1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Bałam się życia bez choroby”. Rozmowa z Aleksandrą Dejewską, terapeutką zaburzeń odżywiania

Aleksandra Dejewska (Fot. materiały prasowe)
Z zaburzeniami odżywiania zmagała się 10 lat. Nie dała za wygraną i teraz pomaga innym. Po latach patrzy na chorobę jak na największą nauczycielkę pokory. Doświadczenie pozwoliło jej uzdrowić zranienia i zaakceptować własne ciało. O niszczeniu siebie, niekochanych emocjach, wychodzeniu z bulimii i nurcie body positive rozmawiamy z Aleksandrą Dejewską, terapeutką, autorką książki „Bulimia – moja historia choroby”.

Czy zauważa Pani, że wiele osób w social mediach „buntuje się” i promuje posty w nurcie body positive?
Jest to normalizacja, której używamy też w terapii. Wiadomo przecież, że social media tworzą pewną „bańkę” – świat osób niestarzejących się, mających idealną sylwetkę, odnoszących sukcesy. Dlatego dobrze, że są konta body positive, będące pewną normalizacją dla kobiet. Ten nurt wniósł wiele dobrego, podobnie jak cała kultura feministyczna, która pomaga przeciwdziałać powstawaniu zaburzeń odżywiania. Oczywiście wielu dietetyków polemizuje z tym nurtem, zarzucając, że promuje otyłość. Ja jednak się z tym nie zgadzam, bo nie to jest głównym założeniem body positive. Sam nurt bardzo pomaga w terapii, w „odczepieniu się od siebie” i zobaczeniu, że inne kobiety też tak mają.

Porównywanie się jest wpisane w naszą naturę.
Zawsze będziemy mieli tendencję do porównywania się i nie ma w tym nic złego. Problem tkwi w tym, do czego się porównujemy. Jeśli do sphotoshopowanego obrazu, to wiadomo, że wypadniemy blado.

Dobrze mieć prototyp piękna, który jest realny. Powstaje on w ten sposób, że napatrzymy się na ileś twarzy, sylwetek i robimy sobie z tego średnią, zupełnie nieświadomie. Taki prototyp piękna jest podstawą, do której później odnosimy swoje ciało. Badania pokazują, że sto ekspozycji na nowy wzór powoduje, że ten prototyp zacznie nam się modyfikować. Im więcej różnorodnych, prawdziwych ciał widzimy, tym ta średnia jest bardziej obiektywna.

Kobiety zwykle mają problem z polubieniem ciała. Zawsze znajdą jakieś niedoskonałości…
Najzdrowsze jest chyba neutralne podejście do ciała i akceptacja. Jednak, podkreślam, nie każdy musi kochać swoje ciało. Powszechny nacisk na to, żeby kochać siebie nie jest wcale dobry. To taki fałszywy „pozytywizm”. Możemy żyć z czymś, czego nie lubimy, bez przymusu kochania. Nielubienie czegoś w swoim ciele też jest OK.

Duże znaczenie ma to, w jakiej grupie jesteśmy. Przynależność do grupy, która nas akceptuje takimi, jakimi jesteśmy, działa terapeutycznie. Wybierając sobie bliskich, nie sprawdzamy, czy mają fałdki, cellulit, rozstępy po porodzie. Nie podchodzimy do bliskich tak krytycznie jak do siebie, więc może warto zmienić nastawienie.

Z jednej strony mamy body positive, z drugiej strony coraz więcej kobiet poprawia swój wygląd.
W moim odczuciu może to wynikać m.in. z lęku przed śmiercią. Były robione badania, które pokazały, że osoby częściej korzystające z usług kosmetycznych, fryzjerskich czy zabiegów medycyny estetycznej mają mniejszy lęk przed śmiercią. Można było to zjawisko obserwować w czasie pandemii.

Część kobiet robi takie zabiegi ze względów zawodowych, ale są i takie, które cierpią na dysmorfofobię, czyli zaburzony obraz ciała. Bo czym innym jest odbicie w lustrze, a czym innym interpretacja tego odbicia i doświadczanie ciała. Osoby z zaburzeniami odżywiania mają najczęściej błędną interpretację swojego odbicia. Ten nieprawidłowy obraz jest zresztą jednym z kryteriów diagnostycznych. Pamiętam np. moją koleżankę, która chciała mnie wesprzeć i zmierzyła sobie obwód nogi… Ja zawsze myślałam, że jestem od niej dużo grubsza, a potem miara pokazała, że mam o centymetr mniej. To mi uświadomiło, że widzę siebie w zaburzony sposób.

Mówimy tu o zaburzeniu, jednak czasem odnoszę wrażenie, że zwykli użytkownicy Internetu nie widzą wielu rzeczy. Wiemy, przykładowo, że zdjęcia z reklam, z prasy, z Instagrama są często ustawiane, retuszowane. Mówi się o tym głośno. Jak to możliwe, że nadal tyle dziewcząt temu ulega?
Bo my nie widzimy procesu. Nasz mózg używa skrótów i porównujemy się do efektu końcowego. Kiedy prowadzę warsztaty w szkołach dotyczące świadomości ciała, młodzież dobrze wie, że te zdjęcia, które ogląda, są zmodyfikowane. Trzeba im jednak pokazać cały proces: jak to jest modyfikowane, jak wygląda kobieta przed obróbką zdjęcia, a jak po. Wówczas staje się to dla nich szokujące. Tłumaczę też dziewczynom kwestie finansowe. Aktorki czy celebrytki, do których się porównują, potrafią wydać tysiące dolarów na operacje plastyczne. Pokazuję im zdjęcia z całego przebiegu kariery wybranej aktorki. Dopiero wtedy widzą te zmiany i wpływa to na ich punkt widzenia. My często nie mamy tego odniesienia i nie potrafimy krytycznie ocenić danego materiału. Oglądamy gotowy obraz w prasie czy telewizji i nie wiemy, jaki sztab ludzi stoi za wizerunkiem danej osoby oraz ile pracy musiała ona włożyć w ten wizerunek. Coraz mniej osób ma umiejętność krytycznej oceny, bo nie jesteśmy tego uczeni w szkole. Poza tym bardzo mocno kojarzymy sukces z urodą, z wyglądem.

Ale „skróty myślowe” to zapewne nie jedyna przyczyna niezdrowego porównywania się.
Tak, wiele dziewcząt, obserwując szkolny bullying lub spotykając się komentarzami dotyczącymi ich wyglądu, woli wziąć się za odchudzanie. Chcą po prostu uniknąć nieprzyjemnych sytuacji i określeń typu „klopsik”. W momencie gdy zrzucają kilogramy, zaczynają mieć poczucie sprawczości. Widzą efekt swoich działań. Sprawczość plus uwagi ze strony otoczenia („O, schudłaś!”) sprawiają, że poprawia się ich myślenie na własny temat. Widzą więc wiele wzmocnień do tego, żeby bardziej się odchudzać i zwracać jeszcze większą uwagę na wygląd. Jednak nie u każdej dziewczyny rozwinie się zaburzenie odżywiania czy dysmorfofobia. Trzeba mieć do tego predyspozycje.

Co to znaczy?
Chodzi o predyspozycje osobowościowe. Takie osoby są bardziej wrażliwe, mają też wyższe wyniki w skali neurotyczności. Mogą być predyspozycje genetyczne. Poza tym wiele zależy od relacji z ludźmi wokół: jak oni sami podchodzą do własnego ciała, czy doświadcza się bezwarunkowej akceptacji, czy trzeba sobie zasłużyć na miłość.

Znaczące w obecnych czasach jest również to, że autorytetami dla młodzieży są inne młode osoby, jeszcze nieukształtowane. Takim autorytetem będzie więc równolatek, który został youtuberem. Gdy robi on sobie np. jakieś zabiegi, to ja mam „zielone światło”.

Jaka była Pani historia? Z czego wzięła się bulimia?
U mnie było kilka aspektów. Na pewno chłód emocjonalny, który wynikał z tego, że mój ojczym pił i stosował przemoc w trzech formach: ekonomiczną, psychiczną i fizyczną. Mama nie stanowiła dobrej bariery między nami, raczej sama się bała. Mój ojciec biologiczny też miał skłonność do nałogów, więc mogę mieć dodatkowe predyspozycje.

Nigdy nie byłam otyłym dzieckiem, zawsze w normie. Jednak kontrolowanie wagi i tego, co jem, było substytutem poczucia bezpieczeństwa, którego mi brakowało. Dawało mi coś stałego w niestabilnym domu. Doświadczałam też warunkowej akceptacji i miłości. Musiałam zrobić np. coś złego, żeby dostać uwagę rodziców. W domu nie można było pokazywać złości, wyrażać odmiennego zdania. Dlatego zaburzenia odżywiania były przy okazji formą tłamszenia emocji.

Liczyła się też dla mnie aprobata otoczenia i myślałam, że zdobędę ją wyglądem. W rodzinie częsty był roast, więc komentarze ciotek „ale przytyłaś, ale schudłaś” słyszało się na dzień dobry.

To cały zestaw przyczyn… Są jednak rodziny, gdzie wszystko wydaje się w porządku i wystarczy jeden bodziec, żeby pojawiło się zaburzenie odżywiania.
Dlatego ja nie jestem zwolenniczką określania, co jest główną przyczyną zaburzeń. Nie ocenimy tego w pełni. Mam przykłady rodzin, gdzie jedno dziecko choruje, a drugie nie. Z pewnością znaczenie ma płeć, bo inne są wymogi względem kobiet i mężczyzn. Dziewczynki mają zwykle mniejszą autonomię, mniej mogą. Jednak decydujące przy zaburzeniach odżywiania są predyspozycje. Wówczas jeden czynnik może wywołać rozwój takiego zaburzenia.

W swojej książce „Bulimia – moja historia choroby” wiele miejsca poświęca Pani emocjom. Które z nich odgrywają kluczową rolę, jeśli chodzi o zaburzone podejście do ciała?
Wszystkie. To jest system naczyń połączonych. Przyblokowanie jednej powoduje, że przestaje działać system i wpływa to na nasze postrzeganie siebie. W Japonii jest taka technika kintsugi, gdzie np. potłuczony wazon skleja się i pęknięcia obsypuje złotem. Można to porównać do terapii. Polega ona na tym, że bierzemy wszystkie kawałki w sobie, te zranione, te niechciane, po czym sklejamy je i uszlachetniamy. Kiedy jakiś kawałek odrzucamy, jesteśmy niepełni. Wtedy trudniej osiągnąć szczęście.

Każda emocja jest nam potrzebna. Zazdrość, nienawiść, gniew, smutek… choć niekoniecznie chcemy je odczuwać. One nie są złe same w sobie, tylko mniej przyjemne w doznawaniu. Jeśli nie pozwolę sobie na smutek („bo tylko słabi się smucą”) to będzie się pojawiało napięcie. I tak jest z wykluczeniem jakiejkolwiek emocji. To pochłania naprawdę dużo energii. Wymaga od nas ciągłej uwagi, żeby dana emocja nie pojawiła się w życiu, a potem wypieranie jej, gdy już się pojawi. Anoreksja, czyli zagłodzenie i bycie w stanie apatii, bez sił, sprawia, że te emocje się prawie nie pojawiają. Z kolei bulimia czy napadowe jedzenie pozwalają rozładować emocje w nieadaptacyjny, szkodliwy dla nas sposób. One i tak muszą znaleźć ujście. Badania pokazują, że przy bulimii czy napadowym jedzeniu złość jest emocją, która bardzo sprzyja pojawieniu się napadowego jedzenia.

Czasem też zabraniamy sobie odczuwania pozytywnych emocji. Pacjentki nieraz uważają siebie za tak nieważne i mało wartościowe, że – ich zdaniem – nie zasługują na nic dobrego. Wiele z nich mówi do siebie: „Ty idiotko, ty kretynko”, ale to przynosi taki sam efekt jak słuchanie przykrych słów od drugiej osoby. Podobnie jest, gdy na innych patrzymy z wyrozumiałością, a od siebie wymagamy coraz więcej. Inni mogą się pomylić, popełnić błąd, ale my nie możemy… A przecież czujemy się dobrze z osobami, u których widzimy i wady, i zalety. Relacja z samym sobą, tak ważna w życiu każdego człowieka, opiera się na tych samych zasadach co relacja z bliskimi – gdy nie działa dobrze, rzutuje na każdy obszar życia.

Co jest kluczowe w uzdrawianiu siebie i „godzeniu się” z ciałem?
Myślę, że ważne są relacje rodzinne. Dużo więcej siły i pracy wymaga terapia, gdy rodzina nie współpracuje i nie wspiera. A potrafi nawet zburzyć jednym zdaniem to, co pacjent wypracowuje. Rodzina, żeby wspierać, nie musi rozumieć zaburzeń odżywiania. Najedzony głodnego nie zrozumie. Moja druga połowa do tej pory ich nie rozumie i trudno tego wymagać. Jednak był dla mnie wsparciem: nie oceniał, nie krytykował, przyjmował mnie taką, jaka jestem. Dla mnie nie było oczywiste, że kocha się kogoś takim, jakim jest.

Wsparciem mogą też być przyjaciele, znajomi, nauczyciele, szczególnie gdy rodzina nie daje rady. Ważne są osoby gotowe do obdarowania nas akceptacją.

Z kolei tym, co utrudnia zdrowienie, jest brak empatii, nawet ze strony lekarzy. Nieraz słyszałam pytanie: „A nie może pani po prostu zacząć jeść?”. Równie „zamykająco” działa doradzanie. Zamykamy się na cudzą krzywdę, nie dajemy przestrzeni, by dana osoba w pełni przeżyła np. smutek. Kolejnym punktem będzie wyręczanie. Wielu rodziców tak robi, ale nie wyręczą dziecka w procesie terapeutycznym. Ono samo musi dojść do pewnych wniosków.

Jeszcze inną trudnością może być praca czy np. szkoła baletowa. Trudno jest „odpuścić”, jeżeli przebywa się w środowisku o dużej presji na wygląd. Tak samo działają grupy w social mediach pro-ana czy pro-mia – promujące anoreksję lub bulimię.

Czy te strony nie powinny być zakazane?
Powinny, tak samo jak pedofilia, ale nie są. Dlatego ważna jest wiedza dotycząca poruszania się po Internecie. Wiele chorujących dziewczyn prowadzi np. „motywujące dzienniki” ze zdjęciami i publikuje je potem. Chodzi o to, żeby wciąż nakręcać się do odchudzania i dążyć do „ideału”.

Wychodzenie z choroby to trudny proces. Pani spotkała odpowiednią osobę, ale nie każdy ma szczęście, żeby stworzyć taką relację.
Można zbudować relację z terapeutą, która opiera się na bezwarunkowej akceptacji. Ciekawość, otwartość na drugą osobę – one naprawdę dużo dają. Pomagają zbudować świat na innych zasadach niż do tej pory. Trzeba tylko trafić na odpowiedniego człowieka. Czasem ciężko jest oddać kontrolę i zrezygnować z przekonania, że to my znamy siebie najlepiej. Kiedy musiałam przyznać, co było bolesne, że jednak nie wiem o sobie tyle, ile mi się wydaje, otworzyłam drzwi do poznawania siebie. Pomogło mi też przyjęcie odpowiedzialności za swoje życie i wyjście z roli ofiary. Wcześniej wolałam myśleć, że to rodzice spowodowali moją chorobę. Myślałam, że jestem nieszczęśliwa, ale nic z tym nie robiłam. Wydaje się teraz, że mówię o rzeczach oczywistych, ale dla osoby, która przechodzi pewien proces, to wcale takie nie jest.

Czy zawsze musimy nawiązywać do dzieciństwa?
Obecnie poszerzam swoją wiedzę o FBT (Family Based Therapy) – ten model jest bardzo popularny w Stanach, w Kanadzie, w Nowej Zelandii. Oni mają takie podejście, żeby odbarczyć rodziców i nie szukać winnych. Rodzice są tak bombardowani artykułami na temat trudnego dzieciństwa, błędów wychowawczych, że od razu przychodzą skruszeni do gabinetu. Chcą tylko pomóc dziecku, a mają poczucie, że wszystko to ich wina (choć są i tacy, którzy nie chcą widzieć swoich błędów). Tymczasem dziecko może mieć problem w szkole, wśród rówieśników. Nie przed wszystkim rodzic jest w stanie je uchronić. W terapiach zachodnich jest większy nacisk na zaangażowanie rodziny i jest ona zapraszana do samego procesu jako duże wsparcie terapeutyczne.

Chorowała Pani 10 lat…
A dwa lata trwał proces leczenia. Potem byłam jeszcze na trzech różnych terapiach. Nie były już one związane z zaburzeniami odżywiania, tylko z przepracowaniem przemocy, DDA, relacji z matką.

Badania pokazują, że przy zaburzeniach odżywiania najważniejsze są pierwsze 2–3 lata, zanim „zagnieżdżą” się one na dobre. Potem jest ciężej z tego wyjść. Większe jest prawdopodobieństwo nawrotu. Co nie oznacza, że po dziesięciu latach nie można się w pełni wyleczyć. Jednak jest to o wiele trudniejsze. Warto wyobrazić sobie życie bez choroby i wiedzieć, jak to życie ma wyglądać. Z kolei dużo osób boi się pozbyć zaburzeń odżywiania, bo traktują je jako element tożsamości. Uważają, że stracą część siebie, gdy się wyleczą. Po tak długim czasie też bałam się życia bez choroby.

Może Pani czuć się bohaterką. Pokonała Pani bulimię po 10 latach chorowania.
Zawsze czuję się skrępowana, kiedy słyszę podobne pytanie czy stwierdzenie. Uaktywnia się jeszcze mój wewnętrzny krytyk. Nie traktuję tego jako heroicznego czynu. Po prostu mój wewnętrzny „rebel” powiedział, że to ja pokonam bulimię, a nie ona mnie. Czuję się jak normalny człowiek, choć ogrom pracy mam za sobą. Mówię sobie, że skoro pokonałam bulimię, to nie ma rzeczy, której nie przejdę.

Jak wygląda wspomnienie takiej choroby? Ci, którzy na przykład przeszli depresję, nierzadko mają obraz „piekła”.
Zależy od etapu. Na samym początku śniło mi się, że się objadam i powoduję wymioty. To były moje koszmary. Muszę jednak powiedzieć, że gdybym nie przeszła doświadczenia choroby, nie byłabym tą osobą, którą jestem, a bardzo cenię to, kim się stałam, co osiągnęłam. Przebudowałam relacje w rodzinie, a przede wszystkim miałam ogromną lekcję pokory. Akceptuję, że to się wydarzyło, akceptuję swoje poranione kawałki, akceptuję, że jeszcze mam elementy, które rezonują z przemocą i jestem na nie uważna. Pomaga mi to wszystko w byciu terapeutką. Łatwiej mi przywołać swoje wspomnienia, poczuć bezsilność pacjenta, choć muszę cały czas pamiętać, że dana osoba nie jest mną i może doświadczać inaczej.

Dziś podchodzę do choroby ze spokojem, szacunkiem i uważnością, żeby tam nie wrócić. Jestem na innym etapie życia. Mam ją na tyle przepracowaną, że mogę ją oglądać jako eksponat, nie rezonuje ze mną. Dobrze mi z tym, że wiem, gdzie chcę być, i wiem, gdzie nie chcę być.

Czy teraz lubi Pani jeść?
Tak, bardzo. Lubię odkrywać nowe restauracje. Poznawanie różnych kuchni jest dla mnie frajdą. Nie wyobrażam sobie cofnięcia się do czasów, gdy liczyłam kalorie. I jest mi z tym dobrze. Dbam o jakość jedzenia i balans w odżywianiu, ale nie stronię od tego, żeby czasem zjeść słodycze czy coś tłustego.

Miałaby Pani jakieś przesłanie do młodych dziewczyn?
Myślę, że mam ich kilka:

  • Opinia innych na twój temat nie jest faktem, tylko opinią.
  • Jest w tobie coś więcej niż tylko wygląd. Reprezentujesz więcej, niż w sobie widzisz.
  • Zastanów się, czy to, co sobie mówisz, powiedziałabyś przyjaciółce. Jeśli nie, zastanów się dwa razy nad tym, co mówisz do siebie.
  • Masz w sobie zarówno zasoby, jak i deficyty, ale ty decydujesz, co będziesz w sobie widziała.
  • Inni oceniają cię przez pryzmat tego, co mają w sobie.

I to są rzeczy, które powiedziałabym samej sobie jako piętnastolatce.

Aleksandra Dejewska, psycholożka, terapeutka zaburzeń odżywiania, autorka książki „Bulimia. Moja historia choroby”. Od ponad 8 lat pomaga osobom z bulimią i anoreksją pokonać chorobę. Przez 10 lat sama chorowała na bulimię; teraz łącząc wiedzę z osobistym doświadczeniem, wspiera swoich pacjentów w odzyskaniu radości z życia i zbudowaniu zdrowej relacji z samym sobą. Edukuje, inspiruje i chętnie dzieli się swoją historią, pokazując, że wyzdrowienie jest możliwe. W 2018 roku założyła fundację „Aż sobie zazdroszczę”, która pomaga osobom zmagającym się z zaburzeniami odżywiania i ich rodzinom. Jest również edukatorką z zakresu zaburzeń odżywiania – prowadzi na ten temat szkolenia z psychologami i psychoterapeutami. Odwiedza szkoły, w których edukuje uczniów na temat stereotypów, relacji, ciała i zaburzeń odżywiania. Uczestniczy również w spotkaniach z kobietami, które potrzebują wsparcia.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze