troszczyliśmy, co oznaczało też, że było dużo swobody i wolności, nikt nas nie pilnował. Z tego czasu zapadł mi w pamięć moment, który dziś mogę śmiało uznać za formujący. Miałam może sześć albo siedem lat, nie więcej, bo pamiętam swoje pulchne nóżki. Pewnego majowego dnia wybrałam się na spacer i po jakimś czasie trafiłam na mały skrawek ziemi otoczony drzewami i krzakami, blisko działki naszych sąsiadów. Dokładnie pamiętam, że przeszłam przez dość szeroką dziurę między krzewami głogu, kolcolistu i ciernistymi jeżynami. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie, nagle poczułam za sobą czyjąś obecność. Odwróciłam się i zobaczyłam, że przejście zniknęło. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale wtedy bardzo się przestraszyłam. Biegałam dookoła gęstych zarośli, płacząc, ale nikt mnie nie słyszał. Na szczęście moją uwagę przykuły słońce i motyle, usiadłam więc na środku tego zakątka. Wraca do mnie wspomnienie, że czułam się wtedy otoczona; wydawało mi się, że rośliny na mnie patrzą. Nie mam pojęcia, ile czasu tak siedziałam. W końcu zauważyła mnie córka sąsiadów, zaczęła do mnie coś wołać, a kiedy się ponownie odwróciłam, przejście między krzewami znowu się pojawiło.
Długo nikomu o tym nie mówiłam, aż pewnego dnia zwierzyłam się ojcu. Powiedział, że podobna rzecz w tym samym miejscu przydarzyła się jego dziadkowi. W Irlandii pełno jest takich miejsc, nazywamy je „zakątkami wróżek” – trudno do nich dotrzeć i jeszcze trudniej z nich się wydostać. Wiele lat potem, kiedy pisałam moją książkę…

Tę o ogrodach?
Najpierw wpadłam na pomysł, że napiszę książkę o tym, jak naprawdę wyglądała historia z Chelsea Flower Show. Ponieważ jednak pisanie o sobie szybko mnie znudziło, postanowiłam przybliżyć czytelnikowi, na czym polega praca projektantki ogrodów. I wtedy właśnie wróciło do mnie wspomnienie tamtego dnia. To było jak olśnienie – zdałam sobie sprawę, że właśnie wypisałam się ze swojego zawodu.

Jak to?
Chociaż w swoich projektach zawsze brałam pod uwagę takie rzeczy, jak ukształtowanie terenu czy naturalne prawa przyrody, to po jakimś czasie moje ogrody zaczynały się rozrastać i zmieniać, niezgodnie z tym, co im przeznaczyłam. Po prostu robiły, co chciały. Zorientowałam się, że moja praca zaczyna polegać na niewolniczym trzymaniu się jakiejś wizji i dopasowywaniu, przycinaniu do niej roślinności, zamiast na dostosowywaniu się do potrzeb i charakterystyki krajobrazu. W dodatku ta historia z dzieciństwa przypomniała mi, że przecież doświadczyłam na własnej skórze obecności roślin, ich osobowości. W tamtym zakątku miałam wrażenie, że na mnie patrzyły, jakby dopominając się o uwagę. Pomyślałam, że to wszystko nie tak, że nie powinniśmy naginać przyrody do naszej wizji piękna i do naszych potrzeb. Zaczęłam postrzegać ziemię jak wielkie bijące serce. Kiedy patrzymy na nią w kategoriach posiadania, a nie opieki, to serce pęka na malutkie kawałki. I tylko od nas zależy, czy uda nam się je uleczyć, skleić ponownie w jeden kawałek. Wierzę, że gdy spojrzymy na ten płachetek ziemi, który użytkujemy, jak na część naszej rodziny, to poczujemy, że i my się stajemy członkami jej rodziny. Rośliny to część naszej ziemskiej rodziny, są tak samo żywe jak my. Po prostu zrozumiałam, że jesteśmy z ziemią całością.

I że nie możesz już wykonywać swojego zawodu.
Mieszkałam wtedy w zachodniej części Irlandii, na swoistym odludziu, ale byłam też samodzielną mamą dwójki dzieci i nie miałam pomysłu, z czego będę się utrzymywała, jeśli nie chcę dalej projektować ogrodów. Ale ponieważ jestem dość uparta, więc kiedy uświadomiłam sobie, że muszę przestać robić to, co robię – przestałam od razu. Na szczęście akurat wtedy pewna stacja telewizyjna zaprosiła mnie do współtworzenia programu, co pozwoliło przetrwać nam pierwsze miesiące bez stałej pracy. A kiedy dzieci zasypiały, ja siadałam nad książką, którą trzymasz teraz w ręku, i cały czas myślałam nad koncepcją opieki, którą musimy otoczyć ziemię. Bo w naszym podejściu do niej naprawdę wiele musi się zmienić.

Co na przykład?
Wydaje nam się, że dobrze robimy, lecząc choroby roślin chemią i pestycydami. W ogrodnictwie używa się dużo więcej chemii niż w rolnictwie, ale nikt o tym nie mówi. Trzeba od tego odejść i poszukać innych rozwiązań. Ale przede wszystkim słuchać ziemi i obserwować, jak sama radzi sobie z problemami.

Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)

W Polsce rośnie grupa osób, które wybrały model uprawy i jednoczes­nej regeneracji ziemi, określany terminem perma­kultury. Wymaga to zmiany myślenia, a nie każdy jest na to gotów. Jak ty przekonujesz ludzi do swojej idei?
Często porównuję ziemię do kobiety. Przecież ziemia to wcielenie kobiecości, a my, kobiety – tak samo jak ziemia – jesteśmy zmęczone byciem dostrzeganymi tylko ze względu na naszą produktywność czy urodę. Tak samo ziemia jest zmęczona traktowaniem jej przedmiotowo i przemocowo, nadużywaniem i maltretowaniem. Jeśli nie skończymy z nadużywaniem zasobów ziemi, to wkrótce nie będziemy mieć domu. Sytuacja jest naprawdę poważna – mamy dziesięć lat na realną zmianę sytuacji. Jednak wiele osób nadal tego nie dostrzega i nie rozumie. Dlatego zamiast przekonywać, wolę dawać przykład. Może gdy ktoś zobaczy, co się dzieje na moim skrawku ziemi, spróbuje tego samego na swojej.

Inspirujesz nie tylko swoimi działaniami. Założyłaś też fundację We Are The Ark (Jesteśmy Arką).
Nie możemy czekać, aż nasze rządy czy politycy zaczną wprowadzać korzystne dla Ziemi i klimatu zmiany. Każda zmiana zaczyna się oddolnie i potem dopiero rozszerza na cały świat. Dlatego założyłam fundację, a raczej zapoczątkowałam ruch społeczny. Nazwa wzięła się stąd, że pewnego dnia siedziałam przy oknie i patrzyłam na swój ogródek, gdy nagle pod moim oknem przebiegł lis, a zaraz za nim dwa zające. Wyglądało to tak, jakby zające goniły lisa. Chwilę potem w tym samym kierunku potuptała rodzina jeży. Pomyślałam, że przed czymś uciekają. I rzeczywiście, gdy wyszłam na dwór, zobaczyłam, że na sąsiedniej działce koparka czyści cały teren ze starych krzewów, krzaków i roślin, które przez wiele lat były domem dla okolicznych zwierząt. I te zwierzęta rozbiegły się, szukając schronienia, swojej arki Noego. Za tym poszła myśl o bardziej radykalnym działaniu niż tylko pisanie książki.

Co robisz w ramach fundacji?
Moja propozycja jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy mają ziemię. Zachęcam ich do tego, by połowę tej ziemi oddali naturze, czyli żeby po prostu nic na niej nie robili, nie siali, nie uprawiali – nie sadzili kwiatów, nie kosili trawy, po prostu by zostawili ją samej sobie. I by postawili w tym miejscu tabliczkę o treści: „To jest arka”. Czyli część działki oddajemy naturze, a na drugiej sadzimy warzywa i owoce w sposób organiczny, bez chemii i sztucznych nawozów.

A co może zrobić osoba, która mieszka w mieście i nie ma nawet ogródka działkowego?

Wspierać lokalnych producentów, zwłaszcza tych, którzy uprawiają warzywa i owoce w sposób regeneratywny dla ziemi. Dobre praktyki można wspierać na wiele sposobów. Najważniejsze to odciąć się od przemysłowego systemu uprawy roślin i hodowli mięsa, który zatruwa glebę, wody gruntowe i zezwala na takie anomalie jak przewożenie jedzenia z jednego końca świata na drugi tylko po to, byśmy mieli przez cały rok dostęp do egzotycznych warzyw i owoców. Przez właśnie takie działania niszczymy miejsce, które jest naszym domem.

Doceniliśmy to podczas pandemii. Sama obserwowałam, jak ludzie uciekali masowo na wieś, do parków i lasów.
Ale nawet nasz przydomowy ogródek może nam dać wytchnienie. Rozwiązanie, jakie proponuję, to stworzenie leśnego ogrodu. To bardzo prosta koncepcja, pozwala na swobodne działanie natury i na uprawę, w dodatku sprawdzi się nawet na małym obszarze.

Opowiedz coś więcej.
W skrócie polega to na tym, że na własnej działce tworzysz wielowarstwowy ekosystem, który jednocześnie regeneruje ziemię i użyźnia ją, a tobie pozwala uprawiać warzywa i owoce. Wykorzystujesz przy tym naturalne nasłonecznienie gleby i łączysz ze sobą rośliny wieloletnie, jednoroczne oraz samowysiewające się tak, by stworzyć zróżnicowany zespół roślinny.
Wiele rzeczy trzeba wziąć pod uwagę podczas projektowania takiego ogrodu, czyli co gdzie sadzimy, jakie rośliny ze sobą łączymy. Szybko zorientujemy się jednak, że im mniej naszej ingerencji, tym lepiej dla roślin. Powstała na ten temat naprawdę bogata literatura, bo leśne ogrody nie są żadną nowością, ta idea jest żywa od wieków. Wiele wskazówek można znaleźć także w moim „Ogrodowym przebudzeniu”.
I oczywiście namawiam, by część takiego ogrodu zostawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się, co chce. Zobaczycie, że bardzo szybko pojawią się tam zwierzęta, owady czy naturalne drapieżniki, które często uwalniają nas od szkodników niszczących nasze uprawy. W ten sposób powstanie równowaga.

Sporo nauki przy takim leśnym ogrodzie.
Tak, na początku to się może wydać trudne, zwłaszcza jeśli na co dzień twój kontakt z przyrodą ogranicza się do zasadzenia kwiatków w doniczce na parapecie. Ale jeśli damy sobie czas, nauczymy się obserwować procesy, jakie zachodzą w glebie – zrozumiemy, że trzeba po prostu podążać za przyrodą. Odżywiona ziemia zacznie odwdzięczać się nam warzywami i owocami pełnymi witamin. A bardzo tego potrzebujemy. Nasze jedzenie jest tak mało odżywcze! Zwróć uwagę, że najbardziej niedożywione są osoby otyłe, bo jedzenie ich nie odżywia, tylko truje. Nasza ziemia choruje, a my razem z nią.

Mówiłaś, że mamy jeszcze dziesięć lat na zmianę, ale tak naprawdę już żyjemy z konsekwencjami niszczących działań człowieka. Jak przekonać tych nieprzekonanych?
Kiedy opowiadasz ludziom o zmianach klimatu, nie zawsze rozumieją, o co ci chodzi, ale kiedy mówisz o coraz mniejszej bioróżnorodności, zaczyna to do nich powoli docierać. Przypominają sobie, że gdy dekady temu jechali autem, to przednia szyba szybko pokrywała się owadami, a dziś się to już nie dzieje. Albo zauważają, że jest o wiele mniej ptaków – to naprawdę robi wrażenie. I to właś­nie może zmienić ich podejście do tematu. Większość ludzi nie widzi związku między kryzysem klimatycznym a pogorszeniem jakości ich życia, są odcięci od ziemi, nie widzą procesów, jakie w niej zachodzą. Żyjemy naprawdę w trudnych czasach, często budzę się w nocy i martwię się o przyszłość.

I co ci wtedy pomaga?
Staram się myśleć pozytywnie, smutek przecież nie pomoże mi w działaniu. A to działanie mi pomaga, namawianie ludzi, by odchodzili od systemu i zmieniali swoje życie. I by nie uciekali, nie zapadali się w sobie. Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury. To do was mówię: walczcie, zajmijcie się ziemią, jej odradzaniem się. Uczcie się od ludzi, którzy znają się na glebie, na uprawie organicznej, na odradzaniu ziemi, to nasza jedyna nadzieja na zmianę bez przemocy. Nie mamy wyboru, jesteśmy pionierami, musimy dać sobie radę. 

Książka Mary Reynolds 'Ogrodowe przebudzenie' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)Książka Mary Reynolds "Ogrodowe przebudzenie" ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)

Mary Reynolds, jest jedną z dziesięciorga najbardziej znanych projektantów krajobrazu na świecie. W 2002 roku wygrała Chelsea Flower Show projektem „Tearmann sí, a Celtic Sanctuary”, będącym hołdem dla irlandzkiej natury i tradycji.
Jej książka „Ogrodowe przebudzenie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe