1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Jedzenie emocjonalne – na stres, w nagrodę, na pocieszenie...

Jedzenie emocjonalne – na stres, w nagrodę, na pocieszenie...

Nie zajęcie się problemem jedzenia emocjonalego to prosta droga do otyłości. (Fot.iStock)
„Chętnie się w gruncie rzeczy do jedzenia emocjonalnego przyznajemy. Panie przychodzą do mnie z gotową diagnozą: jem emocjonalnie, ale wie pani, jakąś wadę trzeba mieć… Tymczasem wpychamy w worek z emocjami za dużo” – mówi Marta Pawłowska, coach zdrowia rodziny, od lat zajmująca się problemem jedzenia emocjonalnego. No właśnie – czym ono jest?

Kinga jest prezesem filii dużej międzynarodowej korporacji, jej firma walczy w Polsce o przetrwanie, co kobietę kosztuje sporo nerwów. Za godzinę czeka ją kolejny trudny conference call. Jest zdenerwowana, czuje się bezsilna. Z szuflady biurka wyciąga pół tabliczki czekolady karmelowej. „Tylko jeden pasek” — uspokaja się w duchu. Czekoladę pakuje do ust i pospiesznie połyka duże kęsy, jakby próbowała ukryć fakt jedzenia przed samą sobą. Odruchowo sięga po drugi i trzeci pasek, pusty papier ląduje w torebce. W biurowym koszu byłby wyrzutem sumienia, lepiej ukryć.

Po dwugodzinnej naradzie z szefami Kinga czuje się jak współczesna Joanna d’Arc — obroniła poprawki do budżetu, cel osiągnięty. Wyjeżdżając autem z podziemnego służbowego parkingu, myśli tylko o jednym: „Makaron. Duża miska. Z tuńczykiem. Chrzanić sałatkę, zasłużyłam na nagrodę. Potem lody, te z kawałkami ciasteczek. Polane ciepłym sosem czekoladowym, tak jak w domu u mamy”. Wchodząc do apartamentowca z nonszalancją zachodzi do cukierni na parterze i kupuje połowę okrągłego sernika z musem truskawkowym. Zmieści. Nie chwyta żadnej swojej myśli poza: „Dom. Spokój. Serial i dużo dobrego jedzenia. Spokój. Ulga”.

Często powtarzasz, że „dziury w sercu ptasim mleczkiem nie zatkasz”. Na tym właśnie polega jedzenie emocjonalne? Na zatykaniu dziury w sercu?
Tak to można podsumować, ale jest w tym jeszcze ukrytych kilka rzeczy, z których trzeba zdawać sobie sprawę. Przede wszystkim często mieszamy emocje ze stresem. Zlewa nam się to w jedno. A zajadamy emocje i zajadamy stres. Tylko trochę innymi prawidłami to się kieruje. W przypadku stresu jedzenie jest formą radzenia sobie z tą sytuacją. Jedzenie nadmierne albo jego brak.

No właśnie – zawsze wydawało mi się, że ludzie dzielą się na dwie grupy: tych, którzy w stresie jedzą, i to dużo, i tych, którzy nie jedzą w ogóle.
Trochę tak jest, ale nauka mówi, że w przypadku stresu średniego i dużego większość ludzi ma skłonność do nadmiernego jedzenia. Chodzi o to, że kiedy czeka nas wyzwanie, podświadomie się na to wyzwanie szykujemy, uzbrajamy w amunicję. Musimy dostarczyć sobie nową porcję energii, żeby mieć siłę, żeby podołać zadaniu. Wtedy jemy więcej. Natomiast w przypadku stresu ekstremalnego przestajemy jeść. Oczywiście nie zawsze to tak wygląda, rzecz jest indywidualna, ale w większości wypadków to się sprawdza.

Czyli zwiększone zapotrzebowanie na jedzenie wynika z tego, że nasz mózg mówi: potrzebujesz energii, potrzebujesz siły, musisz jeść. Choć pewnie takiego procesu myślowego, który możemy prześledzić, nie przeprowadzamy.
Nie przeprowadzamy. I szkoda, bo porządny trening fizyczny dałby nam więcej adrenaliny niż jedzenie, ale mózg jest stanowczy. Mówi: energia! Szukaj jedzenia! Teraz!

A co wtedy jemy?
Najczęściej węglowodany albo słodycze. W 1995 roku przeprowadzono badanie na temat tego, czym zajadamy emocje i stres. Okazało się, że tym, z czym mamy dobre asocjacje z dzieciństwa. Jeśli w nagrodę albo na pocieszenie dostawaliśmy coś słodkiego, będziemy sięgać po słodkie. A jeśli na przykład najmilsze chwile spędzaliśmy jako dzieci u babci, a ta robiła nam kluseczki czy pierogi, będziemy szukać takich smaków. Bo to najlepiej nam się kojarzy. Konkretne smaki na konkretne emocje. Ale raczej w grę wchodzą tylko te dwie grupy produktów. Choć znowu – nie analizujemy tego, nie zastanawiamy się: aha, smutek, niepokój, czyli czekolada. Działamy odruchowo.

A wydawało by się, że ostatnio bez przerwy zastanawiamy się nad swoim nastrojem, mówimy o tym, jak się czujemy, non stop rozbieramy naszą duszę na czynniki pierwsze.
Tak, teoretycznie to racja, ale my najczęściej mylimy pojęcia, nie konfrontujemy się z prawdą o sobie. Na przykład często się tak samousprawiedliwiamy. Nie mogłam czegoś zrobić, bo pogoda, ciśnienie, okres. I wtedy często włącza się głos małej dziewczynki, która tłumaczy się, że wylała sok na sukienkę. To nie jest prawdziwa refleksja nad emocjami. Raczej zrobiliśmy sobie z nastroju flagę, którą wszędzie machamy i ma ona stanowić wymówkę czy usprawiedliwienie dla tego, czego robić nie powinniśmy.

Ale czy chcesz powiedzieć, że te emocje są nieprawdziwe?
To na ogół nawykowe narzekanie, biadolenie, a nie sensowna refleksja, dlaczego taka akurat emocja się we mnie pojawia. Rozróżniamy tylko skrajności. Czuję się dobrze albo źle. A rodzajów emocji jest dużo. Jak zaczynamy pracować nad jedzeniem emocjonalnym, podopieczne dostają ode mnie tabelkę z 40 różnymi emocjami. Po to, żeby nauczyły się je dostrzegać. Żeby nauczyły się je rozróżniać, nazywać. Żeby umiały prawdziwie odpowiedzieć na pytanie, co czują i jakie jest tego źródło.

Dziwią się?
Oj, bardzo. I nie lubią tego. Bo jak coś nazwiesz, musisz stawić temu czoło. Jeśli czuję się bezsilna, to jest pytanie, komu oddałam moją siłę. Jeśli czuję się zlekceważona, to komu i dlaczego na to pozwoliłam. Zaczynamy konfrontować się z życiem i myślami na swój temat. To czasem boli, a zawsze wymaga działania. Wchodzimy w sprawczość.

No tak, dostrzegamy to, co w środku. Bo lubimy usprawiedliwiać się czynnikami zewnętrznymi: zła pogoda, humorzasty szef, zepsuty samochód…
Czynniki zewnętrzne są oczywiście ważne, ale na ogół nadajemy im zbyt dużą rangę. Jasne, że kiedy miałam słaby dzień, awanturę w pracy, chore dziecko, a w drodze do domu zmarzłam albo zmokłam, mam prawo powiedzieć: mam dosyć. Ale w szczerości ze sobą. Widząc realnie sytuację. A my często tym zewnętrznym czynnikom oddajemy władzę nad nami, nad naszym życiem. To destrukcyjne. Zdecydowanie lepiej konfrontować się z emocjami. Odpowiadać sobie na pytanie, jak się naprawdę czuję. I dlaczego. Czasem czuję się dobrze, bo ktoś mnie wyręczył i zrobił to, co do mnie należało, czy to w pracy, czy w domu. A czasem czuję się dobrze, bo sama zrobiłam i załatwiłam masę trudnych spraw. I czuję satysfakcję i sprawczość.

To dodatkowa nagroda, w dodatku taka, którą mogę dać sama sobie…
Często nie pamiętamy, że chowanie się za czynniki zewnętrzne jest tak samo nawykowe jak konfrontacja z nimi. Dokładnie ten sam mechanizm. Jeżeli raz, drugi, trzeci to, że jemy byle jak, zwalimy na pogodę, trudny telefon, bezsenną noc, że mi się nie chce i przecież mam prawo – wchodzimy w taki nawyk. A jeśli raz, drugi, trzeci stawimy problemom czoło – uczymy się nawykowo konfrontować się z trudnościami, zamiast je „zajadać”.

Czy „zajadanie” problemów zamiast próby nazwania ich i wzięcia za rogi, to głównie domena kobiet?
Z mojego doświadczenia wynika, że tak. Oczywiście nie można z tego robić zasady czy reguły, ale chyba mężczyźni mają większą gotowość do „brania przeszkód”, do konfrontacji, do walki wręcz z przeszkodami codzienności.

Choć raczej nie mają gotowości czy umiejętności nazywania emocji.
Rzeczywiście, ale my, kobiety, wpychamy z kolei w ten worek z emocjami za dużo. I chętnie się w gruncie rzeczy do jedzenia emocjonalnego przyznajemy. Panie przychodzą do mnie z gotową diagnozą: jem emocjonalnie, ale wie pani, jakąś wadę trzeba mieć… Albo: wie pani, ja emocje zajadam, ale każdy ma przecież jakieś uzależnienie. I są nieprzyjemnie zaskoczone, kiedy mówię: ok, to siadamy i sprawdzamy, czy to faktycznie jedzenie emocjonalne. Być może je pani pod wpływem czynników zewnętrznych, może ma pani bałagan w jedzeniu. I wtedy następuje moment buntu. Okazuje się, że muszę przytulić odpowiedzialność za to, co i jak jem. Bo jeśli jem emocjonalnie, mamy winnego: emocje. A jeśli nie… to gorzej. I nagle trzeba przyjąć, że już nie ma uzasadnienia do pochłaniania słodyczy. Problem.

Powiedzmy w takim razie, czym jedzenie emocjonalne jest, to zarazem da nam odpowiedź na pytanie, czym nie jest.
Jedzenie emocjonalne to zaburzenie odżywiania. Na przeszkodzie moim racjonalnym decyzjom jedzeniowym stoją trudne emocje, z którymi nie umiem sobie poradzić. A ponieważ nie umiem mądrze ich wyeliminować, znalazłam sobie pędzel, którym je zamalowuję, w ten sposób oswajając. To właśnie jedzenie.

Są cztery mechanizmy rządzące jedzeniem emocjonalnym.
Zacznijmy po kolei, od najczęściej występującego. To pocieszyciel. W jedzeniu szukamy pocieszenia. Pamiętajmy, że emocje pojawiają się w reakcji na myśli. Nie odwrotnie. Jeśli na skutek konkretnej myśli o sobie samej czujemy silną emocję, ona jakoś musi z nas wyjść. Albo komuś bluźniemy, albo pójdziemy na trening wyrzucić z siebie napięcie, albo… zaczniemy jeść. Jedzenie jest jedną z form radzenia sobie z emocjami. Jak jest we mnie myśl, że z jakimś problemem jestem sama, mąż ma to w nosie, w pracy jestem szefową i nie mam kogo prosić o radę, muszę sprawiać wrażenie, że to ja znam wszystkie rozwiązania, nie daję sobie prawa do słabości, nie mam przyjaciółek – w efekcie często sięgam po jedzenie jak po przyjaciela. Żeby mieć z kim dzielić smutek, bezradność, frustrację, złość. Pani Czekolada, pan Batonik są ze mną na każde moje zawołanie.

Specjalnie antropomorfizujesz?
Tak. Bo w mechanizmie pocieszyciela czy w ogóle w jedzeniu emocjonalnym, jedzenie to więcej niż jedzenie.

Ale chodzi o to, żeby dało wytchnienie, przyjemność.
To jest przyjemność, ale tylko na chwilę. Mamy deficyt uczuć pozytywnych, a w głowie konotacja: dobre jedzenie równa się przyjemność. Jest we mnie coś, co jest gorzkie w smaku i przez to trudno mi z tym żyć, więc sięgam po coś, co to osłodzi.

Ale sytuacji nie naprawi. Na dłuższą metę nie wyleczy.
W ogóle nie wyleczy. Mało tego, pogarsza sprawę. Bo po chwili przyjemności wracamy do punktu wyjścia, w dodatku mamy poczucie winy: znowu nie dałam rady, znowu zjadłam paczkę ciastek, jestem za słaba. I worek z negatywnymi emocjami pęcznieje, rusza lokomotywa samooskarżania. Wtedy znowu „sprawdza się” jedzenie, żeby się znieczulić. Mówimy, że czekolada poprawia nastrój. Nie, ona – oczywiście jedzona hurtowo – sprawia, że zwiększają się jeszcze wahania nastroju. Żadne jedzenie – tak traktowane – nie da nam długotrwałej ulgi. Oczywiście, jeśli jest tak, że miałam ciężki dzień i myślę: zadzwonię do Joasi, pójdziemy razem na dobrą kolację, wypijemy karafkę wina, pogadamy – to inna sytuacja. Ale wtedy to nie jedzenie gra główną rolę, a spotkanie z tobą.

Jedzenie jest tylko jedną ze składowych.
Właśnie. Siedzimy razem, gadamy, dzielimy się sobą, karmimy się sobą. I wracam do domu w lepszym nastroju. To działa.

Ale to też jest adresowane do emocji.
Tak, ale to sposób radzenia sobie z emocjami, który jest skuteczny i naturalny. My ich nie zagłuszamy. Przeciwnie, rozmawiamy o nich, nazywamy je, wyciągamy z szafy i szukamy rozwiązań. Przeżywamy je, nie przeżuwamy.

A na marginesie – to moja obserwacja z ostatnich kilku lat. Kiedyś mężczyźni raczej zapijali problem, kobiety sięgały po jedzenie. Teraz to się zmieniło. Mężczyzna, na wysokim odpowiedzialnym stanowisku, wie, że nie może przyjść do pracy na kacu. Sięga więc po jedzenie. I tyje. Natomiast kobiety częściej po kieliszek. Bo chcą zatkać, znieczulić emocje, a boją się przytyć.

Tymczasem nie ma innej skutecznej drogi, jak uporządkować emocje. Na twardo. Bo jeśli jestem sama, jeśli nie mam przyjaciół, jeśli czuję się słaba, bezsilna, to jest jakaś przyczyna tej sytuacji.

No tak, ale żeby uporządkować emocje, trzeba wiedzieć, że z tym właśnie mamy problem. A my często chyba nie patrzymy na siebie jak na obiekt badań klinicznych, trudno nam samym stwierdzić, że potrzebujemy pomocy. Do lekarza idziemy, kiedy jesteśmy chore, a co, jeśli nie wiemy, że jesteśmy?
Czasem potrzebujemy motywacji z zewnątrz. Kopa. A czasem trochę jednak same wiemy, ale boimy się. Bo problem nazwany równa się konieczność działania – najczęściej terapia. To trwa. A my chcemy rozwiązania szybko, już.

A jedzenie daje szybki efekt.
Otóż to.

Ale czy to nie jest trochę tak, jak z alkoholikiem? Żeby alkohol działał tak, jak kiedyś, musimy zwiększać dawki…
Właśnie. I w pewnym momencie musimy wpuścić to do głowy. Choć do mnie często trafiają panie, które opierają się przed zauważeniem problemu.. Przychodzą, bo tyją… I to jest dla nich problemem, bo nie akceptują grubszej siebie. Albo nie akceptuje tego mąż. Mówi: jak tak dalej pójdzie, to na święta kupię ci namiot zamiast stringów. Uderzenie bejsbolem w głowę… Albo w pracy ktoś im zwraca uwagę, że pani menedżer na wysokim stanowisku powinna być szczupła. Nadwaga, otyłość jest odbierana jako słabość, świadectwo nieradzenia sobie z życiem.

Mechanizm numer dwa jedzenia emocjonalnego to…
…znieczulenie. Znieczulam problem, z którym nie umiem sobie poradzić. Albo nie chcę.

Czyli?
Jeśli przede mną rozmowa, której się boję, której nie chcę, potrzebuję energii do tego, by stawić jej czoło. Potrzebuję więcej pokarmu, żeby i mnie było więcej. Żebym była silniejsza. Żebym szła jak taran. Muszę przez to przejść, więc biorę na drogę plecak z jedzeniem, będzie mi łatwiej.

Mechanizm podobny do tego, z którym mamy do czynienia w stresie.
Tak, podobny. Dążę do tego, żeby sobie poradzić. Mechanizm jest pozytywny, tylko narzędzie do chrzanu. To jak leczenie dżumy cholerą.

I znowu pewnie wygląda to tak, że skoro raz, drugi, trzeci pomogło, wchodzę w nawykowe rozwiązywanie problemów jedzeniem?
Właśnie tak. A koszt użycia tego niewłaściwego narzędzia jest duży. Otyłość, nawyk przejadania się, osłabienie poczucia sprawczości, lichy obraz samego siebie. Im większy problem, tym większe mam prawo do opakowania ptasiego mleczka – takie rodzi się w głowie przekonanie. Choć w przypadku mechanizmu znieczulenia częściej niż po słodkie sięgamy po węglowodany. Przy pocieszeniu chcemy osłodzić sobie życie, tu – wzmocnić się. Mężczyźni często sięgają wtedy po mięso. Dużo białka. Do tego ostry sos.

Trochę to atawistyczne chyba – zjem serce bawołu, będę silny jak bawół?
Dokładnie. A jak idziesz na wojnę, musisz się solidnie najeść, bo nie wiadomo, kiedy będziesz miał na to znowu szansę.

Numer trzy to?
Mechanizm ucieczkowy. Pseudoucieczka od czegoś, od czego w realu uciec nie możemy. Uciekamy najczęściej w słodycze. I to jest często związane z zaburzeniami emocjonalnymi jak na przykład depresja. Bardzo trudne przyzwolenie na bezradność. Wyuczona bezradność. Chowanie się w domu pod kołdrą ze słodyczami. Trzymanie w biurze w szufladzie zapasu czekolady. Działanie podobne jak w przypadku pocieszyciela, ale to mechanizm głębszy i trudniejszy.

Czy jak już uciekniemy w krainę ptasiego mleczka, to nam tam dobrze?
Często bardzo dobrze. I wtedy utwierdzamy się w przekonaniu, że słusznie zrobiłam, uciekając. Że faktycznie uciekłam. Włącza się silna postracjonalizacja: tak, to była najlepsza decyzja, jedyna możliwa, by przetrwać. A jak mamy na koncie wiele podobnych sytuacji ze „słodkim happy endem”, powstaje w nas mocne przekonanie, że ucieczka to dobre wyjście. Ok, czasem inaczej się nie da, ale kiedy uciekamy zawsze, wchodzimy w działania autodestrukcyjne. I w nim tkwimy. Najczęściej wiemy, że w gruncie rzeczy to nie jest dobra droga, ale jest nam na niej komfortowo, samousprawiedliwiamy się więc. Czasem bez pomocy terapeuty trudno to zmienić. Ja, kiedy w pracy z podopiecznymi zidentyfikuję taki mechanizm, kieruję na psychoterapię. Jako coach muszę znać moje granice. Zwykle potem z psychoterapeutą pracujemy na cztery ręce.

Emocje tylko zajadamy czy idzie to w parze z innymi zachowaniami: uciekaniem w leki, sport, zakupy?
Jeśli ktoś ma skłonności do zachowań kompulsywnych (czyli powtarzających się natrętnych czynności, którym bardzo trudno nam się oprzeć, choć wiemy, że są dla nas destrukcyjne), to na ogół kompulsja dotyczy kilku obszarów życia. To tak zwane kompulsje jednoźródłowe. Jedzenie. Sport. Praca. Seks. Zakupy. Leki. Alkohol. Ale też rozwój osobisty – kolejne kursy na coacha, mentora, machina samorozwoju bez hamulców… Praca z kompulsjami jest mozolna. Załatasz jedną kompulsję, wychodzi spod szafy kolejna. I można się tak bujać wiele lat. Dlatego trzeba dotrzeć do źródła problemu, do korzeni tego drzewa. Często kompulsje zresztą nie są postrzegane jako problem. Słyszę: sport jest po prostu moją pasją, dlatego chodzę na siłownię co dzień na 2-3 godziny. Ok, mówię, to odstaw to na dwa tygodnie. I okazuje się, że kobieta ma objawy jak przy odstawieniu narkotyków. Jest rozdrażniona, nieznośna, nie śpi… Często jedzeniu towarzyszą lęki. Ludzie są w terapii. I słyszę: jeszcze nie jestem gotowa na walkę z jedzeniem… To czasami prawda, ale jak to powtórzysz 200 razy, to w końcu nie wyciągniesz z tej łodzi nie nogi, ale nawet palca. I sami minimalizujemy szansę na zmianę.

Dajemy sobie przyzwolenie na brak siły?
Dlatego mechanizm jedzenia emocjonalnego, zwłaszcza ucieczkowy, jest taki trudny.

Łatwo ci to dostrzec u podopiecznych?
Tak. Często ból słyszę w narracji. W języku, jakim mówią o sobie, o swoim życiu. Kiedy słyszę ból i cierpienie, już wiem. I zdaję sobie sprawę, że ja nie mogę na początku ingerować w objadanie się, nawet tknąć nadmiernego jedzenia tej osoby. Bo ono jest często jedyną rzeczywistością, dzięki której ona trzyma się kupy. Jak zabiorę, nic nie zostanie. Pracujemy więc tylko nad emocjami, wzmacniamy, budujemy potencjał do zmiany.

Ale na jakimś etapie dochodzicie do jedzenia?
Oczywiście, ale po drodze robimy małe kroki. Rozmawiamy o tym. Zmieniamy jeden posiłek w ciągu dnia na zdrowy, tak działamy przez miesiąc. Albo ograniczamy słodycze tylko do weekendów. Bo przy ucieczce najczęściej jemy słodkie i to wiele razy dziennie. Do śniadania, w drodze do pracy, każdy sklep jest powodem do kupienia czegoś, co „osłodzi życie”, „osłodzi dzień”. Kiedy słyszę od podopiecznej, że nie mogła nie kupić tej drożdżówki, wiem, że nie mogła. Muszę stać po jej stronie. Pewne rzeczy uświadamiam, sygnalizuję, delikatnie, krok po kroku. Tu bejsbol nie zadziała. Chodzi o to, żeby ona przestała walczyć. Żeby zeszła z ringu.

Został na czwarty mechanizm.
To karanie. Zwane też samokaraniem. Trudne określenie, niesie ogromny ciężar, ale jest najbliższe prawdy. To nie jest tak, że myślę: zrobiłam coś źle, należy mi się kara i dlatego jem nadmiernie. Tu mechanizm jest inny. Chcę o sobie myśleć, że jestem mądra, silna, podejmuję dobre decyzje. Taki obraz siebie podświadomie chcę pielęgnować. A jednocześnie w codziennym życiu widzę po faktach, że sobie nie radzę, nie panuję nad nim, czuję się słaba, ulegam wpływowi innych, pozwalam na przekraczanie swoich granic – w moim sercu i umyśle powstaje ważna sprzeczność. Nie umiem sobie z tym poradzić. Nie umiem sama siebie obronić. I część osób będzie się wtedy samokarała jedzeniem: i tak jestem do dupy, to mam to gdzieś, będę jeść. Po całości. U części osób wtedy wejdzie alkohol, część będzie się cięła. Dlatego to naprawdę trudne historie. Czasem dramatyczne.

Często chyba dostajemy od najbliższych – na przykład od rodziców – komunikat, że nie jesteś wystarczająco dobra, że nie spełniasz oczekiwań. Nie skończyłaś medycyny, nie masz chłopaka…
A my kochamy rodziców, chcemy ich zadowolić, chcemy, żeby byli z nas dumni. Ale coś w nas na to nie pozwala. Ok, skoro już jestem taka zła, taka to niczego, taka słaba, a nie umiem ani tego przyjąć, ani nie mam siły, by to zmienić, to się zażrę albo potnę.

Wtedy pracujesz do spółki z psychoterapeutą?
Zawsze. Czasem sugeruję terapię i przerywam proces coachingu, czasem znowu podejmuję swoją pracę, ale za zgodą psychoterapeuty i w porozumieniu z nim.

Kiedy zaczynasz pracować nad jedzeniem emocjonalnym, od czego zaczynasz?
Od ustalenia, pod wpływem czego dana osoba je. Czy to faktycznie emocje? A jeśli tak, to który mechanizm tu rządzi. Co jest zapalnikiem. Dlaczego oddajemy swoje życie w ręce jedzenia. Dlaczego jedzenie mówi do danej osoby tak głośno, że wycisza rozum, zdrowy rozsądek. Staram się ten głos znaleźć. Usłyszeć go.

Na przykład?
Miałam kiedyś podopieczną – panią, która kierowała dużym, mocno zmaskulinizowanym działem. Na początku naszej pracy ładnie chudła, potem to się zatrzymało. A ja czułam, że w niej jest jakiś opór. Sprowokowałam ją, wybuchła. I wykrzyczała mi, że jak będzie szczupła, to nie będą jej w pracy słuchać. Że zniknie. Bo miała w głowie myśl, że szczupła to delikatna, słaba, cicha. A słaba kobieta nie może rządzić facetami. I dopiero kiedy sama usłyszała to, co powiedziała, dotarło do niej, jakie przekonanie trzyma ją w szachu.

Pamiętam też inną panią – po śmierci mamy, z którą była bardzo związana, gotowała, a zwłaszcza piekła ciasta, według jej przepisów. A że była samotna, co upiekła, zjadała. I tyła. Kiedy zaczęłyśmy pracować, uświadomiła sobie, że chciała przez to przywołać mamę. Zachować jej obecność w swoim życiu. To była źle przeżywana żałoba. Jedzenie pojawiło się tam, gdzie nie powinno, pod wpływem ważnych i trudnych emocji…

Kiedy ustalisz już, z jakim mechanizmem masz do czynienia, co dalej?
Dwie rzeczy. Porządkujemy talerz oraz porządkujemy emocje i przekonania. Jeśli ktoś potrzebuje pocieszyciela, a ja mu każę zamiast kopytek jeść sałatę, niczego to nie da. Musimy zająć się najpierw tym, dlaczego potrzebuje pocieszenia i dlaczego wierzy w to, że tylko słodycze albo kluski mogą to pocieszenie przynieść. Czyli zastanawiamy się nad tym, co mu w życiu smakuje, a co nie. Okazuje się, że dla większości takich osób jedzenie stało się przyjemnością nadrzędną albo jedyną. I tu kłania się to, że jedzenie jest wszechdostępne – na każdym kroku, na wyciągnięcie ręki, że nie ma stu metrów bez sklepu czy kiosku ze słodyczami.

No tak, a miłość, przyjaźń czy poczucie własnej wartości raczej co sto metrów nie są sprzedawane.
Batoniki natomiast tak. Idziemy, kupujemy i jest przyjemność. Ukojenie. Proste. Na krótką metę działa. A jak przestanie działać, idziesz do lodziarni. Potem po drożdżówkę. A najlepiej od razu dwie, bo przecież jedną głupio kupić. I tak to się kręci. Czyli trzeba przede wszystkim zidentyfikować i nazwać emocje, bo gdy coś nazywamy, to wyciągamy to na światło dzienne. To trudny moment. Czasem musimy przyznać: jestem bardzo samotna. Nie mam nikogo bliskiego. Oddałam życie pracy. Nie mam czasu na przyjemności. Zapomniałam o nich. W ogóle nie wiem już, co mnie cieszy. Straciłam z tym kontakt. Straciłam kontakt z ważną częścią siebie. Pamiętam pewną panią menedżer, które na kolejne spotkanie na warsztatach, właśnie po sesji o „odgrzebywaniu” przyjemności, przyszła z drutami i włóczką. Bo kliknęło jej w głowie – przypomniała sobie, że kiedyś uwielbiała robić na drutach. Czasem trzeba się cofnąć, wrócić do takiego kawałka siebie, który nie został poddany pracoholizmowi na przykład, zagrzebany i zapomniany. Widać to w naszym języku, on pokazuje, jak myślimy. Mówimy na przykład: nie mogę marnować czasu na stanie przy garach. Na chodzenie do kina. Na fitness. Zabieramy sobie prawo do życia, skoro to, co cieszy, nazywamy „stratą czasu”.

Ok, jeśli da się sytuację uleczyć kinem czy robieniem na drutach, to super, ale czy nie jest tak, że często to samotność, brak miłości są największymi problemami?
Tak, przyjemności nie załatwiają sprawy relacji. Duża grupa z którą pracuję, to kobiety mądre, wykształcone, na stanowiskach, mówiące: nie spotkałam jeszcze faceta dla mnie. Z idiotami nie będę się zadawać. To bywa zasłoną, za którą ukrywamy strach, niepewność, brak zgody na bycie kobietą, na zaufanie komuś, kompletną nieumiejętność budowy relacji z drugim człowiekiem. Czasem daję takim paniom zadanie: umówić się na jedną randkę w miesiącu. Miłości nikogo nie nauczę, ale pewne rzeczy można uświadomić. Choć to trudne rozmowy, bolesne, sięgające dzieciństwa. Albo daję inne zadanie: uśmiechnąć się do 10 osób na ulicy. Albo zawrzeć znajomość w supermarkecie, zagadać do kogoś. Proste? Tylko pozornie. Jestem samotna – słyszę. – Nikt do mnie nie dzwoni by zaprosić gdzieś na weekend. A do ilu osób ty zadzwoniłaś? – wtedy pytam. Czasem warto zadać sobie parę takich pytań. I przyjąć z pokorą odpowiedzi.

Ale przecież często mamy samotność w rodzinie. W rodzinie, gdzie jest mąż i dwójka dzieci, a kobieta ma dziurę w sercu.
I zakleja ją czekoladą. Często takie panie trafiają na warsztaty dotyczące jedzenia emocjonalnego. Traktują to jako nagrodę, jako coś tylko dla siebie. Duży dom, dobra sytuacja materialna, mąż przychodzi z pracy i komputer, telewizor, piwo. Dzieci mają swoje sprawy. A ona zostaje sama. Z lodówką.

Nie wejdziesz w tę rodzinę. Ne zmienisz męża czy dzieci.
Nie wejdę, ale mogę spróbować tak rozmawiać z kobietą o jej małżeństwie, o relacji, żeby ona potem mogła o tym rozmawiać ze swoim partnerem. Żeby nie zamykała się, nie otorbiała w tej samotności. Możemy spróbować nadać inną perspektywę sytuacji. A czasem sugeruję terapię pary. By odwrócić ich trochę bardziej twarzami ku sobie.

Do czego może w dłuższej perspektywie doprowadzić nieleczone jedzenie emocjonalne?
To autostrada do otyłości. Czasem pojawiają się niejako obok niego takie zaburzenia odżywiania jak bulimia. Olbrzymi nadmiar kalorii, ekstremalny sport, nocne objadanie się, zwracanie… Posty, głodówki, potem przejadanie się. Może dojść do poważnych zaburzeń psychicznych. Bywa, że konieczna jest pomocpsychiatry.

Jeśli rzecz dotyczy matek, których dzieci na to patrzą, mamy dodatkowe obciążenie tych dzieciaków. I w ich dzieciństwie, i w przyszłości pewnie?
Niedawno w sklepie widziałam taką scenkę. Matka – modnie ubrana pani z nadwagą – robiąc zakupy, co chwila sięgała do opakowania chipsów. A z syna – 10 lat na oko – w pewnym momencie się wylało: Przestań już tak żreć, i tak jesteś gruba jak foka. A matka… nie zareagowała. W ogóle. Czyli to nie był pierwszy raz, kiedy on okazał jej w podobny sposób brak szacunku.

A może to był krzyk rozpaczy?
Mogło tak być. Inna z kolei moja podopieczna trafiła do mnie na warsztaty po tym, jak wykradła synowi czekoladę, całą zjadła, on odkrył u niej w łóżku opakowanie i zrobił awanturę. Wtedy doszła do ściany. Zrozumiała, że za daleko to wszystko poszło, że to szkodzi nie tylko jej, ale całej rodzinie. Że sama nie da rady i musi znaleźć pomoc. Tak jak już mówiłyśmy: bejsbol w głowę.

Czasem interweniuje też mąż czy partner?
Tak. Tu mamy różne scenariusze. Rzadko, niestety, występuje wariant: partner wspierający. Choć spotkałam takich. Na ogół mężczyzna tego typu zachowania żony jak kompulsywne jedzenie traktuje jako przejaw słabości, której on nie akceptuje. Albo w ogóle nie jest w stanie racjonalnie pojąć mechanizmu, który zachodzi w jej psychice, drażni go to, wydaje polecenie: zrób coś z sobą w końcu!

Ona czuje się odrzucona, cierpi, że on jej nie tylko nie wspiera, ale wręcz kpi sobie z niej albo staje się obojętny. On pyta: ale po co ona je tę całą czekoladę? Jak to nie może przestać jeść w połowie? Dla wielu mężczyzn to kosmicznie nierealne. Bywa też tak, że ona na kolejnych dietach chudnie, potem wraca do poprzedniej wagi, jego to drażni, sabotuje więc jej wysiłki, poniżając ją. Więc ona wpada w zajadanie i tyje, potem znów odchudza i tak cyklicznie. Koło się zamyka. A związek się sypie.

Nocne objadanie się jest charakterystyczne dla mechanizmu pocieszyciela?
Tak. I często dotyczy szczupłych młodych kobiet. Nocą, kiedy jest cisza, świat śpi, nikt nie wie, co robię, a we mnie do głosu dochodzą lęki, brak sensu życia, brak bliskości i zaburzony obraz siebie – idę do lodówki… Czasem te dziewczyny budzą się w nocy, idą do łazienki, a potem zamiast do łóżka – automatycznie do kuchni. Pod pozorem łyka wody – bo przecież trzeba pić. Bywa i tak, że specjalnie, choć w sposób nieuświadomiony, dużo przed snem piją, żeby się obudzić z pełnym pęcherzem… W kuchni herbata, potem jabłko, potem bułka z serem, a potem – pusta lodówka. I tak to rośnie nawykowo. Pracujemy na nawykach, na rytuałach. Mówię: ogranicz wieczorem picie wody czy herbaty. To bywa trudne. Bo nie będzie nocnego pocieszyciela. Czasem wszystko zmieniamy. Proszę, żeby spała inaczej – na przykład na materacu na podłodze. Żeby wykręciła żarówkę w kuchni. Czasem to trwa. Nawet rok. Czasem trzeba włączyć inne przyjemności. Masaże. Relaks. Próbować, zobaczyć, co działa. Na początku na siłę. Czasem trzeba wyrzucić napięcie. Kiedy jako dziecko miała być grzeczna i cicha, trzeba powrzeszczeć. Iść do lasu, na rower i krzyczeć. Brzmi głupio? I co z tego, najważniejsze, że działa! Nie ma jednej drogi. Trzeba odkryć swoją. Samemu trudno na nią trafić, dlatego nie bójmy się sięgać po pomoc. Warto, bo szkoda każdego miesiąca życia.

Więcej w książce „Jedzenie emocjonalne i inne podjadania. Jak poprawić swoje relacje z jedzeniem”, Joanna Derda, Marta Pawłowska, Wyd. Sensus.

Fot. materiały prasowe

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze