1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wszystko w rękach matek. Jak wychowywać chłopca?

Wszystko w rękach matek. Jak wychowywać chłopca?

Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. (Fot. iStock)
Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. (Fot. iStock)
Miłość i przygotowanie do samodzielności, wyrozumiałość i nauka dyscypliny, poczucie wolności i oparcie. Tego synowie potrzebują od rodziców, a często dostają tylko od matek. 

Ewa, matka samotnie wychowująca 15-letniego Dawida i o pięć lat starszą Mariannę: – Przyjście na świat syna spełniło moje marzenia. Ale kiedy po raz pierwszy wzięłam go na ręce, czułam się bezradna. Od pierwszych dni życia był inny niż córka. Bardziej płaczliwy, niespokojny, częściej chorował, później zaczął chodzić, mówić. Od samego początku powtarzałam sobie, że ma wyrosnąć na mężczyznę. Pilnowałam, aby miał obowiązki – najpierw uczyłam, że ma sprzątać zabawki, odnosić talerz od stołu, potem wyprowadzać psa, ścielić łóżko, robić zakupy. Wymagałam przestrzegania reguł – musiał wracać o określonej porze do domu, odrobić lekcje, zanim gdzieś wyszedł. Postanowiłam wychować go na innego mężczyznę niż mój ojciec i dziadek, którym mama i babcia musiały usługiwać, na co ja nie mogłam patrzeć. I innego niż ojciec, który go zostawił. Teraz wiem, że trochę z tym drylem przesadziłam. Próbuję na nowo budować z nim relację, choć akurat teraz, gdy jest w apogeum dojrzewania, nie jest to łatwe.

– Kluczowy wpływ na to, jaką matką jest kobieta, ma jej „męska historia”, czyli dotychczasowe doświadczenia z mężczyznami – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Matka nosi w głowie obraz swojego ojca, dziadka oraz to, jak traktowali oni matkę i babcię. Ma też jakieś doświadczenia z braćmi, kuzynami, wujami i innymi spotkanymi po drodze mężczyznami. No i oczywiście jest jeszcze ojciec dziecka. Oni wszyscy kształtują jej poglądy na to, jacy są mężczyźni, jak traktują kobiety, a te z kolei rzutują na jej stosunek do syna.

Męski świat

Z moich rozmów z matkami chłopców, a także z własnych doświadczeń (mam dwóch synów) wynika, że od początku dużą wagę przywiązujemy do tego, że oto rodzi się syn. Ten fakt dochodzi do głosu za każdym razem, gdy biegniemy mu pomóc lub się od tego powstrzymujemy, kiedy go do czegoś zachęcamy albo zniechęcamy, przytulamy lub karcimy. Przecież mówi się nam, że syn powinien sam sobie radzić, być odważny, nie mazać się. Nasze reakcje są pochodną wewnętrznego nastawienia, że wychowujemy syna, czyli kogoś zupełnie innego niż córkę, wymaga się od niego czegoś zupełnie innego niż od dziewczynki.

Według Steve’a Biddulpha, jednego z najsłynniejszych amerykańskich terapeutów zajmujących się wychowaniem, w szczególności chłopców, o wiele bardziej sprawdza się postawa ciekawości, czyli chęć poznania i zrozumienia świata chłopca. Ponieważ jako kobiety nie możemy wiedzieć, jak to jest być mężczyzną, musimy po prostu zdobyć na ten temat więcej informacji.

Biddulph podkreśla, że istnienie uwarunkowanych biologicznie różnic między chłopcami a dziewczynkami nie oznacza, że dziewczynki są lepsze od chłopców albo na odwrót. Nie krytykujmy synów i nie porównujmy ich do córek. Nie obwiniajmy, tylko starajmy się ich zrozumieć.

W płomieniach

Chłopcy do szóstego roku życia (dziewczynki także) nie przejmują się specjalnie płcią. Ale matki owszem (ojcowie zresztą też). I jak wykazują badania, traktują ich dużo surowiej niż dziewczynki. Częściej karcą, rzadziej przytulają, mniej do nich mówią. Także kultura narzuca chłopcom sprzeczne oczekiwania: z jednej strony wymaga się od nich racjonalności, siły, tłumienia emocji, a z drugiej – wrażliwości, empatii.

Michael Gurian w świetnej książce „Zrozumieć nastolatka” przytacza badania naukowe, które dowodzą ukrytej wrażliwości chłopców. To oni bardziej niż dziewczynki cierpią po rozwodzie rodziców, w większym stopniu odczuwają negatywne skutki niezaspokojonej więzi z matką, mają większe kłopoty z przeżywaniem porażek, mają „mniejsze zasoby emocjonalne, na których mogą polegać przy radzeniu sobie z problemami w zdrowy sposób”. Gurian pisze: „Chłopiec chce krzyczeć: Jestem w płomieniach. Nie zostawiajcie mnie samego. Pokażcie, jak mam sobie radzić w dorosły sposób”. A my, matki (ojcowie także), zostawiamy go samemu sobie właśnie dlatego, że jest chłopcem, czyli kimś, kto nie płacze, kto powinien być silny.

Matka jest pierwszą osobą, z którą łączy syna mocna więź. To dlatego staje się dla niego wzorem intymności i miłości. Jeśli już w niemowlęctwie zacznie wyraźnie określać granice jego postępowania, bez uciekania się do kar cielesnych lub zawstydzania, syn przyjmie to ze spokojem. Jeśli będzie mu czytać, dużo do niego mówić, wpłynie na lepszy rozwój umiejętności werbalnych i społecznych. A to dla chłopca niezwykle ważne, bo potrzebuje o wiele więcej niż dziewczynka pomocy w nauce reguł zachowania w grupie. Niezwykle istotna jest więc kondycja matki w pierwszych dwóch latach życia syna. Mama przygnębiona, smutna, depresyjna niejako programuje go „na smutno”. Mama wiecznie zła, krzycząca, karcąca zapala w jego małej główce wątpliwości, czy jest kochany. Dlatego kobieta tuż po porodzie potrzebuje troski bliskich, aby mogła sama zatroszczyć się o dziecko.

Ciepło i czułość

Relacje matki z synem przechodzą wielką przemianę około szóstego roku życia, kiedy chłopiec bierze zdecydowany azymut na ojca. Ale to nie znaczy, że mama może całkowicie zejść ze sceny. Syn powinien wiedzieć, że zawsze może na nią liczyć.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Spotykam się często z tym, że ojciec krytykuje matkę za to, że syn kurczowo się jej trzyma. Oczywiście, przyczyna może tkwić w jej zaborczej miłości, ale najczęściej dzieje się tak dlatego, że to ojciec jest mało obecny w życiu syna, a przy tym bywa wobec niego niezwykle krytyczny, co wzbudza w nim lęk.

Matka nie może nagle wycofać się z życia dziecka lub zmienić się z czułej w oschłą, bo dla niego będzie to zmiana szokująca. Steve Biddulph w książce „Wychowywanie chłopców” przestrzega: „Wtedy chłopiec, aby poradzić sobie ze  smutkiem i bólem, zamyka tę część siebie, która go z nią łączyła – wrażliwość i miłość. Odczuwanie miłości staje się dla niego zbyt bolesne. Taki chłopiec jako dorosły mężczyzna będzie miał trudności z wyrażaniem ciepłych uczuć wobec swojej partnerki lub dzieci”.

Matka powinna więc okazywać synowi miłość zawsze. To pomaga mu budować pewność siebie w kontaktach z płcią odmienną. Ale jednocześnie nie powinna traktować syna jak własności i dominować w jego świecie. Dobrze, żeby zachęcała go do nawiązywania przyjaźni, podpowiadała, jak ma dogadywać się z dziewczynkami. To głównie od niej zależy poczucie własnej wartości syna. Musi też dopuścić do głosu ojca lub innych mężczyzn. Jej syn bardzo tego potrzebuje do rozwoju swojej męskości. Jak pokazuje życie, samotne matki, które nie izolują syna od ojca i dbają, by miał on kontakt także z dziadkiem, wujami, kolegami, wyposażają go w dobre męskie wzorce.

Matka ma ważną rolę do odegrania także wtedy, gdy syn dorasta, choć on udaje, że jej wtedy nie potrzebuje. To dla niego straszny czas. Czuje nieznośną niepewność, targają nim hormony (ich poziom wzrasta prawie 800-krotnie), nie potrafi znaleźć wspólnego języka z dziewczynkami, które wydają mu się pewniejsze siebie, mądrzejsze. A w mediach słyszy, że mężczyźni to agresorzy, gwałciciele. Jak matka może mu pomóc? Wzmacniać jego poczucie pewności siebie, na przykład mówiąc: „Lubię twoje towarzystwo. Fajnie się z tobą rozmawia”. To ona powinna tłumaczyć synowi kobiecy świat. Ważne, aby dostosowywała styl wychowywania do jego wieku. Aby potrafiła przejść od stałej kontroli, nadzorowania, wyznaczania granic do konsultowania, dawania możliwości wyboru, aby pogodziła się z tym, że syn ponosi całkowitą odpowiedzialność za swoje czyny.

W czym mamy problem

A z tym my, matki synów, mamy duży problem. Chronimy ich, wyręczamy, jesteśmy niekonsekwentne, rozpieszczamy. To największe nasze grzechy.

Barbara, matka 25-letniego Janka: – Mój syn skończył studia, a nadal zachowuje się jak mały chłopiec. Odgrażam się, że koniec ze spełnianiem jego próśb, ale spełniam je dalej. Janek zawsze umie mnie podejść, zagrać na moich czułych strunach. Od dziecka był chorowity, wrażliwy i lękowo nastawiony do wszystkiego, co nowe. Wspierałam go, jak mogłam. Z pewnymi trudnościami (jak choroby, lękowe nastawienie) na pewno pomogłam mu się uporać. Inne, jak niesamodzielność, tylko wzmocniłam. Więc się zamartwiam, czy będzie potrafił poradzić sobie w życiu.

Jarosław Przybylski: – Zamartwianie się to specjalność matek synów. Tymczasem gdy syn kończy naukę, trzeba jasno powiedzieć: „kocham cię, możesz na mnie liczyć, ale to nie znaczy, że będziesz żył na mój koszt”. I określić czas, jaki mu dajemy na wyprowadzkę z domu. To radykalny, ale jedyny sposób, żeby przeciąć pępowinę. Znam matki, które tak postąpiły, i po latach synowie im za to dziękowali. Szkopuł w tym, że wiele matek tylko deklaratywnie pragnie usamodzielnienia się syna. W rzeczywistości chce go do siebie przywiązać, uzależnić. A taka relacja jest dla niego bardzo destrukcyjna, bo przeszkadza budować zdrowe związki z kobietami. Dorosły syn musi wtedy wziąć sprawy w swoje ręce i jasno zakomunikować matce reżyserującej jego życie: „Dość. Teraz sam decyduję o sobie”. To dla niego trudne, bo matka może uciekać w chorobę, szantażować go, wszystko po to, aby znów był przy niej. Syn jednak nie powinien się ugiąć, czasem nawet na jakiś czas musi zerwać z nią kontakty, by potem odbudować je na nowych zasadach.

Miłość matki do syna (i na odwrót) to jedna z najpiękniejszych odmian miłości. To właśnie dzięki niej chłopiec może wyrosnąć na mądrego, kochającego i empatycznego męża i ojca. A matka, oddając światu dojrzałego mężczyznę, może poczuć prawdziwe spełnienie. Ale może też zrodzić się między nimi zabójcza dla obojga relacja zastępująca inne męsko-damskie związki. Wszystko w naszych, matek, rękach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Córka i syn - jak na wychowanie wpływa płeć?

Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Mama dzwoni do córki, by poskarżyć się na syna, a o jej sprawy nie pyta. Wiadomo, dziewczyna sobie poradzi. Czy starsza siostra zawsze pozostaje na smyczy potrzeb rodziców i… młodszego brata? – psychoterapeutę dr Tomasza Srebnickiego pyta Beata Pawłowicz.

Rodzi się dziewczynka, a kilka lat później chłopiec… Rodzice zaczynają go faworyzować. Ta niesprawiedliwość nie kończy się z chwilą opuszczenia domu. Siostra ma zajmować się bratem nawet, gdy oboje są dorośli. Czy to echo patriarchalnego myślenia, że chłopcy są ważniejsi, uprzywilejowani?
To nie jest ani uprzywilejowanie, ani ważność. Głównym powodem różnic w stosunku rodziców do dzieci jest kulturowa tendencja: dośrodkowa – wobec dziewczynek, i odśrodkowa – wobec chłopców. Dziewczynki mają z rodziną pozostać. Są przygotowywane do pełnienia typowo kobiecych ról. Chłopcy mają być mężczyznami, czyli kimś, kto opuści dom, będzie odnosił sukcesy, zdobywał świat... Mają więc być twardzi, radzić sobie sami. I tu zaczynają się schody – bo jak uczy się samodzielności? Rodzice myślą, że dając ją od razu i to w dużej ilości. Dlatego chłopcy są wypychani w samodzielność za wcześnie. Na wiele rzeczy się im pozwala, nawet na agresję czy wracanie po nocy. Z punktu widzenia dziewczynki, chłopiec ma lepiej. Bo to ona jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. Uzna, że inni są ważniejsi…

Właśnie, dorosłe starsze siostry skarżą się, że wciąż zajmują się bratem, troszczą o rodziców...
W dzieciństwie jesteśmy wtłaczani w określone role, specjalnie mówię „wtłaczani”, bo dziecko – wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec – nie ma wpływu na to, jaka to będzie rola. O tym decyduje charakter rodziców, ich historia i kultura. Jeśli dziewczyna ma na przykład ochotę łazić po drzewach, rodzice jej zabronią, bo to zagraża roli kobiety, matki i opiekunki. Rodzina wkłada więcej czasu i energii w wychowanie córki. Sprawuje nad nią większą kontrolę, nie szanując jej granic, potrzeb i tego, że jest jeszcze dzieckiem, bo oczekuje, by opiekowała się bratem. Bywa, że rodzice mają do niej pretensje, gdy brat narozrabia.

W ten sposób całkowicie zrzekają się na jej rzecz roli rodzica, a to już patologia. Postępują tak, bo często po prostu nie potrafią sobie z rodzicielstwem poradzić.

Pamiętam taką scenę: moja 11-letnia koleżanka podgrzewa obiad dla siebie i brata. Jej mama leży na kanapie – zmęczona. Myślę, że ta matka była po prostu leniwa...
Matki, którymi nikt się w dzieciństwie nie zajmował i które nie potrafią dobrze zająć się dziećmi, wychowują najstarsze córki tak, by to one zajęły się rodzeństwem i… nimi. Łatwo kształtować postawy, które rodzą się z nadmiernej kontroli i krytyki, czyli perfekcjonizm, sztywność reakcji itd. Rodzina ma też znakomite narzędzie do wtłaczania dziewczynek w rolę opiekunek – jest nim poczucie winy.

Psycholog, gospodarz telewizyjnego show „Dr Phil” mówi, że chłopców wychowuje się łatwo, wystarczy w garażu na podłodze postawić miskę z jedzeniem i parę nowych trampek.
To oczywiście stereotyp. Dodam, że jeśli tak wychowywany chłopiec będzie refleksyjny, to jako dorosły trafi na terapię z depresją. Powie, że był zaniedbywany i dlatego czuje się nieważny. Będzie miał problemy w związkach, w pracy, z braniem na siebie odpowiedzialności. Będzie mu brak poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zakorzenienie w rodzinie, i umiejętności unikania problemów – no bo jak nie wyrzucił śmieci, to siostra wyrzuciła. A jak mama powiedziała, że mu nie wolno iść na imprezę, to i tak się nie gniewała, jak poszedł.

Dlatego syn potrafi powiedzieć rodzicom: „nie obchodzi mnie, że się martwicie, robię swoje!”?
Dziewczynka została wtłoczona w rolę kogoś odpowiedzialnego, jak więc ma wyjść z domu, kiedy mamę boli głowa? Nie może, choć bardzo chce. Bo ją nauczono, że jej wartość zależy od zadowolenia mamy. (Potem od zadowolenia innych ważnych dla niej osób). Ale jej brat pójdzie, bo skutkiem takiego antywychowania, równie często jak depresyjne obniżenie wiary w siebie, o którym już mówiłem, bywa jego przeciwieństwo, czyli narcyzm. Łatwo poczuć się lepszym, uznać, że potrzeby innych są nieważne, gdy nie ponosiło się konsekwencji swojego zachowania. A to siostrze się dostawało, gdy brat nie wyniósł śmieci. Kiedy więc matka powie, żeby syn nie szedł, on wzruszy tylko ramionami. Matki to też nie zdziwi: „no tak, chłopak, wiadomo…”. Ale to nie jest sprawa płci, tylko wychowania.

Jak więc sprawiedliwie wychowywać?
Najlepiej, gdy każdy rodzic napisze sobie na koszulce: „Zapomnę, że chciałem, żeby moje dzieci były jakieś”. Każda ideologia szkodzi. Chcesz, żeby twoja córka była świetną gospodynią i dlatego każesz jej zmywać? Ona zinterpretuje to tak: „Jestem nieważna. Mój brat jest ważniejszy, bo nie musi zmywać”. Lepiej daj jej dobry przykład – sama dbaj o dom z radością, nauczy się tego od ciebie, a nie straci poczucia bycia istotną.

No ale mleko się wylało, wtłoczona w rolę starsza siostra nie może pojechać do narzeczonego do Londynu, bo jak tu zostawić rodziców?
Także jedynakom zdarza się takie uwikłanie w patologiczną odpowiedzialność za rodziców. Mówię „patologiczną”, bo ona taka jest zawsze, kiedy filtrujemy swoje działania i decyzje przez sito dobrego samopoczucia rodziców. Jeśli czujemy się za nich odpowiedzialni, zmuszani do dbania o ich nastrój czy relacje – żyjemy w pomieszaniu ról. To przecież dorośli. Mają swoje życie, a my go nie będziemy mieć, jeśli zrezygnujemy z wyjazdu do narzeczonego. Jedź do niego, starsza siostro, bo to twoje życie....

I ono bywa smutne, bo mama nie zapyta: co u ciebie, córeczko? Tylko poskarży się na syna. Nawet gdy córka straci pracę, mama tylko ją zbeszta: „weź się w garść” i dalej mówi o synu…
Bo to nie matka dzwoni do córki, tylko matka dzwoni do matki. I one się mają wspólnie zastanowić, co zrobić z tym chłopakiem. Jeśli matka matce powie, że straciła pracę, to też usłyszy: „musisz się wziąć w garść”, bo rolą matki jest brać się w garść. Dlaczego rodzice wciąż i wciąż wtłaczają córkę w rolę zastępczej matki? Bo dzięki temu, że martwi się, pomaga – trzymają ją przy sobie...

Jak się bronić, gdy matka mówi o bracie i domaga się, by córka na przykład znalazła mu pracę?
Powiedzieć: „Mamo, nie chcę wciąż słuchać o nim. Nie zajmę się też szukaniem mu pracy... ”. Tylko tyle. Ale to trudne, bo podważa sens jej istnienia – pomaganie. Pewnie też usłyszy od matki: „nie na taką egoistkę cię wychowałam…”.  Niech się jednak nie da tej grze na poczuciu winy. Jest takie ćwiczenie, a jednocześnie sposób na proste wyznaczanie granic: na kartce papieru narysować koło i wpisać w nie to, na co się zgadzam w relacjach z rodzicami, np.: „Będę im składać życzenia, co jakiś czas odwiedzać. Gdy będą w trudnej sytuacji finansowej, to im pomogę, zadbam o to, żeby mieli opiekę na starość”. Napisać, zapamiętać i stosować.

Moja znajoma czuje się niekochana, bo rodzice powiedzieli, że to brat ma dostać cały majątek. Ona już się urządziła, a on nie ma pracy, mieszkania... Co powinna zrobić?
Rodzice ładują pieniądze w syna, by nie zadać sobie pytania, dlaczego on sobie nie radzi? Odpowiedź może być bolesna. Dlatego swojego postępowania nie zmienią. I tylko jeśli córka wyjdzie z roli ofiarnicy, mówiąc: „ja się na taki testament nie zgadzam” – w tej rodzinie może się coś zmienić. To, czego się naprawdę najbardziej boimy, to utrata miłości rodziców. Ale to prawie niemożliwe. Oni będą mówić, że jest złą córką i tyle. Niemiło będzie tylko do czasu, aż powstanie nowy układ rodzinny, w którym córka nie będzie już matkować bratu i wreszcie zajmie się sobą. Starsze siostry często pozostają singielkami, bo czują się tak, jakby już były w związku, a nawet miały dziecko – brata. Jeśli nie wyjdą z roli opiekunki, założenie własnej rodziny będzie dla nich dowodem na to, że są złe, że porzucają brata i rodziców.

Co się stanie w rodzinie, kiedy siostra przestanie grać rolę pseudomamy?
 Jeśli zdobędzie się na odwagę i nie powie „nie”, w jej rodzinie zostaną wreszcie wyznaczone granice, które już dawno powinny być. Rodzice będą musieli sami zająć się synem. To nie będzie dla nich lekki czas. Przekonają się, że ile by mu nie dali, ile by nie pomagali, to wciąż za mało. Może dopiero właśnie wtedy zadadzą sobie pytanie, czy to, co robią, jest dobre dla ich syna i dla nich? Może powiedzą mu: „miarka się przebrała”. A to jedyna szansa, żeby on mógł się uwolnić z roli kogoś, kto stwarzając problemy scala rodzinę.

Jak siostra ma się zachować wobec brata?
Czuje gniew, bo musiała się nim zajmować. I miłość, ale nie siostrzaną – tej musi się dopiero nauczyć, zbudować zdrową relację siostra–brat. Ale najpierw przeciąć pępowinę, powiedzieć: „Kocham cię, ale nie pożyczę ci pieniędzy", "Jesteś pijany? Z pijanymi nie rozmawiam, pogadamy jak będziesz trzeźwy”. Mądrzy ludzie szukają podpowiedzi w książkach czy czasopismach. Warto więc zadać sobie pytanie: „Po co mam zmieniać swoje życie, relacje?”. I jeśli uznamy, że warto – zrobić to.

  1. Psychologia

Uparte dziecko - czy upór należy oduczać?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Uparte dziecko jest powodem wielu naszych frustracji. Nie wiemy, jak je traktować i jak reagować w konkretnej sytuacji. Nie chcemy tolerować złego zachowania. Zanim jednak zaczniemy działać, musimy zrozumieć, skąd się bierze jego upór.

Krzyczy, kopie, gryzie, pluje, wali pięściami – repertuar jego zachowa jest doprawdy imponujący. A wszystko po to, żeby postawić na swoim. Bo co by o małych uparciuchach nie mówić, jedno nie ulega wątpliwości – mają bardzo silne poczucie niezależności. To cecha skądinąd pozytywna. Sprawia, że ludzie nią obdarzeni są stanowczy, pewni siebie, zdecydowani i wytrwali. Niestety, silnemu poczuciu niezależności często towarzyszy nieustępliwość, kłótliwość i buntowniczość, a silna wola dzieci na ogół pozostaje w konflikcie z tym, co rodzice uważają za stosowne i dobre.

Dlaczego ono tak się upiera?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. Wyobraźmy sobie dwóch maluchów biegających po trawniku. Nagle się przewracają. ¯Żadnemu z nich nic się nie stało, ale jeden krzyczy i płacze, drugi natomiast sam wstaje i śmiejąc się, wraca do zabawy. Sposób, w jaki dzieci zareagowały na upadek, po części odzwierciedla różnice w ich temperamencie.

Jak uczyć spokojnego reagowania?

Niestety bywa, że pewne metody wychowawcze, jak na ironię, nasilają upór dziecka. Rodzice zapominają bowiem, że najskuteczniej uczymy się nie poprzez nakazy, napominanie, tylko przez obserwowanie przykładów (tak zwane modelowanie). Jeżeli więc sami wpadamy w złość w trudnej sytuacji, to jest wielce prawdopodobne, że dziecko zareaguje tak, jak my.

Często stosowana przez dorosłych filozofia „rób, jak mówię, nie jak robię” nie skutkuje, ponieważ modelowanie wpływa na dziecko silniej niż słowa. Dlatego nade wszystko trzeba dawać dziecku dobry przykład. Jeżeli, powiedzmy, zostaniemy wyprowadzeni z równowagi, reagujmy stanowczo, a nie agresywnie. Gdy robimy coś trudnego, bądźmy wytrwali. Niech maluch widzi, że mimo trudności, sukces jest możliwy do osiągnięcia.

Innym sposobem uczenia w ogóle, a w szczególności spokojnego reagowania, jest wzmocnienie (czyli nagradzanie, ale nie należy mylić go z nagrodami materialnymi). To klucz do umiejętności społecznych. Zasada wzmacniania jest prosta. Nagradza się zachowanie, które przynosi jakieś pozytywne efekty, co daje duże prawdopodobieństwo, że pojawi się ono w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, że żadne pojedyncze nagradzanie nie będzie miało istotnego wpływu na zachowanie. Pozytywne wzmocnienia działają bowiem powoli i – żeby w zauważalny sposób wpłynąć na czyjeś zachowanie – muszą się powtarzać.

W jaki sposób wzmacniamy pozytywne reagowanie dziecka? Poprzez dotyk, przytulenie, uśmiech, komplement, miłe spojrzenie, słowa zachęty. To o wiele skuteczniejsze metody niż nagrody materialne takie jak zabawki, słodycze czy pieniądze. I co ważne – takie wzmocnienia wracają potem od dzieci do rodziców. Dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej zostały przekazane – uśmiechu, miłego słowa itp.

Jakich pułapek unikać?

Wielu rodziców najchętniej posługuje się jednak inną metodą oduczania uporu – karaniem. Ale trzeba być tu niezwykle ostrożnym, bo nadmiar kar rodzi więcej problemów, niż przynosi korzyści. Jest dla dziecka informacją, czego nie należy robić, ale nie uczy, co robić należy. Rodzi agresję. Częste stosowanie kary osłabia jej skuteczność, dlatego rodzice zaczynają karać coraz dotkliwiej, co może doprowadzić do przemocy.

Ale i wzmacnianie może mieć negatywne skutki, jeżeli nagradzamy (najczęściej w sposób nieuświadomiony) zachowania, które próbujemy wyeliminować.

Klasyczny przykład: Mama robi zakupy z malcem, a on nagle zaczyna domagać się nowej zabawki. Na nic zdają się tłumaczenia. Dziecko płacze, krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama próbuje go uspokoić i pocieszyć. Ale to nie skutkuje. Więc zrezygnowana i zła, dla świętego spokoju, kupuje mu zabawkę.

Co się stało podczas tego zdarzenia? Nagrodzony został płacz i krzyk. Czego mały Jaś się nauczył? Że płaczem i krzykiem może nie tylko zwrócić uwagę, ale i dostać to, co chce. Następnym razem, gdy znowu czegoś zechce, prawdopodobnie zacznie płakać i krzyczeć. A my znów mu ulegniemy. Psychologia nazywa to pułapką pozytywnego wzmocnienia.

Podobny pojedynczy incydent nie wpłynie na zachowanie dziecka. Jeżeli jednak takie sytuacje będą się zdarzały częściej, może to prowadzić do eskalacji uporu. Ponieważ z pewnością nie chcemy wzmacniać złego zachowania dziecka, musimy przeanalizować swoje postępowanie. Czy nie nagradzamy złego zachowania dziecka? Jeżeli odkryjemy, że i owszem, musimy natychmiast zaprzestać tych praktyk. Nie dziwmy się jednak, że może okazać się to bardzo trudne. Stare nawyki nie tak łatwo bowiem zmienić.

Dzieci często upierają się, aby uniknąć tego, czego nie lubią. Częsty przykład: Mówisz dziecku, aby pozbierało porozrzucane zabawki. Ono tego nie robi, więc powtarzasz polecenie kilkakrotnie, aż w końcu tracisz cierpliwość i zaczynasz je strofować. Na co malec reaguje płaczem, mówi, że jesteś wstrętna i ucieka do innego pokoju. Dochodzisz do wniosku, że pozbieranie zabawek nie jest warte tylu nerwów. I w końcu robisz to sama.

Co się zdarzyło tym razem? Otóż malec nauczył się, że płacząc i uciekając od ciebie, osiąga to, że przestaje być strofowany i nie musi wykonywać poleceń. To z kolei przykład pułapki negatywnego wzmocnienia. Specyfika bliskich związków w rodzinie powoduje, że jej ofiarami są zarówno rodzice, jak i dzieci.

Amerykański psycholog Gerald Patterson przeprowadził na ten temat badania i odkrył coś, co nazwał procesem przymusowym. Zachodzi on w wielu rodzinach, w których są uparte dzieci. Ich zachowanie staje się coraz gorsze, a zdolność rodziców do kierowania dzieckiem maleje. Uparciuch coraz częściej ma napady złości, a rodzice częściej krzyczą i wymierzają coraz mocniejsze klapsy. I tak powstaje błędne koło.

Naukowcy zdefiniowali cechy, które obserwuje się u większości uparciuchów:

  • Gwałtowny sposób reagowania,
  • Trudności w przystosowaniu się do nowych sytuacji i zadań,
  • Wytrwałość. Ta cecha ma zazwyczaj pozytywne skutki, ale u uparciuchów przybiera negatywne formy. Takie dzieci są zazwyczaj zawzięte i bez przerwy czegoś się domagają,
  • Niestabilność emocjonalna. Nastroje uparciuchów ciągle się zmieniają, ale przeważają te złe. Dlatego uparty malec nieustannie marudzi i grymasi. Może to wynikać z jego temperamentu, ale także z wychowania. W jakich proporcjach? Tej kwestii nie da się rozstrzygnąć jednoznacznie. Wiele badań sugeruje, że cechy temperamentu upartego dziecka mogą się zmieniać w miarę jego rozwoju. A to znaczyłoby, że nie są one biologicznie utrwalone, ale że są to raczej pewne skłonności, które mogą być modyfikowane przez wychowanie i środowisko.

Co robić, żeby zmniejszać upór dziecka?

  • Staraj się dawać dziecku możliwość wyboru. Dzieci niemogące się spełnić, próbują osiągnąć cel upartymi naleganiami, natomiast gdy są pewne siebie – negocjują. Kiedy jednak dokonają dobrych wyborów, powinny usłyszeć słowa pochwały.
  • Nie dyskutuj, gdy dziecko coś wymusza. Wstrzymaj nalegania: „Już mi wszystko powiedziałeś, teraz muszę się nad tym zastanowić”.
  • Mów jasno o regułach postępowania, oczekiwaniach i ograniczeniach. Godzina na placu zabaw i ani chwili więcej. Dwa ciasteczka. Dla upartych dzieci chwila twojego wahania jest oznaką słabości, a jednocześnie sygnałem, co by tu można jeszcze wskórać.
  • Pozwól dziecku samemu wyznaczać granice, których nie należy przekraczać. Czasami rodzice narzucają nieposłusznym dzieciom tyle ograniczeń, że czują się one zbyt skrępowane.
  • Zachęcaj do zaprzestania marudzenia. Starszym dzieciom tłumacz, że nikt nie lubi marud.
  • Zamieniaj wadę w zaletę: Naucz dziecko, jak uporem zdobywa się laury.

  1. Psychologia

Pochwały są ważne dla dziecka

Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. (Fot. iStock)
Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. (Fot. iStock)
Wszyscy od chwili urodzenia pragniemy dwóch rzeczy: akceptacji i samorealizacji. Dzięki tym aspektom osiągamy potem sukces i spełnienie w zgodzie z sobą i ze światem. Pierwszymi osobami dającymi akceptację i rozwijającymi talenty są rodzice, następnie nauczyciele, partnerzy i szefowie. Każda z tych osób wpływa na nasz rozwój.

Jednak często te dobre intencje rozmijają się z efektami. Problem polega na tym, że, wpływając na innych, ludzie koncentrują się na korygowaniu naszych zachowań poprzez udzielanie informacji krytycznych, pokazywanie błędów i wad. Nie byłoby nic w tym złego, gdybyśmy jednocześnie słyszeli także informacje pozytywne i mieli podkreślane zalety. W naszej mentalności ukształtował się nawyk narzekania, krytykowania innych oraz skupiania uwagi na błędach. „No nie, znowu zrobiłeś to nie tak, jak powinieneś”, „Czwórka w szkole! Dlaczego nie piątka?!”, „Dlaczego zawsze musisz przypalić obiad?”. „Znowu się pani spóźniła!”. „Dlaczego nie zrobiłeś wszystkich rzeczy, co jest z tobą nie tak?”. - Pewnie wiele razy spotkaliśmy się z takimi zarzutami, a może sami stawiamy je innym. Wychowując dzieci, zarządzając zespołami ludzkimi, najłatwiej przychodzi zwracanie uwagi na błędy i to, co innym się nie udało.

Nagminna krytyka wpływa ujemnie na relacje między ludźmi, motywację do pracy i rozwój, a krytykowana osoba zaczyna rozwijać niechęć do osoby krytykującej, którą będzie jednak ukrywać. Krytykowanie może zmobilizować kogoś na krótką metę do zmiany postępowania, ale na dłuższą działa zniechęcająco. Dlatego wszystkim polecam inną postawę – docenianie naszych bliskich czy współpracowników, chwalenie, gdy ktoś zrobi coś dobrze, nawet jeśli to jest jakaś drobnostka, cieszenie się z sukcesów i osiągnięć drugiej osoby, wspólne ich świętowanie, szczere komplementy.

Pochwały z perspektywy wychowania dziecka:

Wbrew powszechnym opiniom, dziecko często nagradzane i chwalone stara się być jeszcze lepsze. Z drugiej strony – dziecko stale krytykowane dochodzi do wniosku, że jego wysiłki i tak nie mają sensu, skoro rodzice okazują jedynie niezadowolenie. Pochwały i zachęty pomagają dziecku w kształtowaniu samooceny, budują wiarę we własne możliwości, pomagają lepiej radzić sobie z problemami, dają poczucie bezpieczeństwa. Są silnym fundamentem dla poczucia własnej wartości w dorosłym życiu.

Jak skutecznie chwalić dziecko?

Aby chwalenie było skuteczne:
  • Pochwały muszą być skierowane na konkretne zachowania, nie stosuj pochwał ogólnych.
  • Nagradzaj dziecko za dobre zachowanie.
  • Chwal każdy mały kroczek dziecka ku pożądanemu zachowaniu.
  • Próbuj „wyłapać” dobre zachowanie u dziecka i chwal je.
  • Pochwal dziecko, kiedy zaprzestało negatywnego zachowania.
Chwaląc, pamiętaj:
  • Opisz, co widzisz – np. „Widzę misie poukładane na półce i klocki w pudełkach”.
  • Opisz, co czujesz – np. „Przyjemnie jest wejść do twojego pokoju i zobaczyć porządek”.
  • Podsumuj godne pochwały zachowanie dziecka – np. „Cieszę się, że potrafisz sam uporządkować swoje zabawki”.

Pułapki i szanse dobrej pochwały:

  • Gdy oceniamy zachowanie lub twórczość dziecka mówiąc „ładnie, ślicznie, pięknie” dziecko nie wie, co tak naprawdę nam się podoba. Ważne, żeby nasza pochwała była opisowa i szczegółowa, a nie ogólna. Dzięki temu dziecko zobaczy, że jesteśmy naprawdę nim zainteresowani.
  • Unikaj takiej pochwały, w której ukryte jest przypomnienie wcześniejszego niepowodzenia dziecka – np. „No widzisz – jak chcesz, to potrafisz”.
  • Rujnuje naszą pochwałę wyraz „ale” – np. „Cieszę się, że posprzątałeś swój pokój, ale szkoda, że ubrania nadal leżą na krześle”.
  • Lepiej unikać komunikatów „Jestem z ciebie taka dumna”, powiedzmy raczej: „Możesz być z siebie dumny” – dziecko wtedy nabiera pewności siebie.

  1. Psychologia

Jakie błędy popełniamy wychowując chłopców? - wspomnienia dorosłych mężczyzn

Wychowywanie chłopców wiele kobiet postrzega jako dużą trudność. Potrzebna jest jednak fachowa wiedza na temat ich potrzeb i rozwoju (fot. iStock)
Wychowywanie chłopców wiele kobiet postrzega jako dużą trudność. Potrzebna jest jednak fachowa wiedza na temat ich potrzeb i rozwoju (fot. iStock)
Jako kobiety instynktownie wiemy, jak wychować dziewczynkę. Często kierujemy się przy tym wspomnieniami z czasów, kiedy same byłyśmy małe. Ale jak wychować małego mężczyznę? I to w czasach gender?

Jeśli masz w domu małego chłopca, to zamiast zamartwiać się, co z niego wyrośnie, rozmawiaj z mężczyznami. Niech ci opowiedzą, jacy byli jako dzieci. Usłyszysz krzepiące opowieści. Wielu mocnych, pozytywnych mężczyzn uprzykrzało życie swoim matkom, sprawiało problemy i rozwijało się z opóźnieniem.

Wspomnienia dorosłych mężczyzn

Mariusz, pracownik marketingu, 31 lat: „Gdy miałem 3 lata, mama zapisała mnie do przedszkola. Dostałem histerii. Wymiotowałem i moczyłem się jednocześnie, więc mama mnie wypisała. Nigdy więcej nie zapisała mnie do przedszkola, bo podobno się do tego nie nadawałem. A ja pamiętam, że mając 5 lat, strasznie zazdrościłem dzieciom w przedszkolu. Chowałem się przed wzrokiem mamy za zjeżdżalnią i przez siatkę gapiłem się na chłopaków ze średniaków – jak się fajowo bawią. Szkoda, że moja mama nie rozumiała, jak bardzo się przez te dwa lata zmieniłem”.

Bartosz, lekarz pediatra, 38 lat: „Jako dziecko byłem bałaganiarzem. A to się z kimś pobiłem, pokłóciłem, a to coś zniszczyłem, zapomniałem. Zawsze coś było ze mną nie tak. Ciągle słyszałem, że nie da się ze mną wytrzymać. Za wzór stawiono mi Marysię, moją siostrę. Nigdy nic nie mówiłem, ale jakim ona mogła być dla mnie wzorem, skoro bała się skręcać na deskorolce? Chłopaki umarliby ze śmiechu, gdybym był taki jak ona. Do dziś mam wstręt do porównywania dzieci. Oczywiście syn jest znacznie trudniejszy w wychowaniu, ale po co mam go o tym informować?”.

Michał, prawnik, 41 lat: „Pamiętam, że jako dziecko wciąż byłem przez mamę wypytywany, co było w szkole, co robiliśmy, co się działo. Odpowiadanie na te pytania było dla mnie diablo trudne. Brzuch bolał mnie z przerażenia, czułem się maglowany. Dziś, gdy chcę wiedzieć, co słychać u mojego syna, idę z nim na bilard i po godzinie w dwóch zdaniach mi powie, że wszystko gra albo nie, ale przesłuchań pt. »co słychać w szkole« mu nie urządzam”.

Łukasz, dziennikarz, 34 lata: „Codziennie wieczorem mama mi czytała. Nienawidziłem tego, że co chwila przerywała i pytała, co teraz czuje misio, co powinien zrobić kaczorek. Chciałem, żeby mi czytała, a nie zmuszała do gadania. Kiedy ojciec brał mnie do siebie, nastawiał mi płytę z bajką i miałem godzinę, żeby w spokoju posłuchać tysięczny raz tej samej historii. Gdy czytam swoim chłopakom, nigdy ich o nic nie pytam w trakcie czytania”.

Jak widać, dobre chęci często mogą przynieść odwrotny skutek...

Poniżej kilka wskazówek wychowawczych, które warto uwzględnić kształtując relacje z dorastającym synem:

Więcej czułości

Płeć dziecka nie ma nic wspólnego z jego potrzebą czułości. Błędem jest sądzić, że chłopcy, w przeciwieństwie do dziewczynek, stronią od przytulania, noszenia na rękach, całusków. Małe dziecko nie ma płci. To po prostu człowiek, któremu niezbędne jest przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, a to można mu okazać wyłącznie poprzez kontakt fizyczny. Warto podążać za potrzebami syna i w żadnym razie nie obawiać się, że często przytulając synka, wychowamy go na „mięczaka”. Odbierając mu czułość, odbierasz mu swoje wsparcie i wychowujesz słabego, niezaspokojonego emocjonalnie mężczyznę. Gdy w pierwszych latach życia chłopiec otrzyma wystarczającą dawkę czułości, będzie bardziej pewny siebie. Uwaga: to on powinien sam decydować, jakiej dawki wsparcia fizycznego potrzebuje.

Męski opiekun

Wiele mam, zwłaszcza samotnych, po traumatycznych doświadczeniach z mężczyznami, unika ich w otoczeniu swojego dziecka. Błąd! Nie chodzi o to, że kobieta źle wychowa chłopca, ale o to, że ma mniejszą wytrzymałość na jego chłopięce zachowania. Dlatego jeśli twój maluch wychowuje się bez ojca, zadbaj, by miał dobry kontakt z dziadkiem, nauczycielem, trenerem czy sąsiadem – jakimś mężczyzną z bliskiego otoczenia, który jest dla niego autorytetem w jakiejś dziedzinie.

Ujście dla nagromadzonej energii

W chłopcach gromadzi się energia, a gdy są mali, takie sposoby, jak gra w koszykówkę w przerwie na lunch czy mycie samochodu, nie są im jeszcze dostępne. Dlatego radzą sobie we właściwy dla siebie sposób, czyli wiercą się, stukają palcami, gniotą kartki, kopią w nogę krzesła. Nie chcesz, żeby syn tak robił? Daj mu możliwość spontanicznego wyszalenia się, to może być bieg po parku czy zapasy na dywanie – ważne, by znalazł sposób na rozładowanie energii.

Swobodne zabawy na czas

Kiedyś zajęcia sportowe o charakterze zorganizowanym były obowiązkowe w każdym szanującym się przedszkolu. Dziś wiemy, że na rozwój dziecka najlepszy wpływ ma nie trening karate czy bieganie za piłką w grupie, ale zabawy spontaniczne. Dlatego zamiast zapisywać synka na piłkę nożną, lepiej mierz mu czas, gdy biega, albo kup minibatut (mała trampolina) i zachęcaj, żeby skakał na nim tyle, ile tylko potrzebuje.

Małe nagrody

Nie bój się, że wychowasz interesownego człowieka. Za wysiłek, na przykład posprzątanie pokoju czy zapisanie linijki literek, bonus się po prostu należy. Nawet niewielki zachęca do wytrwałości, daje poczucie, że opłaca się pokonać lenistwo, współpracować. Pamiętaj tylko, żeby to były malutkie nagrody, bo dla chłopca będziesz ich potrzebować bardzo dużo.

Stop zamartwianiu się

źle znoszą, gdy mama nadmiernie się o nich martwi, odbierają to jako zamach na swoją niezależność, a nie jako bezgraniczną miłość. Przesadne zamartwianie się o syna obciąża go emocjonalnie, a nie wspiera.

Chwila na oddech

Złość małego chłopca jest jak błyskawica, warto więc pomóc mu ją okiełznać. Wąchanie kwiatów to dobra metoda, żeby dziecko złapało oddech. Warto je tego nauczyć i wielokrotnie przećwiczyć to zachowanie. Za każdym razem, gdy sama czujesz złość albo smutek, „powąchaj kwiat”. Wciągnij głęboko powietrze – dokładnie tak, jakbyś wąchała kwiat, a potem wolno je wypuść. Gdy nauczysz tego swojego synka, on będzie wszczynał znacznie mniej konfliktów.

Praktyka ponad teorią

Gdy syn zachowuje się niebezpiecznie, nie mów mu, jak powinien coś robić, ale przećwicz, nawet wielokrotnie, zachowanie prawidłowe. Wybieganie na jezdnię za piłką, wyrywanie zabawek, szczypanie innych czy zbyt częste sięganie po słodycze – to wszystko nas razi, bo jest szkodliwe i niebezpieczne. Należy ćwiczyć prawidłowe zachowania, a nie tylko mówić, że tak się nie robi.

Nic na siłę

Jeśli potrzebujesz pogadać z małym mężczyzną, a on stawia opór, zorganizuj prostą zabawę: rzucanie maskotki do celu, układanie klocków, rajd samochodzikami. Rozmawiaj z nim podczas zabawy. Gdy ma zajęte ręce i jest odprężony, nie odbierze tego jak przesłuchania. Nie zmuszaj go także do kontaktów społecznych. Chłopiec w wieku 4–8 lat często wystarcza sam sobie. Bierze jedną zabawkę i potrafi długo bawić się sam ze sobą, ćwicząc wiedzę o świecie (leci na Marsa, wywozi gruz ciężarówką, pokonuje Himalaje). Chłopcy powyżej 3 lat inaczej niż dziewczynki realizują kontakty towarzyskie. Często wystarcza im, że ktoś jest w zasięgu ich wzroku.